czwartek, 24 stycznia 2013

GRAHAM GOULDMAN - "Love And Work" - (2012) -

GRAHAM GOULDMAN - "Love And Work" - (ROSALA RECORDS) - ****



Graham Gouldman, to basista legendarnych 10 CC (tutaj również jako multi gitarzysta), a także jeden z dwóch głównych głosów grupy - obok Erica Stewarta. Nie tylko zresztą głosów, bowiem to właśnie ci dwaj dżentelmeni byli sprawcami takich killerów jak: "Dreadlock Holiday" czy "I'm  Not In Love".
Co prawda grupa podtrzymuje, że wciąż istnieje, ale nie przekłada się to w żaden sposób na jej aktywność nagraniową. Inaczej jednak sprawy się mają w przypadku projektów ubocznych. O Lol Creme'ie zrobiło się ostatnio głośno za sprawą supergrupy Producers, z kolei Paul Burgess bębni gdzie (i u kogokolwiek) się da, a i Graham Gouldman właśnie także zapragnął się uaktywnić, nagrywając pierwszą płytę od ponad dekady.
"Love And Work" jest kolekcją dwunastu piosenek. I nie inaczej, albowiem nawet zaznaczona jako kompozycja instrumentalna "Black Gold", jest w swym finale przecież także zaśpiewana. Fajny to numer - tak przy okazji. Brzmi jak temat do jakiegoś westernu, a zagrany został niczym splot The Shadows z The Ventures.
Zresztą, słuchając tej płyty, aż ciśnie się na usta mnóstwo porównań czy odniesień. Przede wszystkim, sporo tu pochodnych po The Beatles (z naciskiem na kompozytorską "lekkość" Paula McCartneya), Electric Light Orchestra, Traveling Wilburys, czy lżejszych projektów Toma Petty'ego , Roya Orbisona bądź Del Shannona. Czyli tam, gdzie dwoił się i troił Jeff Lynne. Ale i także nie brak tutaj nawiązań do piosenek rodem z 10 CC. Tak po prawdzie, to nic w tym dziwnego, że Gouldman na "Love And Work" mocno "bitelsuje". W końcu Paul McCartney, to jego dobry kumpel, co zresztą owocowało już współpracą obu panów w przeszłości.
Pierwsze dwie piosenki "The Halls Of Rock'n'Roll" oraz "Daylight", od razu określają charakter albumu. Jego lekkość, komunikatywność i przebojowość. A także wielkie przywiązanie do r'n'rollowej epoki 50/60's.
Trzeci w zestawie "Ariella" jawi się motywem przewodnim , który bliźniaczo ociera się o "Handle With Care", z repertuaru Traveling Wilburys. Brakuje tu tylko otwierającego głosu George'a Harrisona, a później jeszcze kilku innych szczegółów.
Z kolei, w następnym i balladowym "Then It's Gone", ładnie "tną" gitarowe brzmienia akustyczne, z mandoliną włącznie. I tak by można bawić się w porównania już po kres tej płyty, choć zapewne Gouldman wolałby nie być co rusz pod kogoś podczepianym. Ale co poradzić, jeśli w dajmy na to takim "Let Me Dream Again", ewidentnie słychać echa Toma Petty'ego z okresu "Into The Great Wide Open", a w balladach "Lost In The Shadows Of Love", "Battlefield" czy "Memory Lane", brakuje tylko do kompletu głosu Paula McCartneya - choć przecież sam Gouldman w tych piosenkach, także przecież nie ustępuje zbytnio popularnemu Mace.
Dzieło "Love And Work", to niby tylko zwykłe piosenki, a jednak poza sporą dozą swoistej ich urokliwości, jest to rzecz przyprawiona jak najbardziej na rockowo.
Gouldmanowi i jego przeróżnym szarpanym instrumentom, towarzyszą tu jeszcze dodatkowo smyczki, organy czy pianino, co ogólnie dodaje bogactwa aranżacyjnego, przestrzeni, jak i przysłowiowego oddechu pełnią płuc.
Bardzo fajna płyta. Stworzona co prawda raczej dla takich wapniaków jak ja, ale przynajmniej będących z pokolenia wciąż jeszcze kupujących prawdziwe ("physical copy") płyty.

P.S. Album został zadedykowany zmarłemu w 2011 roku Andrew Goldowi. Koledze Gouldmana, nie tyle nawet z samego 10 CC, co raczej ze wspólnego projektu Wax. W swoim czasie nagrywającego przecież tak kapitalne przebojowe piosenki, jak choćby: "American English" czy "Bridge To Your Heart".



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl



Brak komentarzy: