czwartek, 16 listopada 2017

THIS WINTER MACHINE - "The Man Who Never Was" - (2017) -









THIS WINTER MACHINE
"The Man Who Never Was"
(FESTIVAL MUSIC)

*****



 

Piłkarskiej reprezentacji San Marino - gdy tylko dochodziło do konfrontacji z Polakami - zawsze wytykano amatorstwo. A to, że jeden z tamtych piłkarzy był listonoszem, inny piekarzem, a jeszcze kolejny kucharzem. Nigdy nie traktowano futbolistów z tamtego mikroskopijnego państwa poważnie, dopóki w ważnym dla nas meczu nie strzelili nam gola, a tym samym napędzili niezłego strachu. Z Brytyjczyków z This Winter Machine drwić jednak nie radzę, albowiem na dzień dzisiejszy nie mamy w Polsce tak pięknego art-rockowego zespołu, choć ten także tworzą jak najbardziej amatorzy. Jeden z muzyków jest szklarzem, inny zootechnikiem, a jeszcze inny specem od handlu nieruchomościami.
A omawiany właśnie "The Man Who Never Was" jest ich fonograficznym debiutem, pomimo iż płyta za nic w świecie nie stwarza wrażenia typowej niedopracowanej "jedynki". Przeciwnie: brzmi klarownie, przestrzennie i profesjonalnie - jakby wyszła ze studiów Charismy lub Virgin. W chwili, w której piszę te słowa, grupa już zapowiedziała kolejny album na początek przyszłego roku.
Spójrzmy na malowniczą, choć smutnawą nieco okładkę, na której zamarznięta angielska budka telefoniczna, w której znajduje się coś enigmatycznego, ponadto odchodzący od niej jeden z jeźdźców apokalipsy, plus nawiązujący do Genesis'owskiego "Foxtrot" lis, a także przelatująca nad całym zdarzeniem biała sowa. W nieco dalszej perspektywie jeszcze kilka surowych drzew oraz jeszcze surowiej towarzyszący wszystkiemu krajobraz - z niebem, które zamiast chmur posiada jakieś tryby, zębatki, i tym podobne mechanizmy. Cała ta sceneria odzwierciedla albumowe teksty o spustoszeniu, alienacji, kryzysie tożsamości oraz zobojętniałym świecie. Jednak samej muzyce daleko do depresyjnego nastroju, całość raczej jawi się baśniowo i korzysta z najdogodniejszych wzorców rocka progresywnego. Jednym tchem można zarzucić nazwami, pokroju: Marillion, IQ, Genesis, Pendragon, For Absent Friends, a nawet późniejszych i już nieco lżejszych Rush. Tej ostatniej grupy niemal wszyscy członkowie This Winter Machine są absolutnymi miłośnikami. Przejrzałem sobie zespołowy profil, na którym aż roi się od ulubionych płyt Kanadyjczyków. Padają tam konkretne tytuły, jak: "Moving Pictures", "Hold Your Fire", "Grace Under Pressure" czy "Power Windows". Do fascynacji muzyką Rush panowie muzykanci w osobach: Wynter-Jevon-Numan-Priestly-Murray dorzucają jeszcze nazwy: Marillion, Ultravox, Iron Maiden, Fleetwood Mac, Davida Sylviana, Queen, Aerosmith, Dream Theater czy nawet Van Halen. Oczywiście fascynacje fascynacjami, te stanowią jedynie za inspiracje, nie stricte naśladownictwo. I choć można w twórczości naszych nowych bohaterów doszukać się mikroskopijnych nawiązań do Rush czy Dream Theater, to jednak mocniej za serca niech się chwycą przede wszystkim wszelacy Marillion'owcy czy Genesis'owcy. To dla nich zostało sporządzonych tych pięć przebogatych strukturalnie i melodycznie kompozycji. Zagranych delikatnie, z sercem, i ani trochę w duchu Dream Theater'owskich techno-metalowych popisów. Co już się staje wiadomym wraz z inicjującą całość 16-minutową, czteroczęściową i tytułową suitą "The Man Who Never Was". Wspaniale zilustrowaną historią człowieka, który nie odnajduje samego siebie. Kogoś, kto próbuje wskoczyć do fotografii z własnym wizerunkiem, choć dla niego samego sprawa staje się niewykonalna.
Proszę zwrócić uwagę na wokalistę, nazywa się Al Wynter i śpiewa z takim przejęciem, jakby świat jutro miał dobiec końca. Uwielbiam ten rodzaj emocji i tę nieuchwytną ekspresyjność. Oczywiście jak najbardziej doceniając pozostałą klawiszowo-gitarowo-perkusyjną sekcję - grającą z identycznym przejęciem i maestrią.
Nie ma nad czym deliberować Szanowni Państwo, oto jesteśmy świadkami narodzin kapitalnego zespołu, na którego koncerty niebawem będziemy walić drzwiami i oknami. Zespołu, któremu potrzeba jeszcze tylko na podobnym poziomie dwóch, może trzech płyt, plus odpowiedniej medialnej "nagonki".
Druga kompozycja, zatytułowana "The Wheel", trwa już jedynie 9 i pół minuty, lecz w kończącym się 2017 roku nie słyszałem równie okazałej. A liczyłem na wiele, bowiem wiele obiecywano - nawet na rodzimym podwórku. Wychwalani Believe z najnowszym albumem "Seven Widows" w moim sercu jedynie poprawni, a eksportowy Mariusz Duda ze swoim Lunatic Soul, choć bez wątpienia zaserwował wiele przejmujących nut, bo i okoliczności ostatnich wydarzeń wpłynęły na taki stan rzeczy, to jednak płyta "Fractured" zaledwie udana - zamiast obiecywanej niezwykłości. A tu proszę, taka niespodzianka. I to w momencie, gdy już katalog wydawniczy pomału domknięty. W me dłonie niedawno wpadł ten oto mocno spóźniony debiut, który nawet dobrze się stało, iż nie dotarł na letni premierowy czas, ponieważ właśnie teraz smakuje wyśmienicie.
Można by tę płytę rozebrać na części pierwsze i skrupulatnie opisać pozostałe trzy kompozycje, tj. instrumentalną kołysankę, o stosownym tytule "Lullaby (Interrupted)" oraz dwie finalizujące całość mini suitki: "After Tomorrow Comes" oraz "Fractured", jednak żadne słowa nie przeleją na papier wartości w nutach tu zawartych.
Powyżej pozwoliłem sobie powołać się na wiele sprawdzonych muzycznych firm. Moją intencją nie było jednak porównywanie This Winter Machine do którejkolwiek z nich. To tylko niewinne sugestie, aby nakreślić baśń, w jakiej się znaleźliśmy. Przecież Brytyjczycy z This Winter Machine mogliby także snuć do mnie pretensje, gdybym spróbował odebrać im prawo do wyraźnie zarysowanej artystycznej suwerenności.







Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"