poniedziałek, 4 stycznia 2016

WIEKO - "Błękitny Dym" - (2015) -





WIEKO
"Błękitny Dym"
(WIEKO / ROCKERSPRO)
**1/2




Oto wzorcowy przykład na to, że same nazwiska nie grają. A proszę się im tylko przyjrzeć. Oto sextet, o którym w ostatnim czasie zrobiło się dość głośno: Grzegorz Kupczyk (Ceti, ex-Non Iron, ex-Turbo), Robert Chojnacki (De Mono), Tomasz Zeliszewski (ex-Budka Suflera), Mietek Jurecki (ex-Budka Suflera), Jacek Królik (m.in. Brathanki) oraz Ryszard Sygitowicz (m.in. Perfect). Obietnicom i nadziejom wraz z jego poczęciem nie było końca. Miała powstać rasowa rockowa płyta, z nawiązaniami do wielu muzycznych fascynacji wszystkich muzyków, a skończyło się na bardzo średniej jakości 19-tu kompozycjach autorstwa Roberta Chojnackiego, do splecionych tekstów przez m.in. Andrzeja Sikorowskiego, Zbigniewa Książka, Bogdana Olewicza, i jeszcze kilku innych....
Wokół całego tego przedsięwzięcia powstało więcej szumu medialnego, podziękowań w albumowej książeczce, zamieszczonych w niej uśmiechniętych fotek i dobrze nafaszerowanego ogólnego samozachwytu, niż to wszystko razem warte. Nie ma na "Błękitnym Dymie" ani jednego potencjalnego klasyka. Owszem, trzy-cztery ponad przeciętne piosenki, które bawią do pięciu posłuchań, po czym można zamknąć całą tę księgę i odstawiać na półkę zapomnienia.
Brak w tej całej "zabawie" choćby odrobiny szaleństwa. I słabym argumentem będzie ewentualny długi staż całej tej plejady gwiazd, która teoretycznie nie musi już niczego udowadniać. Otóż musi. Bo jeśli słucham sobie niemłodych muzycznych konkurentów z Revolution Saints, Seven, Find Me czy Khymera, którym się nie tylko chce, ale którzy przy tym baaardzo potrafią, to bladziutkie to nasze Wieko. Tak naprawdę najwięcej daje tutaj z siebie Grzegorz Kupczyk. Tego faceta zawsze roznosi energia - i to się słyszy. Maestro Kupczyk mógłby zaśpiewać równocześnie w Deep Purple, w krajowym Perfekcie lub Budce Suflera, a i też w lirycznym repertuarze spod znaku Marka Knopflera. Dałby radę, bez najmniejszego problemu. I wielka szkoda, że za jego temperamentem nie poszli pozostali panowie, którzy czasem udają Bad Company lub Led Zeppelin (jak w nawiązującej do "Immigrant Song" kompozycji "Ostrzę Zęby, Ostrzę Szpony").
Wieko chcą grać bluesa ("Biały Blues"), ballady ("Śpiewam Swoje", bądź "Pierwsza Miłość Jest Jak Przestraszony Ptak"), a nawet przebojowo ("Rockowa Miłość" czy naprawdę fajne: "Jeden Dziwny Rok" oraz "Rogata Dusza"). Są też i piosenki zakrawające niestety o grafomaństwo, jak choćby "Dziewczyna z Olsztyna", bądź "Siedem Chmur". Przepraszam ich zacnych autorów, ale tego pokroju literackość uprawiałem z moimi rockowymi kompanami w najwcześniejszym etapie szkoły średniej - kiedy wszyscy bardzo chcieliśmy, a wychodziło podobnie, jak tu.
Robert Chojnacki, którego umiejętności kompozycyjne nadawały się do pop-rockowego oblicza De Mono, a także doprowadziły w swoim czasie do platynowego sukcesu z Piaskiem na multiprzebojowym "Sax & Sex", nie bardzo dają radę w rubryce z napisem "rock". Nie odbieram autorowi prawa do uprawienia tej dziedziny sztuki, niemniej szkoda, że na całym tym albumie nie pomyślano o większej różnorodności personalnej w tym względzie. Widać wypełnienie tej misji mocno przerosło Roberta Chojnackiego. Niemniej, sam muzyk przy tej okazji wypróbował swoje wszystkie saksofony - tenor, alt, sopran i baryton, co w zaproponowanym tutaj repertuarze, też ma się niczym pies do jeża.
Powstało około 80-ciu minut bardzo przeciętnej jakościowo muzyki, o której wszyscy zapomnimy szybciej, niż nam się teraz wydaje. W rocku potrzeba niepościelonego łóżka, a tutaj wszystko jest podane w białych rękawiczkach. Szkoda, albowiem ostrzyłem sobie na tę płytę zęby.





Andrzej Masłowski
  
 

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"