wtorek, 26 stycznia 2016

AXEL RUDI PELL - "Game Of Sins" - (2016) -





AXEL RUDI PELL
"Game Of Sins"
(STEAMHAMMER / SPV)
***1/2



Niegdyś o AC/DC powiedziano, iż zespół ten wciąż nagrywa to samo, a ich dzieła odróżnić można jedynie na podstawie albumowych okładek oraz tytułów. Myślę, że z zespołem dowodzonym przez Axela Rudiego Pella jest bardzo podobnie. Tyle, że w jego przypadku nawet trudno czasem rozpoznać okładki, albowiem one również bywają do siebie bardzo podobne.
Gdy nieco ponad dwadzieścia lat temu po raz pierwszy posłuchałem zespołu dowodzonego przez tego ex-gitarzystę Steeler, byłem wniebowzięty. Panowie grali w ostrym rocku dokładnie to, co lubię najbardziej. Solidny hard rock z wokalistą o odpowiednio skrojonych głosowych strunach (czytaj: na szorstko). W piosenkach rządziły dobre tempa, a czasem także dawała się we znaki jakaś rwąca za serce ballada. Muzycy w swej twórczości powoływali się na najlepsze wzorce, podebrane od Deep Purple, Rainbow, Scorpions, itp. zespołów. O ile jeszcze najwcześniejsze dzieła, ze śpiewającym Robem Rockiem, budziły pewne zastrzeżenia kompozycyjne i niedostatki realizacyjne, o tyle epoka z wokalistą grupy Talisman - Jeffem Scottem Soto, była wręcz fantastyczna. Szczególnie za sprawą wybornych albumów: "Black Moon Pyramid" oraz "Magic". Jeff Scott Soto jednak skrywał w sobie wiele przeróżnych przyszłościowych planów. Poza tym, muzyk ten nigdy nie potrafił zbyt długo usiedzieć w jednym miejscu, przez co wkrótce zwolnił mikrofon na rzecz innego amerykańskiego śpiewaka, w tym bądź co bądź niemieckim przecież zespole, a mianowicie dla Johnny'ego Gioeli. A nie był to także byle kto. Gioeli śpiewał już w grupie Hardline, gdzie epizodycznie zaliczył swą obecność nawet sam Neal Schon - gitarzysta Journey. Gwoli ścisłości dodam, że wspomniany wcześniej Jeff Scott Soto nawet przez chwilkę pośpiewał sobie troszkę później w Journey. Miało to miejsce w okresie przejściowym, gdy muzycy tej uznanej marki poszukiwali etatowego śpiewaka.
Ale powróćmy do Axela Rudiego Pella..... Jest on filarem całego tego przedsięwzięcia, który serwuje nowe albumy precyzyjnie co dwa lata i konstruuje ich dramaturgię według tej samej sprawdzonej receptury. Najczęściej zatem otrzymujemy utwory trwające po ok. 5-8 minut - z przewagą solidnych hard'n'heavy dynamitów, choć dla ozdoby nie może także zabraknąć przynajmniej jednej lub dwóch ballad, no i w takiej samej ilości jakiś pełnych dramaturgii, powolnie się ciągnących motorycznych "długasów". Taki schemat daje mimo wszystko dobre urozmaicenie i odsuwa ewentualną nudę na bok. Wszak pod jednym warunkiem, iż nie urządzimy sobie sesji z jego grupą i nie zaczniemy przesłuchiwania pod rząd wszystkich płyt. Wówczas się w nich mocno pogubimy. Dzieła wydadzą się do siebie bliźniaczo podobne, aż w pewnym momencie trudno nam będzie się w nich połapać. A zatem, wszelkiego rodzaju poszukiwacze i eksperymentatorzy mogą sobie od razu odpuścić ten rodzaj uprawiania sztuki - nic tu po nich. Pokochają natomiast Axela i jego kolegów entuzjaści starej szkoły hard rockowych melodii, jak i również towarzyszących im retro heavy gitarowych (niemodnych) solówek. Tym ostatnim, nie będą także przeszkadzać schematy. Ich serca poniosą emocje, którymi ta muzyka zawsze bywa naszpikowana. Jedynie można się
posprzeczać, co do wartości albumów, w kontekście mniej lub bardziej ładnych na nich kompozycji.
Z najnowszego "Game Of Sins" najbardziej spodobały mi się: podniosła ballada "Lost In Love", dynamiczny "Fire" - poparty otwierającym albumowym intro "Lenta Fortuna", następnie tytułowy i poruszający się niczym walec "Game Of Sins" - z podniosłym klawiszowym tłem oraz bardzo pięknym gitarowym solo Pella - utrzymanym w stylu Ritchiego Blackmore'a. Zupełnie jak za czasów "Mistreated", "Catch The Rainbow", "Rainbow Eyes" czy "Stargazer".
Równie fajnie wpada w ucho dynamiczny "The King Of Fools" oraz kolejna ballada, tym razem 8,5-minutowa "Forever Free". Ostre i tnące akordy gitar napotykają tutaj na delikatne symfoniczne klawisze, a także na barwne gitarowe wtręty Pella. Dramaturgii tu dodaje jeszcze pełen lamentu śpiew Gioelliego - po prostu świetne!
W limitowanej wersji albumu otrzymujemy jeszcze dodatkowo przeróbkę "All Along The Watchtower" - autorstwa Boba Dylana, choć wiadomym szybko staje się, iż to nie jego Axel Rudi Pell miał w tym przypadku na myśli, a pamiętną wersję Jimiego Hendrixa, którego muzyk od zawsze jest zaprzysiężonym fanem.
Gdyby to było moje pierwsze spotkanie z grupą Pella, zapewne popadłbym w nieukrywaną euforię. Niestety, od czasu pierwszej i największej mej fascynacji jego muzyką zdążyłem już kupić kilkanaście następnych, niemal bliźniaczych i równie udanych płyt.






Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"