RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
piątek, 4 listopada 2016
SOUTHERN EMPIRE - "Southern Empire" - (2015) -
SOUTHERN EMPIRE
"Southern Empire"
(GIANT ELECTRIC PEA)
****
Po rozpadzie australijskiej formacji Unitopia powstały dwa obozy. Nietuzinkowy wokalista Mark Trueack pociągnął za sobą większą zespołową część, tworząc w podobnym muzycznym duchu United Progressive Fraternity, natomiast instrumentalista klawiszowy Sean Timms, także pragnąc nie pożegnać się z wypracowanym stylem, zaprosił do współpracy cztery dotąd raczej mniej znane twarze. Nie będące jednak w tej dziedzinie żadnymi nowicjuszami. Dla przykładu, wokalista i gitarzysta Danny Lopresto do niedawna udzielał się w innej australijskiej grupie Clearway, która ponoć z pietyzmem odwzorowywała na koncertach kompozycje klasyków rocka, w tym faworyzowanych Led Zeppelin. Z kolei, gitarzysta Cam Blokland, miał nawet na koncertach okazję stawać w równym szeregu z utytułowanym Guthrie Govanem - niegdyś przez chwilę gitarzystą Asia, a w ostatnim czasie zasilającym obóz Stevena Wilsona, muzyka Porcupine Tree czy Blackfield.
"Southern Empire" zawiera tylko 6 kompozycji, a jeśli odliczymy krótkie albumowe intro, to jest ich ledwie 5. A jednak nikomu niedosyt nie powinien doskwierać. Sporo tu rozmachu, pomysłów, wielowątkowości, co u wspomnianych już Unitopia, jak też grania bliskiego dokonaniom Dream Theater, Transatlantic czy Spock's Beard. Przy tym, nie będąc żadną ich beznamiętną kalką.
Polecam szczególnie barwną i pełną bogactwa nastrojów blisko pół-godzinną suitę "The Bridge That Binds", jak też "zaledwie" nieco ponad 11-minutowy "How Long". Ten drugi jest jakby inną wersją przepięknej kompozycji "Intersection", którą zaproponowali najpierw wspomniani już United Progressive Fraternity, a teraz pod innym tytułem, jak też różniącą oprawą (przy zachowaniu głównej linii melodycznej) nasi bohaterowie z Southern Empire.
Powyższym dwóm w niczym także nie ustępuje utrzymany w Dream Theater'owo/Transatlantic'owatym tonie "Hold", ale i też finałowa, natchniona, delikatna i naprawdę piękna ballada "Dreams & Machines".
I choć cały album przejawia ambitne inklinacje, to garściami da się z niego wyciągać ot po prostu ładne melodie, którym towarzyszy cała paleta ciekawych motywów, zagrywek, smaczków czy instrumentów (m.in: melotron, saksofon, flet, skrzypce, bandżo, konga, tamburyn....). Bardzo udany debiut.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
czwartek, 3 listopada 2016
po meczu od jednocześnie kibica Warty i Lecha....
Strach pomyśleć, co by się działo, gdyby Legia ograła Real. Skoro już z okazji ostatecznego remisu TVN24 urządziło nawet nocne wydanie specjalne programu "Dzień po dniu". Chylę czoła przed ekipą z Łazienkowskiej za dobrą grę i wywalczony remis, ale żeby od razu upatrywać w nich bogów... Cudu - to już prędzej.
Od pewnego czasu montuje się Legię na dobro narodowe, pompując balon ogólnego z nią sympatyzowania. Nic, tylko "Legia to, Legia tamto....", Polaków obowiązkowo karmi się wszelakimi wywiadami, fleszami z przedmeczowych treningów, uchyla kulisowe rąbki, ale i wysłuchuje włodarzy klubowych.
Nie pamiętam tak wzmożonej aktywności stołecznych dziennikarzy, gdy Lech w Lidze Europejskiej pokonywał Manchester City, plus dwa razy wyszarpywał remisy z Królewską Damą. W tym także 3:3 - i to na wyjeździe. Przy dotkliwym aplauzie turyńskich kibiców. Niemniej mimo wszystko jako niesympatyzujący z Legią potrafię zauważyć i docenić ich wczorajszą dobrą grę. Nie licząc na ewentualne odwzajemnienie. Bowiem tak na marginesie, życie rozpisuje nowe scenariusze, a jak to niegdyś także trafnie ujął Bohdan Smoleń: "ci za sterami się zmieniają".
Inna sprawa, że może faktycznie byłoby korzystniej, gdyby Legia dokończyła rozgrywki grupowe przy pustych trybunach. Widać motywuje ich to w sposób szczególny.
Gratulacje dla Legii. Nie płynące z serca, choć zasłużone.
P.S. Wszystkie trzy bramki wbite Realowi wspaniałe.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Od pewnego czasu montuje się Legię na dobro narodowe, pompując balon ogólnego z nią sympatyzowania. Nic, tylko "Legia to, Legia tamto....", Polaków obowiązkowo karmi się wszelakimi wywiadami, fleszami z przedmeczowych treningów, uchyla kulisowe rąbki, ale i wysłuchuje włodarzy klubowych.
Nie pamiętam tak wzmożonej aktywności stołecznych dziennikarzy, gdy Lech w Lidze Europejskiej pokonywał Manchester City, plus dwa razy wyszarpywał remisy z Królewską Damą. W tym także 3:3 - i to na wyjeździe. Przy dotkliwym aplauzie turyńskich kibiców. Niemniej mimo wszystko jako niesympatyzujący z Legią potrafię zauważyć i docenić ich wczorajszą dobrą grę. Nie licząc na ewentualne odwzajemnienie. Bowiem tak na marginesie, życie rozpisuje nowe scenariusze, a jak to niegdyś także trafnie ujął Bohdan Smoleń: "ci za sterami się zmieniają".
Inna sprawa, że może faktycznie byłoby korzystniej, gdyby Legia dokończyła rozgrywki grupowe przy pustych trybunach. Widać motywuje ich to w sposób szczególny.
Gratulacje dla Legii. Nie płynące z serca, choć zasłużone.
P.S. Wszystkie trzy bramki wbite Realowi wspaniałe.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
środa, 2 listopada 2016
dobre kino
Zauważyłem, że programy telewizyjne w moim domowym telewizorku poukładano tematycznie. Filmowe, sportowe, informacyjne. Jak by to Jan Kobuszewski rzekł: "ciepłe wody osobno, zimne osobno...". I nic przy tym nie majstrowałem, widać dostawca usług taką miał koncepcję. Najwyraźniej słuszną. Wczorajszy deszczowy pierwszy listopada zamiast wygonić na jeden czy drugi spacer, zatrzymał przy domowym kaloryferze. Dzień długi, choć szybko w ciemność zapadający. A że nie da się żyć samą muzyką zerknąłem pod jego koniec do oferty ti wi. Na National Geographic, Planete, Fokus i Discovery przynudzano niemiłosiernie. Nic, tylko polscy truckersi, albo jacyś poławiacze ryb, bądź budowlane konstrukcje, place budowy... Widać kogoś to interesuje, skoro filmy powstają, dla mnie to jednak jeden wielki paw. Choć szczytem nudziarstwa wydają się być zawody w snookersie oraz trzech umorusanych facetów w samochodowym warsztacie, dyskutujących o silnikach, uszczelkach, śrubkach, itp. bardzo podniecających elementach.
Postanowiłem więc przyjrzeć się ofercie fabularnej. Od razu odpuszczając wszelakie durne kanały, jak i te specjalizujące się w stricte serialach, do których nie miałbym najmniejszej cierpliwości. Stanęło na takim, co się zwie Stopklatka, i ma dopisek HD. Bo bez tego drugiego członu nie dałbym rady pomimo zapewnień o idącym właśnie arcydziele. Choć z owym HD uwielbiam szczególnie stare kino. Nie zapomnę jakie wrażenie zrobił na mnie odświeżony Hitchcockowski "Północ, północny zachód". Film wiadomo - majstersztyk, no ale oglądałem z otwartą gębą XXI-wieczne kino połowy wieku XX. Niech się schowają te wszystkie dzisiejsze smoki, potwory, zionące ognie, pożary, kataklizmy. Te teledyskowe efekty specjalne, bardziej bawiące, niż wywołujące ciarki, które na mnie działają pejoratywnie.
Na Stopklatce zapuszczono blisko 2-godzinny obraz "Ścigani". Oryginalny tytuł "Crossing Over" - jakby nie można było od razu ochrzcić "Przejście przez" lub krócej i precyzyjniej "Przeprawa". Wiem wiem, wszak "Dirty Dancing" to "Wirujący Sex", a ja mam stryja w Honolulu.
Nie wiem czy to znany film, ale na mnie zrobił wrażenie. Poza tym, tematyka jakby na czasie. Być może pomogłaby niektórym dobrze zrozumieć problem. A może tego typu kino powinno się serwować młodym ludziom, zamiast otumaniać propagandowym "Smoleńskiem"?. Filmem, który nawet pod przymusem poniósł komercyjne fiasko. Na szczęście zawód nauczyciela zobowiązuje do myślenia i odpowiedniej wrażliwości, no i jeszcze jest coś takiego, jak sumienie. Jako belfer, chyba także za klasowe pieniądze zabrałbym gówniarzerkę do opery na "Aidę", albo do teatru na "Gburów" Goldoniego. Niech przynajmniej się inteligentnie pośmieją, zamiast głupawo udawać smutek. Po co młodych ludzi na wstępie życiowej drogi otumaniać. To przecież takie Misiewiczowe.
"Ścigani", to rozbudowana rzecz o imigrantach, którzy przybywają do USA w celu lepszego życia. Każdy z nich pragnie uzyskać zieloną kartę, co tylko niektórym się udaje. Film także ukazuje garść brudów i niesprawiedliwości, które stoją po obu stronach barykady. Świetny Harrison Ford, i jak zawsze Ray Liotta. Ten drugi w roli na pół schwarz-charakteru. Bo nawet kanalia może zmięknąć, gdy odpowiednio upokorzy go kobieta. A tą niejaka Ashley Judd. Dotąd nie znałem. Choć chyba nie do końca. Przejrzałem dziewczyny filmografię i znalazłem kilka nieobcych tytułów, ale na tym jednak koniec. W "Crossing Over" znakomita.
Film poruszający, często też trzymający w napięciu. Połączenie wątków bytowych z sensacją. Dobre, bo mocne.
Nie pamiętam kiedy ostatnio obejrzałem cały film w telewizorze. W tym roku chyba nie. Cieszę się, że po tak długim okresie natrafiłem na dobre kino.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Postanowiłem więc przyjrzeć się ofercie fabularnej. Od razu odpuszczając wszelakie durne kanały, jak i te specjalizujące się w stricte serialach, do których nie miałbym najmniejszej cierpliwości. Stanęło na takim, co się zwie Stopklatka, i ma dopisek HD. Bo bez tego drugiego członu nie dałbym rady pomimo zapewnień o idącym właśnie arcydziele. Choć z owym HD uwielbiam szczególnie stare kino. Nie zapomnę jakie wrażenie zrobił na mnie odświeżony Hitchcockowski "Północ, północny zachód". Film wiadomo - majstersztyk, no ale oglądałem z otwartą gębą XXI-wieczne kino połowy wieku XX. Niech się schowają te wszystkie dzisiejsze smoki, potwory, zionące ognie, pożary, kataklizmy. Te teledyskowe efekty specjalne, bardziej bawiące, niż wywołujące ciarki, które na mnie działają pejoratywnie.
Na Stopklatce zapuszczono blisko 2-godzinny obraz "Ścigani". Oryginalny tytuł "Crossing Over" - jakby nie można było od razu ochrzcić "Przejście przez" lub krócej i precyzyjniej "Przeprawa". Wiem wiem, wszak "Dirty Dancing" to "Wirujący Sex", a ja mam stryja w Honolulu.
Nie wiem czy to znany film, ale na mnie zrobił wrażenie. Poza tym, tematyka jakby na czasie. Być może pomogłaby niektórym dobrze zrozumieć problem. A może tego typu kino powinno się serwować młodym ludziom, zamiast otumaniać propagandowym "Smoleńskiem"?. Filmem, który nawet pod przymusem poniósł komercyjne fiasko. Na szczęście zawód nauczyciela zobowiązuje do myślenia i odpowiedniej wrażliwości, no i jeszcze jest coś takiego, jak sumienie. Jako belfer, chyba także za klasowe pieniądze zabrałbym gówniarzerkę do opery na "Aidę", albo do teatru na "Gburów" Goldoniego. Niech przynajmniej się inteligentnie pośmieją, zamiast głupawo udawać smutek. Po co młodych ludzi na wstępie życiowej drogi otumaniać. To przecież takie Misiewiczowe.
"Ścigani", to rozbudowana rzecz o imigrantach, którzy przybywają do USA w celu lepszego życia. Każdy z nich pragnie uzyskać zieloną kartę, co tylko niektórym się udaje. Film także ukazuje garść brudów i niesprawiedliwości, które stoją po obu stronach barykady. Świetny Harrison Ford, i jak zawsze Ray Liotta. Ten drugi w roli na pół schwarz-charakteru. Bo nawet kanalia może zmięknąć, gdy odpowiednio upokorzy go kobieta. A tą niejaka Ashley Judd. Dotąd nie znałem. Choć chyba nie do końca. Przejrzałem dziewczyny filmografię i znalazłem kilka nieobcych tytułów, ale na tym jednak koniec. W "Crossing Over" znakomita.
Film poruszający, często też trzymający w napięciu. Połączenie wątków bytowych z sensacją. Dobre, bo mocne.
Nie pamiętam kiedy ostatnio obejrzałem cały film w telewizorze. W tym roku chyba nie. Cieszę się, że po tak długim okresie natrafiłem na dobre kino.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
wtorek, 1 listopada 2016
SEVEN - "Shattered" - (2016) -
SEVEN
"Shattered"
(ESCAPE MUSIC) - w Japonii RUBICON MUSIC
***
Ta angielska grupa powstała nieco ponad ćwierć wieku temu na gruzach istniejącej w RPA formacji Face To Face. Wspomagał ją wówczas legendarny John Parr (ten od potężnego przeboju "St. Elmo's Fire"), który nawet użyczył muzykom w tym celu własnej dość popularnej piosenki "Man With A Vision".
Mieli stać się pop-rockowym boysbandem, lecz w tamtym czasie nie było na to jednak zapotrzebowania. Do głosu dochodziły natomiast inne chłopięce kwarteto-kwintety, wykonujące ot po prostu słodki pop. Seven zniechęceni brakiem sukcesów dwóch nieco wcześniej wydanych singli wkrótce rozeszli się na dobre, by jednak w 2014 roku zejść się w oryginalnym składzie i nagrać absolutnie przepiękną płytę "Seven" (z m.in. odświeżoną wersją piosenki "Inside Love"). Dzieło zaowocowało klasowym melodic-rockiem, na którym roiło się od
![]() |
Dlatego ucieszyłem się na wieść o nadchodzącym "Shattered". Z dużym kredytem zaufania sięgnąłem nawet po japońską edycję albumu. Niestety już po pierwszym jego posłuchaniu nastąpiło spore rozczarowanie. Bo choć wszystkie piosenki wydały się na swój sposób udane, to zabrakło im emocji, które charakteryzował niedawny długogrający debiut. Dopiero nieco później zajrzałem do albumowej książeczki, w której spostrzegłem całkowitą zmianę dotychczasowego składu - z
wyjątkiem wokalisty Micka Devina. Co prawda jego nowym kompanom też nie można niczego zarzucić. Naprawdę grają klasowo, nawet starają się podobnie zabrzmieć, jednak same kompozycje odarte zostały z "tego czegoś". Seven zamienili polot, soczystość i spontaniczność na poprawność i rzetelność. Jeśli więc komuś to wystarczy... Osobiście oczekiwałem zgrabnej kontynuacji i czegoś na miarę kolejnych "Inside Love", "Never Too Late" czy "Don't Break My Heart", że o drugiej takiej balladzie, jak "Diana" już tylko pomarzyć. Otrzymałem jedynie dwanaście niezłych, do bólu schematycznych piosenek, spośród których nawet nie potrafię wyróżnić choćby jednej.
Być może grupę dopadł syndrom drugiego albumu? Kto wie... Ponadto nie każdemu przecież mistrzowska forma musi być dana na zawsze.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
JOE BONAMASSA - "Live At The Greek Theatre" - (2016) -
JOE BONAMASSA
"Live At The Greek Theatre"
(PROVOGUE)
***1/2
Pod względem mnogości wydawnictw Joe Bonamassa może równać się z nieżyjącym Frankiem Zappą, albo bardzo aktywną szczególnie w latach siedemdziesiątych grupą Hawkwind. Już tylko sama liczba koncertowych albumów może przyprawić o zawrót głowy.
Wydany niedawno "Live At The Greek Theatre" nie ma jednak niczego wspólnego z logiczną wydawać by się mogło promocją ostatniego studyjnego "Blues Of Desperation". 2-płytowy zestaw jest zapisem koncertu z Greek Theatre w Los Angeles, który zarejestrowano latem 2015 roku, a stanowi on za hołd dla trzech króli bluesa: Alberta Kinga, Freddiego Kinga oraz zmarłego kilka miesięcy wcześniej B.B.Kinga.
Mamy tu zatem do czynienia z interpretacjami kompozycji bluesowych wzorców oraz idoli Bonamassy. Muzyk podszedł do nich z należytym szacunkiem, wiele jednak dodając od siebie. Jest zatem porywająco, wirtuozersko, ale i zarazem elegancko. Przedsięwzięciu pomogła również wzbogacona poza typowe rockowe ramy sekcja (organy, trąbka, saksofon, żeńskie partie wokalne) jak też ciepła reakcja zgromadzonej publiczności.
Warto z tej udanej całości szczególnie zwrócić uwagę na choćby standard B.B.Kinga "Hummingbird", także "Oh, Pretty Woman" (świetny kawałek z rep. Alberta Kinga, który w swoim czasie także porywająco wykonał Gary Moore), ponadto na natchniony "I'll Play The Blues For You" - z rep.Alberta Kinga, bądź też od razu dający się pokochać klasyk B.B.Kinga "The Thrill Is Gone".
Bonamassa podjął się niełatwego wyzwania, do którego pozyskał efektowną koncertową muszlę, przy czym postanowił także okazjonalnie "pobawić" się różnymi modelami gitar, z których niejeden jest historią sama w sobie.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
VAN MORRISON - "Keep Me Singing" - (2016) -
VAN MORRISON
"Keep Me Singing"
(EXILE)
****1/2
Na najnowszej, nie wiadomo już której płycie Van Morrisona, otrzymujemy blisko godzinną porcję folk/rock/blues/jazz/soulujących kompozycji. A więc dokładnie tego, czego się chyba wszyscy spodziewaliśmy. Wiele przecież albumów tego wiecznie młodego artysty ewidentnie zdradza sympatyzowanie z tego typu twórczością. Mamy zatem do czynienia z ciepłą, niemal jesienną płytą, której piosenki idealnie komponują się z barwami tej nie zawsze ładnej pory roku, choć za sprawą muzyki z "Keep Me Singing" można stać się jej miłośnikiem.
Van Morrison snuje swe opowieści w niespiesznym tempie, przy asyście akompaniujących hammondowskich organów, harmonijki, trąbki, saksofonu, wibrafonu, pianina, czasem nawet i skrzypiec, plus rzecz jasna obowiązkowych gitar czy perkusji.
Jego dojrzały, ale i w pewnym sensie strudzony i często zbolały głos, idealnie koresponduje z przeważającym balladowym nastrojem, w chociażby: "Every Time I See A River" (ta piosenka od dnia poczęcia brzmi jak klasyk), "Out In The Cold Again", "Memory Lane", "Let It Rhyme" czy tytułowym "Keep Me Singing".
Znajdziemy tu ponadto country/bluesowy "The Pen Is Mighter Than The Sword", soul/bluesowy cover "Share Your Love With Me" - ponad cztery dekady temu zaśpiewany przez Arethę Franklin, a także dość monotonny i oparty na prymitywnych korzeniach bluesa "Going Down To Bangor".
Mnie jednak, poza wspomnianymi powyżej pełnymi ciepła i liryzmu balladami, szczególnie przypadły jeszcze do gustu: krótki swingujący "Look Behind The Hill" (z trąbką, puzonem, saksofonem, Hammondami czy pianinem), ponad 5-minutowy mocno rozmarzony "In Tiburon". Ten leniwie brnący kawałek oparty o akompaniament gitary akustycznej, a przyprawiony pianinem, trąbką, no i tym przyjemnie zmęczonym głosem Morrisona nastraja do chęci ujrzenia choćby tylko w myślach uroków tej kalifornijskiej zatoki rodem z Meksyku.
Efektownie prezentuje się również samo zwieńczenie albumu, w postaci dwóch niespełna trzyminutowych kompozycji, tj. pogodnego "Too Late" ("...za późno na smutek, za późno na żal, za późno na jutro, którego już nie mogę się doczekać...") oraz instrumentalnego i także pozytywnego "Caledonia Swing". Ponownie wszystkie instrumenty (pianino, Hammondy, saksofon, a nawet folkująca partia skrzypiec) delektują kunsztem spragnionego emocji odbiorcę.
Kolejna znakomita płyta. Po całkiem niedawnej i równie okazałej, którą ten północny Irlandczyk zrealizował w duetach.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
RIVERSIDE - "Eye Of The Soundspace" - (2016) -
RIVERSIDE
"Eye Of The Soundspace"
(MYSTIC PRODUCTION)
Zmarły niespełna rok temu Piotr Grudziński marzył o takiej ambientowej płycie Riverside. Ten nieodżałowany gitarzysta wraz z pozostałymi trzema zespołowymi kolegami również dobrze czuł się w elektroniczno-rockowej otoczce, a grupa miała takiej muzyki nieco. Nie było dla niej jednak zbyt dużo miejsca na podstawowych dziełach, więc przeważnie trafiała na dodatkowe do nich płyty. A więc na extra "ciekawostki" do ostatniej "Love, Fear And The Time Machine" (zawarte tu kompozycje: "Heavenland", "Return", "Aether", "Machines" i "Promise") czy w identycznej formie na wcześniejszą "Shrine Of New Generation Slaves" (nagrania "Night Session" - części I & II). Choć nie tylko, czego przykładem tytułowa kompozycja z albumu "Rapid Eye Movement", której właśnie otrzymujemy nowy remix, a także inny tegoroczny remix do "Rainbow Trip" - pierwotnie opublikowanego nagrania na singlu "Schizophrenic Prayer".
Grupa od pewnego czasu nosiła się z zamiarem wydania tego wszystkiego na jednym albumie. Śmierć Piotra Grudzińskiego tylko pobudziła do działania. Tym bardziej, że do istniejących już powyższych kompozycji doszły jeszcze cztery nowe i dotąd niepublikowane ("Where The River Flows", "Shine", "Sleepwalkers" oraz tytułowy "Eye Of The Soundspace"). Te przyszło jedynie prężnie dopracować.
Jest to w zasadzie płyta instrumentalna (jedynie z kilkoma pojedynczymi wtrętami wokaliz) różniąca się ogólnym klimatem od tego, co prezentowały zespołowe albumy do tej pory. Oczywiście fani Riverside nie będą zaskoczeni, bo choć takiego monolitu Riverside jeszcze nie mieli, to muzyka przecież nieobca.
"Eye Of The Soundspace" można, a nawet trzeba potraktować dwojako. Jako chęć ukazania oblicza takiej twórczości wszystkim sympatykom Mariusza Dudy i jego kolegów, którzy być może do tej pory nie do końca
zwrócili na nie uwagę, a także jako hołd dla samego Piotra Grudzińskiego. Wydany właśnie podwójny zestaw w zasadzie zamyka pewien etap. Jest także pamiątką z ostatnich wspólnie dokonanych sesji. Wszak mamy tu do czynienia z kompozycjami powstałymi od roku 2007, aż po ostatnie chwile z 2015.Album pozwalający się wciągnąć do krainy zadumy.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) -
www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00
"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Subskrybuj:
Posty (Atom)























