piątek, 19 sierpnia 2011

Praktycznie już po przygodach w europejskich pucharach (Wisła, Legia, Śląsk - bye! bye!)

Nie musiałem umawiać się na wizytę do wróżki, by przewidzieć losy piłkarskich słabeuszy z "t-mobile ekstraklasy". Na tym blogu prorokowałem szybkie odpadnięcie z pucharów, tychże dzielnych piłkokopaczy. Lech Poznań zawalił sprawę, swoją fatalną postawą, pod koniec rundy wiosennej, zakopując do piachu udział w europejskich pucharach, na przynajmniej rok. Teraz dostali kopa i pokazują wysoką formę, stając na czele tabeli.  Ale teraz to żadna łaska - za późno! Oby utrzymali taki stan rzeczy do końca rundy wiosennej, czyli do 2012 roku. Tylko szkoda, bo Lech jako jedyny, mógłby godnie powalczyć z co lepszymi w Europie. Jagiellonia jako pierwsza, od razu w pierwszej swojej konfrontacji, dała się ograć, tak, że wstyd. Pozostali dzielni : Wisła, Legia i Śląsk, dali z siebie co mogli, do wczoraj i dziś.  I na tym koniec przygody pucharowej nastaje. Co prawda dzielna Wisła spisała się najlepiej, pokonując u siebie cypryjski Apoel 1:0. Jednak wynik nie odzwierciedla faktycznego stanu rzeczy na boisku, podczas środowego wieczoru. Piłkarze z maluśkiego Cypru dominowali, i tylko cud sprawił, że nie wbili Wiślakom trzech lub czterech goli. Jednak co się odwlecze.... Choć sercem będę za drużyną spod Wawela, to na ten moment jestem przekonany, iż Cypryjczycy przetrzepią sromotnie tyłki Krakowianom u siebie. Prorokuję ze trzy/cztery do zera. No, może do jednego. Niech będzie. Liga Mistrzów jeszcze nie tym razem. I tutaj tyłek do kopniaka nadstawiam, gdyż bardzo chciałbym się mylić! Co do Legii, to sprawa jest oczywista. Remis 2:2 ze Spartakiem Moskwa w Warszawie, to i tak absolutny sukces Legionistów. O ile przez pierwszą część, pierwszej połowy meczu, Legia zagrała całkiem nieźle, o tyle smutno było patrzeć na to, co działo się później. Braki kondycyjne i szkoleniowe, raziły oko niejednego konesera futbolu. Piłkarze z Łazienkowskiej człapali przez większość meczu po czworakach, z ledwością znajdując tchu, by nie paść na przysłowiowy pysk. Jakimś cudem, w ostatnich zaledwie kilku minutach, poderwali się do walki, dzięki czemu w pocie czoła, suma sumarum, donieśli cudotwórczy remis do końca. Na wyjeździe baty murowane, choć i jako Poznaniak, także im życzę sukcesu. Cuda się czasem zdarzają. O Śląsku Wrocław, napiszę już tylko z przyzwoitości. Także trzymałem za nich kciuki, i nawet wierzyłem w przejście Rapidu Bukareszt, ale Rumuni pokazali poziom, niedostępny na ten czas, dla Wrocławian. Piękna bramka z wolnego Sebastiana Mili, cieszyła oczy i serce Polaka, jednak to, co działo się później, można nazwać kopaniem leżącego. Choć uczciwie trzeba przyznać, że Śląsk grał ambitnie, a także momentami nawet dobrze, ale w większości niestety nieporadnie i słabo. Sporo chaosu i niecelnych podań, to raziło najmocniej. To co często wystarcza na poziom "krajówki", niestety na boiskach europejskich, nie ma żadnych szans. Dla Legii i Śląska, także zabraknie miejsca, w tym przypadku, na Ligę Europejską. Reasumując, cóż, tak krawiec kraje, na ile mu materiału staje. Ot, wyraźnie zabrakło go naszym, na dalszą futbolową przygodę.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 17 sierpnia 2011

WHITESNAKE - "Live At Donington 1990" - (2011) -

 WHITESNAKE - "Live At Donington 1990" - (CYNJAS LLC / Frontiers) -



I oto kolejny przykład wydawnictwa płytowego, które musiało, z jakiś tam powodów, przeleżeć w szufladzie 21 lat, aby zostać w końcu wydanym, dla pokolenia, które przecież w większości nie kupuje płyt.
Ten 2-płytowy zestaw (w limitowanej edycji także z dodatkowym DVD, w digipacku, z zapisem całego koncertu !!!), zawiera historyczny koncert z Donington Park, zagrany w ramach metalowego cyklu festiwali  "Monsters Of Rock". Przedstawienie to odbyło się 18 sierpnia 1990 roku. Gwiazdą główną byli Whitesnake, choć przed nimi zagrali nie byle jacy przecież: Aerosmith, Poison, Quireboys oraz Thunder.
David Coverdale i jego kompania promowali wówczas, wydany rok wcześniej, album "Slip Of The Tongue", który był niezłym kontynuatorem bestsellerowego i tak zwanego beztytułowego albumu "Whitesnake" (1987). Grupa zagrała w silnym składzie, obok śpiewającego Coverdale'a, w składzie znaleźli się: wirtuoz gitary Steve Vai, a także wcale nie gorszy inny sześciostrunowiec Adrian Vandenberg, z kolei na basie zagrał doświadczony Rudy Sarzo (znany wcześniej z Quiet Riot, a także z zespołu Ozzy'ego Osbourne'a), a na perkusji Tommy Aldridge, mający za sobą nie mniejsze doswiadczenie, grał przecież w przeszłości także z Ozzy'ym, ale i Patem Traversem czy Gary Moore'em. Tak więc, personalnie była to swoista Liga Mistrzów. Składu dopełniał jeszcze wynajęty na koncerty klawiszowiec Rick Seratte.
Grupa była na fali, a zobaczenie Whitesnake na żywo, było marzeniem niemal każdego pasjonata rocka czy metalu. A do tego, cała ta Coverdale'owska machina, była znakomicie naoliwiona. Co prawda, zespół nie był w stanie odegrać swoich utworów, w idealnym kształcie jak na studyjnych płytach, ale i te niedoskonałości wychodziły muzykom porywająco dobrze. No i autentycznie. Co przecież jest najistotniejsze, gdyż na tym w ogóle opiera się idea rocka.
Koncert rozpoczynał brzmiący zeppelinowsko "Slip Of The Tongue", a kończył także spadkobierca zeppelinowskich tradycji "Still Of The Night". Poza nielicznymi wtrętami starszych kompozycji, jak: "Slide It In" , "Fool For Your Loving", "Crying In The Rain" czy "Here I Go Again", całość koncertu zdominowały kompozycje z ostatnich (wówczas) dwóch albumów: "Whitesnake" (1987) oraz "Slip Of The Tongue" (1989). Choć i to nie do końca prawda, bowiem przecież, jak nam wiadomo, kompozycje "Crying In The Rain" oraz "Here I Go Again", które pierwotnie znalazły się na słabiutkiej płycie "Saints And Sinners" (1982), zostały przez grupę przearanżowane i nagrane ponownie na multi-platynowej "Whitesnake" (1987). Zdobywając wszelkie laury właśnie dzięki swym nowym szatom. To samo tyczy kompozycji "Fool For Your Loving". Z tym, że tutaj, sprawa wyglądała inaczej, bowiem zarówno stara wersja, znana z albumu "Ready An' Willing" (1980) , jak i ta ze "Slip Of The Tongue" (1989), były niemal na równi sporej popularności w swoim czasie. Pomiędzy tymi Whitesnake'owymi petardami, gitarowymi przeplatankami, uraczyli swoich fanów, zarówno Vai oraz Vandenberg, grając swoje popisowe numery, znane z ich solowych dokonań. Był to wspaniały wieczór przebojów i wykonujących je gwiazd. Koncert z gatunku "marzenie". Już nigdy później przystojniaczek David, nie otaczał się takimi muzykami (choć wszak wciąż nadal znakomitymi) i nie dawal tak spektakularnych koncertów. O czym można także przekonać się, oglądając to samo na DVD. Przeciętna jakość obrazu nie pozwala jednak do końca poczuć satysfakcji, zatem podwójny CD i nasza wyobraźnia biorą górę ponad wszystko.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

SYMPHONY X - "Iconoclast" - (2011) -

SYMPHONY X - "Iconoclast" - (NUCLEAR BLAST) -



Symphony X poznałem późną wiosną 1997 roku, kupując to wówczas ich najnowszą, trzecią w dyskografii  płytę "The Divine Wings Of Tragedy". A wszystko na podstawie okładki albumu, reklamowanej w jednym z niemieckich miesięczników dla metalowców. W tamtych latach, grupa ta, była w naszym kraju prawie w ogóle nie znana. Zaufawszy okładce i wyobraźni, miałem przyjemność odkryć dla siebie jeden z najbardziej interesujących prog-metalowych zespołów, którego akcje z każdym rockiem, szły pomału do góry. Teraz doszło do tego, iż najnowsze dzieło "Iconoclast", wdrapało się nawet do Bilboard-owej Top 100-tki w USA. Co w przypadku Symphony X, zdarzyło się po raz pierwszy w historii.  Nie oznacza to jednak , że ta płyta jest jakoś szczególnie lepsza od poprzednich. Absolutnie nie. Jednak, ten niewątpliwy sukces, jest świadectwem ciężkiej pracy ,w dotarciu do osiągnięcia mocnej pozycji,  którą przez te kilkanaście lat, w pocie czoła muzycy sobie wywalczyli.
Symphony X nie silą się na kopiowanie czego czy kogokolwiek. Wyrobili sobie swój rozpoznawalny styl, co oszczędziło im nachalnych porównań do Dream Theater, Queensryche, Kamelot, itp.....
Absolutnym atutem muzyków Symphony X, jest perfekcyjne opanowanie muzycznego warsztatu, a co ważniejsze, posiadają oni sporo polotu, finezji i umiejętności komponowania. Ich muzyki nie tylko słucha się dla metalowej mocy,  ale i także dla literackiego przesłania. Grupa przejawia zainteresowanie wątkami  historyczno-mitologicznymi, choć na swojej najnowszej płycie, daje ukłon ku pesymistycznej wizji świata przyszłości. Najkrócej rzecz ujmując, "Iconoclast" opowiada o świecie opanowanym przez maszyny i roboty. Przejmują one wszystkie zadania ludzkości, sprawiając, że człowiek, jako istota, przestaje być w ogóle potrzebna. Z czasem doprowadza to całkowicie do eliminacji gatunku ludzkiego. Muzyka podkreśla to także dobitnie. Nastroje się mieszają pomiędzy zautomatyzowanym chłodem , a potrzebą ludzkich uczuć. Ładne melodie przeplatają się z całą masą ostrych, a czasem i nawet, agresywnych improwizacji. Panowie Michael Romeo (gitara) oraz Michael Pinnella (instrumenty klawiszowe) miażdżą odbiorcę lawiną niesamowitych i pomysłowych zagrywek.  Fani ostrego i surowego prog-metalu powinni zwrócić uwagę na otwierający całość utwór tytułowy.  Ostre gitary, kościelne chóry  i mroczna, wręcz niepokojąca atmosfera, czynią z "Iconoclast" doskonały wstęp do całości. Stając się przy okazji jednym z najwspanialszych utworów w karierze. Z kolei fanom dawnego Symphony X, mogę polecić kapitalny finał w postaci "When All Is Lost". Podniosły refren, do tego świetna wirtuozeria gitarowo-klawiszowa, a także bogata oprawa aranżacyjna, stawiają tę kompozycję na symfoniczno-metalowym tronie. Tylko niewiele ustępuje jej kompozycja "The End Of Innocence". Pozostałe utwory także robią niezłe wrażenie. Co cieszy, bowiem ostatnimi czasy trochę mniej porywała mnie twórczość, tego amerykańskiego kwintetu. Bardzo przyjemnie jest, znowu z uśmiechem na twarzy, głosić wszem i wobec, nazwę Symphony X.
P.S. Do wersji limitowanej dołożono , poza pięknym opakowaniem, drugą płytę, z ponad półgodzinnym materiałem. Jest to 5 kompozycji, tylko troszkę ustępujących płycie podstawowej. ale i tutaj trafiły się skarby pierwszej wielkości, w postaci finałowego "Reign In Madness" oraz "Light Up The Night", utrzymanego w duchu twórczości grupy rodem z lat 90-tych.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

sobota, 13 sierpnia 2011

JANI LANE (ex-wokalista WARRANT) nie żyje !

JANI LANE (1.02.1964 - 11.08.2011)



Ostatnio, na swoim blogu,  dosyć często robię za pośrednika smutnych wieści. I oto niestety kolejna takowa. Przedwczoraj, tj. w czwartek ,11 sierpnia 2011, zmarł JANI LANE, były wokalista cenionej i bardzo przeze mnie lubianej grupy WARRANT.  Kilka tygodni temu przedstawiłem w "Nawiedzonym Studio" muzykę WARRANT z najnowszej płyty (niezłej zresztą), na której to pojawił się już nowy wokalista Robert Mason, ale i także dla przypomnienia, posłuchaliśmy kilku nagrań ze znakomitego albumu "Cherry Pie" (1990), na którym oprócz kapitalnego nagrania tytułowego, były choćby takie klasyki, jak słynna Chata Wuja Toma, tj. "Uncle Tom's Cabin" czy uroczo piękna ballada "I Saw Red", i oczywiście wiele innych. Nie przypuszczałem, że tak szybko przyjdzie mi ,po tym fakcie , dopisać się do księgi kondolencyjnej.
JANI LANE, wraz z WARRANT, odnieśli spory sukces na przełomie lat 80/90-tych, szczególnie za sprawą ich pierwszych dwóch płyt: "Dirty Rotten Filthy Stinking Rich" (1989) oraz następnej, wspomnianej powyżej "Cherry Pie" (1990). Obie sprzedały się w nakładach ponad 2-milionowych. I pomyśleć, że następna "Dog Eat Dog" (1992) poniosła według Sony, klapę komercyjną, sprzedając się "ledwie" w nakładzie 0,5-milionowym.  Dzisiaj za taki wynik noszono by ich w lektyce. W czasach, gdy WARRANT, w składzie z JANI LANE'em odnosili sukcesy, dobrze się miały za Oceanem także takie grupy jak: Great White, Motley Crue, Kingdom Come, Ratt czy Poison. Niestety po 1991 roku muzyka tych i podobnych zespołów mocno straciła na popularności, bowiem ludziom odbiło na punkcie koszmarnego grunge'u , i tym podobnych smutnych i wyprutych z pozytywnych emocji zespołów, których osobiście szczerze nigdy nie znosiłem, a późniejszy ich upadek, był dla mnie, jedną z najszczęśliwszych chwil życia.
Nie wiem co było bezpośrednią przyczyną śmierci Artysty. W oficjalnym komunikacie można jedynie przeczytać, że ciało Janiego znaleziono w hotelu "Comfort Inn" w Woodland Hills, w Kalifornii. Artysta przeżył zaledwie 47 lat. Świat muzyki poniósł kolejną wielką stratę.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 12 sierpnia 2011

Hej Frank, czyś ty na łeb upadł?

Wyjeżdżałem na urlop, żegnając się z problemami tego świata i windującym wysoko szwajcarskim Frankiem. Kiedy już powróciłem z krainy spokoju i zapomnienia, Frank ryknął jeszcze mocniej! Wszystkie problemy tego świata zamieciono pod dywan, aby uspokoić nerwowego Franka. Okazuje się, że walutowa paskuda spędza sen z powiek kilkuset tysiącom jego ofiar - tylko w naszym kraju!   Jako, że nie mój to problem, starałem się spać spokojnie, ale nie!, okazuje się, że to problem nas wszystkich. A przynajmniej może się nim stać. Bo już padają propozycje, by pomóc jakoś ofiarom tego złośliwego wirusa, który nie chce odpuścić. A ja się pytam, co to znaczy pomóc? Co, ściepę narodową mamy urządzić , dla ratowania, tych którzy chcieli poprawić swój status społeczny, a im nie wyszło? Ja mówię pas. Nie mam zamiaru i grosza nie dołożę. Każdy biorący kredyt jest wszakże poinformowany o wszystkich niebezpieczeństwach i ponoszonym ryzyku. I ja nie mam ochoty przejmować ich bólu na swoje barki. Biorący kredyt, czynią to w celu perspektyw swojego lepszego życia, jednak nikt im nie obiecywał, że będzie lekko. Wychodząc z domu, nie wiemy co nas spotka, a może wydarzyć się wszystko. Koło mojej pracy kilka miesięcy temu, zawaliła się część balkonu. Poleciał gruz i tynk. Na szczęście nikogo pod nim nie było, a więc obyło się bez ofiar. Jedną z nich, równie dobrze, mogłem być i ja. Gra na giełdzie, to także twoje ryzyko. Gra w lotto wcale nie mniejsze, bo zrujnujesz siebie i rodzinę także, a idąc po zapomogę do Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie, naciągasz tych uczciwie pracujących i w pocie czoła powoli się dorabiających. Wychodząc za mąż, kobieto droga, też nie wiesz czy nie przytrafił się tobie przyszły pijaczyna, a co za tym idzie ponosisz ryzyko. Chciałeś bracie luksusu, chciałeś osiągnąć szybko to , na co inni , nie podejmujący ryzyka kredytowego, musieli czekać, dorabiając się latami, to nie miej pretensji. Nic w życiu nie jest pewne i bezpieczne. Nie wiesz kiedy i co cię spotka. Kapryśny Frank pokazał, że niczego pewnym być nie można, nawet jeśli wszyscy doradcy cie zapewniali o stabilności, pewności i jego potędze.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

W krainie bylejakości

Kiedy byłem małym chłopcem, hej! , zasłuchiwałem się muzyką moich idoli, zastanawiając się czasem, jak to będzie, gdy już oni wszyscy się zestarzeją. Bo to ,że ja wraz z nimi , to w sumie nawet logiczne. Ale oni zawsze będą przed mną ,o te 15, 20, 25 lat. Już pomijam to, że mając tych kilkanaście lat, bałem się tego dnia, w którym przestanę lubić heavy metal. Bałem się zdziadzieć. Myślałem, że najstraszniejszym dniem w moim życiu, będzie ten, w którym zamiast Judas Priest, AC/DC czy Whitesnake, nastawię z większym apetytem, jakiegoś Johna Coltrane'a., Milesa Davisa lub Keitha Jarretta. Dziś wiem, że ten straszny dzień, jeszcze nie nadszedł. Ale niestety, coraz częściej nadchodzą smutne dni, w których żegnamy swoich idoli bezpowrotnie. Pozostają już tylko na płytach ich stare nagrania, bo na nowe nie ma co czekać. Wielu żyjących, odgraża się pójściem na emeryturę, robiąc pożegnalne trasy koncertowe. Na szczęście, ku mej radości, często z tych emerytur powracają do żywych. I dobrze. Póki są siły i zdrowie, niech żyje rock'n'roll! Jednak, smutno mi, gdy sklejam ze sobą pewne fakty, a wynika z nich, że np.w środę 10 sierpnia, Judas Priest, zagrali ostatni koncert z możliwych w Polsce, bo to trasa pożegnalna. I przykro mi, że nie mogłem być w Katowicach, a co za tym idzie, przegapiłem ostatnią szansę na bycie, na koncercie zespołu, którego zawsze kochałem. Ktoś powie, nic straconego, pojedź do Anglii lub Brazylii. Bardzo śmieszne !
Nawet taki Joe Cocker, 67-letni pan, co prawda w kapitalnej formie, ale wątpię, by przyjechał za kolejne dziesięć lat. Opowiadałem ludziom o tym koncercie, i widziałem w ich oczach niewiarę, że mogło być w Arenie , w dniu 9 sierpnia 2011, tak cudownie. A było !!!   I mam to w nosie, czy mi ktoś uwierzy, czy nie. Ludzie chodzą na smutne koncerty, a potem nie wierzą, że człowiek mógł być na przedstawieniu, na którym w roli gwiazdy występował pewien dziadziuś, który może zawstydzić tych młodych alternatywnych wymoczków. Niestety to prawda. To znaczy niestety dla niedowiarków.
Dzisiaj nasz Słuchacz wpisał na forum, że Jon Lord, organista z Deep Purple , jest chory na nowotwór i że właśnie postanawia podjąć z nim walkę.  Jon, jak ja tobie cholernie mocno życzę zdrowia !!!  Smutna to wieść, bo ten kochany facet ma już 70 lat, a i zatem organizm nie najmocniejszy. Wierzę jednak, że z tym cholerstwem sobie poradzi.
Ostatnio po śmierci kilku moich idoli , bądź ich chorobach, zajrzałem do wielu metryk. I tak sobie uświadomiłem, że się wszyscy zestarzeliśmy. Niemal wszyscy najlepsi muzycy tego świata, mają dzisiaj po 65-75 lat.  I nawet , jeśli Najwyższy pozwoli im jeszcze trochę pochodzić po tym świecie, to ile pozwoli im jeszcze pograć?  I co będzie po nich?  No co? Placebo, Kult, Prodigy, Lady Gaga, Feel, ...? Czy inne tam gówna. Lub co najwyżej jakieś bezpłciowe średniactwo? I niech się obrażą na mnie fani powyższych słabeuszy. Mam to w nosie. Nie mam zamiaru zamieniać złota na tombak.
Kolega otworzył ostatniego "Teraz Rocka", i powiedział, że nie ma w nim niczego ciekawego do poczytania. Próbowałem z pierwszej chwili nawet bronić tego miesięcznego słabiaka, ale nie potrafiłem. Wziąłem do rąk swój egzemplarz, przejrzałem i rzuciłem w kąt. Znowu, kurwa mać!, ten pieprzony Kazik. Już mi się rzygać chce, gdy go widzę. Tego filozofa i myśliciela, z tym dredziarskim bałaganem na łbie.
Na frontowej okładce sierpniowego numeru, straszą małpy z Red Hot Shitty Fuckers. Pod koniec sierpnia te funkowo-pseudorockowe cieniasy mają wydać nową płytę. Znowu z tych bełkotów zrobią płytę miesiąca, na pięć gwiazdek. Bo te gówniane redhoty, nawet jak pierdną, to poniżej czterech i pół gwiazdki nie zjadą. A czytająca głupota w to wszystko uwierzy.  Już te młode dziennikarzyki, typu Wewiór czy Filipowski, o to zadbają. A jeszcze pocieszają, że we wrześniowej wkładce będzie Hej. Okazuje się, że co tam wkładka o Niemenie, Breakoutach czy Budce Suflera. Panowie znawcy, mają smak ,że hej!  I zrobią także z nas idiotów, że hej! Wszystkie zespoły ,w tych ich coraz słabszych wkładeczkach , mieszczą się w jednym numerze. Ale Kult z ledwością ściśnięto w numerach dwóch, bo to kurwa taki zajebisty zespół, że hej!  No tak, ale jaka muzyka, taka literatura. Tacy dziennikarze, jak ich wyedukowano. Takie media, jaka proza życia, jakie idee, ....  Ale co tu się dziwić, skoro żyjemy w czasach bylejakości. Dzisiaj młodzi ludzie słuchają muzyki byle jak, na byle czym, bo i żyją byle jak, choć myślą, że są tacy zajebiści. Co będzie, gdy już ostatni dobry artysta zamknie za sobą drzwi? Co po nich wszystkich pozostanie? Nikt im nawet kwiatka na grobie nie położy, bo dla tych współczesnych "bylejaków", nic nie znaczy twórczość tych, których my często uważamy za Wielkich. Chciałbym zatrzasnąć drzwi wraz z nimi. Bo, aż strach tu pozostać !!!

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 10 sierpnia 2011

JOE COCKER - Poznań , Hala "Arena", 9 sierpnia 2011 - po koncercie, jak było?

   WPROWADZENIE
Po marcowym koncercie w poznańskiej Arenie zespołów Slade, Sweet, Smokie, mój serdeczny kumpel Sebcia (z pewnej poznańskiej rozgłośni radiowej, notabene także), zapytał Tomka Ziółkowskiego i mnie, czy nie mielibyśmy ochoty, naszą trójcą , przejść się na sierpniowy koncert Joe Cockera, także do Areny. Pamiętam, że z Tomkiem nie daliśmy się długo prosić. A zatem umowa zakontraktowana. No, ale że Sebcia później z tym tematem zamilkł, to ja, nie tyle nawet, że dałem sobie spokój, ale po prostu o tym zapomniałem. Czasem później jakiś uliczny billboard mi o tym przypominał, ale niczego sobie z tego nie robiłem, uznawszy po prostu, że z koncertu nici. Tym bardziej, że nawaliłem nieco wcześniej Sebci z wyjazdem na warszawski koncert Roxette, pomimo iż bilety były kupione. Do tego wszystkiego, a to już na swoje usprawiedliwienie, dodam, że Sebcia także nie bardzo chyba mógł i chciał pojechać na ten Roxette, gdyż właśnie dokładnie w tym czasie urodziła mu się córeczka, o słonecznym imieniu Klara. Jakże brzmiącym zresztą po poznańsku. A zatem od marcowej obietnicy na koncert Cockera, upłynęło pięć długich miesiący, czyli przeleciała cała wiosna i ponad połowa lata! W ubiegłym tygodniu Sebcia (dla wyjaśnienia, prawdziwe jego imię to Sebastian, bo tylko ja na niego mówię pieszczotliwie Sebcia) napisał do mnie sms-ową propozycję, o mniej więcej takiej treści: "czy w najbliższy wtorek nie miałbyś ochoty wieczorem wyskoczyć na pewne spotkanko?". Odpisałem krótko: "oczywiście". Po chwili dostałem od niego drugie zapytanie: "a, czy nie będzie tobie przeszkadzać obecność jeszcze pewnego faceta?". Pomyślałem, że na pewno Sebcia ma na myśli Tomka Ziółkowskiego, więc zgrywuśnie odpisałem: "że twoi koledzy są także moimi". Po czym szybko napisałem do Tomka zapytanie, czy On coś wie o tym spotkaniu, a Tomek mi jeszcze bardziej zgrywuśnie odpisał, że owszem, jest zaproszony, ale On nie wie w jakim celu, co, gdzie i jak. Zacząłem kombinować i doszedłem do pijackiego wniosku, że pewnie pójdziemy do jakiejś knajpy i się po prostu po męsku urżniemy. Zapomniałem tylko, że Sebcia i Tomek to porządni faceci. Nie to co ja. Choć, czy ja wiem, na pewnej imprezie u Tomka, Sebcia co prawda źle się czuł, więc abstynentował, ale Tomek, który mi całe życie wciskał, że On niby nie pije, bo mu nie smakuje, pił razem ze mną, że hej!   I podczas,, gdy ja zacząłem wygadywać głupoty, Tomek trzymał trzeźwy fason do samego końca. Niewzruszony niczym Robocop.
I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Po ubiegło-niedzielnej audycji, wracam do domu, jest prawie trzecia w nocy, idę do lodówki po dwa jogurty, wcześniej zjadam ogromną pajdę wiejskiego chleba, jeszcze wcześniej wypakowałem z torby płyty, a także zapakowałem się przy okazji na rano do roboty, chwytam za pilota i włączam telewizor przyciskiem kanałowym do przodu, i ukazuje mi się "Super Stacja". Pomyślałem sobie, że pewnie przed snem żona to oglądała, a że nie chciało mi się  przełączać na inny kanał, zostawiłem to co było. I w pewnym momencie na dolnym pasku przelatuje: "we wtorek w poznańskiej Arenie wystąpi Joe Cocker". Krzyknąłem: "Eureka!!!". Nie chciałem już nikogo budzić, ale rwało mnie do szybkiego przekazania tej wiadomości, zarówno mojej Mundi, jak i Tomkowi Ziólkowskiemu. Uczyniłem to jednak zaraz następnego dnia, tzn. w samo południe (bo tak się budzę co poniedziałek do życia). Moja Mundi zareagowała zwyczajnie, ale przynajmniej starała się być miła, a więc napisała: "no zobacz, jaki fajny ten Sebastian, i jaką miła niespodziankę ci zrobi(ł)". Natomiast odpowiedź na moje cudowne odkrycie, ze strony Tomka, przebiła moje najczarniejsze dowcipy. Otóż, Tomek, ze stoickim spokojem odpisał mi, że On wiedział o tym, że Sebcia zabiera nas na Cockera, i tylko dlatego za pierwszym razem udał Greka, czyli że niby niczego nie wie, gdzie mamy pójść we wtorek, bo pomyślał, że to ja sobie robię jaja z ich obu. Czyli, że niby wiem, a tylko udaję głupiego. Tym bardziej, że Sebcia podobno powiedział nawet Tomkowi, że ja wszystko już od dawna wiem o tym koncercie. A ja o niczym nie wiedziałem. Bo przez te pięć miesięcy na śmierć o tym zapomniałem !!! I niech moi nawiedzeni Słuchacze stanowią za dowód tego co w tej chwili tutaj piszę. W ostatniej audycji słowem nie wspomniałem o koncercie Cockera. A gdybym pamiętał, to bym obowiązkowo zagrał kilka piosenek. Nawet , jeśli i tak już wyprzedane bilety, nie dołożyłyby z mojej strony najmniejszej cegiełki do podniesienia komercyjnego aspektu tego wydarzenia.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------


 JOE COCKER - Poznań , Hala "Arena", 9 sierpnia 2011, godz.19.00
organizator: Makroconcert
Mecenas koncertu: Deutsche Bank
Deutsche Bank Invites Joe Cocker - an intimate evening
(ceny biletów od 150 zł, do bodaj 400 zł, ale my we trójkę byliśmy całkiem za darmo !!!)


Wydawało mi się, że weszliśmy niemal punktualnie, tzn.nawet troszeczkę przed godziną 19-tą. Od razu przy wejściu przywitały nas hostessy z paterami, obfitującymi w kanapki i czekoladki. No cóż, trzeba było wszystkiego skosztować, a jakże.. Zaraz obok z kolei, panie rozlewały wodę i Sprite. Także nie omieszkałem, a jak!  Dosłownie, po chwili usłyszałem głos Joe Cockera, ale kotary były zasłonięte, drzwi od wnętrza hali co prawda otwarte, ale tylko malutka ich część, więc pomyślałem, że techniczni grają Artystę, ale z taśmy. No, a że w ciągu kilku następnych sekund kuluary szybko opustoszały, namówiłem moich przyjacielków do nieco szybszego wejścia na salę główną. I faktycznie, na scenie już się wszystko rozpoczęło. Na środku sam Maestro, a po bokach jego pokaźnych rozmiarów band. Jak się zresztą później okazało rewelacyjny!!!  (właśnie grali "Feelin' Alright"). Czarnoskóra basistka, a także dwie atrakcyjne chórzystki, dla kontrastu biała i czarna. Dalej, saksofonista, gitarzysta, perkusista, organista i pianista. O pardon, fortepianista (to w końcu było grand piano!). Łącznie na scenie, wraz z Mistrzem, dziewięć osób. Byłem już w latach 90-tych na koncercie Cockera. I był to bardzo dobry koncert. Ale ten dzisiejszy, był genialny !!! Przed wyjściem na koncert sprawdziłem w encyklopedii rocka, datę urodzin Mistrzunia. Rocznik 1944. Kiedy zobaczyłem, cóż na scenie wyrabia ten 67-letni dzentelmen, to przysłowiowa kopara opadła mi po kostki u stóp! Coś niesamowitego. Nie wiem, czy jego głos jest zaczarowany, czy co?, ale to co z gardłem wyrabiał Cocker dzisiejszego wieczoru, jest czymś niewyobrażalnym, szczególnie dla myślenia i zrozumienia tego przez przeciętnego Polaka, który w takim wieku, ledwo zipie, próbując śpiewać kolędy na Pasterce. A przecież Cocker ma podobno wyniszczony organizm przez alkohol i narkotyki. Co na to specjaliści lekarze? Może to jest właśnie prawdziwy przepis na długowieczność?
Powiem krótko, Cocker zaśpiewał zajebiście! I nie bójmy się użyć tego słowa. Chórzystki wyciągały wszystkie rejestry, z taką swobodą, z jaką ja codziennie wyciągam jogurt z lodówki. Panowie na czarno-białych klawiaturach poruszali się ze swobodą akrobatów cyrkowych oraz z siłą i pasją człowieka, który musi trzasnąć  denerwującą go od jakiegoś czasu muchę. Słowem, orkiestra grała tak, że tynk się sypie. Na szczęście, realizatorzy dźwięku, oszczędzili ewentualnych gruzów organizatorem, dzięki znakomitemu i czytelnemu nagłośnieniu. Brawo!
A jakie piosenki? Koncert marzenie. To było swoiste greatest hits na żywo.
Zaczęło się od "Feelin' Alright". To znaczy ja zacząłem od tego utworu i mam nadzieję, że niczego wcześniej  nie było. Może pominę ze dwa-trzy utwory, ale Cocker i jego kompania zagrali jeszcze: "The Letter", "When The Night Comes", "Unforgiven" (to "Unforgiven" z nowej płyty. Niewtajemniczonym dla wyjaśnienia, polecam moją dzisiejszą recenzję albumu "One Night Of Sin"), "Summer In The City", "Up Where We Belong" (zaśpiewane wspaniale z czarnoskórą chórzystką), "You Are So Beautiful", "Hard Knocks", "N'oubliez Jamais", "Come Together", "You Can Leave Your Hat On", "Unchain My Heart" czy rzecz jasna "With A Little Help From My Friends", w wersji nie gorszej od tej słynnej Woodstockowej. Poważnie!. Było jeszcze "Cry Me A River" na bis, a także "She Came In Through The Bathroom Window". Jeśli coś przeoczyłem, to proszę bardzo, dopiszcie.
Należy wspomnieć, że był to trochę nietypowy koncert. I to nie tylko tu w Poznaniu, czy jutrzejszy (jaki ma być) w Warszawie. Tak jest na całej tej trasie. Wszystkie te przedstawienia są jak limitowane płyty, które mają ograniczony nakład., Tak samo jest z tymi koncertami. Nie sprzedaje się maksymalnej ilości biletów, tylko 2/3 z możliwych. Chodzi o to, by panowała swobodna atmosfera, nie było ścisku, itd... I tak, do Areny sprzedano trzy tysiące (tzn. sprzedano i rozdano pomiędzy Deutsche Bank-owców), z możliwych czterech i pół tysiąca, a do warszawskiej Kongresówki ma wejść ponoć tylko dwa tysiące ludzi, na możliwe jakieś trzy tysiące. Tak więc, był to limitowany koncert, a przy okazji jeden z najlepszych w moim skromnym życiu. I piszę to bez cienia przesady.

P.S. Wielkie dzięki dla Sebci, za ten wieczór i za kolejny bilet na wielki koncert. Tak, tak, to właśnie Sebcia przyczynił się do cudownych wieczorów z Genesis czy The Police, choćby. Oba Chorzowskie. Że o innych już nie wspomnę. Dzięki dla Tomka także, choćby za miłe towarzystwo. I jeszcze jedne dzięki, Tomkowi za dowiezienie do Areny, a Sebci za podwózkę po koncercie do domu. I jak mawiał profesor doktor Jan Tadeusz Stanisławski: "i to by było na tyle".

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl