czwartek, 24 września 2015

IRON MAIDEN - "The Book Of Souls" - (2015) -





IRON MAIDEN
"The Book Of Souls" - (PARLOPHONE) -
***3/4



Od dłuższego czasu martwiłem się o moich pupilków. Niegdyś wywoływali we mnie nieopisywalne emocje, a ich dzieła z lat osiemdziesiątych do teraz traktuję z namaszczeniem. Uważam, że takie albumy jak "The Number Of The Beast" czy "Seventh Son Of A Seventh Son" stanowią za wzorzec doskonałości opatrzony terminem "heavy metal".
Niestety poprzednie dwa twory Żelaznej Dziewicy "A Matter Of Life And Death" oraz "The Final Frontier", poza nielicznymi fragmentami, nie podobały mi się praktycznie wcale. A to kiepsko, szczególnie gdy człowiek uświadomi sobie, iż sprawa dotyczy przecież najlepszej metalowej orkiestry świata.
Upłynęło zatem dwanaście lat od ostatniej płyty, którą szczerze wielbię, czyli od "Dance Of Death". Tak na marginesie, zupełnie nie pojmuję dlaczego tylu fanów Iron Maiden jej tak bardzo nie znosi. Przecież tak niewiele ustępuje wcześniejszej znakomitej "Brave New World". Zostawmy to i nie rozdrapujmy ran, bo oto przed nami 92 minuty najnowszej muzyki, podpisanej tą chwalebną nazwą. Jest z czego wybierać. Nawet jeśli nie wszystko da się pokochać od razu, to jednak na "The Book Of Souls" znajdziemy wiele kapitalnych momentów. Choć słowo "moment" w przypadku tego albumu często dotyczy utworów rozbudowanych i niekrótkich zarazem. Proszę sobie wyobrazić, że zamykający całe to 2-płytowe wydawnictwo nagranie "Empire Of The Clouds", trwa jak solidna epopeja - aż 18 minut! Jest zarazem najdłuższą kompozycją w historii grupy. Powinna przypaść do gustu nawet entuzjastom rocka progresywnego. Rozpoczyna ją Bruce Dickinson, ale zanim zdąży jeszcze zaśpiewać, gra najpierw na pianinie, po czym do głosu dochodzą smyczki - i to takie w klimacie nagrań (śpiewającej wiolonczelistki) Loreeny McKennit, zaś sam Bruce zaczyna śpiewać dopiero po dwóch minutach. Nagranie powoli nabiera dramaturgii, a później.... Pokochają to zwolennicy dawnych "tasiemców" w rodzaju "Hallowed Be Thy Name", "Rime Of The Ancient Mariner" czy "Seventh Son Of A Seventh Son". Choć przy rozpiętości samego "Empire Of The Clouds" ("...podczas, gdy ja stoję w słońcu, tutaj leżą ich marzenia...") tamte wydają się być ledwie radiowymi piosenkami. Utwór traktuje o tragicznym locie sterowca R101, który rozwalił się w 1930 roku, zabierając wraz z sobą około pięćdziesięciu ofiar. Autorem kompozycji jest sam Bruce Dickinson, dla którego jako pasjonata lotnictwa, tamto wydarzenie jest fascynującą kartą historii. Fantastyczna wciągająca kompozycja. Zresztą, drugi dysk "The Book Of Souls" jest jakoś szczególniej udany i w sposób wyraźny podbija wartość całości. Jedynie otwierający go "Death Or Glory" jest mniej przekonujący. Niby pretenduje do miana 5-minutowego przeboju, a w końcowym efekcie psuje go nieszczególny refren. Jednak kolejne trzy kompozycje są wręcz fantastyczne. Siedmio- i półminutowy "Shadows Of The Valley" rozpoczyna się gitarową zagrywką wypisz wymaluj z "Wasted Years", do tego niekiedy Dickinson podśpiewuje "oo-oo-oo" - zupełnie także jak w tamtej kompozycji. Fajna melodia, dobre tempo, świetne gitary - słowem, bardzo chwytliwy numer.
Następny "Tears Of A Clown" jest dosłownie przepiękny i aż żal, że przy okazji najkrótszy w całym zestawie. Dawno Maideni nie mieli takiej melodii!!! Na tym nie koniec, bowiem zanim pojawi się wyróżniona już powyżej suita, otrzymujemy jeszcze taką a'la pół balladę "The Man Of Sorrows". Tylko samym tytułem kojarzącą się z podobnie nazwaną inną, także świetną kompozycją, notabene z najlepszego solowego albumu Bruce'a Dickinsona "Accident Of Birth". Kłaniają się lata 80-te - niemal podobne stopniowanie napięcia, a nawet samo brzmienie, które przenosi do epoki rodem z "Powerslave".
Na pierwszym dysku znajdziemy sześć kompozycji, a wśród nich m.in. ulubione przez zespół od lat nawiązania do starożytności, jak i idącego wraz z tym kultu i wiary dawnych ludów, dla których los ludzkiej duszy po śmierci bywał jeszcze bardziej fascynujący, niż dla człowieka współczesnego. Rzecz dotyczy głównie tytułowego i grubo ponad 10-minutowego "The Book Of Souls". Czasem też Iron Maiden brzmią nawet z lekka orientalnie, jak choćby w otwierającym płytę nagraniu "If Eternity Should Fail". To mocne punkty z zasobnej pierwszej części.
Troszkę mniejsze wrażenie robi mroczny "Speed Of Light", który dzięki posępnym i garażowym brzmieniom gitar chyba lepiej czułby się w zapomnianych już pomału objęciach Blaze'a Bayleya - ze szczególnym wskazaniem na jego debiut w czasach "The X Factor".
Ciekawie rozwijają się "The Great Unknown" ("...nadejdzie potępienie i koniec nas wszystkich...") oraz "When The River Runs Deep". Być może ich melodie nie należą do najwybitniejszych i zapewne przebojowego statusu grupie nie zapewnią, za to oba swe niedostatki w pełni rekompensują fantastycznymi gitarowymi solówkami.
W pierwszej części zdecydowanie najbardziej jednak czaruje 13-to i półminutowy "The Red And The Black". Zaczyna go i kończy powolna, nieco szorstka a'la flamenco gitara, za to całą resztę buduje już jak najbardziej "roztańczone" stylowe Iron Maiden - podszyte wyrazistym i lubianym chyba przez wszystkich wyznawców Maidens tempem basu Steve'a Harrisa. Dickinson śpiewa z zadziorem, w refrenie gdzieniegdzie pojawia się charakterystyczne skandowanie "oo-oo-oo-oo", czyli ponowne nawiązanie do czasów "Somewhere In Time". Dickinson po mistrzowsku wchodzi wokalnie w dialogi z wszechobecnymi gitarami, a warto jeszcze zauważyć smakowicie wplecione tu i ówdzie instrumenty klawiszowe, które w zasadzie imitują orkiestrę smyczkową. Dużą sztuką jest tak skonstruować melodię, aby ta lekko niosła się wraz z wieloma zmianami temp i stanowiła nieugiętą całość. Tutaj Harris i spółka zagrali jak za najlepszych lat. To jeden z najwspanialszych utworów Iron Maiden nie tylko czasów obecnych, ale również w przebiegu całej kariery.
"The Book Of Souls" można by nieznacznie okroić, choć podobno od przybytku głowa nie boli.
Nareszcie Maidens jakich naprawdę lubię, nawet jeśli mimo wszystko o arcydziele mowy być nie może. Up the Irons!




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"