wtorek, 1 września 2015

BON JOVI - "Burning Bridges" - (2015) -





BON JOVI
"Burning Bridges" - (MERCURY RECORDS) -
**1/3


Proszę tylko rzucić okiem na okładkę. Gdybym zapragnął zniechęcić kogoś do własnej twórczości, poprosiłbym nadwornego grafika o stworzenie identycznej. A może to tylko pstryczek w stronę wytwórni Mercury, z którą to Bon Jovi żegnają się po nieco ponad trzech dekadach? Podobno rozstanie następuje w dalece przyjaznej atmosferze, stąd też sugestywny tytuł całości "Burning Bridges". No cóż.... fani grupy muszą zdać sobie sprawę, że mają do czynienia z dziełem stanowiącym za typowy wypełniacz kontraktowy. Zresztą grupa już zapowiada zjawiskowo dobrą płytę na rok następny - dla nowego pracodawcy.
"Burning Bridges" przynosi 40 minut muzyki, co pozwala ją w pełni mianować płytą długogrającą. Z kolei, sama jej zawartość jest swego rodzaju śmietnikiem, poskładanym z kilku nowych piosenek, jak i też tych powyciąganych z zamrażarki niewykorzystanych wcześniej pomysłów. Można by rzec, iż to typowy twór na odczepne, ale czy w ostatecznym kształcie faktycznie jest aż tak źle? Na pewno jest inaczej. Przede wszystkim brakuje Richiego Sambory i bardzo to słychać, pomimo iż etatowy producent grupy John Shanks, stara się jak może przejąć na swój garb obowiązki głównego gitarzysty. Grupa natomiast chcąc go odciążyć, upycha "hektolitry" różnorakich smyczków, pianina, elektronicznych instrumentów klawiszowych, a nawet akordeonu.
Proszę się nie spodziewać rozmachu i przebojowości rodem z albumów w rodzaju "New Jersey", czy absolutnego majstersztyku, jakim było "Slippery When Wet". Tak pięknie bywało naprawdę dawno, bardzo dawno temu. Bezpowrotne to czasy. Miło wciąż powspominać, szczególnie, gdy człowiekowi przychodzi na siłę przebrnąć przez niedawne dokonania z "What About Now", a tymczasem wydaje się jabłku ponownie spaść nieopodal jabłoni. Szkoda, bowiem wydawało się jeszcze przy niedawnej autentycznie fajnej płycie "The Circle", iż grupa łapie w skrzydła wiatr. Najbardziej zastanawia, skąd ten brak temperamentu, skoro na niedawnym gdańskim koncercie było tak fantastycznie. A przecież już na nim zabrakło Richiego Sambory.
Ponoć "Burning Bridges" jest ukłonem dla zagorzałych fanów. Oj, pozmieniało się, widać dziś produkują innych, mniej wymagających.
Płytę wypełniają głównie ballady. Żywsze, wolniejsze - do wyboru. W większości nijakie i bezbarwne (m.in: "We All Fall Down", "Blind Love", "Life Is Beautiful"). Co prawda na promujące single wybrano nieco żywsze kawałki, w postaci: "We Don't Run" oraz "Saturday Night Gave Me Sunday Morning", lecz tyle w nich witalności i dobrego Bon Jovi, co agresji u roślinożernych leniwców. "Saturday Night...." jest ostatnim kompozytorskim owocem współpracy Richiego Sambory, ale i on nie ratuje obecnego smutnego wizerunku grupy.
Najładniejszą w całym zbiorze wydaje się być 6-minutowa ballada "Fingerprints". Ta oparta na podkładzie akustycznej gitary pieśń została sfinalizowana wyjątkowej urody gitarową solówką, która rządzi tutaj niepodzielnie w ostatnich kilkudziesięciu sekundach.
Można jeszcze dostrzec poprzedzającą ją "Who Would You Die For" , okraszoną podniosłym refrenem, a i także urokliwą partią gitary, choć już niestety sporo krótszą. Na siłę dorzucę jeszcze otwierającą całość piosenkę "A Teardrop To The Sea", która na najlepszych płytach Bon Jovi, byłaby zapewne nutą chybioną, ale tutaj.... Tę w sumie mocno przeciętną melodię ponownie ratuje zgrabna gitara, jak też pełna efektowna aranżacja, no i trzeba uczciwie przyznać - fajny śpiew Jona Bon Joviego.
Reszty mogłoby nie być, włącznie z tytułowym żartem "Burning Bridges" - przypominającym bardziej jakiś ubogich krewnych Shane'a McGowana i jego dawnych kolegów z The Pogues.
Czaru goryczy dopełnia artystyczne opakowanie całości. Za okładkę robi pojedyncza kartka, nie znajdziemy na niej żadnego opisu, oprócz samych tytułów piosenek i nazwisk producentów (John Shanks i Jon Bon Jovi). Za jakiś czas w celu przypomnienia sobie choćby personaliów samych muzyków, itp. informacji, zmuszeni będziemy zajrzeć do internetu, a ja jednak kupując oryginalną płytę, pragnąłbym mieć wszystko w jednym miejscu.
Od tej chwili Bon Jovi mogą się już tylko piąć ku górze, trudno bowiem wyobrazić sobie, że mogłoby być jeszcze gorzej.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"