poniedziałek, 31 sierpnia 2015

MOTÖRHEAD - "Bad Magic" - (2015) -




MOTÖRHEAD
"Bad Magic" - (UDR GmbH) -
****

Na ten rok przypada 40-lecie Motorhead, co zresztą z wielką dumą przypomina nam rzymska XXXX z okładki najnowszego longplaya "Bad Magic". To już 22 album, a ja pamiętam, zupełnie jakby to było wczoraj, moje pierwsze emocje po wysłuchaniu świeżutkiego "Ace Of Spades", a chwilę później genialnego koncertu "No Sleep 'Til Hammersmith" - podsumowującego pierwszy okres działalności. Fakt, późniejsze albumy już nigdy nie wywarły na mnie równie wielkiego wrażenia, lecz mimo wszystko zawsze lubiłem posłuchać nowych kawałków Lemmy'ego i jego kompanów. Bo nikt tak nie gra na basie jak Lemmy. To chyba jedyny taki przypadek na świecie, gdzie ktoś na czterech strunach zasuwa z taką energią, pasją i zaciętością, że niech się schowa większość pseudometalowych chucherków. Lubię ten jego mocno zużyty głos, jedyne i swoiste poczucie humoru, swobodny stosunek do życia, a nawet tego odwiecznego pryszcza - "zdobiącego" lewy policzek. Przywykłem nawet do nieśmiertelności Lemmy'ego, przez co jego ostatnim zdrowotnym kłopotom wciąż trudno dać mi wiarę - wszak Lemmy od zawsze wydawał się być niezniszczalnym. Niech zatem to wszystko najlepiej podsumują słowa cytujące Beatlesowskiego klasyka, a przy okazji wieńczące albumową książeczkę: "tomorrow never knows", z dopiskiem: "why not?".
"Bad Magic" jest płytą kolektywną, nietworzoną na dystans, co ostatnio w dobie komputeryzacji bywa zjawiskiem powszechnym. Przez co albumy pozostają wyprutymi z emocji, odartymi z autentyczności, nie mając w sobie ładunku świeżości, a przecież bez tego rock'n'roll po prostu nie istnieje.
O to wszystko, poza Lemmym, Philem Campbellem i Mikkey'im Dee, zadbał ponownie klasowy producent Cameron Webb, którego znamy już choćby z poprzedniego albumu "Aftershock", jak i wcześniejszych "The World Is Yours" czy "Motorizer".
"Bad Magic" jest tak dobra, jaka tylko maksymalnie być mogła. Lemmy zawsze daje z siebie sto procent. To kwestia tylko naszego indywidualnego podejścia, które jego dzieło ocenimy wysoko, a które jeszcze wyżej. Dla mnie to wspaniała płyta, która zawiera wszystko, co w najlepszy sposób charakteryzuje Motorhead. Energię, entuzjazm, moc, chwytliwe melodie oraz sporą rozmaitość, jak na ten wydawać by się mogło - schematyczny rodzaj bezkompromisowego łojenia. Właśnie - łojenie - to chyba najwłaściwsze określenie sztuki uprawianej przez tych trzech Panów.
13 utworów i tylko nieco ponad 40 minut grania, praktycznie bez wytchnienia. Od 3-minutowej torpedy "Victory Or Die" (zwycięstwo albo śmierć), która zdecydowanie niesie w sobie pokłady ładunku rodem z "Ace Of Spades", "Bomber" lub "No Class", aż po świetną przeróbką Rolling Stones'owego klasyka "Sympathy For The Devil" - gdzie gitarzysta Phil Campbell zagrał nawet na pianinie, a w słynnych chórkach "uu-uu-uu-uu" zaśpiewał między innymi były perkusista The Cult i Guns N'Roses - Matt Sorum. I choć całej płyty słucha się z dużą przyjemnością, to polecam zwrócić uwagę na kilka smaczków, jak choćby na bardzo fajne gitarowe solo w "The Devil" - autorstwa zaproszonego na tę okazję Briana Maya - gitarzystę Queen. Bądź też na super chwytliwy "Teach Them How To Bleed", którego ostatnich 20 sekund zdobi przyjemny spowolniony bluesowy akcent, by chwilę później nastała obłędna ballada "Till The End" - przywołująca ducha albumu "1916". Lemmy z urokiem typowym dla siebie zwraca się w niej do życiowych mądrali, jakich chyba każdy z nas ma zawsze pod ręką, z mniej więcej takim oto przekazem: "....posłuchaj no przyjacielu, nie mów mi co mam robić, sam siebie znam najlepiej i nie potrzebuję żadnych dobrych rad....". Po czym płyta powraca do właściwego metalurgicznego tempa, za sprawą "Tell Me Who To Kill". Motorhead grają tu jak za czasów "Bomber" czy "Overkill". Surowo i z dużym ładunkiem decybeli, zupełnie jakby im z garbu czasu zdjęto tych czterdzieści zawodowych lat.
Proszę jeszcze koniecznie nie przegapić ciężkiego, masywnego i demonicznego "Choking On Your Screams". Lemmy'emu blisko tu do Carla McCoya z Fields Of The Nephilim. Choć raczej odwrotnie, to przecież McCoy niegdyś przeniósł Lemmy'ego wzorce do własnej gotycko-progresywnej twórczości.
Warto ponadto zwrócić uwagę na genialne linie basu w "When The Sky Comes Looking For You" (te burzliwe wejścia są niesamowite) i porywające tuż obok gitarowe zagrywki Phila Campbella. 
To tylko kilka "piosenek", lecz proszę również posłuchać uważnie wszystkich pozostałych - z tej bardzo udanej płyty. Kolejnej na bardzo wysokim poziomie, a przy okazji w nadziei na jeszcze wiele innych.....




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"