wtorek, 2 czerwca 2015

WHITESNAKE - "The Purple Album" - (2015) -




WHITESNAKE
"The Purple Album" - (FRONTIERS) -
***1/2

Idea nagrania tego albumu powstała już dobrych kilka lat temu, co i tak na swój sposób wydaje się późną decyzją. Niemal od zawsze pewnym było powstanie takiego dzieła. Zresztą o jego kulisach (i nie tylko) można przeczytać w albumowej książeczce...
Na "The Purple Album" (czytając tytuł, jasno słyszymy: "Deep Purple Album") David Coverdale złożył hołd trzeciemu i czwartemu składowi Deep Purple (Mark III & IV), w którym uczestniczył jako wokalista, wraz z Glennem Hughesem. Jego nagranie wydaje się trafnym i zarazem naturalnym pomysłem, bo czyż nie dziwne byłoby zabieranie się za "Dym na Wodzie", "Gwiazdę Autostrady" lub "Dziecko w Czasie"? Jakby nie było, za te największe przeboje. A przecież, tamte jednak powstały na długo przed epoką "boskiego" Davida. Szczęśliwie zatem na repertuar "The Purple Album" złożyły się kompozycje z jedynych słusznych trzech dzieł, a mianowicie: "Burn" (1974), "Stormbringer" (1974) - oba jeszcze za gitarowego panowania Ritchiego Blackmore'a, plus "Come Taste The Band" (1975) - z króciutkiego urzędowania (przedwcześnie zresztą zmarłego) Tommy'ego Bolina. Były to ostatnie tchnienia grupy przed długą, trwającą blisko dekadę przerwą. Pamiętam jak w tamtych latach niemal wszyscy sympatycy zespołu kręcili na nie nosem. Chyba nie do końca odpowiadał im mocno soulujący kierunek, na którego obrany kurs zdecydowanie wpłynął Glenn Hughes, mający od zawsze skrzywienie na punkcie tego typu grania. Teraz jednak wszystkie partie wokalne (oprócz tych, w których asystują liderowi jego zespołowi koledzy) przejął sam maestro Coverdale. Podając "purpurowy" repertuar w zdecydowanie Whitesnake'owym sosie. Aby doprecyzować, myślę tu o zespołowym obliczu z ostatnich kilku lat, będącym idealnym wypośrodkowaniem pomiędzy metalowymi albumami z drugiej połowy lat osiemdziesiątych, a tymi typowo hard rockowymi - nagranymi jeszcze kilka lat wcześniej.
Całości słucha się wybornie i komfortowo, nawet jeśli każdy z nas zapewne zdecydowanie obstaje od zawsze przy pierwowzorach.
Nowe wersje: "Burn", "Lady Double Dealer", "Love Child", "Lay Down Stay Down",
"Stormbringer" czy "Mistreated" (w epoce ten numer był prawdziwym konkurentem dla troszkę późniejszego "Stargazer" - grupy Rainbow) jawią się niczym świeże wyciągi z hutniczego pieca. Aż głowa sama się prosi o zarzucanie grzywą. Okazuje się, że z lekka zmodyfikowany repertuar Deep Purple, wcale nie stracił nic z dawnego czaru. Chociaż przecudowny w oryginale duet Hughesa z Coverdalem w "You Keep On Moving", okazał się w tej najnowszej interpretacji jakby nieco blady, ale paradoksalnie nawet całkiem fajny. Rekompensatą w takim razie niech będzie uduchowiona i akustycznie podana wersja "Sail Away" - z wplecioną Elegią dla zmarłego przed kilkoma laty Jona Lorda - organisty Deep Purple, ale i Whitesnake przecież także. Skoro zatrzymaliśmy się przy tej pięknej balladzie, pragnę uspokoić, Coverdale i jego koledzy nie zapomnieli także i o tych najsłynniejszych, czyli "The Gypsy" oraz "Soldier Of Fortune" (tutaj świetna współpraca gitary akustycznej Joela Hoekstry z akustycznym basem Michaela Devina). Z kolei jak najbardziej klasycznie i rzecz jasna "purpurowo" grupa zabrzmiała w "You Fool No One" - i tutaj brawo dla Michaela Devina za świetną i z wyczuciem, lecz niestety bardzo krótką grę na harmonijce. I choć praktycznie każdy z członków Whitesnake otrzymuje na "The Purple Album" niejedną możliwość zaistnienia i pokazania swych indywidualnych umiejętności, to jednak nad wszystkim mocno panuje rygorystyczny Coverdale, i to on dysponuje siłami tak, aby te nie przyćmiły jego wielkości.
Podstawowy kompaktowy zestaw liczy sobie trzynaście nagrań. Jeśli jednak komuś będzie mało może sięgnąć po edycję deluxe - zawierającą dodatkowo nowe oblicza "Lady Luck" oraz "Comin' Home". Uwielbiam te nagrania od zawsze i nie do końca pojmuję dlaczego nie mogą dostąpić ich zaszczytu wszyscy nabywcy tej płyty, a jedynie wybrani - ci "deluksowi". Osobiście nie znoszę tego dzisiejszego dyskryminowania i dzielenia na lepszych i gorszych fanów. Każdy kupujący fizyczny nośnik powinien z urzędu otrzymać kompletny repertuar. Zapytam w takim układzie, czy ten uboższy fan, to gorszy fan? Ze współczesnym wymysłem diamentowych, złotych, czy innych koncertowych sektorów, też mi nie po drodze. A i ogólnie jakoś mało sympatycznie. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu wszyscy w tej kwestii mieli równe szanse - biedni i bogaci, mądrzy i głupi.




Andrzej Masłowski 


 
Radio "AFERA" 98,6 FM (Poznań)  - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą co w muzyce najpiękniejsze"