czwartek, 25 czerwca 2015

MARC ALMOND - "The Velvet Trail" - (2015) -



MARC ALMOND
"The Velvet Trail" - (CHERRY RED RECORDS) -
****



Dobrze, że Marc Almond z nami jest, nagrywa i cieszy się niezłym zdrowiem. Gdy przed dekadą cudem uniknął śmierci po groźnym wypadku motocyklowym, przez pewien czas miał nawet plany, by usunąć się ze świata muzyki. Jednak ja osobiście byłem jakoś dziwnie spokojny, albowiem wielcy artyści trwają na pokładzie do samego końca. A mamy do czynienia z człowiekiem, który w pełni zasługuje na słowo "artysta". Matka natura obdarzyła go pięknym głosem i musicalowym zacięciem, ponadto dała mu jeszcze w prezencie poczucie smaku i estetyki. Jak i jeszcze jedno - otwartość na ludzi, różne ich kultury, w tym na samą muzykę. To pozwoliło mu przebyć wiele różnych dróg, od klubowego i tanecznego Soft Cell, poprzez świat poezji (choćby interpretacje Jacquesa Brela), kulturę hiszpańską (genialny album "Enchanted"), sprowadzenie do wspólnego mianownika muzyki klasycznej i pop, co miało miejsce choćby na fantastycznym "Tenement Symphony", a i fascynację Rosją (LP "Heart Of Snow"), kabaretem, wodewilem, i wiele wiele innych.... Myślę, że gdyby Almond zapragnął wdać się w muzyczny flirt z naszymi góralami, to ośmieszyłby ich wszystkich dzisiejszych niezdarnych naśladowców. 
Produkcji "The Velvet Trail" podjął się niejaki Christopher Braide. Znana postać, choć kojarzona raczej ze współpracą z artystami nieco młodszego pokolenia. Proszę się jednak na zapas nie martwić, nie mu tu żadnego przeciągania liny na niebezpieczny grunt beatów, komputerów czy jakichkolwiek łomotów. Wręcz przeciwnie, album został starannie opracowany, z dużym naciskiem na subtelne szczegóły, a nad całością unosi się symfoniczno-poetycki duch. To taki Almond jakiego ubóstwiam, śpiewający z ogromnym zaangażowaniem, z całą maestrią i potęgą. Christopher Bride zadbał o syntezatory, fortepian, kilka instrumentów zaprogramował, a także podjął się do spółki z Nealem X o zagranie wszystkich gitarowych partii. Pozostali muzycy dograli jeszcze smyczki, wokalizy i tak oto powstała całość. Blisko godzinna porcja wszechstronnej i bogatej muzyki. Niczym prawdziwa opera, składająca się z trzech aktów, plus godny finał. 
Nie jest to album od razu wpadający w ucho, nawet jeśli zdamy sobie sprawę, iż każda z piosenek jest na swój sposób melodyjna, ciekawa i przykuwa uwagę. Trzeba go uważnie posłuchać, a on w odpowiednim czasie sowicie nam wynagrodzi oczekiwania. Choć jest tutaj kilka piosenek, które  swą bezpretensjonalną aurą od razu zaskarbiają serce, jak otwierająca całość (tuż zaraz po intro pierwszego aktu) dynamiczna, niemal taneczna "Bad To Me", bądź przesiąknięta nutką goryczy podniosła ballada "Earthly", a także - a może przede wszystkim - "Winter Sun". Ten klejnot nad klejnoty, to chyba najśliczniejszy zbiór melancholijnych nut jakie Almondowi przyszło zaśpiewać od czasu wspomnianych albumów "Tenement Symphony" oraz "Enchanted". Ach, i ten niesamowity fortepian! Już choćby tylko dla tych piosenek warto zaszyć się w wyciszonym pokoju i posłuchać wszystkiego bardzo uważnie, a później przewietrzyć go z wszystkich złych myśli.  
Na "The Velvet Trail" znajdziemy jeszcze wiele innych podniosłych songów, jak przedzamykająca płytę tytułowa "The Velvet Trail"- z pięknie do niej pasującym instrumentalnym, ale i króciutkim finałem w stosownie zatytułowanym "Finale", gdzie tylko skrzypce i fortepianowe plamy.... 
Jestem pewien, że pokochacie Państwo także natchnione "Scar", "Minotaur", "Zipped Black Leather Jacket" czy "The Pain Of Never", jak i tych kilka żywszych, z "Demon Lover" i "Pleasure's Wherever You Are" na czele. 
Jedyną niepasującą do całości piosenką wydaje się być "When The Comet Comes" - chybioną głównie z uwagi na kompletnie nieprzystającą do klimatu albumu wokalistką Beth Ditto (z modnej grupy Gossip). Pomimo tego niewielkiego zgrzytu mamy i tak do czynienia z nadspodziewanie udanym dziełem (bijącym na głowę ub.roczny "The Dancing Marquis"), co by nie powiedzieć Wielkiego Artysty, któremu w ostatnich latach jakoś nie bardzo stawało tego faktu dowieść.




Andrzej Masłowski 



Radio "AFERA" 98,6 FM (Poznań)  - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą co w muzyce najpiękniejsze"