Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bon jovi, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania bon jovi, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 czerwca 2013

BON JOVI zagrali w Gdańsku, 19.06.2013

BON JOVI, support IRA
Stadion PGE Arena, Gdańsk , 19 czerwca 2013
IRA - godz. 18.30
BON JOVI - godz. punkt 20.00


Jak to powiedzieć, aby wszyscy mnie dobrze zrozumieli? Szczególnie w tym moim kraju. Zastanawiam się, jakimi słowami powinienem podkreślić rangę wydarzenia z minionej środy? Zdając sobie sprawę, że tu, między Odrą a Nysą, marzenia większości "rockmanów", spełniają tylko Floydzi, Zeppelini, Sabbaci, Ajroni czy Metallica. Jak zatem głupio będzie wyglądać tekst nawiedzonego, który napisze Państwu o koncercie Bon Jovi, że to niby tenże nawiedzony, był na koncercie swych marzeń, a co za tym idzie, na jednej z największych "życiówek".


Bo co ja na to poradzę Drodzy Państwo, że całe życie lubiłem r'n'rolla, czyli takiego rocka co to żywiołowego, melodyjnego i uśmiechniętego. No i, że Bon Jovi w tej dziedzinie sztuki, zawsze mi byli bardzo po drodze , w stosunku do tej całej alternatywnej zgrai smutasów i deprechów mołdów. Wreszcie, co ja na to poradzę, że Bon Jovi zabili mnie w 1986 roku płytą "Slippery When Wet", której to oryginalny egzemplarz winylowy mam po dziś dzień. Nie jakiś tam dokupiony na Allegro za dwie dychy przedwczoraj, a prawdziwy 27-letni. Bo ja mogę sobie odpuścić zakup najnowszego smutnego Depeche Mode, czy innej podobnej "deprechy mołdy", lecz nowe dzieło Bongioviego, kupię w ciemno, nawet gdyby mi wszyscy dookoła postarali się go obrzydzić jak to tylko możliwe.
Ktoś zaraz przygryzie, że niedawno przecież ja sam, na tymże, a nie innym blogu, zjechałem najnowsze dzieło Jona i kolegów "What About Now". Proszę Państwa, każdy ma prawo do chwilowego zgłupienia i napisania sobie jakiś tam nieprzemyślanych bzdur. Ja także. Ale ja się tego nie wstydzę, i nie wymarzę także z pamięci czynów popełnionych. Niech ma te 1,5 gwiazdki - na zawsze. Tak wówczas myślałem, tak to czułem, a niech zatem już tak pozostanie dla kolejnych pokoleń.
Po środowym koncercie na PGE Arenie w Gdańsku, powiem Państwu, zupełnie inaczej postrzegam najnowsze kompozycje, bo każdy kto był tam w środku tego bursztynowego spodka wie,  jak chłopaki zagrali, no i jakie "ciary" biegały po ciele.
Dwie i pół godziny !!! 26 piosenek !!! Dacie Państwo wiarę? Dokładnie tyle zagrali. Kilka wieczystych ballad, całą masę soczystych petard, wspaniałych melodii, a wszystko to złożone z mniejszych lub większych przebojów. Setlistę podaję pod tekstem. Oczywiście, sam tego na bieżąco nie zapisywałem, ani też zapamiętać nie byłem w stanie, ponieważ koncert był tak fenomenalny, że każdy normalny człowiek nie miałby czasu na notowanie tego wszystkiego. Coś takiego mógłby ewentualnie uczynić jedynie jakiś wynudzony i zblazowany dziennikarz, któremu ślizgnęła się przymusowa akredytacja. Słowem: robota, nie przyjemność. To tak, jakby mnie wysłano na ... Ach, ugryzę się. Masłowski przestań być wreszcie wrednym.
Słyszałem przez ostatnich kilka dni takowe głosy: "łe, nie będzie Sambory, to co to za koncert..." . Jeśli ktoś tak pomyślał, to serdecznie współczuję lub "gratuluję" - do wyboru!  Na niemal w stu procentach wyprzedanym koncercie, chyba nikt nie skomlał z żalu o brak Richiego, albowiem zastępujący go na całej europejskiej trasie Phil X, grał po prostu fantastycznie. Każdy mógł sobie niezastąpionego Samborę, przykryć oczyma wyobraźni, bo całe Bon Jovi jako zespół, ścięło z nóg. Forma Jona? - obłędna. Świetnie zaśpiewał. Tak samo David , Tico i koledzy, zagrali czysto, czadowo, po prostu pięknie.
Był zatem śliczny stadion, o wiele efektowniejszy od tego co zobaczyć można na zdjęciach, bądź w samej telewizji - serio!. Była znakomita i czująca klimat publiczność. Było wesoło, entuzjastycznie, ale i bardzo bardzo ciepło, a także i nie zabrakło dla uatrakcyjnienia polskiego bałaganiku organizacyjnego, z piekielnie długim wystawaniem w kolejce po upragniony zimny napój. Piwo Tyskie w kubeczku od coli za 10 zł. Złodziejstwo ! Na murawie było także kilku moich znajomych, a wśród nich 2 podróżniczych kompanów, którzy delikatnie poprosili, bym o nich nie wspominał w tymże miejscu. Wreszcie, była obłędna scena, imitująca przód jakiegoś wozu cadillaco-podobnego, który zwał się "Bon Jovi". Po bokach całej tej blachówy widniały po dwa migające reflektory na każdej ze stron, poniżej tablica rejestracyjna z wypisanym (a jakże!) "New Jersey", natomiast za kratką, w silniku, grał zespół. Ten zespół, na który przyszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, by posłuchać na żywo kilku piosenek z nowego longa "What About Now" oraz dodatkowo jeszcze ponad dwudziestu szlagierów, z "You Give Love A Bad Name", "Born To Be My Baby", "Raise Your Hands" czy "Livin' On A Prayer" na czele. I tutaj mnie strach (przy tym ostatnim utworze) obleciał, gdyż Bon Jovi zaczęli go akustycznie, i już się bałem, że przynudzą jakąś ogniskową wersją, ale "wah wah" w ustach Phila X, potwierdziło po chwili, że będzie jednak pełna i mocna wersja. Tłum oszalał!
Ale ludzie oszaleli także przy "It's My Life", nie mniej świetnie przyjęli "Because We Can", ale i cały stadion gwizdał, krzyczał i bił brawo przy "Never Say Goodbye", gdy Bon Jovi zasugerował kamerzyście, by ten najechał obiektywem na pewną parkę ze strefy "Diamond Circle" (bilety po 1490 zł !!!), a tam proszę sobie wyobrazić , chłopak właśnie wręczał pierścionek zaręczynowy sercowej wybrance. Chwile wzruszenia. I to nie tylko dla nich samych. Kiedyś widywałem podobne sceny w amerykańskich hitach kinowych, i jak każdy śmiałem się wiedząc, że w realnym życiu coś takiego się po prostu nie zdarza. A jednak!
Mnie jeszcze wzruszenie szczególne ogarnęło, gdy na bis, Jon Bon Jovi wyszedł w koszulce naszej piłkarskiej reprezentacji, z plecowym numerem "jeden", a w nazwisku zawodnika rzecz jasna stało napisane "Bon Jovi". Podobno był to prezent od polskiego fanklubu, tak więc identycznej reżyserki nie ma na pozostałych koncertach trasy.
Co ja mam jeszcze Państwu napisać, kiedy wszystko mam w sercu, a w głowie z wrażenia drzemie pustka. Zapewne, wiele przypomni mi się, gdy już zakończę pisać ten tekst. Myślę jednak, że o tym koncercie, napisze jeszcze każdy internetowy portal, niejeden blog, a i codzienniki prasowe, czy inne tam ..., także. Nie miałem zamiaru pisać nudnej recenzji, z gatunku krok po kroku (vide, step by step), ponieważ sam nie lubię tego typu literatury, stąd skromny tekst po absolutnie "WIELKIM KONCERCIE", ale takowy miał być z założenia.
Kolega "kierowca", ten co tak skrywa swe personalia, poprosił mnie także, bym nie wkopał go z samochodem, który niebezpiecznie nam w Gdańsku zaszwankował. Przez co powrót do domu, stanął w pewnej chwili pod dużym znakiem zapytania. Na szczęście po koncercie, wypoczęta francuska "paskuda"  ruszyła bez łaski w wiadomym kierunku. Przez przygodę z autem, nie udało nam się dotrzeć na starówkę, by uściskać Neptuna, za to przechadzka bosymi nogami morskim brzegiem ... - zaliczona. A że cudowna była aura, to ...
Niestety, Gdańsk bardzo zaniedbany. Trawa rośnie wszędzie jak natura chce. Dosłownie kłosy żyta zamiast przyciętej trawki. Budynki szare, brudne i sypiące się. Chodniki ze starych i krzyw płyt, zero pozbruku. Myślę, że odwiedzający peryferyjne rejony centrum miasta Niemcy, mruczą sobie pod nosem: "cóż ci Polacy z tym naszym Gdańskiem zrobili". Nie waszym, nie waszym, a naszym! Ale co prawda, to prawda. Smutno patrzeć było chwilami. Poniższe zdjęcia pokażą Państwu prawdziwe obrazki brukowych ulic, sypiących się domów, czasem wręcz baraków, które niemal stykają się z morską plażą. Tak tak, to sąsiedztwo promenady, tej łączącej całe Trójmiasto. Być może nie miałem szczęścia zobaczyć wczoraj tego pięknego Gdańska, bo wierzę, że takowy także na pewno jest, ale zobaczyłem i tak sporo z różnych dzielnic - i zrobiło mi się nawet przykro, ponieważ w 1986 roku Gdańsk, spodobał mi się ogromnie. I tak go pamiętałem do przedwczoraj. Następnym razem wierzę, że to tak ważne dla Polski miasto, się zrehabilituje.
Acha, zapomniałbym, supportem dla Bon Jovi była nasza Ira, która zagrała momentami z bardzo złym, wręcz charczącym nagłośnieniem , także bez podłączonych telebimów, no i przy bardzo słonecznym fragmencie dnia (o godzinie 18.30). To był mój drugi kontakt z koncertową Irą. Pierwszy miał miejsce blisko 20 lat temu w Warszawie, przed koncertem Aerosmith, kiedy to Artur Gadowski nosił jeszcze bardzo długie włosy. Ira to taki zespół, który gra metalowo, r'n'rollowo i bardzo po amerykańsku. Teoretycznie w stylu, któremu hołduję, a jednak jakoś nigdy nie kochałem ich muzyki. Było mi nawet bardzo głupio, gdy moi towarzysze dobrze się bawili, śpiewając sobie pod nosem niemal ich wszystkie utwory, a ja nie znałem żadnego tekstu. Cóż, i tak bywa ... Był jednak moment, w którym zrobiło mi się solidarnie (to słowo nawet pasowało do tamtego miejsca), a i nabrałem sporego szacunku do grupy, mianowicie, gdy Artur Gadowski niemal pod sam koniec występu , dziękując już publiczności dodał z goryczą w głosie, iż nie pozwolono Irze zagrać próby przed samym koncertem. Tłum zaczął bić muzykom brawo, a odpowiedzialnym za taki incydent organizatorom, dostało się wygwizdane chłosty.

  1. That's What the Water Made Me
  2. (John Fogerty cover)
  3. Encore:
  4. Always
    Phil X is filling in for Richie Sambora.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!) 








środa, 2 września 2015

BON JOVI - "Burning Bridges" - (2015) -





BON JOVI
"Burning Bridges" - (MERCURY RECORDS) -
**1/3


Proszę tylko rzucić okiem na okładkę. Gdybym zapragnął zniechęcić kogoś do własnej twórczości, poprosiłbym nadwornego grafika o stworzenie identycznej. A może to tylko pstryczek w stronę wytwórni Mercury, z którą to Bon Jovi żegnają się po nieco ponad trzech dekadach? Podobno rozstanie następuje w dalece przyjaznej atmosferze, stąd też sugestywny tytuł całości "Burning Bridges". No cóż.... fani grupy muszą zdać sobie sprawę, że mają do czynienia z dziełem stanowiącym za typowy wypełniacz kontraktowy. Zresztą grupa już zapowiada zjawiskowo dobrą płytę na rok następny - dla nowego pracodawcy.
"Burning Bridges" przynosi 40 minut muzyki, co pozwala ją w pełni mianować płytą długogrającą. Z kolei, sama jej zawartość jest swego rodzaju śmietnikiem, poskładanym z kilku nowych piosenek, jak i też tych powyciąganych z zamrażarki niewykorzystanych wcześniej pomysłów. Można by rzec, iż to typowy twór na odczepne, ale czy w ostatecznym kształcie faktycznie jest aż tak źle? Na pewno jest inaczej. Przede wszystkim brakuje Richiego Sambory i bardzo to słychać, pomimo iż etatowy producent grupy John Shanks, stara się jak może przejąć na swój garb obowiązki głównego gitarzysty. Grupa natomiast chcąc go odciążyć, upycha "hektolitry" różnorakich smyczków, pianina, elektronicznych instrumentów klawiszowych, a nawet akordeonu.
Proszę się nie spodziewać rozmachu i przebojowości rodem z albumów w rodzaju "New Jersey", czy absolutnego majstersztyku, jakim było "Slippery When Wet". Tak pięknie bywało naprawdę dawno, bardzo dawno temu. Bezpowrotne to czasy. Miło wciąż powspominać, szczególnie, gdy człowiekowi przychodzi na siłę przebrnąć przez niedawne dokonania z "What About Now", a tymczasem wydaje się jabłku ponownie spaść nieopodal jabłoni. Szkoda, bowiem wydawało się jeszcze przy niedawnej autentycznie fajnej płycie "The Circle", iż grupa łapie w skrzydła wiatr. Najbardziej zastanawia, skąd ten brak temperamentu, skoro na niedawnym gdańskim koncercie było tak fantastycznie. A przecież już na nim zabrakło Richiego Sambory.
Ponoć "Burning Bridges" jest ukłonem dla zagorzałych fanów. Oj, pozmieniało się, widać dziś produkują innych, mniej wymagających.
Płytę wypełniają głównie ballady. Żywsze, wolniejsze - do wyboru. W większości nijakie i bezbarwne (m.in: "We All Fall Down", "Blind Love", "Life Is Beautiful"). Co prawda na promujące single wybrano nieco żywsze kawałki, w postaci: "We Don't Run" oraz "Saturday Night Gave Me Sunday Morning", lecz tyle w nich witalności i dobrego Bon Jovi, co agresji u roślinożernych leniwców. "Saturday Night...." jest ostatnim kompozytorskim owocem współpracy Richiego Sambory, ale i on nie ratuje obecnego smutnego wizerunku grupy.
Najładniejszą w całym zbiorze wydaje się być 6-minutowa ballada "Fingerprints". Ta oparta na podkładzie akustycznej gitary pieśń została sfinalizowana wyjątkowej urody gitarową solówką, która rządzi tutaj niepodzielnie w ostatnich kilkudziesięciu sekundach.
Można jeszcze dostrzec poprzedzającą ją "Who Would You Die For" , okraszoną podniosłym refrenem, a i także urokliwą partią gitary, choć już niestety sporo krótszą. Na siłę dorzucę jeszcze otwierającą całość piosenkę "A Teardrop To The Sea", która na najlepszych płytach Bon Jovi, byłaby zapewne nutą chybioną, ale tutaj.... Tę w sumie mocno przeciętną melodię ponownie ratuje zgrabna gitara, jak też pełna efektowna aranżacja, no i trzeba uczciwie przyznać - fajny śpiew Jona Bon Joviego.
Reszty mogłoby nie być, włącznie z tytułowym żartem "Burning Bridges" - przypominającym bardziej jakiś ubogich krewnych Shane'a McGowana i jego dawnych kolegów z The Pogues.
Czaru goryczy dopełnia artystyczne opakowanie całości. Za okładkę robi pojedyncza kartka, nie znajdziemy na niej żadnego opisu, oprócz samych tytułów piosenek i nazwisk producentów (John Shanks i Jon Bon Jovi). Za jakiś czas w celu przypomnienia sobie choćby personaliów samych muzyków, itp. informacji, zmuszeni będziemy zajrzeć do internetu, a ja jednak kupując oryginalną płytę, pragnąłbym mieć wszystko w jednym miejscu.
Od tej chwili Bon Jovi mogą się już tylko piąć ku górze, trudno bowiem wyobrazić sobie, że mogłoby być jeszcze gorzej.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 

 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00



"... dla tych, którzy wiedzą, co muzyce najpiękniejsze"






piątek, 16 października 2020

BON JOVI "2020" (2020)

 


 

 

 

BON JOVI
"2020"
(ISLAND)

*****

 

 

Wspierający w walce o fotel prezydencki Joe Bidena Jon Bon Jovi, niedawno na łamach Sky News machnął Donaldowi Trumpowi szabelką uznając, iż w wyniku kowidu śmierć w USA dwustu tysięcy ludzi, to prawdziwe przestępstwo. No, ale wiarygodność działań i etyczność pana Trumpa od zawsze równała się wyrzeźbionemu płomieniowi pokoju w Fenianie. Nietrudno więc domyślić się, iż na najnowszej płycie BonDżowich nie mogło zabraknąć i do tego nawiązań, ale w ogóle symbolika "2020", stanowi jakby za przekrój wydarzeń całego tego chyboczącego roku.

Album otwiera, pełne werwy i opatrzone stadionowym refrenem "Limitless". Piosenka stanowiąca za zachętę do optymizmu w obecnym niepewnym świecie. To jednocześnie jeden z albumowych singli, a w moim odczuciu prawdziwy strzał w dziesiątkę. Dawno nie słyszałem tak soczystych Bon Jovi. I dobrze, że nie musieliśmy długo czekać, tylko panowie od razu na wstępie dali tak solidnego kopa. Aż chce się pod naporem tej melodii skocznie ugniatać boiskową trawę. Niewiele tempo osłabnie, w równie udanym "Do What You Can". Uwaga, to też singiel, i kolejny z tego killer, a jednocześnie solidny reprezentant w walce z kowidem, czego zresztą wnętrze piosenki dotyka. Po tak energetycznych ośmiu minutach wreszcie przychodzi czas, na wysnutą w duchu dokonań Springsteena balladę, gdzieś w jej sercu przyozdobioną stosowną do stylu Bossa harmonijką - "American Reckoning". Kolejna mocna, aktualizująca u niejednego z nas strong nervous system rzecz. Protest song dotykający śmierci George'a Floyda, przy tym wspierający ruch Black Lives Matter. Jon Bon Jovi jasno sugeruje, iż jeśli to, co widziałeś, nie poruszyło cię, to kwestionuje twoje człowieczeństwo. Powinno się tę piosenkę wpisać w obowiązkowy rozkład zajęć z Wychowania o Społeczeństwie, bo jak tak dalej pójdzie, świat z codziennie generowanym złem za chwilę nie zmieści się w drzwiach.
Jasnym punktem bije tu też inna ballada, jaką opatrzona smykami "Story Of Love". Tym razem już z dala od polityki i spraw społecznych, bowiem Jon z nostalgią koncentruje się na swojej rodzinie. Piękna melodia, nie wiem tylko dlaczego radiowcy znowu przygłusi. Ale to niewinny skok w bok, bowiem reszta "2020" ponownie stanowi za walkę i jedną wielką wściekłość na otaczające bruzdy. I tak, w przejmującym "Blood In The Water" prześledzimy myśli o migrantach oraz ich walkach, z jakimi się borykają. Rzecz o ludziach poszukujących lepszego życia, napotykających jednak na opór i obojętność. O tym, że z lodem na sercu odsyła się ich do piekła, z którego przybyli. Kolejna ballada, kolejna godna nieprzeoczenia. Tak, jest ich sporo, niemal połowa albumu. Do ich grona dobija jeszcze "Lower The Flag". Tym razem otrzymujemy manifest song, zainspirowany strzelaniną w barze Ned Peppers w Dayton, w stanie Ohio, gdzie w 2019 roku doszło do śmierci dziesięciu osób. Bon Jovi czują się przykładni i odpowiedzialni. I jako szermierze praworządności mają również świadomość, iż w muzyce nie tylko liczą się ładne melodyjki, lecz pod ich parasolem powinno towarzyszyć konkretne przesłanie. Stąd także niesamowite "Unbroken". Utwór kondukt, poprowadzony w defiladowym, niemal procesyjnym tempie, w warstwie lirycznej dotykający problemu amerykańskich żołnierzy weteranów. Kazus o ich zmaganiach dnia codziennego, plus niejednokrotnie życia w zapomnieniu. Ale pomiędzy tymi wszystkimi serio zagadnieniami, są tu też pełne energii i typowe dla stylu grupy, rock i hard-rock numery, jak "Let It Rain" bądź "Brothers In Arms" (o tym, co nas łączy, nie dzieli) - ależ tu gitarowe solo!. Nóżka sama chodzi.
Dawno nie mieli Bon Jovi tak udanej płyty. Spójnej i przemyślanej. Nie pamiętam też, kiedy po raz ostatni z takim entuzjazmem śpiewałem wraz z Jonem wszystkie jego zespołu nowe kawałki.

A.M.


piątek, 22 marca 2013

Gdzie ta wiosna?, a także o Bon Jovi, o Paulu McCartneyu, o Camel, i o "naszych", którzy mają na narodówce zmiażdżyć Ukraińców

Jaki był pierwszy dzień wiosny, każdy widział. Jeszcze ponoć dwa tygodnie, na tyle trzeba się uzbroić w cierpliwość. A więc, się uzbrajam. Szczególnie po wieczornym spacerze, na którym mogliśmy z żonką podziwiać świeże opady śniegu. Ten śnieg choć biały, jawi się czarnym kolorem.
Słucham nowego Bon Jovi. Na razie z egzemplarza pożyczonego od Tomka Ziółkowskiego. Do jego drzwi kurier już zapukał, do moich jeszcze nie, ale czekam na jutrzejszy poranek. Hmmm...., chyba będę musiał sporo tej płyty posłuchać. Trzeba tylko się zżyć z tymi nowymi szesnastoma piosenkami. Bon Jovi są prawdziwi, naturalni,... zero pozerstwa, przez co wielbią ich tłumy. Ta płyta na pewno odniesie sukces, bo to jest muzyka nośna i witalna. Świetna piosenka "Pictures Of You", z piękną partią gitary Richiego Sambory. Takie utwory lubi się od pierwszego "wejrzenia". 
Paul McCartney zawita do nas w czerwcu. Wystąpi na "Narodowym". Szkoda, że bilety są tak piekielnie drogie. Najtańsze rozpoczynają się od 242 złotych. Aby jednak coś widzieć w miarę porządnie, trzeba wyłożyć już 330 zł. Masakra ! Maca to wielki gość, ale manager i organizatorzy nie mają litości, robiąc takie przedstawienia chyba tylko dla elit z zasobnymi portfelami.
Ludzie nie kupują płyt, to artyści dowalają na koncertowych biletach. Trudno się dziwić, każdy chce wyjść na swoje. Szkoda, że po nosie dostają prawdziwi miłośnicy muzyki, którzy wypróżnieni w portfelach za zakupione płyty, nie mają już na te drogaśne przedstawienia.
Na scenę powraca Andy Latimer i jego Camel. Jak oficjalna strona zespołu głosi (i tu wielkie dzięki za info od Szymona Dopierały), pierwszy koncert Wielbłąd zagra pod koniec października tego roku, a w jego programie znajdzie się suita "Śnieżna Gęś" ("The Snow Goose"), która oryginalnie wypełniła w całości trzeci album zespołu w 1975 roku. Ta informacja zapewne zwiastuje nadejście nowych i dobrych czasów dla Camel. Czasów, dających nadzieję, iż ze szwankującym zdrowiem Andy'ego Latimera będzie już teraz tylko dobrze.
Bon Jovi cały czas kręcą się w odtwarzaczu. Właśnie grają dla mnie ładniutką balladkę "Thick As Thieves". Dla mnie to murowany hit, ale poczekamy i zobaczymy co na to powiedzą inni ich fani.
Tyle na dziś. Trzymajmy kciuki za naszych. Niech rozwalą na strzępy pewnych siebie Ukraińców. Jak to się skanduje na stadionach: "ten mecz musimy wygrać! - wygramy, wygramy, wygramy, Ukraińców pokonamy!".
Bon Jovi grają dalej. Skończył się podstawowy program płyty, zaczęły się dodatki. Aż cztery utwory. Wśród nich znany z ostatniego longa Richiego Sambory "Every Road Leads Home To You". Nie dziwię się, że Sambora nie chciał dać zapomnieć o sobie tej fantastycznej piosence. Jego solową płytę kupiło tylko określone grono, a Bon Jovi kupią wszyscy. Dzięki temu ta cudowna piosenka ma szansę stać się hitem. Oby, gdyż to najpiękniejszy numer Sambory od ćwierć wieku. I jak tu kupować wersje oszczędne , na których brakuje choćby takiej "luty" jak "With These Two Hands". Chyba dobry będzie ten Bon Jovi. Niemniej muszę się go jeszcze porządnie nasłuchać.


Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)  

wtorek, 28 grudnia 2010

BON JOVI - "Greatest Hits - The Ultimate Collection" - (2010) -

 BON JOVI - "Greatest Hits - The Ultimate Collection" - (ISLAND RECORDS) -




Niby zwykła składanka, ale nie do końca, bowiem zawiera także utwory nowe i do tej pory niepublikowane. Inna sprawa, że ukazało się jej kilka wersji, ale to niestety norma w dzisiejszych czasach. Najgorzej, że trudno znaleźć w jednym sklepie wszystkie i wybrać dla siebie tę najlepszą. Dlatego dodam, iż pisząc te słowa trzymam w dłoniach wersję 2-płytową, lecz standartową, bowiem na limitowaną nie natrafiłem w naszym kraju, a tam był jeden czy nawet dwa utwory więcej.   Niestety, tzw. polska wersja tego wydawnictwa nie zawiera książeczki, bo tę zawiera tylko wersja zagraniczna, którą w naszym kraju reprezentuje tylko edycja 1-płytowa! Ale do rzeczy. 30 piosenek, z całego dorobku Bon Jovi. Zaledwie po jednym utworze z pierwszych dwóch płyt, czyli "Runaway" oraz "In And Out Of Love", bo to akurat faktycznie dwa najbardziej znane przeboje z okresu 84-85. Tylko trzy nagrania z najlepszej płyty "Slippery When Wet" (1986) tj. "Livin' On A Prayer" , "You Give Love A Bad Name" oraz "Wanted Dead Or Alive". Z kolei z następnej także wyśmienitej "New Jersey" (1988) otrzymujemy cztery hity, a wśród nich mój ulubiony "Blood On Blood" (choć paradoksalnie był mniejszym przebojem). No i tak już do końca, z każdej następnej płyty otrzymujemy po dwa-trzy przeboje, które nie miały już takiej siły rażenia, jak te kapitalne z lat 80-tych, ale potrafiły ująć niejednokrotnie swoją mocą i witalnością. Na ową kompilację trafił również "Blaze Of Glory" z solowego dorobku Bon Joviego, czyli z płyty do filmu "Młode Strzelby II". Zupełnym nieporozumieniem są dwie kompozycje z przedostatniej, miałkiej i najgorszej płyty grupy, jaką jest "Lost Highway". Zresztą jako fana Bon Jovi zupełnie ten zbiór by nie podekscytował, gdyby nie niespodzianki. To dla nich kupiłem ten album, jak zresztą zapewne większość pozostałych entuzjastów Bon Jovi. Na pierwszym dysku me serce uradowały dwie ostatnie kompozycje, do tej pory oficjalnie niepublikowane, tj. przyjemna, choć nic poza tym "What Do You Got?" oraz fantastyczna, przebojowa, z wykrzyczanym i supermelodyjnym refrenem "No Apologies", niczym rodem z lat 80-tych. Drugi dysk także przynosi dwie niespodzianki pod sam koniec, w postaci nowych kompozycji, z których  pierwsza "This Is Love This Is Life" jawi się niczym zagubiony hit z okresu "Slippery When Wet" czy "New Jersey". Druga piosenka "The More Things Change" nie ma już co prawda takiej mocy, ale słucha się jej w miarę przyjemnie, choć najsłabiej wypada z czterech niespodzianek tego albumu. Reasumując, jest to udana kompilacja z przebojami, co nie oznacza, że z do końca najlepszymi utworami ! , którą kupią zarówno poczatkujący jak i wierni miłośnicy zespołu.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 4 listopada 2012

RICHIE SAMBORA - "Aftermath Of The Lowdown" - (2012) -

RICHIE SAMBORA - "Aftermath Of The Lowdown" - (AGGRESSIVE MUSIC / WARNER) -  ***3/4



Richie Sambora, to nie tylko jeden z najlepszych gitarzystów jakich wydała matka natura, ale i przy okazji wyborny kompozytor. A co oznacza spółka Sambora-Jon Bon Jovi, wie chyba każde sprawne ucho. Jednak grupa Bon Jovi, to osobna karta historii Sambory, a jego płyty autorskie służą zdecydowanie odsłonięciu drugiego oblicza artysty. Choć może nie do końca, bowiem wrodzonego talentu do pisania przebojowych piosenek, nie da się zapomnieć w jednej chwili ot tak po prostu.  Nawet, gdy chce się pograć bardziej bluesowo, country-rockowo, czy poeksperymentować z brzmieniami brudniejszymi i rytmami nieco poszarpanymi. Tak, tak Drodzy Państwo, Richie Sambora nagrał płytę, po którą zapewne tak samo chętnie sięgną fani Bon Jovi co Foo Fighters, Rolling Stones czy także Erica Claptona. Pomimo, iż na "Aftermath..." nie ma graczy z wielkimi nazwiskami, jak niegdyś Jeff Bova, Eric Clapton, Tony Levin, Kenny Aronoff czy Pino Paladino, których pamiętamy przecież z pierwszych dwóch solówek Sambory: "Stranger in This Town"/1991/ oraz "Undiscovered Soul /1998/.  Szczególnie ta pierwsza zachwycała. Pamiętacie "Rosie" czy "Mr.Bluesman" (z udziałem Claptona) ?  A przecież cały album był fantastyczny.
Jako, że same nazwiska nie grają, Sambora dobrał tym razem muzyków także doświadczonych, lecz nie przyćmiewających jego samego na scenie. Jednak i w tym przypadku nie można mówić o grajkach żółtodziobach, skoro grający tu pianista Matt Rollings jeszcze do niedawna występował u boku Marka Knopflera, a gitarzysta Rusty Anderson grywał w latach ostatnich z sir Paulem McCartneyem.
"Aftermath Of The Lowdown" jest płytą urozmaiconą. Każdy powinien znaleźć na niej coś dla siebie. Sporo tutaj przyjemnego hałasu, zmiennych temp i gitarowych popisów ("Burn The Candle Down", "Nowadays", "Sugar Daddy" czy "Learning How To Fly With A Broken Wing"), jest także kapitalny "Every Road Leads Home To You" - hit aż się patrzy! - , ale i także całe tornado ballad, których śmiało koledze może pozazdrościć sam Jon Bon Jovi ("Weathering The Storm", "I'll Always Walk Beside You", "You Can Only Get So High", króciutki i śliczny finałowy "World", czy wyjątkowej urody "Seven Years Gone").
Sambora nie jest tak charyzmatycznym wokalistą jak Jon Bon Jovi, ale jego głosu słucha się bardzo przyjemnie. Mało tego, jego śpiew nawet wyjątkowo dobrze pasuje do takiej country-blues-rockowej estetyki. O samej gitarze Richiego, jak i jego umiejętnościach gry, jestem zbyt mały, by się wypowiadać.
Nie potrafię także obiektywnie ocenić tej płyty.  Zapewne poprzez moją wielką sympatię dla talentu Richiego Sambory.  Mogę tylko stwierdzić, że płyta jest wyśmienita, zarówno pod względem kompozytorskim, jak i odtwórczym, i że są na niej utwory tylko bardzo dobre lub jeszcze lepsze.
Kłaniam się uniżenie.




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!)

nawiedzonestudio.boo.pl 






=========================================================================



czwartek, 18 kwietnia 2013

BON JOVI - "What About Now" - (2013) -

BON JOVI - "What About Now" - (ISLAND) -  *4/5


Miłym sygnałem był poprzedni longplay "The Circle". Grupa nie zrezygnowała na nim z typowej dla siebie przebojowości, jednak przedstawiła się w formie mniej grzecznej, co przechyliło automatycznie szalę na rockową. Powiedzmy jeszcze, że nawet na bardziej "drapieżną". Korzystną atmosferę podkręcił dodatkowo również ubiegłoroczny album Richiego Sambory. Ta moim zdaniem wyśmienita płyta, dostawała przeważnie średnie prasowe noty, ale pamiętajmy jak nisko upadł w latach ostatnich poziom muzycznego dziennikarstwa. Fani Sambory jednak bili brawo. W tym i ja. A to najważniejsze.
Wydawało się zatem, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Lecz, niestety ...
Album "What About Now", zawiera 16 kompozycji, i to tylko w wersji limitowanej, albowiem wersja podstawowa została okrojona aż o cztery z nich. Od razu dodać należy, że w przypadku tego tytułu, w grę wchodzić powinna tylko pełna wersja, gdyż jak się okazuje, najlepsze dwa kawałki z całości, znajdują się właśnie na niej.
Najnowsze piosenki Bon Jovi są tak miłe i ładne, że po dłuższym z nimi obcowaniu, trzeba sobie chlapnąć "setę" i przegryźć śledziem w occie.
Jest to typowa muzyczka adresowana ku grzecznym dzieciakom, wychowującym się w jakiś bogatszych monitoringowanych dzielnicach, a którym to jedyną łikendową przyjemność i rozrywkę zapewniają korepetycje z matematyki i obowiązkowa godzinka tenisa. Ta oczywiście pod nadzorem tatusia, obserwującego swą pociechę z takiego auta jakie zazwyczaj zabierają ze sobą wszelakiego rodzaju ekspedycje do Australii, w celu tropienia wielkich kotów lub ścigania się z nosorożcami.
Słucham tej płyty od kilku tygodni i wraz z każdym kolejnym podejściem, coraz mniej chętnie i coraz rzadziej..
Najlepszym numerem z całości, pozostaje bonusowy "Every Road Leads Home To You". Ten zaśpiewany przez Richiego Samborę utwór, był ozdobą jego ostatniego długograja "Aftermath Of The Lowdown", jednak na "What About Now" robi już za prawdziwą perłę w koronie. Widać, Jon Bon Jovi i jego koledzy, szybko zdali sobie sprawę jaką to ogólną żałość popełnili, i przynajmniej po części postanowili jakoś to zatuszować.
Drugim pozytywnym akcentem jest "With These Two Hands". Ale to także dodatkowy utwór, którego przecież posiadacze tańszej wersji albumu nie posiądą. A szkoda, bo to akurat bardzo zgrabna melodia, wreszcie zagrana w jakimś żywszym tempie, i co najważniejsze - po prostu chwytliwa  i dająca się zapamiętać. Wreszcie słychać prawdziwych Bon Jovi, niczym ze złotych lat, a multi-platynowych płyt, jak: "Slippery When Wet" czy "New Jersey".
Można jeszcze na siłę dostrzec jakieś miłe kołysaneczki, chociażby w postaci "Pictures Of You" czy "Room At The End Of The World" - i te już na szczęście z ogólnie powszechnej edycji albumu. Czy także niezły otwieracz dla całości, jakim jest "Because We Can". Można, oczywiście. Tylko, że za najlepszych lat, uznano by te za słabiaki, bądź nieudane odrzuty sesyjne.
Po co sobie zatem takowymi zawracać głowę, skoro dookoła jest tyle innej dobrej muzyki? Przykro, gdy takie pytanie zadaje spory entuzjasta grupy - taki, jak choćby ja.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)




poniedziałek, 5 listopada 2018

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 4 listopada 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 4 listopada 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski







STRYPER - "Second Coming" - (2013) - chrześcijański lakier we włosach potargał wiatr. Tekstowe bzdurki owiane fajnym hair/metalowym graniem, plus bardzo dobry wokalista Michael Sweet.
- The Rock That Makes Of Roll
- First Love

DAN REED NETWORK - "Fight Another Day" - (2016) - dawni hair/funk-metalowcy, melodyjni, a niegdyś nawet pod okiem Nile'a Rodgersa. Niebawem przypomnę ich płytę "Slam". Świetna rzecz, w dodatku powstała w czasach, kiedy ekipa Dana Reeda otwierała występy Bon Jovi.
- Reunite

BONFIRE - "Legends" - (2018) - kolega przywiózł z Niemiec, średnio się zachwycił, więc odsprzedał Masłowskiemu, który takie płyty łyka bez popitki. Zapewne jednocześnie kierując się starą totolotkową zasadą: oszczędzają bogaci, bo i nam się opłaci. 32 covery mniejszych lub większych gigantów, które nie mają ambicji konkurowania z pierwowzorami, ponieważ ich zadaniem jest dobrze bawić.
- Africa - {Toto cover}
- Stone Cold - {Rainbow cover}
- Eye Of The Tiger - {Survivor cover}
- Caught In The Game - {Survivor cover}

BON JOVI - "Bon Jovi" - (1984) - przeuroczy debiut zawierający słynne "Runaway", lecz inne kawałki dźgają podobnie. W lipcu przyszłego roku przystojniaczek Jon i jego ekipa wystąpią na Narodowym. Trzeba być, pomimo iż przed laty stawiłem się w Gdańsku.
- Roulette
- Shot Through The Heart

RATT - "Out Of The Cellar" - (1984) - w tym samym czasie, co debiutancki longas Bon Jovi, swój pierwszy pełnometrażowy album wydali Ratt. Nie tak udany, jak następny, a jednocześnie genialny "Invasion  Of Your Privacy", ale też bardzo go lubię. Poza tym, sprzedał się najlepiej w całym szczuRRzym dorobku. 
- I'm Insane

AXXIS - "Monster Hero" - (2018) - ciągle mam słabość do głosu Bernharda Weissa i do kompozycyjności Harry'ego Oellersa. Nowa płyta niczego nie zmienia, bowiem Axxis od zawsze nie przebijają poziomu pierwszych trzech dzieł, choć na szczęście muzycy wciąż trzymają dobry poziom. Na przekór powyższemu wywodowi, akurat wczorajsze trzy piosenki kapitalne.
- Gonna Be Tough
- Firebird
- Give Me Good Times

STEVE PERRY - "Traces" - (2018) - nudna ta płyta, ale i tak się cieszę z powrotu do śpiewania ex-Journey'owca.
- Most Of All
- Easy To Love

V/A - "Moore Blues For Gary By BOB DAISLEY And Friends" - A Tribute To Gary Moore - (2018) - ciekawe spojrzenie na wielobarwną muzykę nieodżałowanego Irlandczyka. Zaskakująco wypadło "Empty Rooms" - bardziej bluesowe, niż pierwotnie zechciał z krwi i kości bluesowy Mistrzunio.
- Empty Rooms - {NEIL CARTER śpiew oraz instrumenty klawiszowe / ILLYA SZWEC gitara}
- The Loner - {DOUG ALDRICH gitara}

SHARON CORR - "Dream Of You" - (2010) - na folkową nutę, choć słowo "folk", brzmi okropnie. Lepszego jednak nie wynaleziono, więc...
- Mná Na Héireann -  to nic innego, jak "Woman Of Ireland" -{na gitarze JEFF BECK}

RENAISSANCE - "A Song For All Seasons" - (1978) - piękna, choć już późniejsza płyta wybitnych przedstawicieli symfonicznego rocka.
- Opening Out - {śpiew ANNIE HASLAM}
- Kindness (At The End) - {śpiew JON CAMP}

PETER HAMMILL - "Out Of Water" - (1990) - w marcu przyszłego roku Hammill zagra u nas dwa koncerty, co zapewne wpłynie na częstotliwość oferowanych piosenek/pieśni/czasem melorecytacji w Nawiedzonym Studio.
- Evidently Goldfish
- A Way Out

WISHBONE ASH - "Pilgrimage" - (1971) - w rubryce "konfrontacje", tym razem zmierzył się ze sobą ten sam zespół, i każdy kto wczoraj posłuchał wie, dlaczego.
- Alone

WISHBONE ASH - "Distrillation" - (1997) - 4 CD BOX
- Alone - {zremiksowana w 1996 roku pełna, sześciominutowa wersja. Z krótkiego instrumentalu ewoluowała do dziełka podpartego wokalem. Właśnie taka wersja pierwotnie miała się pojawić na "Pilgrimage"}.

ECHO & THE BUNNYMEN - "Echo & The Bunnymen" - (1987) - świetna albumowa piątka Banejmenów, choć obsadą rzecz jasna w roli kwartetu. Wyglądali jak ówcześni U2, ale nie były im dane stadiony, ponieważ grali rocka pod chmurką.
- Soul Kitchen -{The Doors cover} - utwór spoza albumu. Na perkusji STEPHEN MORRIS z NEW ORDER
- Bedbugs And Ballyhoo - {na organach RAY MANZAREK ex- muzyk THE DOORS}
- All My Life

WORLD PARTY - "Beautiful Dream" - (1997) - 3-płytowy maxi singiel z przebojami oraz rarytasami. Grupa dowodzona przez ex-Wodnegochłopca Karla Wallingera. Z Waterboys nie zostało już tutaj nic, natomiast z Beatlesów, ELO, CCR, Dylana, czy Byrds, cała masa.
- Is It Like Today
- Put The Message In The Box
- Ship Of Fools

JOE COCKER - "Unchain My Heart" - (1987) - poflirtowałem trochę z tymi mniej znanymi piosenkami Cockera, choć było nie było, jednak z wysokonakładowych płyt.
- The One

JOE COCKER - "Civilized Man" - (1984) - ten album dźwiga średnią markę, bowiem nie zawiera przebojów. Kurcze, dlaczego ludzie zawsze muszą mieć przeboje?
- Crazy In Love
- Hold On (I Feel Our Love Is Changing)
- Even A Fool Would Let Go

JOE COCKER - "Cocker" - (1986) - jedna z moich naj naj najukochańszych piosenek Mistrza. No, może nie do końca, bowiem podobnie jak "The One", skomponowana przez kompletnie u nas nieznanego Toma Kimmela. Wczoraj chciałem nawet przypomnieć oryginał, lecz czas, jeszcze raz czas, czas, czas... ten zawsze brnie zbyt szybko.
- A To Z

PETER HAMMILL - "Fireships" - (1992) - na dobranoc lider Van Der Graaf Generator, z powszechnie lubianej u nas płyty. Dzięki Nosferatu!
- I Will Find You






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"








środa, 12 czerwca 2024

żywy dowód

Rozrastają się Bon Jovi. Obecnie jawią się septetem, ale jak tak dalej pójdzie, to za płytę lub dwie przerodzą się w orkiestrę. Oby sprawa przysłużyła się muzyce, bo póki co, nie jest źle. Podoba mi się ich najnowsze "Forever", choć przyznaję, jest to rock'n'roll/metal dla zgredzików.
Gdyby kogoś obchodziło, Jon Bon Jovi wciąż dopracowany, zadbany, dobrze ubrany, wystylizowany, uśmiechnięty - gwiazda rocka. Muzyk nikogo jednak nie zwodzi, czego dowodem niedawno wypowiedziane: "... chodzi o to, by nie kłamać czyniąc z siebie świętoszka, ale też nie być na tyle głupim, by rozpieprzyć domowe gniazdo". Jon wcale nie zdziadział i nie odcina się od swojego hairmetalu rodem z lat 80', a więc dawnych piosenek ociekających seksem, luzem, używkami, co i dla przeciwwagi 'korzennością' Ameryki. Po prostu obecnie używa języka dojrzałego faceta, rozumiejącego świat, tym samym woli pisać piosenki z perspektywy sześćdziesięciolatka, zamiast udawać szczeniaka.

Kapitalny numer "Living Proof" robi za najlepszych Bon Jovi. Nie było takiej melodii od lat, acz tekstowo refleksyjnie: "... czy Słońce nadal świeci w ślepej uliczce? Czy na popękanym betonie wyrośnie jeszcze róża? Czy jest jeszcze coś dla grzesznika takiego, jak ja?". Posłuchajcie, co za piosenka! Nie ma śladu po niedawnych kłopotach ze strunami głosowymi, które sobie uszkodził po upadku na podłogę w garderobie. Operacja zrobiła swoje i znowu Jon głosowo wymiata. Numer "Living Proof" unosi mnie w chmury, zupełnie, jak czyniły to niegdyś "Livin' On A Prayer" lub "Born To Be My Baby". To ta sama półka melodii.
Pogłoski o powrocie Richiego Sambory na razie włóżmy pomiędzy mity, choć bardzo bym chciał. Póki co, z roli gitarzystów nieźle wywiązują się Phil X oraz John Shanks. Ten drugi, wraz Jonem Bon Jovim włożyli całe serce w produkcję albumu, któremu niczego nie brak. Dużą rolę odegrały również dwa uznane studia nagraniowe: Multiview w Los Angeles oraz Ocean Way Recording w Nashville. W tym pierwszym niedawno kapitalne "Liberte" nagrali The Doobie Brothers, natomiast w Ocean Way realizowali się niegdyś Joe Cocker, Whitney Houston z najlepszą płytą "Whitney", ponadto przedstawieni przeze mnie w miniony poniedziałek w Radio Poznań Poco z płytą "Legacy". I oczywiście mrowie innych wykonawców. Ale okay, już więcej nie truję, wracam do słuchania.

a.m.

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Radio Poznań) lub radiopoznan.fm


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl


poniedziałek, 24 czerwca 2013

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 23 czerwca 2013 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM

"BLUES RANUS"  - zastępstwo za Krzysztofa Ranusa
program z 23 czerwca 2013 r.
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl




LIVIN' BLUES - "Live '75" - (1975) -
- Black Spider Woman

GRAVY TRAIN - "Gravy Train" - (1970) -
- Think Of Life

JOHNNY WINTER - "Serious Business" - (1985) - zagrane z LP
- Sound The Bell
- It Ain't Your Business 

SPOOKY TOOTH - "Spooky Two" - (1969) -
- Better By You, Better By Me

BAKERLOO - "Bakerloo" - (1969) -
- Bring It On Home

TERRY & THE PIRATES - "The Doubtful Handshake" - (1980) -
- Inside And Out
- Inlaws And Outlaws

ALBERT KING with STEVIE RAY VAUGHAN - "In Session ... " - (2010) -
CHCH Studios, Hamilton, Ontario, Canada, 6.12.1983
- Overall Junction




=======================================================
=======================================================




"NAWIEDZONE STUDIO"  
program z 23 czerwca 2013 r.
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl




Tobias Sammet's AVANTASIA - "The Mystery Of Time" - A Rock Epic - (2013) -
- Where Clock Hands Freeze - {feat. MICHAEL KISKE}

BON JOVI - "What About Now" - (2013) -
- That's What The Water Made Me
- Because We Can

BON JOVI - "One Wild Night - Live 1985-2001" - (2001) -
- It's My Life - {27.11. 2000, Toronto, Ontario, Canada)
- Livin' On A Prayer - {30.08.2000, Zurich, Switzerland}
- You Give Love A Bad Name - {30.08.2000, Zurich, Switzerland}

BON JOVI - "The Circle" - (2009) -
- We Weren't Born To Follow

STATUS QUO - "Rockin' All Over The World" - (1977) -
- Rockin' All Over The World

POISON - "Open Up And Say ... Ahh !" - (1988) -
- Every Rose Has Its Thorn

REBELLIOUS SPIRIT - "Gamble Shot" - (2013) -
- Let's Bring Back
- Gone Wild

POISON - "Look What The Cat Dragged In" - (1986) -
- I Won't Forget You

DIO - "Finding The Sacred Heart - Live The Philly 1986" - (2013) -
The Spectrum, Philadelphia, 17.06.1986
- Rock'N'Roll Children / Long Live Rock'N'Roll / Man On The Silver Mountain

BLACK SABBATH - "13" - (2013) -
- God Is Dead ?

WITHIN TEMPTATION - "The Q-Music Sessions" - (2013) -
- Grenade - {Bruno Mars cover}

JOHNNY HATES JAZZ - "Magnetized" - (2013) -
- Magnetized
- Goodbye Sweet Yesterday
- Release You

JOHNNY HATES JAZZ - "Turn Back The Clock" - (1988) -
- Shattered Dreams

FEARGAL SHARKEY - "Feargal Sharkey" - (1985) - zagrane z LP
- A Good Heart
- You Little Thief
- Ghost Train
- Someone To Somebody

PAUL McCARTNEY - "Tug Of War" - (1982) -
- Wanderlust

BLACKMORE'S NIGHT - "Dancer And The Moon" - (2013) -
- The Spinner's Tale

KRAFTWERK - "Die Mensch-Maschine" - (1978) -
- Das Modell

KRAFTWERK - "The Mix' - (1991) -
- Trans Europe Machine

CROSBY, STILLS, NASH & YOUNG - "American Dream" - (1988) -
- Don't Say Good-Bye
- The Old House

NILS LOFGREN - "Cry Tough" - (1976) -
- For Your Love

BLOODROCK - "Live" - (1972) -
- Gotta Find A Way

NITZINGER - "One Foot In History" - (1973) -
- Uncle John

JOURNEY - "Journey" - (1975) -
- Of A Lifetime

 

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 

(4 godziny na żywo!!!)