wtorek, 14 lutego 2017

MOYA BRENNAN na koncertach w Polsce 2 i 3 marca 2017 r.

Pragnę polecić Państwa uwadze nadchodzące dwa koncerty Maire Brennan. Pierwszy z nich odbędzie się 2 marca w naszym Poznaniu, drugi zaś 3 marca w Warszawie. Bilety już w sprzedaży. Zachęcam, jeśli ktoś do tej pory nie miał okazji posłuchać wokalistki Clannad na żywo. Ja miałem. Stało się to w Andrzejki 2010 roku w poznańskiej Farze. Cudowny gorący koncert, choć w totalnie zmrożonym kościele. Wówczas w listopadzie ostro przymroziło i śniegiem zasypało.
Mam z tamtego wydarzenia nie tylko muzyczne wspomnienie oraz garść zatrzymanych kadrów w pamięci, ale także plakat Maire z dedykacją. Na tym nie koniec, Maire wyciągnęła do mnie dłoń, spojrzało głęboko w oczy, i rzekła "Merry Christmas". Takich chwil się nie zapomina.
Zajrzałem właśnie do koncertowego zeszytu, lecz niestety, niczego w nim nie zapisałem. Szkoda. Ale ale ale.... przecież w listopadzie 2010 roku już od kilku tygodni prowadziłem bloga. Zaraz zerknę... oooo tak, napisałem krótki tekst - 1 grudnia 2010 r. Dość mierny, ale jednak. Nie umiałem jeszcze redagować, i choć wciąż się uczę, to dzisiaj postarałbym się zrobić to dużo lepiej. Nie zmieniam jednak niczego, nie usuwam, nie koryguję, niech zostanie jak jest. Znak czasów. Każdy kiedyś stawiał pierwsze kroki.
Niedawno Maire odwiedziła Poznań ponownie, z tym, że z zespołem Clannad. Nie byłem. Nie udało się. Niestety koncert odbył się w okresie mojej nie najlepszej kondycji finansowej. Teraz też nie jest lepiej, ale ja już byłem, więc do Auli Uniwersyteckiej namawiam tych, którzy jeszcze nie mieli okazji.
Domyślam się, że Artystka zabierze ze sobą nieco nowych piosenek i cały plecak uznanych, lubianych klasyków.
Właśnie w mym pokoju rozchodzą się nuty z dawno niesłuchanego albumu "Two Horizons". Pięknie tu Marie wyszła na zdjęciu, bo o muzyce nie ma co deliberować - potęga! Tak piszę Maire i Maire, a przecież od dłuższego czasu Maire podpisuje się jako Moya. Zresztą zdaje się właśnie od albumu "Two Horizons", czyli od 2003 roku. Podobno celtyckie Maire fonetycznie należy wymawiać Moya. Stąd ta zmiana. Wielu ludzi, w tym i ja, nie radzili sobie z tym mankamentem. Mimo wszystko jakoś nie lubię zmieniać lubianych przyzwyczajeń, więc z uporem maniaka od lat na Marysię Brennan mawiam "Mari". I niech już tak zostanie.
Poniżej szczegółowy plan polskich koncertów dla trasy "River Of Songs Tour 2017":

Poznań, czwartek 2.III.2017, Aula Uniwersytecka, ul.Wieniawskiego 1, godz.20.00 - bilety 80 / 110 / 140 zł

Warszawa, piątek 3.III.2017, Progresja, Fort Wola 22, godz.20.00 - bilety 100 / 140 zł

Strona Artystki:  www.moyabrennan.com
Na pewno będzie magicznie. TEN głos, TA muzyka... Zachęcam. Brnijcie Państwo po bilety, póki jeszcze są.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 13 lutego 2017

MAGNUM - "The Valley Of Tears - The Ballads" - (2017) -






MAGNUM 
"The Valley Of Tears - The Ballads"
(STEAMHAMMER)
***1/2




Magnum postanowili swoim fanom skrócić czas oczekiwania na kolejną premierową płytę, publikując zestaw z wybranymi balladami. Bodaj z pierwszą płytową premierą 2017 roku - data 6 stycznia.
Niekoniecznie na "The Valley Of Tears" w grę wchodzą najbardziej popularne przytulanki, przy czym należy uściślić, iż nie mamy do czynienia z suchą kompilacją, a z nowymi wersjami piosenek powstałymi dwie-trzy dekady temu , jak: "Lonely Night", "Back In Your Arms Again", "Broken Wheel" czy "When The World Comes Down", bądź też tymi z last ostatnich, m.in.: "The Valley Of Tears", "The Last Frontier", "Putting Things in Place" czy całkiem świeżą, jak ub.roczna "Your Dreams Won't Die".
Okazało się, że z raz już dokonanego możliwym jest umiejętne splecenie nowego. I tak, bez choćby jednej premierowej kompozycji powstała paradoksalnie całkiem nowa płyta. Muzycy zabrali się za remixy i remasteringi nowszych nagrań, natomiast starszy repertuar zrealizowali całkiem na nowo, dodając w samej albumowej końcówce koncertową wersję szlagieru "When The World Comes Down". I gotowe.
Dobór kompozycji o tyle udany, iż Magnum z reguły nagrywają piękne ballady, więc o chybieniu mowy być nie mogło. A jednak można poczuć pewien niedosyt. Bo skoro zespół porwał się na taki pomysł, to mógł go zrealizować pełną gębą, nie zapominając o tych największych balladowych klasykach, w rodzaju: "It Must Have Been Love", "Stormy Weather", "Matter Of Survival", "Les Morts Dansants", "The Last Dance" - chociażby. Jak już się porywać na głęboką wodę, to z wiarą jej pokonania.
"The Valley Of Tears - The Ballads", to rzecz dla najbardziej oddanych sympatyków grupy. Trudno będzie polecić komukolwiek powyższy album na początek przygody z tą zasłużoną formacją, nawet jeśli dokonana selekcja wydaje się najzwyczajniej udana muzycznie.
Rozumiem, że Magnum mieli ochotę na taki, a nie inny zestaw. Koniec końców, to oni są artystami, a więc wypadałoby zaakceptować zaproponowaną wizję. Żałować jedynie można, że ta nie do końca pokrywa się z zapotrzebowaniem odbiorcy.
Magnum to najwyższy poziom hard rockowego rzemiosła, a tym samym towarzyszących jego mocniejszej stronie okazałych ballad. I naprawdę niewielu wykonawców jest się w stanie z nimi mierzyć. Nie ma zatem mowy o twórczości nietrafionej, a jedynie o pewnym repertuarowym niedopieszczeniu.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 12 lutego 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM









"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 12 lutego 2017 - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






ASIA - "Astra" - (1985) -
- Go
- Rock And Roll Dream
- Too Late

GARY MOORE - "Run For Cover" - (1985) -
- Listen To Your Heartbeat

GARY MOORE - "Live At Montreux" - (2011) -
- Days Of Heroes

BLACK STAR RIDERS - "Heavy Fire" - (2017) -
- Testify Or Say Goodbye
- Cold War Love

KROKUS - "Big Rocks" - (2017) -
- Wild Thing - {The Troggs cover}

LEVERAGE - "Blind Fire" - (2008) -
- King Of The Night
- Don't Touch The Sun

ZINATRA - "Zinatra" - (1988) -
- Love Or Loneliness
- Somewhere

OVERLAND - "Contagious" - (2016) -
- Back Where I Belong

DOWNES BRAIDE ASSOCIATION - "Subarban Ghosts" - (2015) -
- Subarban Ghosts - Parts 1 and 2
- Subarban Ghosts - Part 3

BUGGLES - "The Age Of Plastic" - (1980) -
- Living In The Plastic Age
- Video Killed The Radio Star

DEPECHE MODE - "The Singles 81→ 85" - (1985) -
- See You - {1982}

BLACKFIELD - "Blackfield V" - (2017) -
- How Was Your Ride?
- October
- The Jackal
- Undercover Heart
- Lonely Soul

KLEZ.E - "Desintegration" - (2017) -
- November

COLOSSEUM - "LiveS - The Reunion Concerts 1994" - (1995) -
- Lost Angeles - {E-Werk Cologne, 28.10.1994}

RENAISSANCE - "Ashes Are Burning" - (1973) -
- Ashes Are Burning - {solo na gitarze elektrycznej ANDY POWELL z WISHBONE ASH}

IRONHORSE - "Ironhorse" - (1979) -
- One And Only
- Sweet Lui-Louise
- Jump Back In The Light
- You Gotta Let Go

PROCOL HARUM - "The Prodigal Stranger" - (1991) -
- The King Of Hearts

JOHN WETTON - "Arkangel" - (1997) -
- All Grown Up - {gitarowe solo STEVE HACKETT}


Longplay IRONHORSE kręci się na 33 1/3 RPM


=============================
=============================

NOCNIK ....

... po tygodniowej przerwie poleciało znowu co nieco z kompaktów Tomka Ziółkowskiego. Oto zatem, co nastąpiło w początkowej fazie "Nocnika":

ASIA - "XXX" - (2012) -
- Ghost Of A Chance

U2 - "The Joshua Tree" - (1987) -
- I Still Haven't Found What I'm Looking For

HEATHER NOVA - "The Jasmine Flower" - (2008) -
-mEvery Soldier Is A Mother's Son


Heather Nova, U2 i Asia dumnie się prezentują na tle radiowego odtwarzacza



=============================
=============================


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



piątek, 10 lutego 2017

za pasem Walentego

Ulubionym napojem Lemmy'ego był mix Jacka Danielsa z colą. Moim chyba także. Choć to samo tyczy każdej szkockiej, irlandzkiej czy innej złocistej amerykańskiej. Whisky, bourbon - nie ma znaczenia. Jak powiedział niegdyś kabareciarz Robert Górski: "najgorszy sort menela, byle co, aby z kieliszka". Proszę jednak spróbować pochwalić się mieszaniem procentów ze słodkim gazowanym, a od razu znajdzie się stado koneserów, że jak to - whisky z colą? Najczęstszymi edukatorami bywają ci, którzy walną maks jednego kielicha na pół roku, i to jeszcze z drgawkami. Nazywam to "z odrzutem". I ze stałą śpiewką - dzisiaj jestem autem.
A ja lubię dziabnąć. Byle z prądem. Nie jakieś tam żadne zabawne pięć do dwunastu procent, a tyle, ile dla efektu potrzeba. Żałuję, że nie było mi dane zasiąść z Lemmym przy stoliku. Złośliwi powiedzą: widzisz, i nie ma go już na tym świecie. Ale jak żył! Pełnią rock'n'rolla i oddaniu pasji. Czy można piękniej?
Taka mnie naszła refleksja po dzisiejszej rannej wizycie u mego dentysty. Po uciętej miłej pogawędce oboje doszliśmy do wniosku, że z życia trzeba korzystać. Szybko i intensywnie, albowiem ono jeszcze prędzej przeleci. Dbać o zdrowie - jak najbardziej, lecz nie dać się zwariować. Oczywiście łatwo powiedzieć; pewnego dnia akumulator zdechnie i już nie da się naładować. Jednak oszczędzać na później, nie potrafię. Nie myślę o emeryturze, o domu samotnej starości czy o dogorywaniu pod respiratorem. Na to wszystko przyjdzie czas. Liczy się tu i teraz.
Walentynki za pasem, choć mnie już nie dotyczą. Dzień zakochanych w moim wieku nie przystoi. No chyba, że mowa o muzyce. W tej zakochiwać się nadal potrafię.
Od rana na ruszt zarzuciłem dawno niesłuchaną "Valentyne Suite" - jazz-progowych Colosseum. Cudowne granie. Dlaczego ja to w radio pomijam? Wersja z 1969 roku bezcenna, ale jednak ograna do bólu, tak więc zaaplikowałem sobie koncertową z 1994 roku, gdy grupa się zeszła w dawnym składzie. Dla tej muzyki ramy czasu nie mają znaczenia. Wszystko świeże i z polotem. Gdybym dzisiaj miał audycję z mety by poleciało w eter. Plus fenomenalne "Lost Angeles" - z genialnymi Hammondami Dave'a Greenslade'a i cuuuudownym śpiewem Chrisa Farlowe'a!!! Wszyscy zagrali obłędnie, co by nie mówić. No a TEN saksofon Dicka Heckstalla-Smitha w "Stormy Monday Blues" - palce lizać. Zapisuję do radiowego kajetu. Albo w tę, albo w jedną z kolejnych niedziel macie to Państwo u mnie.
W tym momencie przypomniało mi się, jak to kilkanaście lat temu byłem na koncercie Chrisa Farlowe'a w poznańskim "Blue Note". Spotkanie z legendą przyprawiało o przyjemne ciarki. Choć zarazem był to także smutny czas, albowiem jakoś mniej więcej w podobnym okresie zmarł właśnie Dick Hectstall-Smith, co w pewnym sensie zarzuciło niepokój w obozie Colosseum, co dalej? Jednak schedę po Muzyku przejęła fantastyczna Barbara Thompson - prywatnie żona Jona Hisemana - perkusisty zespołowego. Co prawda od tamtej pory Colosseum nagrali już tylko jedną płytę studyjną, ale czy im się gdzieś spieszy?
COLOSSEUM w 1994 r.
Tak się zastanawiam, kiedy poznałem Colosseum? I wiecie moi drodzy, że nie pamiętam. Na pewno we wczesnych latach osiemdziesiątych, gdy już znałem Yes, Jethro Tull, King Crimson, ELP czy The Moody Blues, ale... Ta niełatwa, choć genialna muzyka, długo broniła się przede mną. Nikt jej w gronie mych bliskich nie słuchał, więc musiałem poczekać, dojrzeć. Zapewne musiałem mieć te osiemnaście/dwadzieścia lat, lecz nie pomnę, a kłamać nie chcę.
Ostatnio padło zapytanie, dlaczego nie prezentuję starego rocka? Tego mniej znanego. Odpisałem, że dużo bywało tego w latach dziewięćdziesiątych. Właśnie w tamtej dekadzie miałem szczególną ochotę na tego typu muzykę. Dawne to jednak czasy. Muszę pomyśleć nad jakimś stałym kącikiem dla mniej znanego rockowego kanonu. Przynajmniej pół godzinki, gdzieś tam w drugiej części, już po północy. Dla tych, którzy poczekają, nie usną przed czasem. Wreszcie, dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze.







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 9 lutego 2017

KROKUS - "Big Rocks" - (2017) -







KROKUS
"Big Rocks"
(SONY MUSIC)
****




Poznałem Krokus jako 16-latek za sprawą świeżutkiej wówczas płyty "Hardware". Do dzisiaj uważam ją za najwspanialszą, choć powszechnie wyższymi notowaniami cieszy się o rok wcześniejsza "Metal Rendez-Vous". Być może z powodu ogólnie lepszej sprzedaży, bądź z uwagi na towarzyszące albumowi kapitalne single ("Heatstrokes", "Tokyo Nights" czy ogromnie popularny "Bedside Radio") - licho tak naprawdę wie. Według mnie "Hardware" jest atrakcyjniejsza. Choć tacy Amerykanie najprawdopodobniej postawiliby na solidnie podmetalizowaną "Headhunter", gdyż to właśnie ona w swoim czasie dotarła u nich do bardzo wysokiego 25 miejsca Billboardu. Co już w tamtej części globu grupie nigdy się nie udało.
Zawsze darzyłem ogromną sympatią Krokusików. Głos Marca Storace'a do dzisiaj kojarzy mi się z barwą Bona Scotta - nieżyjącego od ponad trzech dekad wokalisty AC/DC. Zresztą wczesne dokonania grupy, mocno osadzone w hard-rockowo-metalowych korzeniach, przenigdy nie wyzbyły się uroku piorunującej mieszanki a'la AC/DC z Led Zeppelin. Choć można doszukać się jeszcze wielu innych wpływów. O czym też najnowsze wydawnictwo Szwajcarów po części przekonuje.
Muzycy na świeżo wydanym "Big Rocks" oddali hołd grupom: The Animals, Led Zeppelin, Black Sabbath, Queen, Rolling Stones, The Troggs, The Who, Spencer Davis Group i Steppenwolf, jak też Neilowi Youngowi, Bobowi Dylanowi oraz Eddiemu Cochranowi. Powstał niezły koktajl - przyrządzony na pikantnie. Inaczej zresztą być nie mogło. Ciągle fajnie władający gardłem Marc Storace i jego piątka kompanów zagrali, jakby pomiędzy obecnymi czasami a epoką 70/80's, postawić znak równości. Zresztą, gdy się uprawia hard'n'heavy na trzy gitary (powróciwszy stęskniony za dawnymi kolegami przed kilkoma laty Mandy Meyer oraz niezmordowani Fernando Von Arb i Mark Kohler), to trudno by w takim teamie brać się za kołysanki.
Podobno wszyscy muzycy dorzucali propozycje za propozycjami. Suma sumarum powstał ich cały wór. Trzeba więc było dokonać brutalnej selekcji, i to, co pozostało jest owocem tego albumu. Podobno najbardziej podekscytowanym całym zamieszaniem okazał się basista zespołowy Chris Von Rohr. To też on (zresztą nie po raz pierwszy) zabrał się za produkcję wszystkich piosenek.
Płyty słucha się świetnie. Jest mocarna, melodyjna, rock'n'rollowa, a co za tym idzie - pełna luzu i totalnie odarta z ewentualnych słodyczy. Mamy zatem do czynienia z pięknym zestawem kompozycji, podanym z należytym szacunkiem i mocą, na jaki zgromadzone klasyki zasługują. To płyta dla twardzieli. Dla posiadaczy dżinsowych bezrękawników, pod którymi nosi się katana ze szlachetnej czarnej skóry. Oczywiście przyozdobiona całym inwentarzem ćwieków, łańcuchów, nitów, i tym podobnych niezbędników. Dobrze do tej muzyki mieć jeszcze pod ręką wykwintną butelkę złocistej, a i jakąś blondwłosą niewiastę, która należycie przyozdobi prawy fotel sportowego Ferrari.
Na początek Black Sabbath'owski "N.I.B.", ale niestety tylko w nieco ponad minutowej wersji, przez co staje się on jedynie intrem dla nadchodzącego "Tie Your Mother Down" (z rep. Queen). Po nich do głosu dochodzi kolejny "mocarz" (innych tu zresztą nie ma) "My Generation" - z rep. The Who. Myślę, że Pete Townshend może być dumny. Nie inaczej jest w przypadku "Wild Thing" (z rep. Troggs) i w zasadzie wszystkich kolejnych. Jednak tak przyjemnie postrzępionej wersji "Domu Wschodzącego Słońca" (utworu tradycyjnego, lecz spopularyzowanego w 1964 r. przez The Animals) nie słyszałem chyba nigdy. A słyszałem wiele.
Płyta galopuje dalej, wraz z "Rockin' In The Free World" (Neila Younga), "Gimme Some Lovin' " (Spencer Davis Group), "Whole Lotta Love" (Led Zeppelin) - świetna wersja (ach, cóż za niesamowite echo w wiadomej drugiej części nagrania!), i aż tak po Rolling Stones'owskie "Jumpin' Jack Flash". Nawet trudno cokolwiek jakoś szczególniej wyróżnić, albowiem muzycy przyłożyli się do wszystkich przeróbek pieczołowicie. Także do finałowej "Backseat Rock'n'Roll" - tutaj zabrali się za samych siebie.
Gdyby ktoś jednak zapragnął najlepszej w świecie wersji "Summertime Blues" (Eddiego Cochrane'a), to choć były ich tuziny, proszę dobrze nastawić uszu i podkręcić moc głośników - ile fabryka dała.
Najmniejszym zaskoczeniem wydaje się "Born To Be Wild" (z rep. Steppenwolf), wszak muzycy dokonali już jej na całkiem niedawnej płycie "Hoodoo". Z kolei za niespodziankę należy uznać mocno podrasowane "Quinn The Eskimo" (Boba Dylana), które przecież już całkiem trafnie przełożył niegdyś dwukrotnie Manfred Mann - jako "Mighty Quinn". Przy czym druga interpretacja z płyty "Watch" była szczególnie dobra. Krokus zaś uczynili z tego szlachetnego kruszcu rzecz do wspólnej zabawy.
Płyta jednak nie kończy się na wspomnianym "Backseat Rock'n'Roll". Cierpliwy słuchacz po jego finale musi jeszcze posiedzieć w ciszy przez około dwie minuty, by za wytrwałość otrzymać nagrodę w postaci króciutkiego (ukrytego nagrania) "Baby Please Don't Go" (Big Joe Williamsa). Sądzę, że przed ponad czterema dekady Budgie byli w tej materii bezkonkurencyjni, ale i tak jest nieźle.
Krokus poprzez całą karierę przejawiali sympatię do różnych odcieni rocka i niejednokrotnie zabierali się za piosenki swoich ulubieńców (m.in. za Alice Coopera, The Beatles, bądź Sweet). Ta płyta tylko pokazuje, że nie pogardzą niczym, śmiało stawiając w jednym rzędzie Led Zeppelin z Neilem Youngiem, bądź Queen z Bobem Dylanem. Tak potrafią tylko najwięksi.

P.S. Okładkowy sticker też nam wiele obiecuje: "no fillers, no hängers, no bullshit" - żadnych wypełniaczy, przestojów, zawiech, żadnych pierdół. Oooo tak !!!






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 8 lutego 2017

o tym, o tamtym...

O muzyce, tak ogólnie...
Niedzielna przygoda z Johnem Wettonem przypadła Szanownym Państwu jakoś szczególniej do serca, co cieszy. Na pewno jeszcze coś dorzucę. Po powrocie z audycji do domu miałem niedosyt. Zabrakło tego, tamtego, i jeszcze.... A zatem, ciąg dalszy nastąpi.
Przedwczoraj była 6-rocznica śmierci Gary'ego Moore'a. Leci ten czas. Tam już co prawda nikt czasu nie mierzy, ale dla nas - tutaj, ma to znaczenie.

Grupa Collage ogłosiła nabór na stanowisko wokalisty. Niedawno Karol Wróblewski zadeklarował opuszczenie zespołowych szeregów, co stanie się oficjalnie po koncercie w dniu 24 marca br., który to zarazem będzie ostatnim w obecnym składzie. Przypomnę tylko, że już jakiś czas temu grupę opuścił gitarzysta Mirek Gil, a w jego miejsce wskoczył Michał Kirmuć, który jednocześnie uprawia zawód dziennikarza muzycznego - vide miesięcznik "Teraz Rock".
Podobno nie ma ludzi niezastąpionych. Tak mawiają. A mnie jednak żal, że nie usłyszę już gitary Mirka Gila i głosu Roberta Amiriana. Pragnąłbym ich ponownie, bo to przecież m.in. dzięki tym dżentelmenom doświadczyłem cudownego "Moonshine" - i nie tylko.

Z opóźnieniem zerknąłem do lutowego "Teraz Rock"-a. Wkładka o Emerson, Lake & Palmer. Po niedawnej śmierci Grega Lake'a i Keitha Emersona wypadało, więc jest.
Każdy ma prawo do własnej opinii, i takowe szanuję, ale Panie Weiss, jedna gwiazdka dla "In The Hot Seat" przy argumentacji, że nawet sami muzycy za albumem nie przepadali, nie przekonuje. Ok, zgadzam się, nie jest to arcydzieło, ani też żadna z najważniejszych płyt podpisanych "nazwiskowymi" inicjałami ELP, ale na Boga - jedna gwiazdka!??? Za porywające "Hand Of Truth"? , za przejmujące "Daddy"?, za fajną przeróbkę Dylanowskiego "Man In The Long Black Coat"? - chociażby. Bo od serca nie pozwoliłbym również zwyzywać "One By One" czy "Heart On Ice". Obiektywnie trzy gwiazdki, nikogo nie kalecząc. Ale żeby jedną? Nic to, ręce mi opadły przy dwóch gwiazdkach dla "Black Moon". A przecież chyba nie tylko ja przepadam za tym albumem. W swoim życiu spotkałem wielu wielu ludzi o podobnym stosunku do tej wspaniałej płyty (z 1992 roku), która okazała się wówczas udanym powrotem. Dla mnie "Black Moon" to pięć gwiazdek, ale obiektywnie przynajmniej trzy i pół. To samo tyczy jedynej płyty podpisanej jako Emerson, Lake & Powell (od łaski trzy gwiazdki) z 1986 r. Przecież to jedna z najwspanialszych propozycji zespołowych. Jedynym pechem, iż powstała w nielubianej przez rockmanów dekadzie 80's. Ale to mam nadzieję nie wpłynęło na zaniżenie oceny.

Od pewnego czasu czepiam się jedynemu rockowemu pismu w Polsce (za takie wciąż pragnie ono uchodzić), lecz niestety... Ogólny klimat "Teraz Rock"-a staje się coraz bardziej nadęty. W dodatku zbyt mocno poparty powszechnymi opiniami przepisywanymi od dekad. Przykładów na pęczki, proszę ewentualnie pytać, uargumentuję. Posiadam na podkładkę sporo dawnej (i nie tylko) literatury muzycznej (książki, encyklopedie, gazety), i po prostu zauważam, jak kolejne pokolenia dziennikarzy przepisują "ustalone prawdy" po swoich poprzednikach po fachu. 
Który odważy się wyłamać i przyznać zarazem, że dajmy na to kocha "Abacab" Genesis lub "Chance" Manfreda Manna? Przecież te płyty należy zmiażdżyć. Skoro taka panuje o nich powszechna opinia, to trzeba jak inni. Przez takie podejście zatraca się indywidualność i wiarygodność. Panowie z Teraz Rocka bywają do bólu przewidywalni, nie gwarantując ni nutki zaskoczenia. Niestety kupowanie wspomnianego miesięcznika traktuję jako obowiązek dla wspierania samego bliskiego mi nurtu w muzyce. Ale nic więcej. Stale o tym samym, jakby świat się kończył na Pink Floyd, Queen, Red Hotach, Radiohead, albo Kaziku (ten w zasadzie obowiązkowo w każdym numerze), itp...Pozwoliłem sobie wymieszać artystów lubianych z tymi nieco lub bardziej mniej, lecz starałem się zachować obiektywizm. Wielu wykonawców się tam nie zauważa. I już nawet nie chodzi o tych moich pupilków, ale potrafiłbym wymienić tuziny spychanych na boczny tor. I nie ma się o co obrażać, wszak to goła prawda.

Myślałem nawet, by napisać, wygarnąć co czuję, jednak na bieżąco śledząc korespondencję z czytelnikami pisma dostrzegłem, iż p.Weiss (obszerny wiedzą i obdarzony dobrym piórem - co nie podlega dyskusji) oraz redagujący zespół na wszystko znajdą ciętą ripostę. Przewaga nieustnej konfrontacji, a wydrukowanego pytania, plus kąśliwa odpowiedź, na którą nie da się już niczego dopowiedzieć. Pytek zawsze przegra. 

Od pewnego jegomościa otrzymałem niedawno dwie legendarne gazety (bowiem w takiej formie je publikowano/publikuje) tygodnika "New Musical Express". Lata 1969/70. Bomba! W tekście, a i tuż pod nim, zamieszczam kilka fotek. 
Na drodze stanął wehikuł czasu. Zabrał do dziejów, gdy miałem 4-5 lat i jeszcze zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, co w trawie piszczy. Mamusia codziennie prowadziła do- i odbierała z przedszkola. Mały Andrzejek rysował pajacyki i zajączki, z klocków wznosił nikomu rozpoznawalne budowle, a do tego przeżywał męki na poobiednich obowiązkowych siestach. W takim mniej więcej klimacie marnując piękne lata inicjującego rocka, podczas gdy w świecie kończyli się, ale nadal działali Beatlesi, a po drugiej części globu startowała wolność i miłość w pierwszej fali Woodstocku. 
W gazetach zapisana prawda dziejowa. Kto rządził właśnie na topie, kto poszukiwał do zespołu wokalisty lub perkusisty, kto inny próbował za jej pośrednictwem kupić lub sprzedać unikatową płytę, a także rozmowy, nowinki, listy przebojów, ciekawostki....















Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wtorek, 7 lutego 2017

Columbo

Niegdyś Tomasz Beksiński napisał mniej więcej coś takiego: "kino rozpoczyna się i kończy na Jamesie Bondzie". Oczywiście ten powszechnie znany poskramiacz horrorów miał na myśli kino rozrywkowe. Z tym, że pod płaszczykiem "kina rozrywkowego" eksponując wszelkie cechy dobrego smaku, a więc inteligentny humor, najwyższy poziom aktorstwa, produkcji, itd... Mowa zatem o dobrej zabawie, ponieważ kino powstało, by bawić. Nawet, jeśli każdego kręci co innego.
Przyznam, że i ja lubię większość Bondów. Mam nawet całość skompletowaną na DVD, choć raczej tylko po to, by sobie całość grzecznie stała na półce i cieszyła oko. Przygody Agenta 007 bywają tak często powtarzane w TV, że nawet nie zdążę pomyśleć o nastawieniu DVD, a już cała seria ponownie w telewizji. W dodatku w jakości HD, co przebija wszystkie DVD, a nawet blu-raye. Jednak pomimo szczerej sympatii do poszczególnych agentów 007 (najbardziej do Rogera Moore'a i Daniela Craiga), cykl Bondowski nie stanowi dla mnie najukochańszego kina. Wiem, że jako zadeklarowany wielbiciel najlepszego radiowego prezentera wszech czasów, jakim okazał się wspomniany Nosferatu Beksiński, powinienem klękać bezkrytycznie przed wszystkimi Bondami, lecz byłoby to nieuczciwe. Przy tym, z zatraceniem poczucia własnej osobowości.
Serialem, który mogę oglądać (i oglądam) do granic nieskończoności są przygody porucznika Columbo. Ukochałem Petera Falka, i rozpracowywane przez niego czarne charaktery, już we wczesnych latach młodości, gdy konsekwentnie serwowała pierwsze sezony serialu nasza telewizja. I choć wielbię wszystkich blisko siedemdziesiąt odcinków, to najbardziej kręcą mną pierwsze siedem serii/sezonów, czyli wszystkie produkcje powstałe w latach 1971-1978. Bowiem w tych latach realizowano najbardziej popularne cykle przygód najlepszego gliniarza policji w Los Angeles. Choć gwoli rzetelności trzeba dodać, iż pierwszy odcinek pilotażowy "Przepis na morderstwo" (z genialnym i kilka lat temu zmarłym Genem Barrym) powstał na trzy lata przed drugim pilotażowym "Okup za nieżywego człowieka" - z piękną, dziś już 90-letnią Lee Grant.
O "Columbo" mógłbym się rozpisywać godzinami, z chęcią przytaczając masę zabawnych cytatów, które uwielbiam do tego stopnia, że nawet wiele z nich wprowadziłem do potocznego języka. Często z nich korzystam w prozie życia, niestety zapominając, iż serial "Columbo" to jednak nie komedie Barei, bądź kabaret Zenona Laskowika, które to znają chyba wszyscy. Niewielkim ryzykiem okaże się zarzucanie cytatami z "Misia" czy "Nie ma róży bez ognia". Istnieje niewielkie ryzyko wśród ludzi 40+, iż natrafimy na kompletnego ignoranta, który z niesmakiem odczyta zacytowany jeden czy drugi gag. Z "Columbo" nie ma lekko. A szkoda, bo choć to serial kryminalny, to Peter Falk bywa zabawny, nawet jeśli jego postawa w dochodzeniu do rozwiązania łamigłówek może niektórych drażnić.
W "Columbo" bywa też sporo o muzyce. Smakosze wyłapią co niemiara. Zarówno przestępców sympatyków muzyki klasycznej, country, rocka, jak też kompozytorów, producentów, a i tęgich głów od przemysłu rozrywkowego. Można przy tym podejrzeć luksusowe apartamenty podejrzanych, ich dawny naprawdę klasowy sprzęt: gramofony, wzmacniacze, itp., a nawet w jednym z odcinków zmieniarkę samochodową do winylowych singli. Urządzenie, którego w tamtych czasach na pewno nie szłoby eksploatować na naszych drogach. Z kolei w odcinku "Łabędzi śpiew" za czarny charakter robi prawdziwy "man in black", czyli Johnny Cash. Zaśpiewał on kapitalny numer Hanka Williamsa "I Saw The Light" - niedostępny na żadnej regularnej płycie, a także przecudowną wersję ballady "Sunday Morning Coming Down" - w pamiętnej scenie z jego filmowego domowego ogrodu. To zresztą jeden z nielicznych odcinków, w którym porucznik Columbo odnosi się do mordercy z szacunkiem. Proszę sobie przypomnieć końcówkę, gdy Johnny Cash wraca po spadochron i tym samym daje się pojmać, po czym obaj dżentelmeni wsiadają ostatecznie do auta, a z kasety gra "I Saw The Light". Porucznik w pewnej chwili mówi do Tommy'ego Browna (czyli Johnny'ego Casha): "ktoś, kto tak śpiewa, nie może być złym człowiekiem".
Proszę koniecznie przyglądać się serialowym mordercom, to kapitalni aktorzy. Niektórzy wystąpili w rolach zbrodniarzy kilkukrotnie. Weźmy znakomitych: Roberta Culpa czy posiadacza najpiękniej skrzypiącego głosu Patricka McGoohana. Jak również prawdziwą żonę Petera Falka, piękną Sherę Danese (bo tej filmowej nie pokazano w żadnym odcinku, jak też nigdy nie ujawniono imienia porucznika Columbo). Nie wszystkim facetom musi przypaść do gustu uroda Shery, jednak mnie bardzo przypomina moją dawną miłość, a więc... Choć moja Żona twierdzi, że posiadam kiepski gust. Podobno gustuję w zdzirach. Hmmm....
JACK CASSIDY
Skoro jednak mowa o konotacjach na linii Columbo a muzyka, to wspomnę o jednym z moich aktorskich faworytów, który także zagrał w kilku odcinkach tego serialu, a konkretnie w trzech. To niejaki Jack Cassidy. Niespecjalnie u nas popularny, a szkoda, albowiem mowa o aktorze niezwykle utalentowanym, i takim, który przyciąga uwagę. Nie tylko zresztą aktorze. Jack Cassidy był także piosenkarzem, choć ta druga profesja już kompletnie nie jest u nas spopularyzowana. Proszę sobie jednak wyobrazić, iż Jack Cassidy dorobił się w dwóch małżeństwach czterech synów, z których dwóch zdobyło międzynarodową sławę. A konkretnie: Shaun Cassidy i David Cassidy. Obaj bili rekordy popularności w latach 70-tych, pomimo iż sława Davida przetrwała nieco dłużej. Najlepsze piosenki David śpiewał we wczesnych latach wspomnianej przed chwilą dekady, ale jeśli ktoś pamięta jego płytę "Romance" - pochodzącą już z epoki 80's, to właśnie na niej gościnnie wystąpiła nasza Basia Trzetrzelewska.
Przed laty prezentowałem w jednej z audycji winyl Shauna Cassidy'ego "Under Wraps". Bardzo fajny, ale że nie spotkał się z przychylnym przyjęciem zaniechałem planów względem pogrania innej jego udanej płyty "Born Late", jak też przeuroczej "Cherish" - Davida Cassidy'ego. To ta płyta od piosenki "I Am A Clown".
WIELKI SANTINI oraz PORUCZNIK COLUMBO
Wracając do seniora Jacka Cassidy'ego... Różnie mu się w życiu powodziło. Podobno w branży był niezwykle cenioną i lubianą postacią, jednak po czterdziestce mocno się uzależnił od alkoholu i nikotyny, w dodatku zaczął mieć poważne problemy z psychiką. Do tego stopnia, iż było go stać na przedziwne zachowania. Jednak na planie stawał na wysokości zadania, zupełnie kamuflując osobiste problemy.
Cassidy zagrał w Columbo w odcinkach: "Morderstwo z książki" - w jedynym wyreżyserowanym przez samego Stevena Spielberga. Następnie w "Pisz Albo Giń" oraz w najbardziej rozsławionym "Iluzjonista", w którym zagrał magika "Wielkiego Santiniego", który okazał się byłym zbrodniarzem nazistą. Świetny odcinek, jeden z najlepszych. Nie wiem, chyba go obejrzałem ze sto razy. Film ukazał się w 1976 roku, dosłownie na kilka miesięcy przed niespodziewaną śmiercią Cassidy'ego. Proszę sobie wyobrazić, że ten 49-letni aktor pewnego dnia wypił nieco, zapalił papierosa i zasnął. Tym samym doprowadził do pożaru, w którym spłonął.
Na dziś wystarczy. Przy okazji wynotuję pakiet zabawnych cytatów, którymi się chętnie podzielę.

Synowie JACKa CASSIDY'ego





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"\