wtorek, 9 sierpnia 2011

JOE COCKER - "One Night Of Sin" - (1989) -

 JOE COCKER - "One Night Of Sin" - (CAPITOL RECORDS) -



Dla wielu , powiedzmy, "fanów rocka", Joe Cocker, pozostanie na zawsze postacią, która genialnie zinterpretowała Beatles'owskiego klasyka "With A Litlle Help From My Friends". Utwór ten, znany jest z debiutanckiej płyty Mistrza, jednak stał się klasykiem dzięki Woodstockowemu wykonaniu z 1969 roku. Późniejsze losy Cockera bywały różne. Problemy z używkami i niekontrolowaniem świata rzeczywistego, nie pozwoliły mu na długie lata stać się artystą pierwszoligowym. Powiedzmy sobie szczerze, po debiutanckim dziele i także dwóm kolejnym, bardzo przeciętnym zresztą (z tego samego i następnego roku), cała reszta, tak do 1984 roku, nie nadawała się w większości do słuchania. Dopiero wraz z płytą "Civilized Man", Maestro określił się z tym, co go interesuje i co ma zamiar robić w najbliższej przyszłości. Kiedy wywietrzył swój mózg z oparów alkoholowych, zabrał się należycie do roboty, a i wielu dobrych i uznanych muzyków, zaczęło odbierać od niego telefony. Każda kolejna płyta rysowała już znaczącą zwyżkę formy, a także poziomu artystycznego, wykonawstwa i kultury opracowywania piosenek. Należy pamiętać, że Joe Cocker, tak samo jak Rod Stewart czy kilku innych, najchętniej w swoich karierach, posługiwało się cudzymi kompozycjami. Na szczęście Mistrzunio (już dużo wcześniej) posiadł niezwykły dar czynienia z cudzego ziarna, chleba własnego.
Zanim jednak Cocker zaczął okupować listy przebojów z takimi petardami, jak: N'oubliez Jamais", "You Are So Beautiful" czy "Up Where We Belong" (super hit z Jennifer Warnes), musiał się nieźle napracować i zdobyć zaufanie tylko liczącego wpływy - fonograficznego establishmentu.
Na szczęście, kolejne płyty: "Cocker" (1986) oraz "Unchain My Heart" (1987) wysoko wywindowały akcje piosenkarza i od tego czasu zaczęło się wszystko układać pomyślnie. Dwie kolejne płyty (najlepsze moim zdaniem !!!) były artystycznym zwycięstwem, a kolejne po nich,  już tylko zbieranymi owocami po udanych siewach. Uważam, że artystycznie, płyty "One Night Of Sin" (1992) oraz "Night Calls" (1991), były najbardziej smakowite, barwne i zawierały najatrakcyjniejszy zestaw piosenek, jaki Cockerowi udało się kiedykolwiek skomasować na swoich płytach. A ponieważ w przyrodzie nie ma dwóch rzeczy idealnie takich samych, to coś trzeba wyróżnić, w związku z tym, poprzez sentyment stawiam na arcygenialną !!! płytę "One Night Of Sin". Twierdzę, że jest to jedna z najwspanialszych kolekcji piosenek, jakie na świat wydała muzyczna matka natura. Sam Cocker jest tutaj w takiej formie wokalnej i kipi taką energią, że mógłby zagłuszyć startujące odrzutowce. A do tego ta bateria instrumentalistów czy chórzystek, co oni tutaj wyprawiają! To wręcz nieprawdopodobne. Jakże głusi muszą być ci, dla których Cocker to tylko ta jedna piosenka "With A Little Help ...". Tutaj także rządzą covery.  Niepodzielnie. O przepraszam, z wyjątkiem "Another Mind Gone". Ale pozostałych jedenaście, to utwory cudzego autorstwa, jednak za sprawą Cockera, nikt z owych kompozytorów nie musiał chować głowy w piasek. Zaczyna się wszystko utworem"When The Night Comes", autorstwa spółki Bryan Adams/Jim Vallance, do którego to nagrania swoje trzy grosze dołożyła także jedna z najwybitniejszych kompozytorek muzyki pop (wszech czasów!!!), Dianne Warren. To delikatne wprowadzenie rysuje charakter płyty, na tyle, że od razu wiemy, co będzie tutaj nastrojowo, co romantycznie, ale i dancingowo czy rockowo zarazem. Nie mam zamiaru opisywać każdego z poszczególnych utworów. To nudne okropnie, a dobre tylko dla jakiegoś znudzonego dziennikarza, który musi wszystko po aptekarsku rozłożyć na czynniki pierwsze. Powiem tylko, że kocham drugą "I Will Live For You" czy trzecią piosenkę "Got To Use My Imagination", tak samo jak wszystkie po nich następujące. Bo to 12 różnych, ale 12 tak samo wielkich i na równym poziomie piosenek, których uroku może nie dostrzec tylko zbłąkana dusza, bądź zatruty mózg, poprzez wszechobecną siekę, wydobywającą się z większości współczesnych odbiorników radiowych, komputerowych czy bezgustownych kolekcjonerów niewłaściwych płyt. Amen.

P.S.1  Posłuchajcie, co Cocker zrobił z kompozycjami Leonarda Cohena, Dana Hartmana czy Tima Hardina.
P.S.2. Wśród grającej załogi , mamy tutaj m.in. takich tuzów, jak choćby: Bryan Adams (gitara rytmiczna), Chris Stainton (pianino, organy - wierny i poddany Cockerowi na wiele późniejszych lat), Aldo Nova (gitara, choć nie wypisano jego udziału na wszystkich egzemplarzach tego tytułu!) czy Lenny Pickett (saksofon). I jeszcze kilkudziesięciu innych. Wszyscy oni przyczynili się do stworzenia tej niezwykłej płyty.
P.S.3  Co prawda wszystkie najważniejsze nagrody muzyczne ominęły tę płytę, ale nie one stanowią o prawdziwej wartości.
P.S.4  Jest to do dzisiaj jedna z najczęściej przeze mnie słuchanych płyt. Jak już się do niej dorwę, to każda z piosenek musi zagrać przynajmniej po 3-5 razy!!!
P.S.5  Acha, zapomniałbym, szósta na płycie piosenka "Unforgiven' ", to zupełnie inna od podobnie pisanej "Unforgiven" (ale bez apostrofu!!!). Ta bez apostrofu, to ta z najnowszej płyty "Hard Knocks", z ubiegłego 2010 roku.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

THE CARS - "Move Like This" - (2011) -

 THE CARS - "Move Like This" - (Hear Music) -



Pamiętam, jak w latach  90-tych, przy okazji ukazania się jednego z solowych albumów Rica Ocasek'ka, ten powiedział pewnemu dziennikarzowi, że nie ma szans na reaktywowanie The Cars. Na szczęście słowa nie dotrzymał i po prawie ćwierć wieku (poprzedni album "Door To Door" w 1987 roku - dość przeciętny), właśnie trafia  na rynek płyta, z premierowymi piosenkami , tego niezwykle popularnego w latach 80-tych, amerykańskiego zespołu.
Co ważne, grupa reaktywowała się w oryginalnym składzie. Z przyczyn obiektywnych nie w stu-procentowym, bowiem piąty członek The Cars, basista Benjamin Orr (ten co śpiewał słynny "Drive" w 1984 r.na albumie "Heartbeat City"), zmarł w 2000 roku. A ponieważ jego koledzy nie chcieli nikogo nowego spoza zespołu, postanowili przejąć obowiązki po Orr'rze, i podzielić pomiędzy siebie. I tak, siłą ducha, basistą stał się przy okazji klawiszowiec Greg Hawkes.
Gdyby zamknąć oczy i nie spoglądać na datę produkcji nowego dzieła Cars'ów "Move Like This", chyba każdy z nas , uległby wrażeniu, że słucha jakiejś zagubionej ich płyty z lat 80-tych. Praktycznie to samo brzmienie, a do tego te same patenty kompozycyjno-aranżacyjne. Żaden fan, ich starych sześciu płyt, nie powinien poczuć rozczarowania, bo pomimo, iż płyta jest wtórna do bólu, to słucha się jej bardzo miło. Z tym, że nie ma mowy o jakiejś udanej próbie, sięgnięcia tak wysokiego poziomu, jak choćby na przepięknej "Heartbeat City". Jednak śmiało można "Move Like This" wmieszać w jeden tłum z pozostałymi ich dzielami.
Płyta trwa niecałe 38 minut, jest na niej 10 piosenek, ale tak uczciwie, to tylko połowa zasługuje na szczególne wyróżnienie. Są to prawie wszystkie melodie z pierwszej części albumu. Za wyjątkiem otwierającej, niezwykle tandetnej i nieciekawej "Blue Tip", którą zespół wybrał na pierwszy teledysk. Utwór ten, zawiera co prawda wszelkie charakterystyczne cechy dla tego zespołu, jednak rąbankowy rytm i fatalna melodia, zamykają uszy odbiorcy, niczym Sezam przed swoimi skarbami. Na szczęście, kolejne cztery kompozycje, są naprawdę świetne. "Too Late" jawi się kapitalnym refrenem (jest to jedna z dwóch najpiękniejszych melodii tego albumu), któremu towarzyszy urocza kaskada klawiszy i gitar. Z kolei następny "Keep On Knocking" posiada nawet pewne akcenty rockowe, a to za sprawą zadziornych gitar. Fajny to utwór, mocno przypomina mi ten najwcześniejszy The Cars, jeszcze z końca lat 70-tych, w rodzaju "Good Times Roll" czy "Just What I Needed". Po nim otrzymujemy ładną balladę "Soon", której poruszająca melodia wywołuje u mnie uczucie utworu, jakby już od dawna znanego. Pierwszą część płyty kończy przebojowy "Sad Songs" (wytypowany zresztą na singla). Piosenka ta posiada zabijający refren. Jak dla mnie, to druga (wielka!) melodia tego albumu. Z drugiej części tejże płyty, rzuca mnie na kolana, przede wszystkim "Take Another Look". Jest to kolejna urocza ballada. Myślę zresztą, że obie te najnowsze ballady są po prostu piękne, urocze i stają się klasykami już w momencie wydania. Pozostałe piosenki posiadają także sporo uroku, pomimo iż nie wyróżniają się niczym szczególnym. A w zasadzie, dla mnie to nawet pozostają obojętnymi.
Dobra płyta, mimo wszystko, taka retro, taka przyjemnie nostalgiczna, taka dla wciąż rozmarzonych sentymentalistów, u których serce mocno wali ku nieodżałowanej dekadzie lat 80-tych. Dekadzie, która w muzyce lekkiej, łatwej i przyjemnej, nie miała sobie równych. Ku zgrozie ortodoksyjnych wyznawców rocka.
P.S. Kilka miesięcy temu krążyła plotka, że płytę tę wyprodukuje Kevin Shirley. O zgrozo! Bogu dzięki, była to tylko plotka. Na szczęście produkcji podjął się rozchwytywany ostatnio Jacknife Lee (m.in: ostatni R.E.M. , Snow Patrol, Editors, ...)

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

BEACH HOUSE - "Teen Dream" - (2010) -

BEACH HOUSE - "Teen Dream" - (BELLA UNION) -



Okładka płyty niewiele nam powie o muzyce tego amerykańskiego duetu. A jak zapewne wielu z nas wie, okładki często posiadają taką moc. Co tam często - bardzo często !  Są na niej tylko biało-beżowe pasy. Dopiero po uważnym przyjrzeniu się, zobaczymy, że to stado zebr. Na dokładkę, tytuł pierwszego utworu także wyjaśnia nam tę plastyczną łamigłówkę.
Stęskniliście się za muzyczną subtelnością spod znaku wytwórni 4 AD, a większość dzisiejszych wykonawców ze stajni tej zasłużonej nazwy, nie robi na was dzisiaj żadnego lub prawie żadnego wrażenia? Po co się męczyć i na siłę drążyć współczesny katalog 4AD, skoro takie skarby wciąż istnieją, wciąż powstają, lecz w jeszcze mniejszych labelach. Może właśnie w tym ich siła!
Gdzie się podziała ta dawna tajemnicza Lisa Gerrard? Dzisiaj tak nieporadnie snująca się po krainie twórczego nudziarstwa. To samo dotyczy Elizabeth Fraser. Kilka ładnych piosenek w ciągu kilkunastu lat, nie przeczyści smutnego obrazu rzeczywistości.  Że o dawnych skarbach, typu This Mortal Coil, His Name Is Alive, Clan Of Xymox czy X-Mal Deutschland można już tylko pomarzyć. Tylko błagam, nie mówcie mi o jakiś The National, Beirut czy Blonde Redhead, bo to tylko blade cienie. Może i nawet ciekawe, ale mające się nijak do swoich wielkich poprzedników.  Dlatego, jeśli na dzisiejszym muzycznym śmietniku, wyrośnie jakiś szlachetny kwiat, to należy go pielęgnować z czułością ginącego gatunku.
Beach House, to nazwa zespołu i zarazem owoc współpracy wrażliwej pary muzyków. Ona, Victoria Legrand, bratanica słynnego francuskiego kompozytora Michela Legranda, jest wokalistką, a także gra na przeróżnych instrumentach klawiszowych, z kolei On, Alex Scally, odpowiedzialny jest niemal za całe muzyczne tło, choć pod kompozycjami podpisują się solidarnie nazwą Beach House. Scally gra na gitarze, basie, organach, pianinie i sekunduje czasem Victorii w partiach wokalnych. Na płycie występuje kilku muzyków sesyjnych, jednak ci grają głównie już tylko na instrumentach perkusyjnych.
"Teen Dream" , jest trzecią i zarazem ostatnią pełną płytą, w skromnym dorobku Beach House. To jednak nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę krótki , ledwie 7-letni staż zespołu.
Ośmielę się stwierdzić, iż dawno nie słyszałem czegoś równie pięknego i poruszającego zarazem. A do tego nad wyraz skromnego i oszczędnego, jeśli chodzi o aranżacje i sam zresztą przekaz także. Ilość instrumentów, wymienionych powyżej, może sugerować przepych i bogactwo środków, tymczasem najważniejszym instrumentem tutaj, jest głos Victorii. Cała reszta stanowi tylko tło, wyeksponowane przyjemnie skąpo. Że tak nie po polsku pozwolę to sobie ująć. Czasem przejedzie skromny konwój klawiszy, gdzieniegdzie uderzy kilka razy bas czy odezwie się gitara. Ale jest w tym tyle smaku i uroku, że niech się schowają ci wszyscy "klimaciarze", z tymi swoimi nachalnymi komputerowymi łomotami, czy zdrętwiałymi i przekombinowanymi gitarami. Siła w prostocie. A ta swą mocą jawi nam się na tej cudownej płycie. 10 utworów, z których wyróżnić coś, oznacza nie docenić pozostałych. Nie będę pisać o podniosłej czy uczuciowej atmosferze, to tu, to tam, bowiem tak jest na całej płycie. Można tylko pobawić się w wyeksponowanie piosenek i podanie ich tytułów, dla podkreślenia rangi tych szczególnie ujmujących. W takiej sytuacji, stawiam przede wszystkim na: "Walk In The Park", "Lover Of Mine" oraz "Better Times". Ale moimi ukochanymi na zawsze pozostaną arcyśliczne "10 Mile Stereo" , a także "Take Care". Pomimo, iż promotorzy i sam zespół Beach House, stawiają z kolei na otwierający całość "Zebra" oraz "Norway". Zresztą "Norway" ma w sobie coś tak zakręconego, że trudno to opisać, otóż podkład robi wrażenie zwalniającej pozytywki, co z lekka niepokoi umysł odbiorcy. I to jest jedyny utwór, którego słucham najrzadziej, z troski o równowagę w mojej psychice.
Reasumując, jest to piękna, senna i rozmarzona muzyka, podana w niezwykłej formie.
Panowie z 4AD, obudźcie się!, bo prawdziwa muzyka przez palce wam się wymyka.

P.S.1. To moje najwspanialsze odkrycie tego roku (choć płytę wydano w roku 2010). I pomyśleć, że sprzedał mi ją pewien "klimaciarz", którego takie granie w ogóle nie ruszało. Świat jest pełen zagadek, tajemnic i nierozszyfrowanych umysłów.
P.S.2. Producentem, a także inżynierem technicznym albumu, jest robiący ostatnio karierę, Chris Coady, znany ze współpracy z takimi współczesnymi gwiazdami , jak choćby: TV On The Radio, Blonde Redhead czy Yeah Yeah Yeahs

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

niedziela, 7 sierpnia 2011

ORION THE HUNTER - "Orion The Hunter" - (1984) -

 ORION THE HUNTER - "Orion The Hunter" - (1984 CBS) -



Ten zespół na początku nazywał się Orion, bowiem jeden z jego liderów, Fran Cosmo, zafascynowany mitologią, chciał, aby jego grupa, tak samo jak jego historyczny bohater, była silna, czarująca i twardo-męska. Co też zresztą wkrótce stało się faktem. Z tym że, nieco później, muzycy zostali zmuszeni (kwestie prawne z wytwórnią filmową Orion - tej od późniejszego hitu "Milczenie Owiec") zmienić nazwę. A ponieważ legendarny Orion był myśliwym, Fran Cosmo stwierdził, że najidealniej będzie przemianować grupę z Orion w Orion The Hunter. Stąd też na okładce ORION napisane zostało dużą czczionką, a the hunter małą. Podobnie zresztą jak u współcześnie działającej grupy "RHAPSODY of fire". Z tym, że u tej wspaniałej włoskiej grupy, przymusowe "of fire", muzycy musieli dopisać pięć lat temu (w kwiecie funkcjonowania), w wyniku zagrożenia wniesieniem sprawy do sądu, przez nieistniejącą już grupę skandynawską o podobnej nazwie.
ORION THE HUNTER tworzyli muzycy amerykańscy (USA oraz Kanada), a swoją jedyną płytę wydali w 1984 roku dla wytwórni Portrait, która była podległa koncernowi CBS.
Liderami byli panowie: Fran Cosmo - wokalista i okazjonalnie gitarzysta, oraz Barry Goudreau - wszechstronny gitarzysta, zarówno rytmiczny, grający także techniką slide, a także i na gitarze 12-strunowej, przy okazji producent tego albumu. Obaj poznali się jeszcze w latach 70-tych, a swoich pierwszych sił spróbowali na solowej płycie Barry'ego Goudreau w 1980 roku. Płyta rewolucji nie dokonała, lecz pojawiła się w bilboardowej Top 100. Miała wszakże inne znaczenie, ważne względem przyszłości obu muzyków. Otóż, występujący na niej w roli gościa, nieżyjący już dziś, wokalista grupy Boston, Brad Delp, nawiązał z oboma dżentelmenami współpracę na przyszłość. Z Barry'ym Goudreau, Delp założył wkrótce popularną grupę RTZ (skrót od Return To Zero), choć przecież znali się już dzięki Boston, a Frana Cosmo zaprosił w latach 90-tych także do grupy Boston. Niestety, popełniając w 2007 roku samobójstwo, pozostawił działalność tej wybitnej grupy pod wielkim znakiem zapytania. Choć ta ponoć  cały czas istnieje.
Wracając do Orion The Hunter, należy uzupełnić personalia, skład zespołu finalizowali, basista Bruce Smith oraz znany perkusista Michael De Rosier, który na przełomie lat 70/80-tych, grał w kanadyjskiej grupie Heart, wraz z siostrami Nancy i Ann Wilson.
Na płytę weszło 9 kompozycji, z podziałem 4 na stronie A, 5 na stronie B. Na singla wybrano kapitalną 5-minutową kompozycję "So You Ran", która to tyle trwała tylko na albumie, podczas, gdy na małej 7-calowej płycie, była okrutnie okrojona o ponad minutę. Utwór ten spełniał wszelkie kryteria przebojowości dla amerykańskiego odbiorcy. Bardzo barwna i lekka zwrotka, płynnie przechodziła w refren, który podkreślony był mocnym gitarowym uderzeniem i chóralnie wyśpiewywanym refrenem. Przy okazji, gitarowa partia w wykonaniu B.Goudreau, do złudzenia przypominała gitarowe szaleństwa Toma Scholza, nadwornego sześciostrunowca z Boston. Utwór ten do dzisiaj posiada wielu entuzjastów wśród sympatyków Boston, bowiem jawi się niczym stylistyczna kalka tychże gigantów zza Oceanu. Równie wielkie wrażenie robiła następna na płycie kompozycja "Dreamin' ". Ta oparta na pojedynkach klawiszowo-gitarowych melodia, nie pozwalała spokojnie ustać w miejscu, radując serce odbiorcy uroczą melodią. Nie zabrakło i tutaj miejsca na świetną, leniwą partię sola gitarowego, podszytego zmysłowym brzmieniem instrumentów klawiszowych. Zresztą, w ogóle bardzo przyjemnie słuchało się tej płyty. Melodie, choć wpadające w ucho, nie trąciły sztampą, ale i także jakąś szczególną oryginalnością, co należy uczciwie podkreślić. Jednak miłośnicy skromnej (chodzi o dorobek płytowy) twórczości Boston, dostali dokładnie to, o czym marzyli. Bo pamiętajmy, że w 1984 roku, grupa Boston miała na koncie ledwie dwa albumy, a na kolejny wielki przebój "Amanda", świat musiał poczekać jeszcze dwa lata. Dlatego, cieszyła tutaj choćby taka ballada, jak "Dark And Stormy", czy nieco zdynamizowany i ładnie zaśpiewany (włącznie z chórkami) "Fast Talk", gdyż Boston tak delikatnie zaczął grać dużo później, ku uciesze jednych, a smutkowi drugich. Płyta na pewno nie była niczym odkrywczym, ale nie taki był jej cel. Miał to być melodyjnie i efektownie podany rock - i taki był. W zasadzie całości słuchało się świetnie, z wyjątkiem okropnego "Too Much In Love". Ta oparta nieznośnie na klimatach calypso kompozycja, wpływała poprzez rockowe ucho boleśnie na układ trawienny.
Reasumując, była to Bostonowska płyta, która miała , jak już pisałem wcześniej, duży wpływ na karierę F.Cosmo i B.Goudreau, zabierając ich później na pewien czas w szeregi legendarnych Boston. Fran Cosmo w 2006 roku, wraz ze swoim bratem Antonem Cosmo, utworzył grupę Cosmo, wydając niezłą płytę "Alien", dla włoskiej wytwórni Frontiers. Jednak brak sukcesu tego wydawnictwa wpłynął na zawieszenie dalszych losów tej efemerydy. O zespole Orion The Hunter pamiętają już dzisiaj nieliczni, a i w swoim życiu spotkałem entuzjastów Boston, którym ta nazwa nigdy nie stanęła na ich odkrywczej drodze muzycznych fascynacji.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

Nibylandia

W ostatnim czasie oglądanie telewizji ograniczyłem tak mocno, że za chwilę przestanę kompletnie się orientować w otaczającym mnie świecie. Oczywiście, świecie, ocenianym poprzez telewizor. Bowiem świat pozatelewizyjny jest mi dużo bliższy i ciekawszy. Wchodzimy właśnie w najbardziej ohydną sferę życia społecznego, zbliżają się wybory, a więc przez najbliższe dwa miesiące najlepiej w ogóle byłoby odciąć się od facetów w garniturach, walczących o swoją (czytaj: naszą) przyszłość. I tak wiem, na kogo zagłosuję. Jak beton, nie pozwolę się przez nic i nikogo przebić. Dla dobra naszego i spokoju Polski. Zamiast łapać się za głowę, wysłuchując kolejnych sensacji i podjazdów PiS-owskich, lepiej pójść na spacer z ukochaną lub miło spędzić wieczór w samotności, w otoczeniu ukochanych okładek płyt, z dobrą butelczyną u boku. Choć, nie byłby to już przecież wieczór w pojedynkę. My Polacy, uwielbiamy angażować się w życie polityczne, które przecież i tak toczy się własnym życiem, od większości z nas niezależnym. Proponuję zatem zapisać w kajecie swoich faworytów już teraz, i zamknąć go na najbliższych kilka tygodni. A w tym czasie zająć się urokami życia. Jest tyle fajnej muzyki do posłuchania, tyle spacerowych kilometrów do przemierzenia, tyle pięknych i ciepłych słów do powiedzenia ludziom, których cenimy lub kochamy. Nie marnujmy tego czasu na oglądanie karykatur Ziobry, Kaczyńskiego, Macierewicza. Bo co będzie, jeśli przez przypadek przekonają oni Was do siebie. Zastanawialiście się nad tym? Mnie wystarczyło, tak a propos TV, posłuchać ostatnio pierwszy raz w życiu, na telewizyjnej Super Stacji (obleganej przez dewotów),  komentarzy kilku prymitywnych i podekscytowanych fanatyków PiSowskich. Nienawiść emanująca z ich wypowiedzi, podparta i poparta katolickimi wartościami, obrzydziła mi dalsze śledzenie losów tego programu, jak i zarówno chęć uczestnictwa biernego w jakimkolwiek innym podobnym programie. A skusiłem się przecież na tylko kilkuminutowe włączenie odbiornika.
Kocham swój kraj, czuję się patriotą i chciałbym, by w moim kraju żyli ludzie dobrzy i mądrzy. Nie chcę ludzi podjudzaczy, nie chcę obiektów nienawiści, nie chcę fanatyzmu, obłudy i prostactwa. A te wszystkie cechy, tak idealnie pasują do PiSowskiego postrzegania świata. Skoro kulturowo i religijnie podzielono na przykład Irlandię, może dla dobra ogółu uczynić tak z Polską? Nie byłoby już podziałów i szerzenia nienawiści, byłyby dwa kraje, ludzi mówiących jednym językiem lecz dwoma sercami. Zacofana kraina PiS-LANDIA, z samymi nieudacznikami i nierobami, czerpiącymi garściami pomoc z krajów o przelewającym się dobrobycie. A prawdziwa Polska rosła by w siłę, budując drogi i autostrady, nowe domy, biurowce, będąca zgodą i pomostem pomiędzy Rosją a Ameryką. Przecież to można załatwić bez udziału czarodziejskiej różdżki. Wystarczy tylko lud zapytać, kto na lewo, kto na prawo , a problem się sam rozwiąże. A później już tylko spokojnie żyć. Niech każdy ma swoje szczęście. Niech każdy ma to na co zasłużył i o co walczył. Chętnie rzuciłbym na tacowe PiSlandii, na pomoc w budowie nowych i tak bardzo im potrzebnych  świątyń, ale i wspomógłbym comiesięczne wyprawy krzyżowe i wiele innych rzeczy, tak przecież bardzo im potrzebnych do życia. Byleby dali już sobą spokój raz na zawsze. Byleby już tylko nie oglądać tych głupich i wrednych gęb. Niech mierzą swoje szczęście miarą "inaczej" A my, wreszcie nabralibyśmy powietrza do płuc, większej wiary we własne możliwości, a co za tym idzie, także i w miłość, uśmiech i serdeczność. Czyli w sens życia. Bo to najlepsza inwestycja. Jaki świat byłby piękny, gdy w to wszyscy uwierzyli.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

piątek, 5 sierpnia 2011

Słowo o zmarłym dzisiaj Andrzeju Lepperze

ANDRZEJ LEPPER (13.06.1954 - 5.08.2011)



Postanowiłem napisać, że lubiłem Andrzeja Leppera. Nigdy nie powiedziałem (ani także pomyślałem) o nim niczego złego. Dlatego mogę z czystym sumieniem spojrzeć prawdzie w oczy. Politycznie nie był to człowiek kompletnie z mojej bajki, i nigdy nie oddałem na niego głosu. Jednak jako postać na scenie politycznej był bardzo potrzebny. Potrafił przyłożyć, prosto i z grubej rury. Był kontrowersyjny, a ja lubię ludzi kontrowersyjnych, bo tylko tacy pchają świat do przodu. Tacy ludzie najczęściej stają się obiektem drwin i obrzuca się ich błotem. Dzisiaj w telewizji wszyscy tak ładnie o Nim mówili, a do nie tak dawna, każdą wypowiedź Andrzeja Leppera dziennikarze i celebryci wystawiali na pośmiewisko. To samo dotyczy Janusza Palikota, którego także bardzo sobie cenię, za niezależność, za własne zdanie i wiele jeszcze innych rzeczy. Andrzej Lepper był także przykładem postaci charyzmatycznej, nawet jeśli popełniał czasem rzeczy głupie. Lubiłem Go, bo był taki jakiś sympatyczny. Nie chciałem jego partii u szczytu władzy, ale lubiłem, gdy szpilkę w dupę wsadził temu czy tamtemu. Lubiłem także się z niego pośmiać. To prawda, ale zawsze z dozą sympatii , aniżeli złośliwości. Będzie mi Go brakować. To smutne, że w ostatnich chwilach życia miał tak wiele osobistych problemów. Szkoda, że nie potrafił sobie z nimi poradzić.

Andrzej Lepper zginął śmiercią samobójczą.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

Andrew "Mac" McDermott, były wokalista Threshold nie żyje! (1966-2011)



Dotarła do mnie, dosłownie przed chwilą, smutna informacja o śmierci  Andrew McDermotta, pseudonim "Mac" . Stało się to w minioną środę 3 sierpnia 2011 roku. Ten znakomity wokalista ostatnio działał z nową grupą Powerworld, z którą w ubiegłym 2010 roku, wydał płytę "Human Parasite". Jednak "Mac" przede wszystkim zyskał szacunek i popularność dzięki występom w grupie Threshold, z którą nagrał kilka płyt, w tym m.in. znakomite "Hypothetical" (2001) czy "Critical Mass" (2002). Nie wiem co było przyczyną śmierci Artysty, jednak przekazujący mi tę wieść nasz Słuchacz Grzegorz, poinformował, że "Mac" miał ostatnio kłopoty ze zdrowiem. Przeżył zaledwie 45 lat.

P.S. W najbliższym wydaniu "Nawiedzonego Studia" (tj. 7 sierpnia br.) przypomnę kilka kompozycji grupy Threshold, oczywiście z udziałem Maca. Gorąco zachęcam do wspólnego ich wysłuchania !!!





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl