poniedziałek, 19 października 2026

Paweł (Długi) (*)

Ten blog nierzadko bywa przekaźnikiem złych wieści, więc aby tradycji stało się zadość, nie inaczej będzie i tym razem. 

Kumpel mi umarł. Taki z najwyższej półki - dosłownie i w przenośni, albowiem chudy dryblas z niego był. Miał bliskie memu sercu poczucie humoru, a i muzycznie wcale nie byliśmy odlegli, chociaż Długi lubił solidny metal. W jego nutach nie było mięczaków ani amnestii.
Niedawno napisałem, że jestem już na takim etapie, iż większość moich kamratów od muzyki oraz najwspanialszych młodzieńczych czasów, przychodzi mi odwiedzać na cmentarzach. Nie miałem bladego pojęcia, że los właśnie szykował mi kolejną niespodziankę. A jeszcze w miniony wtorek, tuż po osiemnastej, otrzymałem od Długiego życzenia urodzinowe: "Wszystkiego najlepszego dla andy'ego w jego dniu! Aby do stówki, a potem się zobaczy". Krótko i na temat. Odpisałem, że z tą stówką to mocno na wyrost, niemniej dziękuję za hojność.

Pamiętam, jak przed paroma laty Długi zmierzył się ze śmiercią naszego kumpla, Leszka. I ja również do dzisiaj nie spuszczam z Niego oka. Z Pawła, też okiem nie ucieknę. Zbyt wiele obaj dla mnie znaczą. Było nie było, skarby koleżeństwa/przyjaźni trzeba pielęgnować nawet, jeśli od pewnego momentu żyjemy już tylko wspomnieniami młodości.

Zastanawiało mnie, czy kondycja pozwoli Pawłowi wybrać się, dać się namówić na poznański występ U.D.O. Lubił jego mięsiste gardziołko i w dawniejszych latach zarzynaliśmy wspólnie stare płyty Accept. Im bardziej Udo Dirkschneider strzępił głos, tym Długi miał większy uśmiech na mordce. Był metalem z krwi i kości, choć serce, dajcie wiarę - gołębie. Bo my metale tacy właśnie jesteśmy.
Coś czuję, że Długi ostatecznie wykręciłby się z koncertu herr Dirkschneidera. W ostatnich latach nie bardzo lubił oddalać się od chałupy, nawet jeśli w grę wchodziło tylko kilka tramwajowych przystanków. Miał pewną blokadę. Potem wyjaśniło się, że to głębsza sprawa, ale tutaj nie będziemy się tym zajmować.
Skoro mamy Długiego w jego i moich złotych czasach, wyobraźcie sobie nasze wspólne przeżywanie Strażnika Siedmiu Kluczy, cudownego dziełka Helloween, a zadziało się na Długiego Danielu. Moment skonfrontowania mojej polskiej edycji z Długiego niemieckim oryginałem Noise Records - bezcenne. Różnica w jakości obu wydań niemal nie powyrwała futryn. Śmiał mu się ryjek, dumny był, zachwycony, patrzył z boku, jak andy'emu kopara opada.
Lubiłem z Długim nasze nasiadówy, czy to u niego, czy u mnie. Zawsze grała muzyka i nikt jej kurwa nie przyciszał. To były nasze chwile. Nigdy nie plątała się żadna ściszydupa, która musiała zagadać najpiękniejsze w nutach momenty. Och, kochałem tamte realia. Słuchaliśmy, przeżywaliśmy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami, a pomiędzy wierszami chrupaliśmy słone paluszki, popijając herbatą, bo wtedy niczego innego w sklepach nie było. Orzeszki? Chipsy? - to nie ta epoka. Lecz, niekiedy widząc, jak kumple rozstać się nie mogli, ich weekendowe spotkania przedłużały się wskazówką zegara wyraźnie przechyloną na po północy, otwierały się drzwi od pokoju i Mama Pawła serwowała talerz z kanapkami plus dwa kubki gorącej herbaty. Żadnych rukoli czy ozdobnych czekoladowych pasemek, które tylko zabierają miejsce i mulą żołądki. To były takie kanapki dla chłopaków, żadne eleganckie ecie pecie - jedne z żółtym serem, po drugiej stronie talerza z kiełbasą, a dla kolorytu ewentualnie gdzieniegdzie plaster pomidora. Wpierdalaliśmy, aż się uszy trzęsły. Pyszne, jak nic. Apetyt, jakbyśmy z frontu właśnie wrócili. Tak było.
Świetne czasy - Długi, Leszek, Waldas i ja. Niekiedy jeszcze dwa Maćki i inni tam. Nie zawracaliśmy sobie głowy babami, choć każdy z nas jakąś miał. Jednak, gdy spotykali się faceci, nikt nie ośmielił się zamieszać płcią przeciwną, bo takie klimaty z reguły źle się kończą. I Wy też o tym pamiętajcie.

Przyszedł Sylwester osiem siedem na osiem osiem. Dużo zmienił. Nie wiedzieliśmy z Długim, że nadeszła nowa era, że właśnie wyławiamy nasze drugie połówki na całą pozostałą resztę życia. Ja się jeszcze ociągałem, nie spieszyło mi się zrywanie z kawalerską wolnością, jednak Długi był gotowy od pierwszego dnia, więc ruszył do boju. Upatrzył sobie niewiastę i każdego dnia zdobywał akr po akrze. W końcu oszaleli na swym punkcie. Na moich oczach rodziło się ich uczucie, a potem wiadomo - ślub, weselisko... Aż nadszedł dzień, kiedy zadzwonił domofon, a tam Długi: czołem Maseł, mogę? Włazisz, jasne! - poszło w odwecie. Długi w oczach szczęśliwy, niezwłocznie zarzucam więc: no i...? Na co Długas: "córa!" Jeszcze nie zdążyłem go przytulić, aż wnet uzupełnił: "i syn!". Gruby kaliber! Ucieszyłem się, jak gdyby to moje były. Cudowne chwile. Tylko nas wzmocniły jeszcze, choć wiadomo, od wtedy było już trochę inaczej. Ale zakładam, że się k*** zawsze mega lubiliśmy!

Paweł i Ewa stanowili świetną parę. Byli w afekcie, kochali się najszczerszą odmianą miłości. Byli ze sobą na Słońce i niepogodę. Zawsze razem, zawsze blisko siebie, książkowo, bez żadnych w myślach łajdactw. Gdyby tak dobierali się ludzie, świat byłby wręcz idylliczny.
Co teraz ta biedna Ewa pocznie? - głośno bierze mnie w zastanowienie. A jeszcze jaki cios dla obu żyjących Pawła Rodziców (jedynak!). Wszystko mega fajni ludzie. Nikt z nich nie zasłużył, niemniej, Drodzy Państwo, przyzwyczajajmy się - życie głównie składa się ze smutków. Co pewien czas te drobne smutki przeradzają się w nieszczęścia.
Nie wiem, co mówią Gwiazdy. Często się w nie wpatruję, ale nie mam bladego pojęcia, która do kogo należy. Ufam, że każdy ma własną i jest mu przytulnie. No bo, jaki byłby tego wszystkiego sens?

P.S. Wraz z odejściem Długiego straciłem bardzo ważnego dla mnie nie tylko kumpla, ale i Czytelnika. Bo choć Paweł nie słuchał moich audycji to wiem, że bloga odwiedzał regularnie. Zapewniał. I był nad wyraz elegancki, nigdy niczego nie prostował, nie polemizował, wyzbywał się jakichkolwiek sugestii. Szanował integralność i sprowadzał się tylko do roli czytelnika. Często pisząc, myślałem o Nim, wiele treści kierowałem bezpośrednio do niego i on musiał o tym wiedzieć. Jakże będzie mi teraz brakować tej naszej symbiozy. Nierzadko czytam, ze ktoś raz na ruski rok odwiedza tego bloga, że właśnie znalazł chwilę i co nieco przeczytał, a potem znowu zapomniał. Takie życie, jesteśmy tylko wyrywkiem dla innych, a tu mowa o gościu, z którym relacje były głębsze, nie takie pomiędzy wierszami. Długi zawsze był i zawsze miał dla mnie czas. Bo na tym to polega. Oto definicja koleżeństwa.

P.S. 2. Ustka, Łężeczki...  to wszystko nasze. Nasze momenty, kadry, z życia teledyski. A jeszcze "kłamczuszki" - pamiętasz?

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR andy'ego"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm