środa, 28 października 2015

JEAN-MICHEL JARRE - "Electronica 1 - The Time Machine" - (2015) -







JEAN-MICHEL JARRE
"Electronica 1 - The Time Machine"

(MUSIC AFFAIR / COLUMBIA / SONY MUSIC) 

***1/3



"Electronica" jest dwuczęściowym projektem, którego pierwsza odsłona właśnie trafiła do sprzedaży, natomiast jego kontynuacja zaplanowana została na wiosnę przyszłego roku.
Jean Michel Jarre zapragnął za jej sprawą oddać hołd wielopokoleniowej muzyce elektronicznej, jej twórcom, jak i także artystom dalekim od tego nurtu, którzy jednak wywarli na niego samego spory wpływ. Przyznam, że nie przepadam za tego typu płytami, składającymi się z samych kolaboracji, jak we właśnie omawianym przypadku. Dzieła tego kalibru z reguły nie tworzą spójnego klimatu, choć rozumiem artystów/twórców, którym marzy się na pewnym etapie kariery zrealizowanie czegoś podobnego.
W młodości zachłystywałem się płytami "Oxygene", "Equinoxe" i jeszcze kilkoma późniejszymi, niestety od dłuższego czasu nie bardzo porywa mnie twórczość tego nieszablonowego francuskiego giganta muzyki elektronicznej. Marzę o jego powrocie do muzyki umiejętnie łączącej gustowną przebojowość z subtelną i nieprzeładowaną bitami elektroniką. Oczywiście mam też na uwadze zmieniające się czasy, mody, trendy, jak i zresztą sam nasz bohater, który je także dostrzega i umiejętnie się pod nie podłącza, nie gubiąc przy tym wypracowanego oryginalnego stylu.
Jeśli zatem zaakceptujemy fakt, iż najnowsza "Electronica" nie ma w sobie zbyt wiele z przyjemno-anachronicznych brzmień, to nowa propozycja Jarre'a jawi się całkiem udanie.
Jarre zaprosił do współpracy kilka muzycznych pokoleń, różnie postrzegających sztukę, ale z jednym wspólnym mianownikiem, otóż są to jego na swój sposób idole, jak i zarazem muzycy, dla których on sam zawsze jawił się jako wielki autorytet. I tak oto, młodszą generację reprezentują tu m.in. elektro-piosenkarka Little Boots, brytyjski elektroniczny duet Fuck Buttons, znany didżej Armin Van Buuren, bądź chiński pianista Lang Lang. Z kolei to średnie i jeszcze starsze, m.in: Vince Clarke - klawiszowiec, a w zasadzie multiinstrumentalista - znany z najwcześniejszego składu Depeche Mode, jak i późniejszych grup Yazoo czy Erasure. Ponadto, ekspresyjna awangardowa Laurie Anderson, która z Jarrem współpracowała już przy płycie "Zoolook" (1984). Pojawili się tu również tacy ludzie, jak twórca muzyki filmowej John Carpenter, bądź gitarzysta The Who - Pete Townshend, a także Moby, grupy Air i M83, czy chociażby Robert Del Naja - vide 3D z Massive Attack.
"Electronica" młodszym pokoleniom odbiorców wyda się zapewne bardzo retro, z kolei dawnym pasjonatom muzyki spod znaku Tangerine Dream, Isao Tomity lub Vangelisa, czy też hołubiącym okres Jean Michel Jarre'a pomiędzy albumami "Oxygene" a "Waiting For Cousteau", najnowsze jego propozycje wydadzą się nazbyt taneczne.
Mnie osobiście najbardziej przypadł do gustu autentycznie wyśmienity 7-minutowy "Zero Gravity" - nagrany z grupą Tangerine Dream, a w zasadzie z jej alfą i omegą - Edgarem Froese. Artystą, którego świat muzyki pożegnał nagle, wraz z początkiem tego roku. Jarre miał niesłychane szczęście pozyskując Froesego dosłownie w ostatniej chwili. "Zero Gravity" jest rewelacyjną wypadkową dawnej magicznej elektroniki, jaką zajmowali się obaj ci panowie w latach 70-tych. Jakaż szkoda, że nie doszło w ich przypadku do realizacji jakiegoś pełnoalbumowego projektu. Utwór ten dobitnie ujawnia jak wielkie pokłady twórcze w nich obu nadal się skrywają (skrywały). To najwspanialszy fragment albumu. Choć także interesująco wypadła melorecytująca Laurie Anderson - w króciutkim "Rely On Me", jak i również w nieco za krótkim "A Question Of Blood" - John Carpenter. Zresztą, im dalej w las.... tym bardziej bywa tu subtelnie i nastrojowo. Pozbywamy się sukcesywnie nachalnych i łomotliwych automatów, na rzecz muzyki zdecydowanie przestrzennej i ciekawszej aranżacyjnie. Nawet w wielowątkowym ponad 7-minutowym i bardzo intrygującym finale "The Train & The River", gdzie bywa kosmicznie, czasem wręcz poetycko, a nawet i klubowo - a wszystko to z udziałem pianistycznego wirtuoza Lang Langa, który nawet chwilami gra awangardowo. W okolicach połowy tej kompozycji, pojawia się motyw żywcem nawiązujący do dawnego "Oxygene". Jakże to wielka frajda dla każdego sympatyka Jarre'a z tamtej epoki, móc coś takiego wyłowić. Myślę, że tego typu podobieństw dopatrzymy się znacznie więcej, wszak nasz maestro puszcza oko do wszystkich pokoleń podziwiających jego talent.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
 www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


 "... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"