wtorek, 14 kwietnia 2015

MARK KNOPFLER - "Tracker" - (2015) -



MARK KNOPFLER
"Tracker" - (MERCURY) -
*****


Gdyby Dire Straits wciąż istnieli, zapewne nie usłyszelibyśmy przynajmniej połowy piosenek z tej płyty.
Mark Knopfler odrzucił wielkie pieniądze i stadionową sławę, by tworzyć w spokoju i w zgodzie z samym sobą, a nie żądaniami fanów. Dzięki temu jego twórczość stawała się z każdą chwilą bardziej osobista, a kolejne płyty dodawały nowe autobiograficzne karty.
Knopfler chętnie wspomina bliskie sobie miejsca, jak i ludzi, którzy w jego życiu odegrali role szczególne.
"Tracker", w zasadzie poza kilkoma fragmentami, jest niemal całkowicie wyzbyte przebojowości, choć paradoksalnie, zostało przecież nasączone ładnymi melodiami. Całość mieni się różnymi barwami, od country, poprzez folk, do ballady, a niepowtarzalnemu jego narracyjnemu śpiewowi i równie niezwykłej gitarze, towarzyszy jeszcze kilka gustownie wplecionych instrumentów, jak flet, saksofon czy skrzypce.
Bardzo się zżyłem z tą płytą, choć na samym początku daleki byłem od zachwytu. Trzeba ją dobrze poznać, a to wymaga czasu, wielu przesłuchań i nieco przyjemnych poświęceń. Dlatego z recenzją czekałem tak długo, aż nadejdzie ta właściwa chwila, chociaż płytę kupiłem od razu w dniu światowej premiery.
Być może nie jest to najlepszy produkt podpisany zacnym "Mark Knopfler" - nie wiem, nie znam się i nie potrafię go ocenić w kategoriach warsztatowych, natomiast wiem co czuję, gdy go słucham, i myślę, że to najwspanialsze solowe dokonanie artysty - tuż obok całkiem jeszcze niedawnego "Get Lucky". W zasadzie, każda z zawartych tu 11 kompozycji przykuwa uwagę. Jakąś osobliwą historią i klimatem jej podania. Najciekawsze jest to, że Knopfler całe życie wzorując się na "leniwym" stylu J.J.Cale'a, osiągnął w tym niebywałą perfekcyjność, tworząc piosenki będące doskonalszą wersją swego nauczyciela, nawet jeśli słuchacz odnosi nieodparte wrażenie, iż wszystko w nich dzieje się jakby od niechcenia.
Już sam wstęp w postaci "Laughs And Jokes And Drinks And Smokes" wiele obiecuje. Ta blisko 7-minutowa opowieść o młodości i beztroskim życiu naszego bohatera, została podana w wyspiarsko-folkowym tonie, choć cały podkład brnie jazz/bluesowo, zahaczając przy tym o szantę lub nawet prostą piosenkę barową.
Następna kompozycja "Basil" stanowi za hołd dla angielskiego poety Basila Buntinga, którego Mark Knopfler poznał osobiście. Ten zmarły przed ponad 30 laty autor, podobno bardzo lubił muzykę, a własne wiersze często traktował jako podkład pod napisanie do nich nut. Ta blisko 6-minutowa ballada, brzmi niczym narracja do filmu o nim.
Kolejna równie długa piosenka "River Towns" jest autobiograficzną notką, nawiązującą do dawnych lat, kiedy to Mark mieszkał nieopodal portu na rzece. Proszę zwrócić uwagę na obłędny natchniony saksofon Nigela Hitchcocka, który imituje ryk statkowych syren. Przy okazji warto wspomnieć czasy płyty "Brothers In Arms". Tam z podobną elegancją na saksofonach zagrali Michael Brecker oraz Malcolm Duncan. A zatem trzy utwory i trzy ballady. Te zdecydowanie tu dominują. Weźmy jeszcze inne dwie, snujące się leniwe "Long Cool Girl" z bardzo Dire Straitsową gitarą, a także następną w albumowej kolejności "Lights Of Taormina" - rzecz osadzona w sycylijskim mieście, w którym życie toczy się bez pośpiechu dzisiejszego świata. Tak również słucha się tej piosenki.
Nie sposób pominąć delikatnej "Silver Eagle" - opartej na brzmieniu gitary akustycznej, tylko z lekka przyprawionej brzmieniami elektrycznymi. Niesamowite wrażenie robią dźwięki pianina, które spadają niczym pojedyncze krople deszczu z niemrawo zachmurzonego nieba. Niewiele się tutaj dzieje, a jednak nawet przez moment nie spojrzymy na zegarek.
Do kolekcji ballad należy dorzucić jeszcze finałową "Wherever I Go" - zaśpiewaną w duecie z Ruth Moody, którą na tej płycie usłyszymy w aż czterech utworach (a w wersji limitowanej w jeszcze jednym dodatkowo), jednak tutaj Ruth pojawia się w znaczącej roli, nieograniczonej tylko do samych partii chóralnych ("...jest takie miejsce w moim sercu, w którym płomień pali się tylko dla Ciebie, bez względu na czas i odległość jakie nas dzielą...").
Znajdziemy na "Tracker" także cudowne "Beryl". Ta ledwie 3-minutowa piosenka powinna przysporzyć uśmiechu wszystkim dawnym fanom Dire Straits. Ach, ta gitara, organy i "swingujący" czar nad całością - gdzieś z dawnej epoki. Tę piosenkę maestro Knopfler zadedykował angielskiej pisarce Beryl Bainbridge, bardzo niedocenionej za życia ("...Beryl była już gdzie indziej, gdy przyznano jej medal Bookera....").
Nieco powyżej wspomniałem J.J.Cale'a - wokalistę i gitarzystę, a zarazem jednego z największych artystycznych natchnień Knopflera. Jest tutaj taka prosta, by nie rzec prymitywna piosenka "Broken Bones", ewidentnie nawiązująca do twórczości tego niedawno zmarłego artysty. Trudno się oprzeć jej urokowi.
Dużo tu emocji, refleksji i ładnego grania. Również w nieopisanych przeze mnie "Skydiver", "Mighty Man", jak i czterech dodatkowych kompozycjach - dołączonych tylko do edycji deluxe. Bo o dwóch jeszcze innych, ze specjalnego boxu, na razie muszę pomarzyć.
Wspaniała płyta. Jedna z dwóch solowych - obok "Get Lucky" - doskonałych.



Andrzej Masłowski


Radio "AFERA" 98,6 FM (Poznań)  - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00