środa, 11 września 2019

PETER FRAMPTON BAND - "All Blues" - (2019) -








PETER FRAMPTON BAND
"All Blues"
(UMe, UNIVERSAL MUSIC GROUP)

****1/2





"Zawsze lubiłem grać bluesa" - oznajmił niedawno Peter Frampton. Potwierdził to również nieodległymi, a w temacie utrzymanymi występami u boku Steve'a Millera oraz najnowszą płytą "All Blues".
Muzyk ostatnio trochę choruje; pozwala mu to co prawda nagrywać płyty, lecz nie bardzo puszcza oko ku licznym podczas tournee koncertom. A jednak, co sam maestro obwieścił, odbędzie się pożegnalna trasa, bo przecież nie może być inaczej. Mistrzowie kończą na scenie, nie w ogródku, z konewką przy kwiatkach.
Frampton płytą "All Blues" wylał miód na moje serce, lecz przede wszystkim zdefiniował swoje korzenie, a i zdaje się zatęsknił za czasami, kiedy ze Steve'em Marriottem i pozostałymi kolegami napędzali machinę o nazwie Humble Pie. Na krawędzi dekad 60/70's przeuroczo podając bluesa na rockowo, niekiedy w hard-, innym razem w folk-psychodelicznym tonie.
Matka natura obdarowała Framptona talentem, wyobraźnią oraz sporą wrażliwością, czemu najnowszy album także dowodzi. A matka natura to przecież najokrutniejsza krewna, która nie oszczędza i nie chowa za parawanem. Albo coś znaczysz, albo ...
Stylizowana pod lata 60-te okładka "All Blues" to coś, co na półce z płytami dobrze będzie korespondować z klasycznymi dziełami tamtej dekady, m.in. Muddy'ego Watersa, B.B. Kinga, czy nawet z najsłynniejszą kopertą w świecie jazzu, jaką "Kind Of Blue" Milesa Davisa.
Dominuje tu czarny blues, choć Frampton oraz jego band (plus jeszcze zaproszeni goście) dolepiają mu białą rockową twarz. A dzieje się tak już na samym początku, za sprawą porywającego "I Just Want To Make Love To You" - z nieźle wycinającym na harmonijce Kimem Wilsonem z teksańskich The Fabulous Thunderbirds. Numeru Williego Dixona, spopularyzowanego przez Muddy'ego Watersa, lecz z największą ikrą zagranego w latach siedemdziesiątych przez zamerykanizowanych Brytyjczyków z Foghat - czyste szaleństwo!. Jeśli dotąd nie macie na półce płyty "Foghat Live", polecam czym prędzej nadrobić utracony czas. Ten zacny kawałek bluesa Frampton zagrał odpowiednio i równie mocarnie, lecz jednocześnie sporo wolniej od niewyżytych Foghat. Co nie oznacza, że mniej ekspresyjnie. Świetny początek dla tego albumu, który po chwili dzielnie kontynuuje "She Caught The Caty" - rzecz z rep. Taj Mahala. Szeroka widownia zapewne skojarzy tę melodię z filmem "Blues Brothers". Zresztą, ponoć John Belushi miał na jego punkcie totalnego bzika, więc niech choćby tylko ten fakt posłuży za
rekomendację. Na tym etapie płyty Frampton pozwala sobie na bluesowe odjazdy, nawet w stylu wczesnych Free czy Led Zeppelin, i czyni to nad wyraz przekonująco. Jednak stać go na jeszcze więcej, o czym przekonamy się już niebawem. Bo oto stricte blues rockowe wymiatanie zostaje chwilowo przerwane, a to za sprawą kołyszącej instrumentalnej ballady "Georgia On My Mind" - numeru przynależnego Ray'owi Charlesowi. Tutaj Frampton daje niepohamowany popis umiejętności, przy okazji wystawiając sobie świadectwo najwyższej jakości. Na kolejnym ruszcie ląduje zaś jeszcze jedna kompozycja z objęć Williego Dixona - "You Can't Judge A Book By The Cover". Mamy tu funk-rockowy groove, który Framptonowi przecież nieobcy. Wystarczy przyjrzeć się niektórym fragmentom jego solowych płyt, choćby "Where I Should Be" czy "I'm On You", a będziemy w domu.
Wiele jeszcze wydarzy się na tej porywającej płycie, choć znam takich, którzy twierdzą, iż w bluesie nie dzieje się zupełnie nic. Cóż, do tej muzyki po prostu trzeba dojrzeć. Ot cała filozofia.
Tytułowe "All Blues" to kolejne po "Georgia On My Mind" instrumentalne cacko. Zagrane delikatnie i z dużą wrażliwością oraz przy gościnnym udziale gitarzysty Larry'ego Carltona. Blisko 7 minut swingującego walca w okowach jazz/bluesa, z uduchowionymi akordami fortepianu, którymi zmysłowo błądzi Rob Arthur. Równie namiętnie, choć już przy użyciu strun głosowych, jak zarówno ponownie obfitego na tej płycie rockowego feelingu, Frampton przedstawia cover B.B. Kinga "The Thrill Is Gone". Przy tej okazji wspomaga go słabo u nas rozpoznawalny Sonny Landreth. Muzyk specjalizujący się w gitarowym graniu techniką slide, który w swej obfitej karierze stawał u boku Erica Claptona, Joe Satrianiego czy Marka Knopflera. Kolejny mocny akcent tej nieodkrywczej, acz chwilami olśniewającej płyty, której nieopisaną resztę pozostawiam już Szanownym Państwu do indywidualnego rozpatrzenia.







Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 9 września 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 8- na 9 września 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli 8- na poniedziałek 9 września 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Krzysztof Piechota Jr.
prowadzenie: Andrzej Masłowski






przyszło z Rumi/Gdańska od Słuchacza Sebastiana Falkiewicza

PETER FRAMPTON BAND - "All Blues" - (2019) - Frampton gra bluesa z lekkością czarnej maści, zresztą doskonale czuje się w repertuarze Raya Charlesa, Milesa Davisa czy wczoraj zaprezentowanego B.B. Kinga.
- The Thrill Is Gone - {B.B.King cover}

SOLEIL MOON - "Warrior" - (2019) - to tylko lekko rockowe piosenki, choć robią do nas ukłon z wręcz metalowej okładki. Muzyka dla wielbicieli wysmakowanych aranżacji, niekonwencjonalnych zagrywek i zdecydowanie zaoceanicznych brzmień. Stawiam, iż niniejsza twórczość bez przeszkód powinna dotrzeć do entuzjastów Toto, późniejszych Chicago, Mr. Mister bądź kompletnie u nas niewypromowanych Kalifornijczyków z Ambrosia.
- Here For You
- Halfway To Nowhere

HAMMERFALL - "Dominion" - (2019) - udany fragment z najnowszego rzetelnego średniaka Szwedów. Płytę przed kilkoma dniami zrecenzowałem. Zachęcam więc przewrócić kilka kartek wstecz.
- Battleworn
- Bloodline

FREEDOM CALL - "M.E.T.A.L." - (2019) - wiem, że to banalne, i że wszystkie te ich metalowe hymny są do siebie podobne niczym dawne postoje taxi - zestawione z samych Warszaw, modeli 223 i 224. A jednak słucha się tego rozkosznie. Rozbraja mnie witalność tej muzyki, jej brawura, melodyjność i pozytywny przekaz. Z chęcią przyodziałbym jakiś najnowszy zespołowy t-shirt, o ile z taśmociągu ich fabryki wychodzą na świat męskie 4-, a najlepiej 5XL.
- Spirit Of Deadalus
- M.E.T.A.L.

PRAYING MANTIS - "Gravity" - (2018) - przyjadą do Polski, bodaj po raz pierwszy. A jeśli się mylę, sprostujcie. 2 listopada br. wystąpią w Krakowie, w klubie "Zaścianek". Nazwa tego koncertowego miejsca wskazuje na zadupiastość, lecz nie wydaje mi się, by w tak pięknym mieście przyjęto tę utytułowaną legendą NWOBHM w jakiejś kotleciarskiej melinie. Kolekcjonerskie bilety w cenie 85 zł - i ponoć tylko 100 sztuk. W biletomatach cena brzydszych, nielimitowanych papierków, została ustalona na złotych 90, a w dniu koncertu równa stówka. Życzyłbym grupie oraz organizatorowi pękającej w szwach sali, a i sobie dotarcia tego dnia do naszej dawnej Stolicy.
- 39 Years

PRAYING MANTIS - "Legacy" - (2015) - przedostatni album Brytyjczyków - i równie udany, co "Gravity". Soczysty, porywający, chwytliwy. Wiem wiem, Modliszki mając pewne koligacje z Iron Maiden (przewinęli się przez nich niektórzy starsi członkowie Żelaznej Dziewicy) nigdy nie grali potężnie, jak ich dawni konkurenci, typu: Saxon, Tygers Of Pan Tang czy Diamond Head, lecz ich wyjęta spod okładek Rodneya Matthewsa muzyka, i tak zawsze robiła na mnie spore wrażenie - oraz na tysiącach innych wyznawcach dyskretnego szczęku blach. Należałoby zatem ten koncert przeżyć na własnej skórze.
- The One
- Tokyo

PRAYING MANTIS - "Time Tells No Lies" - (1981) - bardzo, ale to bardzo fajny debiut Anglików. Jak na heavy metal dość leciutki, ale jakże niekiedy przyjemnie IronMaiden'ujący. Myślę, że także przekonała nas o tym wczoraj z niego wyciągnięta kompozycja, o kochankach aż po grób. Gdyby komuś było mało, polecam na drugi rzut posłać na ruszt cover The Kinks "All Day And All Of The Night". Szkoda, że w epoce NWOBHM Praying Mantis nagrali tylko tę jedną płytę, a na kolejną trzeba było poczekać ponad dekadę. Niewątpliwie zaburzyło to ich rozwój kariery i należną chwałę, którą dopiero ostatnie lata pomału grupie przywracają. Bracia Troy to prawdziwe debeściaki, posłuchajcie!
- Lovers To The Grave

STATUS QUO - "Backbone" - (2019) - nie ma tu żadnych zaskoczeń, a po prostu kolejna porcja radosnego rocka, a raczej boogie rocka. Choć bywa też, że rocka "podbluesowionego", o czym przekonuje monotonny albumowy otwieracz "Waiting For A Woman". My jednak uwagę skoncentrowaliśmy na dwóch numerach, które niedawno Statusi zaserwowali premierowo w Dolinie Charlotty oraz na równie miłym kawałku "Better Take Care" - skomponowanym przez Johna Davida (ex-muzyka Love Sculpture). Zdolności kompozytorskie Davida przedstawiłem całkiem niedawno, za sprawą "Red Sky". Ta wyśmienita piosenka była ozdobą osławionego longplaya "In The Army Now", na którym obok tytułowego coveru braci Bolland, znalazła się także inna petarda Davida, przebojowe "Rollin' Home".
- Cut Me Some Slack
- Liberty Lane
- Better Take Care - {John David cover}

PRIDE OF LIONS - "Live In Belgium" - (2006) - na piątkowym weselisku didżej po oczepinach zasunął "Eye Of The Tiger" - w wykonaniu oryginalnych Survivor. A, że to wersja powszechnie znana i uznana, to pozwoliłem sobie nadać jej cover - w wydaniu zespołu notabene dowodzonego przez samego Jima Peterika (czyli filaru Survivor), w którym jurnie śpiewał niejaki Toby Hitchcock. Facet zaczynający od podśpiewywania w studio Peterikowi chórków, a który z czasem wyrósł u niego na pierwszo-, o pardon, na drugoplanową postać.
- Eye Of The Tiger - {Survivor cover}

LOVE SCULPTURE - "Forms And Feelings" - (1970) - walijska formacja legitymizująca się dorobkiem zaledwie dwóch albumów. Pierwszy zawierał głównie bluesowe covery, drugi (czyli ten wczorajszy) mieszankę wszystkiego, co w tamtym czasie rockowe machiny nagrywały - rock, hard rock, psychodelia, blues oraz transkrypcje muzyki klasycznej. To właśnie w tej formacji - na początkowym jej etapie - realizował się Dave Edmunds oraz sprawca powyżej wyróżnionych względem Status Quo piosenek, John David. Tak naprawdę John David wywodzi się z domu jako John Williams. Ale nie ten od muzyki filmowej. Za to, skoro już sobie "Williams'ujemy", w Love Sculpture przez moment figurował nawet bardziej rozpoznawalny, niejaki Terry Williams - późniejszy perkusista Dire Straits. Aby zawirować jeszcze bardziej dodam, iż Terry Williams, wraz z Dave'em Edmundsem, w latach późniejszych współtworzyli fajną grupę Rockpile. Na basie grał tam także kolejny gigant, jakim Nick Lowe. Mam winyl, muszę go kiedyś ze sobą przytaśtać i zaprezentować co ciekawsze fragmenty.
- In The Land Of The Few
- Seagull

THE DIVINE COMEDY - "Office Politics" - (2019) - zwariowana to płyta. Bywa tak poszarpana i niepoukładana (choć tematyczna), że aż fascynuje. Trudno się od niej oderwać. Neil Hannon to prawdziwy artysta-lider, którego nad wyraz cenię, nawet jeśli na moim FM słychać jego poczynania stosunkowo rzadko.
- You'll Never Work In This Town Again

THE DIVINE COMEDY - "A Secret History" - (1999) - kompilacja. Jej limitowaną 2-płytową edycję otrzymałem niedawno z racji 25-lecia N.S. od wyspiarskiego Andrzeja. Aż kwiknąłem z radości, bo nie miałem - to raz, a dwa, dodatkowy drugi dysk zawiera same smaczki. Wczoraj ledwie dwa, ale mamy tu jeszcze covery Bowiego czy Talk Talk oraz bardzo wiele innych frapujących niespodzianek.
- z dodatkowego CD 2: "Rarities"
-  Bernice Bobs Her Hair - {Live At Her Majesty's Theatre, London '94}
- The Model - {Kraftwerk cover} - {Live In Düsseldorf '94}

NEW MODEL ARMY - "From Here" - (2019) - najnowsza płyta najlepszych na naszym globie post/punkowców znakomita! Zrecenzowałem album kilka kartek wstecz, więc zachęcam...
- Passing Through
- Never Arriving
- Maps
- Setting Sun

PINK FLOYD - "A Momentary Lapse Of Reason" - (1987) - Pink Floyd przedwczoraj przypomnieli się na Facebooku z 32-rocznicą tego fantastycznego albumu. A że 28 listopada do sprzedaży trafi kilkunastopłytowe wydawnictwo "The Later Years", w którym m.in. remix tego albumu, tak też postanowieniem sumienia w nocy nastawiłem z niego pierwsze cztery tematy. A było to już w trzydzieści dwa lata i dwa dni po oficjalnej premierze. Przypomnę tylko, iż tamtego dnia ukazały się jeszcze inne dobrodziejstwa, choć już z innej muzycznej bajki, tj: Mike Oldfield "Islands" oraz Pet Shop Boys "Actually". Dzień później Rush "Hold Your Fire" oraz Mr. Mister "Go On...". Zaś za kolejne trzy dni Jethro Tull "Crest Of A Knave". Tak jest, to ta słynna płyta, która odebrała Metallice Grammy - za wydane w kolejnym roku "...And Justice For All". To były czasy.
- Signs Of Life
- Learning To Fly
- The Dogs Of War
- One Slip

MIKE OLDFIELD - "Islands" - (1987) - no to kolejna premiera z 7 września 1987 roku. Bardzo lubię jej drugą część, i regularnie do niej powracam. Suitę ze strony A raczej omijam, ponieważ jest zbyt długa i jeszcze mniej interesująca. Oldfield w długich formach bywał bezbłędny we wczesnym stadium kariery ("Tubular Bells", "Hergest Ridge" czy "Incantations"), natomiast te suitki z "Crises" czy "Islands", takie sobie.
- Islands - {śpiew BONNIE TYLER}
- North Point - {śpiew ANITA HEGERLAND}

MASON + FINN - "Profiles" - (1985) - mizerne Mason miał te solówki. Nie chodzi już nawet o to, że niePinkFloyd'owskie, lecz najzwyczajniej nie było w tamtej muzyce żadnej siły. Rick Fenn też na nic się zdał, choć i on sam w sobie też przecie pierwsza klasa. Zagrałem w ramach ciekawostki, nie uwielbienia.
- Malta
- Lie For A Lie - {śpiew DAVID GILMOUR + MAGGIE REILLY}

RUSH - "Power Windows" - (1985) - przepadam za tym albumem, jak zresztą za całym Rush lat osiemdziesiątych. Kocham wszystko, bez wyjątku. Od "Moving Pictures", po "Presto", a nawet już z następnej dekady "Roll The Bones". To w ogóle moi ukochani Rush. Oczywiście wielbię też płyty epoki 70's (szczególnie "2112"), by nie było. Za to nie gloryfikuję wszystkiego, co później. Za wyjątkiem jeszcze całkiem udanego "Counterparts" - ale to już było inne granie. Prostsze i ostrzejsze.
- Marathon

THE CRANBERRIES - "In The End" - (2019) - finałowa piosenka z pośmiertnej płyty Dolores O'Riordan. Nie kupiłem kompaktu na czas, więc z niewielkim poślizgiem natrafiłem na jego wyprzedaż - cena 24,99 złotych. Ostatnio w Media Markt bywały takie patologie na niektóre wciąż nowe CD. Letnie przeceny pozwalają nadrobić zaległości, więc dla przykładu, ostatnia Cher poleca się z 59,99 zł na 29,99 zł, natomiast polska edycja najnowszego Marka Knopflera zeszła do poziomu 19,99 zł. Nawet ostatnia i bardzo uznana płyta Bring Me The Horizon załapała się na ten sam poziom.
- In The End






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






niedziela, 8 września 2019

krajobraz poweselny

Zamiast przegranego meczu z "gigantyczną" Słowenią, w miniony piątek zagościłem na weselu syna mojego przyjaciela. Jak dobrze, że jeszcze tego dnia lato tchnęło ostatnim płomieniem.
Jeżdżąc głównymi nurtami ulic, niewiele natrafiamy na ciekawe, niekiedy historyczne miejsca. Wystarczy czasem zboczyć z jednej czy drugiej szosy, by dostrzec uroki naszego kraju. I właśnie w jednym z takich miejsc, w gustownym pałacyku, odbyła się ta wyjątkowa impreza. Czułem się jak na planie jakiejś wysokobudżetowej hollywoodzkiej produkcji. Całość z dobrym jedzeniem oraz przednią zabawą, z którą wiązała się też nieźle dobrana muzyka. Jak dobrze, że Państwo Młodzi najęli bystrego didżeja, zamiast kotleciarskiej orkiestry. Obyło się bez mydełek fa, białych misiów, takiego tanga czy o zgrozo: ona tańczy dla mnie. Gość wypośrodkował odpowiedni repertuar pomiędzy młodzież a starzyzną, a i tak wszyscy najlepiej wchłaniali Boney M, George'a Michaela, Bee Gees, Modern Talking, a nawet Survivor "Eye Of The Tiger". Whisky, wóda i wino lały się strumieniami, a jednak spośród grubo ponad setki weselnych kuracjuszy nie dostrzegłem choćby jednego zalanego w trąbę.
Szkoda, że wraz z sobotnim porankiem nadeszła jesień. Od zawsze powiadam: wrzesień jesień. Nie od żadnego dwudziestego pierwszego, a od chwili, gdy tylko w szkołach zabrzmi pierwszy traumatyczny dzwonek. Jak dobrze, że lata edukacji już dawno za mną. I choć żal szkolnej ekipy, to klas oraz sali gimnastycznej ni trochę.
Przeczytałem kilka recenzji "Polityki" Patryka Vegi. Szkoda, że nie nastrajają pozytywnie. Miałem nadzieję zobaczyć film, który dostarczy ciekawego przekazu i odpowiedniej puenty. Trwałem w nadziei, iż nawróci on zagubionych, dzięki czemu naród błyśnie świeżością przy jesiennych urnach. Tomasz Raczek zapewnia, że nic takiego się nie wydarzy. Trudno, szykują się zatem kolejne cztery lata rządów czereśniaków.
Dziś dzień radiowy. Nawet nie namawiam przed odbiorniki, bowiem stali Słuchacze i tak przybędą, reszta zaś w kimono tradycyjnie o dziewiątej. Podczas wesela kilka osób zainteresowało się moją profesją tworzenia audycji, jednak pora ich nadawania nie skusiła, by nie rzec: odstraszyła od przynajmniej nastawienia pierwszych dwóch-trzech kawałków. O której zaczynasz? - o dwudziestej drugiej? - o nie, ja o piątej wstaję. - Ktoś inny dobił, że o dziesiątej chrapie już w najlepsze. Teraz wiem, dlaczego tak dobitnie rzuca się w oczy wszechobecna kiepska muzyczna edukacja.
Czekam na cieplejsze dni. Od wczoraj wymarzłem, że aż niedawny marzec powrócił w niechcianych wspomnieniach.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 5 września 2019

HAMMERFALL - "Dominion" - (2019) -









HAMMERFALL
"Dominion"
(NAPALM RECORDS)

***





Wszystko podług heavy przykazań oraz ukonstytuowanego przed ponad dwudziestoma laty stylu demonstrują na najnowszej płycie szwedzcy bonza power metalu, HammerFall.
Na poprzednie "Built To Last" muzycy spłodzili tak dobre melodie, iż gwoli równowagi tym razem zabrakło im należytego zapału dla właśnie wyklutego "Dominion". Ale HammerFall już tak mają, po dziełach wybitnych ("Glory To The Brave", "Legacy Of Kings", "No Victory, No Sacrifice" czy wspomniane "Built To Last" - tam mieli taki apetyt na sukces, że aż pożerali nuty!) niekiedy przytrafiają im się zdecydowanie przeciętniejsze ("Infected" czy "Threshold"). Tkwi w tym nawet pewna logika, a i na horyzoncie wyłania się nadzieja, iż następne dziełko kto wie, być może znowu zwali z nóg. I choć wiadomym, że rzeczywistość z rzadka przebija marzenia, musimy je mieć. Nie zapalajmy więc zniczy, skoro wciąż świeci słońce.
Na "Dominion" kilka nagrań uwidacznia, a być może tylko symuluje kryzys twórczy (otwierające "Never Forgive, Never Forget", "Testify" czy "One Against The World" - wszystkie na straty), lecz oby ten zainscenizowany regres serio nie wgryzł się w skóry tych zacnych grajków.
Tak naprawdę różnicę czynią tu trzy kompozycje. I tak się akurat składa, że wszystkie zestawiono jedna po drugiej w ścisłym albumowym centrum. Przede wszystkim świetne i jednocześnie wybrane na singiel "(We Make) Sweden Rock". Kawałek stanowiący za hołd dla szwedzkiego rock/metalu, choć pada tu również pejoratywny ukłon dla Judasza. A może ekipa Cansa i Dronjaka śle tu jednak oczko ku substancjalnym brytyjskim grzesznikom z Judas Priest?
HammerFall od zawsze grają waleczny, a zarazem gloryfikujący rozejm wszystkich narodów metal, tak więc w ich ustach sformułowania: odłóżcie broń, walczmy o prawdziwe życie, nie żadną dogorywającą iluzję, i tym przeróżnego kalibru podobne komunikaty, są tak oczywiste, jak nastający po nocy dzień, a po burzy spokój. W podobnym tonie wobec tego na pół metalowego hymnu utrzymany został jeszcze mocniej rozpędzony "Scars Of A Generation". Utwór, który nosi podobne przebojowe znamiona, i tylko czas osądzi, czy lud zechce go na koncertowych setlistach za kolejną dekadę, dwie lub nawet trzy. Pomiędzy tymi mocarnymi hammerami, subtelnie utkano kolejną w bogatym dorobku Skandynawów balladę - "Second To One". Utwór z tej samej plantacji, co "I Believe" czy "Remember Yesterday", choć zdecydowanie nie mający szans w konfrontacji z dostawioną ostatnim akordem płyty "Glory To The Brave" tamtejszą przecudowną tytułową hymn/balladą.
Całkiem dobre wrażenie wzbudza jeszcze "Bloodline" - szczególnie utrzymana w IronMaiden'owskim stylu końcówka oraz równie przyjemne gitarowe szarże, którym w sukurs podąża rycerski chór, plus dosiadający ten numer swym sporo wyższym wokalnym rejestrem maestro Cans. To także murowany kandydat na przebój. Dzięki temu łącznie otrzymujemy cztery bardzo dobre kawałki, na których tle resztę wypełniają już tylko typowe przeciętniaki. No chyba, że komuś wymsknie się jeszcze łezka przy - podrasowanej raczej miękką zbroją - balladce "And Yet I Smile".
Konkludując zapewnię, iż obowiązujący tytuł "Dominion", zdecydowanie na wyrost. Album raczej powinien drasnąć o przegródkę: "middle class metal".







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 4 września 2019

NEW MODEL ARMY - "From Here" - (2019) -









NEW MODEL ARMY
"From Here"
(ATTACK ATTACK RECORDS / earMUSIC)

****1/2





Pomimo otaczania się zewsząd blefem, to właśnie New Model Army grają prawdziwego rocka i są jego istotą. Od lat. Od tak wielu, iż wychowani na wszelkiego rodzaju festiwalowych openerach, itp. imprezach młodociani rockfani, nawet nie mają pojęcia, że ten świat tak długo istnieje. W tym czasie ekipa przeuzdolnionego Justina Sullivana wygenerowała artystyczne złoto, startując przecież z tombakowych warunków. Na szczęście sprzyjała im chęć działania, wiara w umiejętności, plus jazda pod prąd wobec obowiązujących nurtów. A jak głosi wyartykułowana w filmie "Szkoła Rocka" prawda: "granie rocka to łamanie zasad", stąd też u NMA finalna burza smaków, jaka wyłoniła się z obfitego bukietu pomysłów.
"From Here" powstało w krainie, której atmosfera musiała się każdemu udzielić, odciskając lak na wszystkich nagromadzonych tu piosenkach. Inna sprawa, dziwnie NMA zabrzmieliby, gdyby dla przykładu ich muzyka pokryła się ciepłem słonecznej Kalifornii. Natomiast do ich naturalnej surowości, Norwegia pasuje niczym lód do magazynowania rybnych połowów.
Godzina z nowym dziełem Brytyjczyków gwarantuje pełnię surowości mocnych gitar, wyrazistych bębnów i solidnego kopa niesionym przekazem. Zaś Justin Sullivan jak zawsze śpiewa z taką pasją, z jaką inspektor Harry Callahan ścigał wyjętych spod prawa. Lider NMA posiadł umiejętność wyśpiewywania bólu i gniewu, tym samym edukując swą wrażliwością niejedną generację.
Otwierające "Passing Through" skrywa w sobie silną gitarą, równie mocny bas i osobisty tekst ("...spójrz w niebo, tam właśnie zmierzamy i nie mamy nic do stracenia..."). I niczego tu rola nie stopnieje nawet we fragmencie, w którym na moment cały rozpędzony mechanizm na krótko przyhamuje. Od początku jest tu jakieś napięcie. Słuchacz oczekuje eksplozji, lecz ładunek rozwiera się jednostajnie, powoli. Genialny utwór, niekiedy aż mnie rozpierało, by wraz z Sullivanem zawyć. Następne w zestawie "Never Ending", to też niesamowita, nazwijmy to: piosenka. Cóż za złowieszczy bas, plus pulsujące bębny i mroczna, wręcz psychopatyczna gitara. Jakże trafne z tego podłoże pod niosące się apokaliptycznie "End Of Days", które w nieco dalszym toku płyty. I tak można o każdej kompozycji z osobna. Bowiem każda niesie kolejną ciekawą i odpowiednio zarysowaną muzycznie historię. I choć od razu wiemy, że obcujemy z jedynymi w swym rodzaju New Model Army, to pewne tryby grupa wyzwoliła dopiero przy tej właśnie okazji. Jak lekko eksperymentalne "Great Disguise", gdzie wybornie uzupełniają się rytualne bębny, jakieś zawodzące odgłosy, akustyczne brzmienia, wokół których narósł ogrom brudu. No i Justin Sullivan, po raz kolejny naładowany jakąś nieprawdopodobną energią. Lecz nawet w dość typowym dla stylu grupy "The Weather", Sullivan także dyktuje warunki niczym Szekspir w literaturze elżbietańskiej Anglii.
W albumowym jądrze muśniemy też o żywiołową balladę "Conversation", ale i o nieco pubowe "Where I Am". Gdyby przyhamować jego tempo mielibyśmy rzecz z krainy: poezja śpiewana.
Nad wyraz okazałą wydaje się końcówka płyty. Proszę posłuchać, jaki nastrój w "Maps" wytwarza jednostajny rytm wiolonczeli Tobiasa Unterberga - niemieckiego instrumentalisty, który perfekcyjnie poczuł posępność i dostojność norweskich fiordów, nieopodal których przecież płytę przyrządzano. Utwór brnie tempem żałobnego konduktu, w którym Sullivan pełni rolę narratora. I jak zawsze z powierzonego zadania wychodzi triumfalnie. Ale przesz do czynienia mamy z człowiekiem, w którego ciele nagromadzone emocje nie pozwalają mu niczego beznamiętnie relacjonować. Niech nie zwiedzie nas będące następstwem tej kompozycji, kolejne w zestawie "Setting Sun". Rzecz tylko z pozoru niosąca się rytmem odprężającym, gdyż i tutaj skrywa się pewne napięcie. A może to tylko ustalanie strategii przed potężnym finałem? A tym, tytułowe "From Here". Kolejny wciskający w fotel track, w którym charyzmatycznie u frontu wyszczerbiony Sullivan niekiedy szepcze, innym razem melodeklamuje, a gdy trzeba, potrafi ryknąć z siłą wkurzonego trotylu. To najdłuższy, ośmiominutowy song, gdzie ostatnie trzy kwadranse sekund płyną jakąś niepokojącą ciszą, z której nie wyłania się już nic.
Niesamowita płyta. No, ale ten zespół przecież innych nie nagrywa.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 3 września 2019

UNITED PROGRESSIVE FRATERNITY - "Planetary Overload, Part 1 - Loss" - (2019) -








UNITED PROGRESSIVE FRATERNITY
"Planetary Overload, Part 1 - Loss" 
(GIANT ELECTRIC PEA)


CD 1 - **1/2
CD 2 - ****






Kontynuatorzy dokonań australijskiej Unitopii - United Progressive Fraternity - właśnie oddają w nasze ręce swój drugi studyjny album. Ponownie naszpikowany ciekawymi gośćmi (m.in. Steve Hackett, Colin Edwin, Jerry Marotta, Michel St. Pére, Nick Magnus, wdowa po Johnie Wettonie - Lisa Wetton, czy nawet ubogi naśladowca Jona Andersona, Jon Davison) oraz niedającą się łatwo zaszufladkować muzyką. Niestety, niewiele daje zacna lista płac, jeśli tym tropem nie podąża równie elektryzująca twórczość. Ze smutkiem powiadamiam, że będący jeszcze na albumie "Fall In Love With The World" (tam także Steve Hackett, a i też Jon Anderson) całkiem klawi United Progressive Fraternity, teraz przemalowali sztandar z ciekawych melodii na kombinacje. Całkiem niedawną spontaniczność zastąpiła już tylko rutyna. Owszem, Mark Trueack wciąż pięknie śpiewa, i chyba tylko ów element mocno ratuje ten suma sumarum niedający się udźwignąć artystyczny rebranding. UPF jeszcze nie tak odlegle fascynująco łączyli rocka progresywnego z odniesieniami do Beatlesów oraz do dokonań psychodelicznych formacji tamtego okresu, i naprawdę było w tym sporo uroku. Bo nikt dotąd podobnie nie grał, dzięki czemu na podorędziu mieliśmy nad wyraz oryginalną grupę, za którą tylko należało trzymać kciuki. A przecież również całkiem nieźle z nagromadzonym przez Unitopię repertuarem korespondował jedyny w swoim rodzaju, jakby nieco intelektualny śpiew lidera całego tamtego przedsięwzięcia. Super zespół - po prostu. Niestety, to już przeszłość. Na podstawie aktualnego i jednocześnie konceptualnego "Planetary Overload, Part 1 - Loss" nabrałem przekonania, że najlepsze już było.
Nowa płyta UPF to prawdziwa hybryda, w dodatku napuszona pawim ogonem. Widać, Trueacka kryzys wziął w zęby i nie puszcza. Po cudownym "Artificial" nie pozostał żaden ślad, a podobno już wówczas grupa przeżywała kryzys we własnych szeregach. Dlatego po będących konsekwencją tamtych wydarzeń rozpadzie Unitopii, wbiłem w ziarno zwątpienia, a z niego właśnie wykluł się owoc.
Co na plus? Można wyróżnić suitę "Distraction And Destruction". A konkretnie z jej zawartości zbitek dwóch kompozycji: "What If" oraz "Forgive Me, My Son". Trąbka i gitara akustyczna - w części pierwszej, plus w kolejnym nagraniu smaczki utrzymane w klimacie współczesnego jazzu i muzyki klasycznej oraz flirt z muzyką Wschodu - jakże bliską preferencjom należącego do Petera Gabriela katalogu wytwórni Real World - plus szczypta szalonych skrzypiec bitych pod dawnych Curved Air, to coś, co zreasumowało się na niepowtarzalny nastrój. Podobnie, jak wielowątkowe i okraszone kilkoma ładnymi motywami, 19,5-minutowe "Seeds For Life" - będące częścią niemal "goliatowskiego", ponad półgodzinnego tryptyku "Growing".
To tylko nieliczne i wyróżniające się fragmenty, i tak nie ratujące płyty, której okładkowy apokaliptyczny rewers idealnie zazębia się z całą muzyczną zawartością.
Nie twierdzę, że "Planetary...." jest paszkwilem wobec muzyki. Nie, nie i jeszcze raz nie. To tylko przeintelektualizowana "napinka" twórców tego dzieła, którzy poszli o krok za daleko, zamiast nagrać kolejne barwne piosenki w okowach artystycznego rocka. Dlatego całość odbija się czkawką. To coś jak plaster bez dziurek, którym można się udusić.
Z dużym trudem przebrnąłem przez całość, ale cierpienie ponoć uszlachetnia.
Pewną rekompensatą dorzucona w pakiecie płyta nr 2. Przynajmniej tutaj nie brakuje wysokokalorycznej muzyki. To nic, że retrospektywnej, gdyż wszystkie znane nam starsze bądź całkiem świeże kompozycje, przy tej właśnie okazji pojawiają się w innych, nierozpowszechnionych dotąd wersjach. Tak więc płyta, której zadaniem było dostarczenie jedynie ciekawostek, stała się daniem głównym. Bo przecież trudno przejść obojętnie wobec wydłużonej i nastrojonej pod Vangelisa wersji prześlicznej ballady "Fall In Love With The World" - ach, i jeszcze te skrzypce! Podobnie jak podszyta trąbkami Clive'a Hodsona oraz Brendona Darby'ego nowa twarz ballady "This Time" (ależ subtelne klawisze, a i jeszcze dystyngowana, jakby z zaciemnionego pokoju partia fletu, w wydaniu Steve'a Unruha) to bezsprzeczny song na medal. Co jest z tym utworem nie tak, że na "Artificial" Unitopii też wystąpił tylko w roli dodatku do limitowanej wersji? A ja tak właśnie wyobrażałem sobie rozwój UPF. Proszę koniecznie posłuchać. To coś z innej rzeczywistości. Piosenka, jakiej żadne radiowe FM dzisiaj nie nada, a przecież jaki świat byłby wspaniały, gdyby niekiedy jakiś didżej przez pomyłkę zapodał takie cacko w eter. Nie spuśćmy też z uszu kolejnej wbitej pod retro Vangelis'owską wiatę, kompozycji "Seeds For Life". Nawet pokrywająca się z podstawowym albumem kompozycja "Loss To Love", została przy tej okazji podana w sporo delikatniejszej, a jednocześnie elektroniczno-akustycznej wersji, którą jeszcze w końcówce barwnie wspomogła Grace Bawden - operowa diva, krajanka Marka Trueacka. Pozostałe dodatki - z owego drugiego dysku - także polecam jak najgoręcej, zaś płytę podstawową pozostawiam sumieniu każdego z nas. W całej tej sprawie martwi mnie jednak fakt, iż przytoczoną w powyższym opisie dewiacyjną część pierwszą, Trueack oraz jego gwardia mają zamiar kontynuować. Rzucam karty na stół, z mojej strony pas.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 2 września 2019

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 1- na 2 września 2019 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli 1- na poniedziałek 2 września 2019 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski








IRON MAIDEN - "Somewhere In Time" - (1986) - ostatnie nasze spotkania rozpoczynała ekipa Żelaznej Dziewicy, niech więc tradycji ciąg dalszy zadość.
- The Loneliness Of The Long Distance Runner

ALPHAVILLE - "Forever Young" - (1984) - Berlin latem jeszcze piękniejszy, o czym przekonałem się w minioną sobotę. Kolejną wizytę w byłej stolicy III Rzeszy (po której zapewniam, ni śladu) złożę jesienią. Okazją koncert Heather Novy. Już przebieram nogami.
- Summer In Berlin

FREEDOM CALL - "M.E.T.A.L." - (2019) - ta niemiecka heavy formacja specjalizuje się w metalowych hymnach, które muzycy artykułują raz szybciej, raz wolniej, jednak zawsze w arcymelodyjne szaty wbijając pieśni gloryfikujące bogów, aniołów, walki dobra ze złem, zewów wolnościowych, a to wszystko jeszcze pod uroczą egidą dyskretnego szczęku blach.
- 111
- Sole Survivor

HELLOWEEN - "Keeper Of The Seven Keys: Part II" - (1988) - 4 listopada trafi do sprzedaży wieloformatowe koncertowe wydawnictwo grupy, które do wyboru, na kilku CD, kilku LP, a także DVD oraz blu-rayu. Bierz wybieraj, przebieraj. Tytuł "United Alive" jasno deklaruje, iż rekomendowany temat dokumentuje sceniczną unię wokalistów Andiego Derisa z Michaelem Kiske, bądź gitarzystów Michaela Weikatha z Kaiem Hansenem.
- Dr. Stein

HELLOWEEN - "Pink Bubbles Go Ape" - (1991) - powszechnie nielubiana płyta. Może dlatego, że to już takie radiowe heavy, wyzbyte rycerskiej epickości. Równie źle sympatycy Helloween traktują kolejne w dorobku "Chameleon", ale nie o tym teraz mowa. Ja zaś lubię singlowe "Number One", pomimo iż nie dorasta ono potęgą zawartości obu "Strażników Siedmiu Kluczy".
- Number One

OST - "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band" - (1978) - kapitalny soundtrack, a oczyma dzieciństwa zapewniam, że film także. Jak widzicie Szanowni Państwo, lubię powracać do tego Beatles'owskiego farszu, nawet jeśli śpiewają go Bee Gees czy były muzyk Humble Pie, Peter Frampton - jego bluesowej nowości posłuchaliśmy w dalszej części programu.
BEE GEES / PAUL NICHOLAS - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band
PETER FRAMPTON / BEE GEES - With A Little Help From My Friends

V/A - "Marvel's Guardians Of The Galaxy: Cosmix Mix Vol. 1 (Music From The Animated Television Series)" - (2015) - płyta upominek od Qby Kjurczyńskiego, z racji 25-lecia Nawiedzonego Studia. Świetny muzyczny wyciąg z animowanego serialu "Strażnicy Galaktyki", którego do tej pory nie obejrzałem, lecz podarowana mi kompilacja odpowiednio do niego zachęca.
GLORIA GAYNOR - I Will Survive - {pełna dyskotekowa 8-minutowa wersja, inna niż na albumie "Love Tracks" z 1978 r.}

DIDO - "Still On My Mind" - (2019) - piosenka "Hurricane" przecudowna, zaś "Mad Love" owiana słonecznym reggae rytmem, czarująca. I nieważne, że na co dzień nie cierpię takiej muzyczki. Dido całość przyprawiła tak subtelnie, że nie potrafiłem się oprzeć. Zresztą, The Police czy wzorujący się niegdyś na nich Lady Pank, też niekiedy reggae'owali, i im również szło nieźle. Dido w połowie listopada zaśpiewa w poznańskiej Sali Ziemi, o czym też wczoraj słówko szepnąłem.
- Hurricanes
- Mad Love

JENNIFER RUSH - "Jennifer Rush" - (1984) - nareszcie stałem się szczęśliwym posiadaczem na CD pierwszych pięciu albumów Dżenyferki. Cieszę się, bo to naprawdę fajne płyty. Takie pozytywne, beztroskie, tanecznie zinstrumentalizowane, a przede wszystkim świetnie zaśpiewane. Bo co by nie mówić, Jennifer Rush to jednak potężny głos. Nie wiem, jak śpiewa obecnie, nie śledzę aktualnych poczynań piosenkarki, ale w tamtych latach babsko uwielbiałem. Wszystkie odpowiedniki zakupionych kompaktów posiadam od lat na winylach, jednak zmienianie ich stron co piętnaście/dwadzieścia minut, nie dla mnie.
- Madonna's Eyes
- Into My Dreams
- I See A Shadow (Not A Fantasy)

JENNIFER RUSH - "Movin' " - (1985) - co za przebój! Tak dobry, że gdy już go nastawię, muszę posłuchać kilka razy z rzędu. Dawno nie słuchałem, dlatego tym większa przyjemność powrócić do tych wzorcowo na pięcioliniach poutykanych nut.
- Ave Maria (Survivors Of A Different Kind)

BABY ANIMALS - "Baby Animals" - (1991) - okazały debiut sprawnej australijskiej hard rockowej formacji, która tym oto dziełem narobiła niegdyś sporego zamieszania. Świat już pomału chłonął grunge, a tu proszę, takie pod 80's gitarowe granie. Na czele formacji stała wokalistka i gitarzystka Suze DeMarchi, a produkcją albumu zajął się Mike Chapman - członek słynnego tandemu Chinn/Chapman, tego od sukcesów Smokie, Sweet czy Suzi Quatro. Chapmanowi w powszechnie wielbionej kompozytorskiej kolaboracji nic a nic nie przeszkadzała kontynentalna przepaść. Wszak Chinn to Brytyjczyk, zaś Chapman z kangurzą torbą. Zgarnięta w Australii 8-krotna Platyna jasno pokazuje, co ta płyta znaczyła w kraju, w którego istnienie niektórzy nawet nie wierzą, ponieważ ulokowano go na mapie niemożliwie odlegle.
- Rush You
- Early Warning

VAN HALEN - "For Unlawful Carnal Knowledge" - (1991) - Baby Animals supportowali Van Halen właśnie podczas trasy promującej ten album. Ostatni wielki w ich dorobku. Jego tytuł układa się w słowo "FUCK", które na całym świecie jest tak samo rozpoznawalne, co odruchowe "ok". Szkoda, że spoglądając na obecną formę Van Halenów uświadamiam sobie, że dobre już było.  
- Pleasure Dome

PETER FRAMPTON BAND - "All Blues" - (2019) - dorodne bluesowe dzieło człowieka, który w swoim życiu zagrał chyba wszystko - psychodelię, blues rocka, funk rocka, pop, i co nie tylko. Myślę płytę zrecenzować, więc zaoszczędzę energię i na tym poprzestanę.
- I Just Want To Make Love To You - {Willie Dixon cover} - na harmonijce KIM WILSON
- She Caught The Katy - {Taj Mahal cover}
- Georgia On My Mind - {Ray Charles cover}
- All Blues - {Miles Davis cover} - gościnnie na gitarze LARRY CARLTON

SOLEIL MOON - "Warrior" - (2019) - Larry King i John Blasucci czerpią z rocka, popu, jazzu, AORu, a nawet country, umiejętnie plotąc z powyższych składników art-pop/rockowe piosenki, a niekiedy nawet songi lekko podmetalizowane. Wczorajsze dwa, w moim odczuciu wspaniałe. Masłowski, podniecasz się jakimiś dziwacznymi zespołami, o których przeciętny Kowalski nigdy nie słyszał i wcale mu na nich nie zależy. Tym bardziej, że właśnie do sprzedaży trafia nowy i hucznie rozreklamowany Tool. Zespół, którego fenomenu nie pojmuję, ale skoro - o czym mnie zapewniono - jarają się nim w Trójce, a co na własne oczy doświadczyłem, także w najnowszym Teraz Rocku, to zapewne mamy do czynienia z bombową płytą, którą trzeba opylić w dużym nakładzie, albowiem obstawiono względem niej wielkie środki. Już samo do niej cudaczne opakowanie musi się zwrócić, skoro to zawiera nawet jakiś głośnik, plus kilkucalowy ekran, nawet konieczny przewód USB, i licho wie, co jeszcze. Z cyklu: tam, gdzie muzyki przy okazji broni opakowanie - na wypadek, gdyby coś poszło nie tak.
- Nothing Matters
- When I'm With You

DENNIS DeYOUNG AND THE MUSIC OF STYX - "Live In Los Angeles" - (2014) - kolejny łącznik, na jaki sobie pozwoliłem. Jako, że John Blasucci z Soleil Moon, to także muzyk składu zespołu dowodzonego przez byłego wokalistę Styx, do głosu dopuściłem fragment z ich nieodległego koncertu, jaki odbył się w słonecznym Mieście Aniołów. 
- Show Me The Way

- Mr. Roboto

TRIUMPH - "Tear The Roof Off Live '81" - (2015) - kolejna garść muzyki z upominkowej płyty, którą z racji ćwierćwiecza N.S. otrzymałem przed tygodniem od Andrzeja z Zielonej Wyspy. Trafił Pan Andrzej w środek tarczy niczym Robin Hood. Tak się składa, że posiadam w chałupie wszystkie studyjne płyty Triumph - nawet zdublowane - plus osławioną koncertówkę "Stages" - także zdublowaną - lecz "Tear The Roof Live '81" akurat dotąd nie miałem. Skąd Pan Andrzej wiedział? Prorok, czy co?. "Tear..." to pełnowartościowy koncertowy album, żaden nędzny bootleg. Występ o klarownej jakości, który pochodzi ze stajni "King Biscuit Flower Hour", czyli z niegdyś na w miarę dużą skalę serwowanych płytowych wydawnictw, które zawierały transmitowane przez amerykańskie radiostacje koncerty.
- Lay It On The Line
- Fight The Good Fight

JIMMY BARNES - "Jimmy Barnes" - (1985) - przepadam za tym australijskim wydzierusem. Głos tego faceta doskonale komponuje się z poprzecieranymi dżinsami Springsteena, tych z okładki "Born In The U.S.A.". Muzyka jakby inna, choć powinna przypaść do gustu wielbicielom wszelakich podchmielonych strun głosowych. "Jimmy Barnes" to nic innego, jak amerykańska, choć okrojona w stosunku do australijskiej edycji wersja podwójnego longplaya "For The Working Class Man". Sporo pierwszorzędnych gości, jak: Billy Burnette i Mick Fleetwood (oboje z Fleetwood Mac), Charlie Sexton, Dave Amato (z REO Speedwagon), Tommy Thayer (z Kiss oraz Black'n'Blue), Bill Payne (z Little Feat) czy Randy Jackson oraz Jonathan Cain (panowie z Journey) - i to słychać! Super melodie. Tak dobre, że nie idzie przy nich ustać.
- No Second Prize
- I'd Die To Be With You Tonight

JIMMY BARNES - "Freight Train Heart" - (1987) - jeszcze lepsza płyta od zarekomendowanej powyżej dyskograficznej "dwójki" . Tutaj już w ogóle Barnes dał czadu. Ponownie plejada gwiazd, a i jeszcze lepsze piosenki. Na ich potęgę kompletnie nie znajduję słów. Aby zrozumieć ich wielkość, trzeba by przelecieć dystans ku Wenus i z powrotem.
- Too Much Ain't Enough Love - {solo na gitarze NEAL SCHON}
- Waitin' For The Heartache
- Last Frontier - {solo na gitarze NEAL SCHON}
U mnie wszystko na maksa. Nawet suwaki na realizatorskiej konsolecie.

ROLLING STONES - "Honk" - (2019) - kompilacja. Właśnie kupiłem na przecenie. Tak tak, ta wciąż nowa składanka Stonesów ledwie się pojawiła, a już jej limitowana 3 CD wersja zjechała z 69,99 zł na złotych 34,99. W wyprzedażowym koszu, w jednym z Media Marktów, poniewierało się bodaj dobrych dziesięć sztuk. Szarpnąłem się głównie z uwagi na dysk nr 3. Zawiera on ekstra koncertowe smaczki. Może nie wielkich lotów, ale fajnie włączyć je do kolekcji. Pierwsze dwie płyty stanowią za typowy i jednocześnie topowy zestaw Stones'owskich klasyków, więc edycji 2 CD w ogóle nie warto, jeśli posiadamy regularne albumy. Nie planowałem przytaśtania do domu "Honk", gdyż to raczej mało wartościowy składak, a jednak za te pieniądze wspomniany trzeci dysk nabrał jakby pewnej przydatności.
z dysku nr 3:
- Wild Horses - {featuring FLORENCE WELCH} - Stadion Olimpijski w Londynie, 22.05.2018

EPITAPH - "Long Ago Tomorrow" - (2019) - coś nie mogę się zabrać do zrecenzowania tej płyty, pomimo iż wygrałem ją na moim FM niemal w całości. Do usłyszenia...
- Cross The Borderline


dostałem kolejne kartki - dziękuję!



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"