środa, 9 listopada 2016

wybory

Co do wyborów.... Niech każdy wybiera, co lubi.





 Pogody ducha i nastroju życzę :-)





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



wtorek, 8 listopada 2016

Piranha

W dobrotliwie panującej erze cyfryzacji zaskoczyła mnie namacalna (od lat wychodząca) płytowa gazetka/reklamówka w berlińskim Saturnie. I to nie jakiś tam nędznych dziesięć stron, a sto dwadzieścia cztery. Każda płyta zrecenzowana, inna sprawa, że tylko zachęcająco. Mamy wszak do czynienia z materiałem promocyjnym, nie mogło być inaczej. Dowiadujemy się o nowościach z wszystkich możliwych nośników (CD, LP, DVD, Blu-ray, nawet bezsensowne digital), ponadto o nadchodzących koncertach, włącznie z informacjami o ich wyprzedaniu.
Niemcom nadal się fonografia opłaca, więc gazetek reklamujących płyty przy każdej z kas zatrzęsienie. Nasi zachodni sąsiedzi, jak i my, także szukają oszczędności, to też "broszurka" wychodzi spod krakowskich drukarskich pras. Papier być może jakości nie najwyższej, za to wszystko w kolorze, i co ważne, nie kończy się jedynie na reprodukcjach płytowych okładek, a i na niemałych gabarytowo zdjęciach opisywanych artystów. Całość prezentuje się bardzo przyzwoicie, i gdyby człowiek nie wiedział pomyślałby, że drapnął gratis niezłe pisemko. Można? Można. Choć przecież Niemcy, to także kraj o niemałym stopniu piractwa. Tam jednak w działach płytowych stale się buszuje. Ludzie przeglądają, odsłuchują, wzbudzając ogólne zainteresowanie. Prawdopodobnie także kupują, skoro owa gazetka traktuje głównie o muzyce, nie będąc przy tym elementem większej układanki - z pralkami, lodówkami, telewizorami czy lokówkami do włosów. Poza tym, ktoś nieśledzący nowości na bieżąco ma szansę dowiedzieć się o każdym nowym tytule. Nie tylko z topowej dziesiątki. Podczas, gdy w pestkowym Saturnie rzucają się w oczy jedynie nowości z tzw. stocków, a te niszowe, często pojedyncze tytuły, trafiają do ogólnej masy alfabetowej, i tu już trzeba konkretnie wiedzieć, czego się poszukuje.
Gazetka "Piranha" poinformuje o szerokiej ofercie, w tym o przypadkach jednostkowych. A zatem, klient zabiera gazetkę do chałupy, nastawia jakąś fajną płytę, zaparza kawę i wertuje strona po stronie.... Łatwiej później dotrzeć do ciekawej płyty, o której trudno byłoby się dowiedzieć w dezinformacyjnej polskiej sieci Saturnów.
Od pewnego czasu Pan Darek z podkrakowskiej firmy "Mystic" podsyła mi melodic rockowe fanziny "MRF". Jest to ok.20-stronicowa gazetka (dwumiesięcznik) włoskiej wytwórni Frontiers Records, która jednak działając w kooperacji z podobnymi do siebie labelami, łączy ich ofertę w monolit. Dzięki tej fuzji dowiadujemy się o wszystkich propozycjach Frontiers Records, AOR Heaven, Pride And Joy, ale i o wybranych tytułach z katalogów AFM Records czy Nuclear Blast. Żałować można, iż o ile płyty Frontiers są u nas dystrybuowane, o tyle na próżno szukać podobnej muzyki z objęć fabryk AOR Heaven, Point Music, Escape czy Rock Candy. Oczekuję dnia, gdy ten stan rzeczy ulegnie poprawie. Do tego jednak potrzeba jakiejś ogólnej supremacji sympatii względem takiego grania. Z tym niestety łatwo nie jest. Bez obrazy, ale znam wielu fanów Deep Purple, Boston czy Journey, których trudno przekonać do fajnego grania, płynącego z ust ich współczesnych spadkobierców. No chyba, że powszechnie i na klęczkach wielbiona radiowa Trójka jakimś cudem zapewni o dokonanym wynalazku, wówczas wzejdą balony na te wszystkie sztuczne Answery, Blues Pillsy czy inne tam Łajt Strajspy. W tych ostatnich upatrywano niegdyś odnowicieli klasycznego rocka. Znam takich, co uwierzyli.
Piosenka na dziś: Wickman Road "I Can't Wait Anymore". Szwedzki melodic-rockowy debiut. Znakomity, choć niezjawiskowy. Trudno zresztą o zjawiskowość, skoro każdego roku ukazuje się przynajmniej kilka równie udanych płyt. Album pochodzi ze wspomnianej kompanii AOR Heaven, i gdyby nie bogate półkowe moce berlińskiego Saturna, być może nigdy nie poznałbym tej muzyki.







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Tam także reklamują najnowszych KINGS OF LEON
W "Piranha" polecają wydane właśnie winyle
Rozpiska trasy koncertowej Raya Wilsona...
...Polska też na mapie
Płytę Toma Chaplina nabyłem dziesięć dni po oficjalnej premierze, do nas nadal nie dotarła.




poniedziałek, 7 listopada 2016

w Kalifornii nigdy nie pada

Kolega podczas audycji zwrócił sms-em uwagę na fakt mojej niewiedzy względem braku popularności w naszym kraju piosenki "A Matter Of Feeling". Założyłem, że skoro rzecz niesinglowa, to o jej istnieniu mogą jedynie wiedzieć posiadacze albumu "Notorious" - tak przy okazji, mojego ulubionego spośród wszystkich firmowanych nazwą Duran Duran.
A podobno owa piosenka w stosownym czasie często gościła na łamach powszechnie wielbionej "Trójki". Jedynie tylko ja - radiowy ignorant - nie miałem do wczoraj o tym pojęcia. No i co ja na to poradzę? Już taki się urodziłem. Wiem, że słuchanie "Trójki" to inteligentny obowiązek, a ja tu taki kapiszon. Przyznam, że namiętnie słuchałem jedynie audycji nieodżałowanego Tomka Beksińskiego, a on nie cierpiał całego albumu "Notorious", jak i zresztą następnego "Big Thing". Wynikało to, delikatnie mówiąc, z jego niesympatyzowania z wszelakim funk/soul/popem, który akurat do mnie w miarę przemawiał. Nosferatu zaś dławił się wymiocinami już tylko na samo o nim wspomnienie.
Być może "Notorious" podziałało odpowiednio na Nawiedzonego z uwagi na ówczesny 21-letni sielankowy żywot. Byłem przecież szczęśliwym młodzieńcem, niepotrzebnie tylko w pewnej istotce rozkochanym, co na szczęście w konsekwencji lat następnych wyszło mi na dobre.
Nie analizowałem muzyki, nie porównywałem, nie konfrontowałem, a po prostu słuchałem i słuchałem... Chłonąłem garściami. Zupełnie przy tym nie dostrzegłem przeskoku Djuranów z nowego romantyzmu do funkowych rytmów - ze stajni Nile'a Rodgersa - odpowiedzialnego za ich czwarte dzieło. Tak tak, tego właśnie faceta od nieśmiertelnego "Freak Out" (a de facto, jak wiemy "fuck out"). Cała płyta wpędzała nogi w taneczną plątaninę, choć ja sam tańczyć nigdy nie lubiłem. I nic się pod tym względem na szczęście do dzisiaj nie zmieniło. Na każdej tanecznej imprezie poszukuję odizolowania i dobrego gadanego towarzystwa, by tylko nie dać się porwać na parkiet. Obowiązkowo skręcam stopy, kaleczę pięty, by wzbudzić powszechne współczucie kuśtykaniem, i to działa! Słowem, grunt, by tylko wywinąć się od akrobatycznego pajacowania. Kąsam, gdy jakaś zbłąkana duszyczka nie daje za wygraną: "ale chodź...tylko tę jedną piosenkę i dam ci spokój". A już najgorsze to te wszystkie przytulanki. Nigdy nie wiem, o czym oni tam gadają. Przez pięć minut szepczą tym babom coś do uszu (nie wiem, może wysysają nadmierną woskowinę, hmmm? - nowa rasa wampirów), a ta nic, tylko "uha ha, uha ha". On żonaty, ona ponoć też wierna, a tu takie jawne flirty. Kiedyś zapytałem kilku macho-kompanów, o czym wy z nimi dyskutujecie podczas tak długich kawałków? A wiesz, o pierdołach, o tym, o tamtym.... Cholera, więc o czym?!!! Nadal nie wiem. Co, że ma ładne włosy, tylko dzisiaj średnio domyte? A może o fajnych pantofelkach, które tak czaderskie, że chyba nie usnę?. I się nie dowiedziałem, więc nie tańczę.

Piosenka na dziś: Albert Hammond "It Never Rains In Southern California". Koniecznie w tej nowej symfonicznej wersji. Odżyły pożółkłe nuty. Nabrały nowej chęci do życia. Nawet Hammond zaśpiewał tu tak, jakby pragnął być usłyszanym na obu półkulach. Słucham tej płyty i słucham.... i cholernie mi z nią dobrze. No proszę, za ledwie trzynaście euro, bez jednego centa, a tyle szczęścia. Ach!






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 6 listopada 2016 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM







"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 6 listopada 2016 r. - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







KINGS OF LEON - "Walls" - (2016) -
- Over
- Walls

WHITE LIES - "Friends" - (2016) -
- Swing

SVARTANATT - "Svartanatt" - (2016) -
- Times Are Changing
- Demon
- Thunderbirds Whispering Wind
- Dreams

PRETTY MAIDS - "Kingmaker" - (2016) -
- Kingmaker

FM - "Indiscreet 30" - (2016) -
- That Girl
- Other Side Of Midnight
- Love Lies Dying

KANSAS - "Power" - (1986) - 30-lecie albumu
- Silhouettes In Disguise
- Can't Cry Anymore

ERIC CLAPTON - "August" - (1986) - 30-lecie albumu
- Hold On

KIM WILDE - "Another Step" - (1986) - 30-lecie albumu
- You Keep Me Hangin' On - {The Supremes cover}
- How Do You Want My Love

DURAN DURAN - "Notorious" - (1986) - 30-lecie albumu
- Notorious
- American Science
- A Matter Of Feeling

ALBERT HAMMOND - "In Symphony" - (2016) -
- To All The Girls I've Loved Before

THE JAYHAWKS - "Paging Mr. Proust" - (2016) -
- Quiet Corners & Empty Spaces

GRANT-LEE PHILLIPS - "The Narrows" - (2016) -
- Tennessee Rain

SANTANA - "Live At The House Of Blues Las Vegas" - (2016) -
- Blues Magic
- Echizo

WISHBONE ASH - "Locked In" - (1976) -
- Say Goodbye

YES - "Yes" - (1969) -
- Yesterday And Today

STYX - "Crystal Ball" - (1976) -
- Jennifer
- Crystal Ball
- This Old Man

SOUTHERN EMPIRE - "Southern Empire" - (2015) -
- Hold

DAVID BOWIE - "Hours..." - (1999) -
- Thursday's Child
- Survive
- If I'm Dreaming My Life

CLAN OF XYMOX - "Medusa" - (1986) - 30-lecie albumu
- Theme I
- Medusa

VARIUS MANX - "Elf" - (1995) -
- Oszukam Czas

================================
================================

"NOCNIK"....
.... pierwsze trzy nagrania z kompaktów Tomka Ziółkowskiego.... po czym komputer do białego rana....

Na początek uwielbiana przez Tomka EVA CASSIDY z płyty "Imagine" w nagraniu tytułowym (John Lennon cover)....
....tuż po niej balladowy OZZY OSBOURNE w "Dreamer" - z maxi singla kompaktowego....
....a na trzeci deser TINDERSTICKS z mojej ulubionej (i Tomka chyba także) płyty "Curtains" w kompozycji "Rented Rooms"....
....na czwarty rzut KINGS OF LEON w "Conversation Piece" z najnowszego albumu "Walls", a później to, co widoczne na zdjęciu.....



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



najnowszy GRANT-LEE PHILLIPS
bogate limitowane wydanie "Notorious" - mojej ulubionej płyty DURAN DURAN
najnowsza wersja albumu "Indiscreet", tym razem jako "Indiscreet 30" - najlepszej płyty Brytyjczyków z FM
Objawienie !!! - szwedzcy debiutanci SVARTANATT - co oznacza "Czarną Noc"








niedziela, 6 listopada 2016

ALBERT HAMMOND - "In Symphony" - (2016) -







ALBERT HAMMOND
"In Symphony"

(BMG)
****




W pierwszych słowach powinienem zauważyć, iż właśnie mamy do czynienia z mocno zapomnianym artystą, acz niewiele byłoby w tym prawdy. Owe "zapomnienie" należy zdecydowanie przerzucić na szalę winy braku wypromowania tego zasłużonego artysty w naszym kraju. Bo nawet jeśli każdy rozpozna melodie z "When I Need You", "It Never Rains In Southern California" czy "The Air That I Breathe", niekoniecznie przypisze ich zasługi należytej osobie. Hammond przez dekady sam dużo nagrywał, a jednak z mnóstwa jego piosenek wiekopomne dzieła uczynili inni. I tak, wspomniane "When I Need You" na zawsze pozostanie we władaniu Leo Sayera, z kolei "The Air That I Breathe" dla grupy The Hollies, "One Moment In Time" u Whitney Houston, "Nothing's Gonna Stop Us Now" dla Starship , a takie "To All The Girls I've Loved Before" zasługą duetu Julio Iglesias i Willie Nelson. Wszystkie te piosenki, jak i kilka innych, znajdziemy też na poniższej płycie. Albert Hammond postanowił po latach przypomnieć o nich raz jeszcze. W nowej formule. Za sprawą akompaniamentu orkiestry (The London Session Orchestra) - smyczki, trąbki, itp..., a także towarzystwa chórów (London Voices Choir oraz The Trinity School Croydon Boys Choir). Sam także postanowił wszystko zaśpiewać, nie dzieląc się pierwszym mikrofonem z nikim innym. Wyjątkiem meksykańska "Estrellita", w której towarzystwa dotrzymuje Hammondowi anonimowa młodzieńcza diwa. I choć płytę zrealizował na przemian w Londynie oraz Nowym Jorku, nie zagubił spójności.
Nie mogło rozpocząć się inaczej, jak od "It Never Rains In Southern California". To jego największy przebój. Niezatapialny i wciąż piękny. Jako jeden z tych wypromowanych na początku lat siedemdziesiątych przez niego samego. Piosenka o aktorze, który przesiedla się do Kalifornii, by rozpocząć karierę w Hollywood, jednak tam nie odnosi spodziewanego sukcesu, przez co trochę burzy mu się życie. A podobno w Południowej Kalifornii nigdy nie pada. Po tej piosence następuje jeszcze jedenaście innych. Wszystkie mniej lub bardziej dla historii muzyki uznane. Wśród nich wspomniana już "When I Need You" ("...gdy Cię potrzebuję, po prostu zamykam oczy i już jesteś....) - na której cztery dekady temu kapitał zbił będący już dziś w cieniu Leo Sayer. Entuzjastów dyskotek zaskoczy zapewne podniosła wersja "Don't Turn Around" - autorstwa Hammonda i niezmordowanej Dianne Warren - z której spory przebój uczynili w swoim czasie dyskotekowi Ace Of Base, choć próbowała także Tina Turner (gdyby tylko nie umieściła jej na drugiej stronie singla...). Ale tak po prawdzie, każda nowa wersja wypromowanego w dawnych latach szlagieru nieco zbije nas z tropu. Nawet, jeśli melodie, jak i sam kompozycyjny duch, pozostaną w swych sidłach. Dlatego nie zważając na przyzwyczajenia warto posłuchać wszystkich zawartych na "In Symphony" propozycji.


Mnie bardzo spodobała się Starship'owa "Nothing's Gonna Stop Us Now" ("...gdy mamy siebie nic nas nie zatrzyma, i nawet jeśli zanikną już wszyscy zakochani, my będziemy na zawsze...). Ma w sobie równie dużo polotu i radości, co "pierwowzór". To samo da się powiedzieć o fajnym połączeniu w monolit sił, dwóch takich melodii, jak: "When You Tell Me That You Love Me" oraz "One Moment In Time". Pierwszą z nich na początku ostatniego dziesięciolecia ubiegłego wieku śpiewała Diana Ross, drugą zaś na Olimpiadę w Seulu Whitney Houston. Obie doskonale do siebie pasują, dlatego rozumiem zabieg ich fuzji. To takie piosenki do szeroko-oktawowego śpiewania, do których głosy obu artystek nadawały się idealnie, ale i Hammond poradził sobie z nimi, że ho ho ho...
Należy podkreślić, iż Maestro stworzył tę płytę bez żadnej specjalnej okazji. Nie towarzyszą mu zarówno, ani okrągła rocznica urodzin, bądź też pracy twórczej, czy płytowego debiutu. Choć w 2017 przypadnie na niego 45-lecie. Po prostu przyszedł czas, jakiś przypływ energii, kiedy wewnętrzny głos podpowiedział: "teraz".
Płyta ma niezłą reklamę u naszych zaodrzańskich sąsiadów. W Berlinie na płytowych półkach "In Symphony" dobrze wyeksponowane, a w towarzyszących ulotkach nie brak zapowiedzi koncertowych. W samym tylko Berlinie urządzono Hammondowi pod koniec października 4-dniowy "Berlin Live Weekend". A może by tak i u nas?






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





KINGS OF LEON - "Walls" - (2016) -







KINGS OF LEON
"Walls"

(RCA RECORDS)
*****




Bracia Followill dawno zdali sobie sprawę, że nagranie drugiego "Only By The Night" nie będzie łatwe. To też chyba nawet nie próbowali przykładać najnowszych tworów pod tamtych kalki. Jednak, gdyby ktoś czasem powątpiewał w moce twórcze królów dziadka Leona, to niech nastawi niedawno wydany "Walls". Siódmy w dorobku Amerykanów. Ten w żadnym stopniu do przodu świata nie pchnie, ale przynajmniej udowodni klasę zespołu.
Ktoś powie, że takie petardy, jak: "Crawl", "Sex On Fire" czy "Use Somebody", pisze się tylko raz. To prawda, lecz "Reverend", "Eyes On You", "Over" czy "Conversation Piece", również. A te lśnią i w niczym nie ustępują starszym o osiem lat kompozycyjnym braciom.
Kings Of Leon nie oglądając się za siebie, a także na zobowiązujące zdobytą sławą wygórowane oczekiwania, czynili swoje, i właśnie wygarnęli pracochłonnych dziesięć piosenek, od których nie sposób się uwolnić. W dodatku Markus Dravs wszystkie je umiejętnie na płycie porozmieszczał, że o wybornej produkcji nie wspomnę. Dzięki temu "Walls" słucha się z wypiekami na twarzy. I proszę się nie przejmować malkontentami, tych nigdy nie brakuje. Szczególnie wśród zgnuśniałych recenzentów, dla których efektowne bywają jedynie debiuty. Tam, gdzie sprawy w swe ręce bierze już tylko sama muzyka, jakoś ich nie widać. Pouciekali do swych nor, by z ukrycia ponownie upatrywać jakiegoś kolejnego krótkotrwałego zjawiska. A Kings Of Leon grają dalej. Grają swoje, najlepiej jak potrafią. I grają pięknie.
Nie analizując schematycznie albumu utwór po utworze, zachęcę Państwa jedynie do kilku jego fragmentów, a o resztę już musicie zadbać sami.
Faworytem na murowany hit wyrasta z lekka ponad 6-minutowy "Over", który zapewne wszelakie radiostacje przytną o połowę, dlatego trzeba zakupić płytę, by uniknąć ewentualnego niedosytu. Caleb Followill śpiewa w refrenie raz za razem: "...don't say it's over anymore...". I ja mu wierzę, iż Kings Of Leon nie mówią jeszcze ostatniego słowa. Kapitalna piosenka, choć w zasadzie niewiele przecież się w niej dzieje. Ale porywa tak, że słucham codziennie przynajmniej kilka razy. Proszę zwrócić uwagę, jaki Caleb jest w niej emocjonalny. Jakby mu za chwilę miało gardło wywalić w przestworza.
Weźmy następnie taki finałowy i tytułowy zarazem "Walls". Tak poruszającą balladą nie pogardziliby chyba nawet U2 czy Peter Gabriel ("...gdy runą mury....widziałem jak walą się jeden po drugim...").
No a przeboje? Jasne, tych przecież cała masa. Dla przykładu "Wild" - zupełnie jakby The Killers napotkali The War On Drugs, albo taki "Eyes On You", który jawi się singlowo, choć na małą płytkę go nie przewidziano. Dzisiejsi promotorzy mają słabe ucho, niech po nauki zapukają do drzwi mego wiekowego gustu.
Płyta przemiennie buja nastrojami. Rockowe akcenty potrafi zamienić nawet na partytury sielankowe, jak w latynosko brnącym "Muchacho" - z wplecioną uroczą gwizdanką, gdzieś tam pod jego koniec. Choć to przecież piosenka na cześć zmarłego przyjaciela Caleba. Następny w albumowej kolejności "Conversation Piece" zapewne zmiękczy niejedną wrażliwą duszyczkę. To chyba jeden z tych poruszających fragmentów, który posłuży zbolałym sercom.
Proszę posłuchać tej płyty uważnie. Od zainspirowanego klasycznym "Born To Run" Bruca Springsteena "Waste A Moment", wgłąb albumowej duszy, nie gubiąc przy tym choćby jednej nuty.
Tak się złożyło, że Followillowie nie wiem, czy świadomie, czy nie, ale właśnie wypuścili jedną z najlepszych płyt w karierze.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





WHITE LIES - "Friends" - (2016) -






WHITE LIES 
"Friends"

(BMG)
****3/4


W ostatnim czasie nie stawiałem już na White Lies. Im dalej brnęli w las, tym mniej ciekawie. Po efektownym i uroczym debiucie "To Lose My Life or Lose My Love" późniejsze dwie płyty mocno spuściły z tonu. A jednak warto było zaufać młodzieńcom z londyńskiej dzielnicy Ealing raz jeszcze.
"Friends" przedstawia się dojrzale, choć firmuje ją przecież nadal młody team. Tryskający chęcią i możliwościami. No i co z tego, że mocno zapatrzony w lata osiemdziesiąte (inspirując się dawniejszymi dokonaniami Ultravox, Simple Minds, Echo And The Bunnymen, Joy Division czy nawet The Cars), skoro bywają wiarygodni. Ich gitarowo-klawiszowy rock, podszyty nostalgicznymi nowo-romantycznymi nutami, świetnie reanimuje zastygłe wspomnienia muzyki zatrzymanej w kadrze dobrych trzy dekady temu. Zachęcając przy tym również współczesnego odbiorcę swą tanecznością do ekspansji emocji na klubowych parkietach.
Twórczość White Lies jednak nie wykracza poza granice dobrego smaku, a mroczny śpiew Harry'ego McVeigh tylko dostarcza jeszcze odpowiedniego dostojeństwa. Inna sprawa, że McVeigh potrafi nawet zaśpiewać pod Bryana Ferry'ego. Weźmy na ruszt finałowy "Don't Fall", gdzie jego głos podobnie drży, jak u wokalisty Roxy Music. Zapewne na ten złożony za życia hołd miało znaczenie sprokurowanie dzieła w prywatnym nagraniowym studio Ferry'ego. To jednak nastrojowe trzy i pół minuty, podczas gdy cały album jest dynamicznym, pełnym werwy dziełem. A otwiera go podszyty Ultravox'owymi syntezatorami przebojowy "Take It Out On Me". W następnym "Morning In LA" nie tylko grupa uzyskuje bliskie Billy'emu Currie klawiszowe brzmienie, ale i gitara bywa, że tnie jak w nieśmiertelnym "New Europeans". Podobne akcenty garściami wychodzą w zasadzie z wszystkich zawartych tu piosenek. Jednak proszę jakby uważniej przyłożyć uszu do takich "Swing", "Is My Love Enough?", "Come On", "Hold Back Your Love", "Don't Want To Feel It All", bądź "Summer Didn't Change A Thing". Tak się zarazem składa, że przy okazji wyróżniających się kompozycji - w tym i tak już bardzo udanym zestawie.
Jeśli ktoś zwątpił w White Lies niech koniecznie sięgnie po ten album. Brytyjczycy jeszcze do tej pory nie nagrali czegoś równie ekscytującego.

P.S. Powinno być pięć gwiazdek, ale te od lat zarezerwowane są dla "Vienna"/y Ultravox.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"