"BLUES RANUS"
program z 13 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
(w zastępstwie za Krzysztofa Ranusa, w godz. 21.00 - 22.00)
THE ALLMAN BROTHERS BAND - "Atlanta International Pop Festival July 3 & 5. 1970" - (2009) -
- Hoochie Coochie Man
AEROSMITH - "Honkin' On Bobo" - (2004) -
- Stop Messin' Around
BUDKA SUFLERA - "Undergrouund" - (1994/2010 - kompilacja) -
- Memu Miastu Na Do Widzenia - /listopad '74/
STEVIE RAY VAUGHAN and DOUBLE TROUBLE - "In Step" - (1989) -
- The House Is Rockin'
- Let Me Love You Baby
- Leave My Girl Alone
KILLING FLOOR - "Killing Floor" - (1970) -
- Woman You Need Love
- Nobody By My Side
MOUNTAIN - "Nantucket Sleighride" - (1971) -
- Don't Look Around
- Travellin' In The Dark
JANIS JOPLIN - "The Pearl Sessions" - (1970-1971 / 2012) -
- Get It While You Can (take 3 - 7.27.70)
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 13 maja 2012
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
ZZ TOP - "Recycler" - (1990) -
- Give It Up
METALLICA - "Metallica" - (1991) -
- My Friend Of Misery
EUROPE - "Bag Of Bones" - (2012) -
- Bag Of Bones - /feat. Joe Bonamassa/
- Bring It All Home
GREAT WHITE - "Let It Rock" - (1996) -
- Hand On The Trigger
GREAT WHITE - "Rising" - (2009) -
- I Don't Mind
RUSH - "Feedback" - (2004) -
- Heart Full Of Soul
THE DOOBIE BROTHERS - "Cycles" - (1989) -
- One Chain (Don't Make No Prison)
THE DOORS - "L.A.Woman" - (1971) -
- Love Her Madly
- Riders On The Storm
THE DOORS - "The Doors" - (1967) -
- The Crystal Ship
ANATHEMA - "Weather Systems" - (2012) -
- Sunlight
IL GIARDINO DEI SEMPLICI - "Il Giardino Dei Semplici" - (1975) -
- Piazza Medaglie D'oro
IL GIARDINO DEI SEMPLICI - "Le Favole Del Giardino" - (1977) -
- Le Favole Di Andersen
- Napoli, Napoli
- Un Giorno Tua Madre
JOHN WETTON - "Battle Lines" - (1994) -
- Hold Me Now
LANA LANE - "El Dorado Hotel" - (2012) -
- Maybe We'll Meet Again
- Moon God
PETER GABRIEL - "Live Blood" - (2012) -
- The Power Of The Heart
BEACH HOUSE - "Teen Dream" - (2010) -
- Walk In The Park
- Take Care
MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
- I'm The One
HOTHOUSE FLOWERS - "Born" - (1998) -
- Find The Time
- Learning To Walk
CAMEL - "Camel" - (1973) -
- Mystic Queen
- Never Let Go
KING CRIMSON - "Starless And Bible Black" - (1974) -
- The Night Watch
MANFRED MANN'S EARTH BAND - "Budapest Live" - (1983) -
- For You
- Blinded By The Light
- Redemption Song (No Kwazulu)
STEVE HACKETT - "Spectral Mornings" - (1979) -
- Every Day
MARK KNOPFLER and EMMYLOU HARRIS - "All The Roadrunning" - (2006) -
- If This Is Goodbye
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
poniedziałek, 14 maja 2012
niedziela, 13 maja 2012
JACK BLADES "Rock'N Roll Ride" (2012)
JACK BLADES
"Rock'N Roll Ride"
(FRONTIERS RECORDS) -
Kłania się Kalifornia, kraina niekończącego się słońca i radości życia. A w niej Jack Blades, rasowy rocker'n'rollowiec. Postać na opisanie której potrzebowałbym kilku stron, a nie zaledwie tej najnowszej jego płyty. Płyty kogoś, kto lideruje słynnymi (szczególnie niegdyś) Night Ranger. Pamiętacie"High Enough" supergrupy Damn Yankees? To właśnie w niej, obok Tommy'ego Shawa (Styx) czy Teda Nugenta, grał Jack Blades. Wydali tylko dwie, za to świetne płyty, które zamienili na multi platynę.
Dziś Jack Blades nie odnosi już tak spektakularnych sukcesów, ale jego pozycja wciąż się liczy. Być może jego najnowszy album światem nie zawojuje, ale wciąż funkcjonujący Night Ranger na brak publiczności nie powinni narzekać. W Night Ranger Blades jest głównym wokalistą oraz basistą, tutaj natomiast dodatkowo gra na gitarach akustycznej i elektrycznej. Warto wspomnieć także o jego zespołowych kolegach: Joel Hoekstra, Kelly Keagy, Brad Gillis oraz Eric Levy. Wszyscy pojawili się gościnnie we fragmentach tego albumu.
"Rock'N Roll Ride" zawiera melodyjne, rockowe piosenki, z wszczepioną w nie całą Ameryką. Czyli z naleciałościami country, folku czy bluesa. Choć, gdy już nawet po raz enty słucham takiego "Anything For You" myślę sobie, że dawni Smokie z Chrisem Normanem mogliby spokojnie uczynić go hitem. Ale spokojnie, ta płyta nie ma niczego wspólnego z moimi dawnymi ulubieńcami z Bradford. Za to gościnnie w chórkach wspomógł w tym nagraniu Bladesa Robin Zander - lider Cheap Trick.
Cały album to taki amerykański rock, którego jestem odwiecznym wielbicielem. Nazbyt pozytywny i radosny w stosunku do naszego często martyrologicznego podejścia. Blades śpiewa o niepoddawaniu się, o uciechach płynących z życia, o przełamywaniu barier i burzeniu murów, słowem o tym, że świat jest piękny i należy z niego korzystać.
Po wysłuchaniu tego materiału człowiek nabiera słonecznego podejścia do otoczenia. Być może medycy powinni zapisywać tę muzykę pacjentom.
a.m.
"Rock'N Roll Ride"
(FRONTIERS RECORDS) -
Kłania się Kalifornia, kraina niekończącego się słońca i radości życia. A w niej Jack Blades, rasowy rocker'n'rollowiec. Postać na opisanie której potrzebowałbym kilku stron, a nie zaledwie tej najnowszej jego płyty. Płyty kogoś, kto lideruje słynnymi (szczególnie niegdyś) Night Ranger. Pamiętacie"High Enough" supergrupy Damn Yankees? To właśnie w niej, obok Tommy'ego Shawa (Styx) czy Teda Nugenta, grał Jack Blades. Wydali tylko dwie, za to świetne płyty, które zamienili na multi platynę.
Dziś Jack Blades nie odnosi już tak spektakularnych sukcesów, ale jego pozycja wciąż się liczy. Być może jego najnowszy album światem nie zawojuje, ale wciąż funkcjonujący Night Ranger na brak publiczności nie powinni narzekać. W Night Ranger Blades jest głównym wokalistą oraz basistą, tutaj natomiast dodatkowo gra na gitarach akustycznej i elektrycznej. Warto wspomnieć także o jego zespołowych kolegach: Joel Hoekstra, Kelly Keagy, Brad Gillis oraz Eric Levy. Wszyscy pojawili się gościnnie we fragmentach tego albumu.
"Rock'N Roll Ride" zawiera melodyjne, rockowe piosenki, z wszczepioną w nie całą Ameryką. Czyli z naleciałościami country, folku czy bluesa. Choć, gdy już nawet po raz enty słucham takiego "Anything For You" myślę sobie, że dawni Smokie z Chrisem Normanem mogliby spokojnie uczynić go hitem. Ale spokojnie, ta płyta nie ma niczego wspólnego z moimi dawnymi ulubieńcami z Bradford. Za to gościnnie w chórkach wspomógł w tym nagraniu Bladesa Robin Zander - lider Cheap Trick.
Cały album to taki amerykański rock, którego jestem odwiecznym wielbicielem. Nazbyt pozytywny i radosny w stosunku do naszego często martyrologicznego podejścia. Blades śpiewa o niepoddawaniu się, o uciechach płynących z życia, o przełamywaniu barier i burzeniu murów, słowem o tym, że świat jest piękny i należy z niego korzystać.
Po wysłuchaniu tego materiału człowiek nabiera słonecznego podejścia do otoczenia. Być może medycy powinni zapisywać tę muzykę pacjentom.
a.m.
ANATHEMA - "Weather Systems" - (2012) -
ANATHEMA - "Weather Systems" - (Kscope) -
Zapewne większość fanów wychowanych na wczesnych dziełach Anathemy, nie potrafi słuchać swych dawnych ulubieńców od lat kilkunastu. Trochę ich rozumiem, bo mnie na przykład więdną uszy od dwudziestu lat na hasło Metallica. Co to się porobiło, że ten niegdyś wspaniały zespół teraz ....!
Jeśli chodzi o Anathemę, to trzymam sztamę ze wszystkimi, którzy pokochali ten zespół wraz albumami "Alternative 4" czy w szczególności z genialną "Judgement". Wrażliwość na piękno podlane metalowym sosem, zaskarbiło sobie wielkie grono spragnionych serc, które wypatrują od tamtej pory każdą płytę Daniela Cavanagh i spółki, z drżącymi rękoma. Niech nie oznacza to, że wszystko czego muzycy się tkną, obracają w złoto. Drogą, którą przemierzali po wydaniu "Judgement", nie zawsze szło się wszystkim w jednakowym kierunku. Sam wielokrotnie w grupę zwątpiłem. Jednak przyjemny kopniak zaserwowany wraz z płytą "We're Here Because We're Here" (2010), na nowo rozbudziło mój apetyt. Tamten album przyniósł zbyt dużo pięknej muzyki, a to zawsze bywa niebezpieczne dla jego następcy. Bowiem, nie co dzień komponuje się takie cudeńka jak: 'Dreaming Light", "Angels Walk Among Us" czy "Thin Air".
Patrząc jednak już tylko na samą okładkę "Weather Systems"", trudno byłoby uwierzyć, by pod czymś takim mogła znajdować się jakaś nieciekawa muzyka. Posłuchajcie proszę już tylko początkowego, i dwuczęściowego zarazem "Untouchable". Przed tymi 11,5 minutami, niebiosa same się otwierają. Jest tutaj wszystko co wydaje się nieść ze sobą życie - żal, smutek, lament, melancholia, ale i promyk szczęścia czy nadziei. A do tego ten niezwykle śpiewający mieszany duet, Vincent Cavanagh i Lee Douglas, która to Lee na tej płycie stała się również pełnoprawną pierwszą wokalistką. Czyli w równej linii z Vincentem. Wracając do "Untouchable", to taki utwór, którego powinno się wykładać przymusowo w szkołach, na lekcjach muzyki, by budować u młodych ludzi odpowiednią wrażliwość. Albowiem, gdyby tylko taka muzyka była na tym świecie, nie byłoby zapewne wojen, przemocy, czy w ogóle panoszącego się zła. "Moja miłość nigdy nie umrze, a moje uczucia wiecznie będą lśnić" (w jego części pierwszej), "muszę pozwolić byś odeszła, ku zachodzącemu słońcu" (w części drugiej)
Nie koniec to wrażeń jednak, nawet jeśli później nie znajdziemy tutaj już nic podobnie pięknego. Trzecia i czwarta kompozycje, czyli "The Gathering Of The Clouds" oraz "Lightning Song", być może to zasługa Lee Douglas, ale tak właśnie mogliby dziś brzmieć Pure Reason Revolution, gdyby nie zboczyli w pewnym momencie w te bełkotliwe i kłujące po uszach rejony elektroniki, spod znaku Goldfrapp. Ale zostawmy w spokoju już nie ten świat muzyki.
Lubię ponadto, gdy czasem Anathema odpływa w rejony floydowskie, jak w "Sunlight". Lubię ten rozmarzony (szkoda, że nie częsty) śpiew Daniela Cavanagh, taki mocno pod Davida Gilmoura. Niezwykła panuje tutaj atmosfera napięcia, która z ugładzonego spokojem terytorium, przechodzi do eksplozji lamentu. Super! To przy takich utworach ciarki przyjemnie biegają pod skórą.
Jest tutaj (przynajmniej) jeszcze jeden niesamowity utwór "The Beginning And The End", z padającymi w końcówce słowami: "cisza, to klucz do pamięci". Anathema staje się wypadkową Pink Floyd, Tiamat, a nawet The Moody Blues. Posłuchajcie z jakim napięciem i uczuciem gra na pianinie Daniel Cavanagh.
Tak, tak, posłuchajcie tej płyty, i poszukajcie na niej muzyki dla siebie. Być może odkryjecie tu rzeczy jeszcze piękniejsze, niż ja.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Zapewne większość fanów wychowanych na wczesnych dziełach Anathemy, nie potrafi słuchać swych dawnych ulubieńców od lat kilkunastu. Trochę ich rozumiem, bo mnie na przykład więdną uszy od dwudziestu lat na hasło Metallica. Co to się porobiło, że ten niegdyś wspaniały zespół teraz ....!
Jeśli chodzi o Anathemę, to trzymam sztamę ze wszystkimi, którzy pokochali ten zespół wraz albumami "Alternative 4" czy w szczególności z genialną "Judgement". Wrażliwość na piękno podlane metalowym sosem, zaskarbiło sobie wielkie grono spragnionych serc, które wypatrują od tamtej pory każdą płytę Daniela Cavanagh i spółki, z drżącymi rękoma. Niech nie oznacza to, że wszystko czego muzycy się tkną, obracają w złoto. Drogą, którą przemierzali po wydaniu "Judgement", nie zawsze szło się wszystkim w jednakowym kierunku. Sam wielokrotnie w grupę zwątpiłem. Jednak przyjemny kopniak zaserwowany wraz z płytą "We're Here Because We're Here" (2010), na nowo rozbudziło mój apetyt. Tamten album przyniósł zbyt dużo pięknej muzyki, a to zawsze bywa niebezpieczne dla jego następcy. Bowiem, nie co dzień komponuje się takie cudeńka jak: 'Dreaming Light", "Angels Walk Among Us" czy "Thin Air".
Patrząc jednak już tylko na samą okładkę "Weather Systems"", trudno byłoby uwierzyć, by pod czymś takim mogła znajdować się jakaś nieciekawa muzyka. Posłuchajcie proszę już tylko początkowego, i dwuczęściowego zarazem "Untouchable". Przed tymi 11,5 minutami, niebiosa same się otwierają. Jest tutaj wszystko co wydaje się nieść ze sobą życie - żal, smutek, lament, melancholia, ale i promyk szczęścia czy nadziei. A do tego ten niezwykle śpiewający mieszany duet, Vincent Cavanagh i Lee Douglas, która to Lee na tej płycie stała się również pełnoprawną pierwszą wokalistką. Czyli w równej linii z Vincentem. Wracając do "Untouchable", to taki utwór, którego powinno się wykładać przymusowo w szkołach, na lekcjach muzyki, by budować u młodych ludzi odpowiednią wrażliwość. Albowiem, gdyby tylko taka muzyka była na tym świecie, nie byłoby zapewne wojen, przemocy, czy w ogóle panoszącego się zła. "Moja miłość nigdy nie umrze, a moje uczucia wiecznie będą lśnić" (w jego części pierwszej), "muszę pozwolić byś odeszła, ku zachodzącemu słońcu" (w części drugiej)
Nie koniec to wrażeń jednak, nawet jeśli później nie znajdziemy tutaj już nic podobnie pięknego. Trzecia i czwarta kompozycje, czyli "The Gathering Of The Clouds" oraz "Lightning Song", być może to zasługa Lee Douglas, ale tak właśnie mogliby dziś brzmieć Pure Reason Revolution, gdyby nie zboczyli w pewnym momencie w te bełkotliwe i kłujące po uszach rejony elektroniki, spod znaku Goldfrapp. Ale zostawmy w spokoju już nie ten świat muzyki.
Lubię ponadto, gdy czasem Anathema odpływa w rejony floydowskie, jak w "Sunlight". Lubię ten rozmarzony (szkoda, że nie częsty) śpiew Daniela Cavanagh, taki mocno pod Davida Gilmoura. Niezwykła panuje tutaj atmosfera napięcia, która z ugładzonego spokojem terytorium, przechodzi do eksplozji lamentu. Super! To przy takich utworach ciarki przyjemnie biegają pod skórą.
Jest tutaj (przynajmniej) jeszcze jeden niesamowity utwór "The Beginning And The End", z padającymi w końcówce słowami: "cisza, to klucz do pamięci". Anathema staje się wypadkową Pink Floyd, Tiamat, a nawet The Moody Blues. Posłuchajcie z jakim napięciem i uczuciem gra na pianinie Daniel Cavanagh.
Tak, tak, posłuchajcie tej płyty, i poszukajcie na niej muzyki dla siebie. Być może odkryjecie tu rzeczy jeszcze piękniejsze, niż ja.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (2012) -
MORTEN HARKET - "Out Of My Hands" - (Compass Point / ISLAND / UNIVERSAL) - ***1/2
Norwegowie z A-HA oficjalnie zakończyli działalność wraz z albumem "Foot Of The Mountain" (2009), a także ze światową trasą koncertową, która także dotarła do Polski. Szkoda tylko, że piękną łódzką arenę, tamtego wieczoru, publiczność wypełniła ledwie w połowie (choć i tak było ok.7 tys.ludzi).
Zanim panowie zejdą się ponownie za lat ileś, teraz realizują własne solowe projekty. Wokalista Morten Harket wydał właśnie kolekcję dziesięciu piosenek, w realizacji której pomogło mu sporo skandynawskich kolegów, pomimo iż i tak trzonem pozostaje niezmordowany Brytyjczyk Steve Osborne, który pomagał przecież A-HA także podczas pracy nad ich ostatnim albumem, a i ponadto nad wydanym po nim singlu "Butterfly, Butterfly (The Last Hurrah)". Osborne może pochwalić się wieloma produkcjami, jak choćby u New Order (płyta "Get Ready") czy Starsailor (m.in. debiutancki album "Love Is Here"). Tutaj u boku Mortena Harketa bywa alfą i omegą, grając na instr.klawiszowych, basie, gitarze, przy okazji jeszcze zajmując się programowaniem wielu brzmień.
Ta niespełna 40-minutowa płyta jawi się przeważnie piosenkami sentymentalnymi, nowocześnie opracowanymi, często nawet na rytmy taneczne, które to nawet nie bardzo różnią się od ostatnich produkcji A-HA. Wielu z tych nagrań nieco szkoda na płytę podpisaną przez osamotnionego Harketa, ponieważ nie wszyscy sympatycy norweskiego trio, się o nich dowiedzą.
Płytę promuje ,jako singiel, otwierający całość "Scared Of Heights". Ładna to piosenka, ze szczególnie poruszającym refrenem, takim w stylu "I've Been Losing You". Ale są tu piosenki jeszcze ładniejsze, za którymi będę trzymać kciuki, by udało się je wylansować. Jedną z nich jest nieco radośnie brzmiąca, lecz traktująca o gasnącej miłości "I'm The One". Jeszcze ładniejszą melodią może pochwalić się "Burn Money Burn". A to niespodzianka, myślę sobie po jej wysłuchaniu, przecież to przeróbka kompozycji "Karleken Vantar", z mojej ukochanej płyty KENT - "Vapen & Ammunition" (2002). Brawo Panie Morten!
Ale to nie koniec niespodzianek, otóż jest jeszcze tutaj taka zgrabna melancholijna pieśń "Listening", którą to Morten Harket zaśpiewał w towarzystwie Neila Tennanta z Pet Shop Boys. To taka piosenka do tańca z Nią, gdy wszyscy już sobie poszli, świeca pomału dogasa, a wiatr rozkołysuje firanę przy otwartych balkonowych drzwiach.
Jak na dobre dzieło przystało, piosenka finałowa, wbija się w człowieka na dobre. Tytułowa "Out Of My Hands", to niezwykłej urody ballada, którą gdyby podpisać nazwą A-HA, byłaby przebojem na wieki wieków. Może jednak i dobrze, że skarby nie są na wyciągnięcie ręki, gdyż dotarcie do nich samemu, cieszy jakby bardziej. Morten Harket śpiewa tutaj z takim żalem i utęsknieniem, jak choćby w "Living A Boy's Adventure Tale" lub "Hunting High And Low". A przygrywające mu sentymentalne pianino, po prostu porusza.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Norwegowie z A-HA oficjalnie zakończyli działalność wraz z albumem "Foot Of The Mountain" (2009), a także ze światową trasą koncertową, która także dotarła do Polski. Szkoda tylko, że piękną łódzką arenę, tamtego wieczoru, publiczność wypełniła ledwie w połowie (choć i tak było ok.7 tys.ludzi).
Zanim panowie zejdą się ponownie za lat ileś, teraz realizują własne solowe projekty. Wokalista Morten Harket wydał właśnie kolekcję dziesięciu piosenek, w realizacji której pomogło mu sporo skandynawskich kolegów, pomimo iż i tak trzonem pozostaje niezmordowany Brytyjczyk Steve Osborne, który pomagał przecież A-HA także podczas pracy nad ich ostatnim albumem, a i ponadto nad wydanym po nim singlu "Butterfly, Butterfly (The Last Hurrah)". Osborne może pochwalić się wieloma produkcjami, jak choćby u New Order (płyta "Get Ready") czy Starsailor (m.in. debiutancki album "Love Is Here"). Tutaj u boku Mortena Harketa bywa alfą i omegą, grając na instr.klawiszowych, basie, gitarze, przy okazji jeszcze zajmując się programowaniem wielu brzmień.
Ta niespełna 40-minutowa płyta jawi się przeważnie piosenkami sentymentalnymi, nowocześnie opracowanymi, często nawet na rytmy taneczne, które to nawet nie bardzo różnią się od ostatnich produkcji A-HA. Wielu z tych nagrań nieco szkoda na płytę podpisaną przez osamotnionego Harketa, ponieważ nie wszyscy sympatycy norweskiego trio, się o nich dowiedzą.
Płytę promuje ,jako singiel, otwierający całość "Scared Of Heights". Ładna to piosenka, ze szczególnie poruszającym refrenem, takim w stylu "I've Been Losing You". Ale są tu piosenki jeszcze ładniejsze, za którymi będę trzymać kciuki, by udało się je wylansować. Jedną z nich jest nieco radośnie brzmiąca, lecz traktująca o gasnącej miłości "I'm The One". Jeszcze ładniejszą melodią może pochwalić się "Burn Money Burn". A to niespodzianka, myślę sobie po jej wysłuchaniu, przecież to przeróbka kompozycji "Karleken Vantar", z mojej ukochanej płyty KENT - "Vapen & Ammunition" (2002). Brawo Panie Morten!
Ale to nie koniec niespodzianek, otóż jest jeszcze tutaj taka zgrabna melancholijna pieśń "Listening", którą to Morten Harket zaśpiewał w towarzystwie Neila Tennanta z Pet Shop Boys. To taka piosenka do tańca z Nią, gdy wszyscy już sobie poszli, świeca pomału dogasa, a wiatr rozkołysuje firanę przy otwartych balkonowych drzwiach.
Jak na dobre dzieło przystało, piosenka finałowa, wbija się w człowieka na dobre. Tytułowa "Out Of My Hands", to niezwykłej urody ballada, którą gdyby podpisać nazwą A-HA, byłaby przebojem na wieki wieków. Może jednak i dobrze, że skarby nie są na wyciągnięcie ręki, gdyż dotarcie do nich samemu, cieszy jakby bardziej. Morten Harket śpiewa tutaj z takim żalem i utęsknieniem, jak choćby w "Living A Boy's Adventure Tale" lub "Hunting High And Low". A przygrywające mu sentymentalne pianino, po prostu porusza.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
MANZAREK-ROGERS BAND, 12.05.2012, Poznań, "Eskulap". Już po koncercie. Jak było?


Nie byłem jeszcze nigdy na takim koncercie, pomimo iż kilka różnych bluesowych w życiu mi się przydarzyło. Ale po kolei.
Troszkę się z kolegą Piotrkiem zdziwiliśmy, że koncert musiał odbyć się na ciaśniutkim pięterku, czyli na małej scenie, i tak ze trzy razy mniejszej widowni od tej na ewentualnym parterze. Zatem na oko, przyszło nie mniej niż dwieście osób, ale nie więcej niż trzysta. Przyznam ze wstydem, że na rozgrzewającym supporcie Werbińska & Pawlina, siedzieliśmy sobie z kolegą w zacisznym i zaułkowym pomieszczeniu, z wygodnymi fotelami, i popijaliśmy piwko, a dochodząca muzyczka ze sceny stanowiła tylko miłe tło do naszych pogawędek o różnorakich przyziemnościach życiowych. Ładnie bluesował ze sceny ten mieszany duet, jednak stare kości i mięśnie, oszczędzaliśmy sobie na Gwiazdę Wieczoru. A tę zapowiedział konferansjer Pan Jan Chojnacki. Po czym zszedł ze sceny, przeszedł przez widownię i udał się na dół po zespół, który miał zamiar osobiście po niedługiej chwili przyprowadzić na scenę. Jako, że stałem blisko schodów i jedynego możliwego wejścia , Panowie Manzarek, Rogers i Spółka, dosłownie przeszli obok mnie, pozostawiając po sobie pęd powietrza, który przyjemnie rozchlastał się na mym ciele. Lud utworzył korytarz prowadzący muzyków do sceny, niczym czerwony chodnik pod stopy Królowej. Po ładnym przywitaniu się, rozpoczęli z przytupem grać energicznego bluesa. Roy Rogers na przemian grał akordy i solówki na gitarze. Raz na dwugryfowej, a innymi razy na pojedynczej. Perkusista trzymał rytm i walił w bębny co tchu. Basista świetnie się bawił, napędzając przy okazji motorykę całego bandu. No, a Manzarek bawił się pięknymi przeplatankami po czarno-białej klawiaturze. Grając jak zwykle delikatnie, niemal Chopinowsko, a co najważniejsze i najpiękniejsze zarazem, to z tym "swoim" niepowtarzalnym brzmieniem, którego nikt na świecie nigdy nie podrobi. Po prostu cudownie! Właśnie na tę jego grę, i "to" brzmienie, przeszedłem się głównie na ten koncert, a dodatkowo zaskoczyła mnie cała drużyna Raya Manzarka. Ci panowie rozumieją się przy każdym akordzie, podczas każdej tonacji, każdym wymienionym spojrzeniu, lub nawet przy totalnych odlotach, do których kilka razy doszło. Zresztą gawędziarski Manzarek bardzo był zainteresowany pytając przy okazji publiczność o swoje grzeszki z przeszłości. Można było podnieść rękę i przyznać się czym się niejednokrotnie wspomagaliśmy. Także, było wesoło.
To nie był koncert The Doors, co szybko wytłumaczył Manzarek pewnemu wyrywnemu słuchaczowi, który upomniał się w pewnej chwili o "Light My Fire". Chociaż Artysta na szczęście nie dotrzymał słowa i dwa razy się złamał. Mianowicie, podczas tego energetycznego (non stop!) koncertu, znalazł chwilę na refleksyjną wersję "Crystal Ship", którą zagrał na pianinie zupełnie sam. Ze światłami rzuconymi tylko na jego twarz, podczas, gdy jego kompani na scenie, w skupieniu i ciszy przysłuchiwali się jego grze, wraz z publicznością. No, a ten drugi Doors'owaty fragment, muzycy pozostawili na deser. Czyli na jedyny bis. A było to "Riders On The Storm", które chyba Manzarek zadedykował Jimowi Morrisonowi. Piszę "chyba", gdyż nie dosłyszałem słów Manzarka, albowiem zagłuszyły mi to troszkę oklaski w połączeniu z dobiegającymi okrzykami fanów, w stylu "uuuuu!" lub "łał", czy tym podobnie. Ta kapitalna kompozycja miała dwa oblicza, część w dawnym klimacie The Doors, oraz taką żywiołowo bluesową, na jaką to nutę zresztą został przyprawiony cały ten fantastyczny koncert.
Warto dodać jeszcze, że Ray Manzarek wspomniał o swoich Polskich korzeniach, co nie wywołało wielkiego szoku wśród zgromadzonych, albowiem nie było chyba na sali fana Manzarka, który by tego jeszcze nie wiedział. Ale zasłużony aplauz powędrował mimo wszystko z widowni ku scenie.
Niestety, nie można było kupić sobie płyty z nagraniami zespołu Manzarek-Rogers Band, bo jak to dowcipnie Pan Jan Chojnacki przedstawił, a raczej skomentował, muzycy nie wiedzieli jak przewieźć płyty przez Ocean do Polski. Wypada żałować, że band nie skonsultował się z przedstawicielami Ludu Polskiego, który to Lud przez kilkadziesiąt lat życia w kryzysie, radził sobie przecież z nie tak błahymi problemami.
Na koniec, pozwolę sobie podziękować Krzyśkowi Ranusowi za jego bilet, który wręczał mi serdecznie, aczkolwiek z widocznym bólem serca. Jako, że musiał tak uczynić, pozwolę sobie z tego miejsca złożyć mu kondolencje, a z drugiej strony przy okazji życzyć Dużo Szczęścia Jego Córce na Nowej Drodze Życia!
Z szacunkiem - Andrzej M.
P.S. Ach, no i te po koncertowe świerszcze w uszach. Przez co najmniej dwa najbliższe dni.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
sobota, 12 maja 2012
TYKETTO - "Dig In Deep" - (2012) -
TYKETTO - "Dig In Deep" - (FRONTIERS RECORDS) -
Przed laty będąc w Berlinie na koncercie grupy Asia (jeszcze z Johnem Paynem w składzie), niewiele brakowało, a posłuchałbym na żywo Danny'ego Vaughna - lidera Tyketto. Muzyk ten miał wystąpić jako support, ale niestety odwołał wówczas sporą część trasy, bez podania powodu.
Danny Vaughan, ani jego Tyketto, nigdy nie byli u nas znani, choć w kilku zachodnich krajach Europy udało im się zdobyć w latach 90-tych niemałą popularność. Czyli w okresie największego rozkwitu ich muzyki. Polska zawsze była jakoś głucha na amerykańskie zespoły AOR'owe. Dziwne to, wszak mieszka u nas spora przecież rzesza wyznawców rock'n'rolla, która to paradoksalnie zamknięta jest właśnie na typową rock'n'rollowość. No, może do owego r'n'rolla należy dodać tutaj jeszcze niewielką domieszkę country/folk & bluesa.
Jest to muzyka oparta na mocnych gitarowych akordach, krótkich lecz finezyjnych solówkach, o często surowym brzmieniu, oraz ciekawych, aczkolwiek nieprzesłodzonych melodiach. Tak właśnie grają Tyketto. Niczego nie zmieniając zresztą od lat. Nagrywając także i teraz bardzo udaną płytę, według tej samej receptury co ich najlepsze albumy "Don't Come Easy" ('91) czy "Strength In Numbers" ('94).
Grupa reaktywowała się przed bodaj trzema lub czterema laty, od razu biorąc się ostro do roboty. Najpierw muzycy objechali sporo stęsknionych za sobą miejsc na globie, a nieco później zabrali się za komponowanie nowego materiału, którego owoc w postaci 11 kompozycji, mamy oto właśnie przed sobą. Już pierwsze trzy utwory: "Faithless", "Love To Love" oraz "Here's Hoping It Hurts", idealnie nadają się na playlisty country/blues/rockowych stacji radiowych. Stanowią pomost pomiędzy ładnymi melodiami a'la Bon Jovi a folkowymi wpływami Eagles, Poco, Toma Petty'ego, a czasem nawet i Johna Mellencampa. W dalszej części płyty także nie brakuje ładnych piosenek, że szczególnie polecę dwie ballady, tj. nieco żywszą "Battle Lines" oraz natchnioną i finalizującą całość, akustyczną "This Is How We Say Goodbye", z towarzyszącym pianinem i skrzypcami.
Album ujmuje prostotą i autentycznością. Nie ma tutaj żadnych na siłę ubarwiających fajerwerków. Najczęściej rządzi silny głos Danny'ego Vaughna, dwie gitary, bas, perkusja oraz fajne okazjonalne i zespołowe chórki.
Szkoda tylko, że pisząc powyższe słowa o tej płycie, świadom jestem, że tą naprawdę niezłą grupą zainteresuje się u nas najprawdopodobniej jakaś garstka prawdziwych entuzjastów rocka.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Przed laty będąc w Berlinie na koncercie grupy Asia (jeszcze z Johnem Paynem w składzie), niewiele brakowało, a posłuchałbym na żywo Danny'ego Vaughna - lidera Tyketto. Muzyk ten miał wystąpić jako support, ale niestety odwołał wówczas sporą część trasy, bez podania powodu.
Danny Vaughan, ani jego Tyketto, nigdy nie byli u nas znani, choć w kilku zachodnich krajach Europy udało im się zdobyć w latach 90-tych niemałą popularność. Czyli w okresie największego rozkwitu ich muzyki. Polska zawsze była jakoś głucha na amerykańskie zespoły AOR'owe. Dziwne to, wszak mieszka u nas spora przecież rzesza wyznawców rock'n'rolla, która to paradoksalnie zamknięta jest właśnie na typową rock'n'rollowość. No, może do owego r'n'rolla należy dodać tutaj jeszcze niewielką domieszkę country/folk & bluesa.
Jest to muzyka oparta na mocnych gitarowych akordach, krótkich lecz finezyjnych solówkach, o często surowym brzmieniu, oraz ciekawych, aczkolwiek nieprzesłodzonych melodiach. Tak właśnie grają Tyketto. Niczego nie zmieniając zresztą od lat. Nagrywając także i teraz bardzo udaną płytę, według tej samej receptury co ich najlepsze albumy "Don't Come Easy" ('91) czy "Strength In Numbers" ('94).
Grupa reaktywowała się przed bodaj trzema lub czterema laty, od razu biorąc się ostro do roboty. Najpierw muzycy objechali sporo stęsknionych za sobą miejsc na globie, a nieco później zabrali się za komponowanie nowego materiału, którego owoc w postaci 11 kompozycji, mamy oto właśnie przed sobą. Już pierwsze trzy utwory: "Faithless", "Love To Love" oraz "Here's Hoping It Hurts", idealnie nadają się na playlisty country/blues/rockowych stacji radiowych. Stanowią pomost pomiędzy ładnymi melodiami a'la Bon Jovi a folkowymi wpływami Eagles, Poco, Toma Petty'ego, a czasem nawet i Johna Mellencampa. W dalszej części płyty także nie brakuje ładnych piosenek, że szczególnie polecę dwie ballady, tj. nieco żywszą "Battle Lines" oraz natchnioną i finalizującą całość, akustyczną "This Is How We Say Goodbye", z towarzyszącym pianinem i skrzypcami.
Album ujmuje prostotą i autentycznością. Nie ma tutaj żadnych na siłę ubarwiających fajerwerków. Najczęściej rządzi silny głos Danny'ego Vaughna, dwie gitary, bas, perkusja oraz fajne okazjonalne i zespołowe chórki.
Szkoda tylko, że pisząc powyższe słowa o tej płycie, świadom jestem, że tą naprawdę niezłą grupą zainteresuje się u nas najprawdopodobniej jakaś garstka prawdziwych entuzjastów rocka.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
PETER GABRIEL - "Live Blood" - (2012) -
PETER GABRIEL - "Live Blood" - (REAL WORLD / EAGLE) - ***
Koncertowe "Live Blood" jest wydawniczą konsekwencją ostatnich dwóch studyjnych albumów: "Scratch My Back" oraz "New Blood". Przypomnę tylko, że pierwszy z nich zawierał zestaw kompozycji obcego autorstwa, na którym to Peter Gabriel zmierzył się z dziełami twórców starszego pokolenia, jak: Paul Simon, David Bowie czy Neil Young, ale i także z tymi reprezentującymi młode pokolenie, jak: Bon Iver, Arcade Fire czy Regina Spektor. Z kolei, na "New Blood" muzyk zaproponował wybrane przeboje z własnego solowego dorobku. Wspólnym mianownikiem obu albumów, było nierockowe podejście do zawartej tam muzyki. Artysta odstawił na bok wszystkie instrumenty zelektryfikowane oraz perkusję, a na ich miejsce powołał orkiestrę symfoniczną oraz kilku muzyków do śpiewania w tzw. drugich partiach wokalnych lub w duetach (m.in. córkę Melanie Gabriel). Przyznam, że zaproponowana formuła nie do końca trafiła w moje upodobania, jednak nie można odmówić jej swoistego uroku. O ile przecierałem oczy ze znudzenia, słuchając "New Blood", o tyle wcześniej wydane covery na "Scratch My Back", prezentowały się już nieco ciekawiej. Pomimo tego, dzisiejsza twórczość Artysty nie należy do jakoś szczególnie przeze mnie wymarzonej. Nie ucieszyłem się także specjalnie na wieść, o tymże koncertowym wydawnictwie. Mało tego, przez długi czas wahałem się czy zawracać nim sobie głowę. Zwyciężyła jednak ciekawość i wielka sympatia, jaką darzę muzyka. I tutaj przyszło spore zaskoczenie, otóż dwupłytowego "Live Blood" słucha się najlepiej z całego tego symfonicznego tryptyku. Materiał został zapisany podczas dwóch występów w londyńskim Hammersmith Apollo, w marcu 2011 roku. Znalazły się tutaj 22 kompozycje, i są to w większości rzeczy Gabrielowskie , jak: "Darkness", "Biko" (i tu niespodzianka, gdyż nie było tego na "New Blood"), "Red Rain", "Mercy Street" , "Don't Give Up", "Solsbury Hill", i wiele innych , ale i także kilka coverów, w tym: "The Boy In The Bubble" (Paula Simona), "The Book Of Love" (Magnetic Fields) czy bardzo piękny "The Power Of The Heart" (Lou Reeda), który to lśnił najbardziej na albumie "Scratch My Back", obok Flume (Bon Ivera), którego wypada żałować, iż zabrakło na "Live Blood". Żałuję jeszcze braku utworu "Philadelphia". W zamian za to otrzymujemy kompozycję "Washing Of The Water", która powinna znaleźć się na "New Blood", a nie było tam dla niej miejsca.
Nie wiem jak to możliwe, ale wszystkie te kompozycje w wersji "na żywo", zyskały nieporównywalnie w stosunku do ich często wręcz nudnawych odpowiedników z albumów studyjnych. Wytworzyła się podczas tego występu jakaś magia, a Artyście nie tylko dobrze sprzyjała w tamtych dniach orkiestra pod batutą Bena Fostera, czy zaangażowanie śpiewające Melanie Gabriel, Norweżka Ane Brun (szczególnie w "Don't Give Up") czy Uzbecka wokalistka Sevara Nazarkhan (w "In Your Eyes"), ale i wszelkie duchy trzymały Go w opiece. Głos niezachwiany, kiedy trzeba mocny, innym razem liryczny, do tego z tą jego cudowną chrypką. Bardzo fajnie zachowuje się także publiczność, która nie przeszkadza w przedstawieniu, a nawet należycie wspomaga artystów na scenie w momentach, w których odpowiednia melodia, bądź charakterystyczny motyw utworu, aż prosił się o wrzawę. Należy również pochwalić krystaliczną jakość dźwięku i świetną akustykę, bliską produktów muzyki klasycznej, rodem z takich wytwórni, jak choćby Deutsche Grammophon.
Nie jest to najprawdopodobniej muzyka na każdą okoliczność, czy każdy dzień, jednak gdy się do niej zasiądzie, ta wynagrodzi nam swoją klasą i maestrią.
Chciałbym jednak, by mistrzunio nagrał w przyszłości jeszcze coś na miarę "Up" lub "Us", że o "So" SObie tylko pomarzę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Koncertowe "Live Blood" jest wydawniczą konsekwencją ostatnich dwóch studyjnych albumów: "Scratch My Back" oraz "New Blood". Przypomnę tylko, że pierwszy z nich zawierał zestaw kompozycji obcego autorstwa, na którym to Peter Gabriel zmierzył się z dziełami twórców starszego pokolenia, jak: Paul Simon, David Bowie czy Neil Young, ale i także z tymi reprezentującymi młode pokolenie, jak: Bon Iver, Arcade Fire czy Regina Spektor. Z kolei, na "New Blood" muzyk zaproponował wybrane przeboje z własnego solowego dorobku. Wspólnym mianownikiem obu albumów, było nierockowe podejście do zawartej tam muzyki. Artysta odstawił na bok wszystkie instrumenty zelektryfikowane oraz perkusję, a na ich miejsce powołał orkiestrę symfoniczną oraz kilku muzyków do śpiewania w tzw. drugich partiach wokalnych lub w duetach (m.in. córkę Melanie Gabriel). Przyznam, że zaproponowana formuła nie do końca trafiła w moje upodobania, jednak nie można odmówić jej swoistego uroku. O ile przecierałem oczy ze znudzenia, słuchając "New Blood", o tyle wcześniej wydane covery na "Scratch My Back", prezentowały się już nieco ciekawiej. Pomimo tego, dzisiejsza twórczość Artysty nie należy do jakoś szczególnie przeze mnie wymarzonej. Nie ucieszyłem się także specjalnie na wieść, o tymże koncertowym wydawnictwie. Mało tego, przez długi czas wahałem się czy zawracać nim sobie głowę. Zwyciężyła jednak ciekawość i wielka sympatia, jaką darzę muzyka. I tutaj przyszło spore zaskoczenie, otóż dwupłytowego "Live Blood" słucha się najlepiej z całego tego symfonicznego tryptyku. Materiał został zapisany podczas dwóch występów w londyńskim Hammersmith Apollo, w marcu 2011 roku. Znalazły się tutaj 22 kompozycje, i są to w większości rzeczy Gabrielowskie , jak: "Darkness", "Biko" (i tu niespodzianka, gdyż nie było tego na "New Blood"), "Red Rain", "Mercy Street" , "Don't Give Up", "Solsbury Hill", i wiele innych , ale i także kilka coverów, w tym: "The Boy In The Bubble" (Paula Simona), "The Book Of Love" (Magnetic Fields) czy bardzo piękny "The Power Of The Heart" (Lou Reeda), który to lśnił najbardziej na albumie "Scratch My Back", obok Flume (Bon Ivera), którego wypada żałować, iż zabrakło na "Live Blood". Żałuję jeszcze braku utworu "Philadelphia". W zamian za to otrzymujemy kompozycję "Washing Of The Water", która powinna znaleźć się na "New Blood", a nie było tam dla niej miejsca.
Nie wiem jak to możliwe, ale wszystkie te kompozycje w wersji "na żywo", zyskały nieporównywalnie w stosunku do ich często wręcz nudnawych odpowiedników z albumów studyjnych. Wytworzyła się podczas tego występu jakaś magia, a Artyście nie tylko dobrze sprzyjała w tamtych dniach orkiestra pod batutą Bena Fostera, czy zaangażowanie śpiewające Melanie Gabriel, Norweżka Ane Brun (szczególnie w "Don't Give Up") czy Uzbecka wokalistka Sevara Nazarkhan (w "In Your Eyes"), ale i wszelkie duchy trzymały Go w opiece. Głos niezachwiany, kiedy trzeba mocny, innym razem liryczny, do tego z tą jego cudowną chrypką. Bardzo fajnie zachowuje się także publiczność, która nie przeszkadza w przedstawieniu, a nawet należycie wspomaga artystów na scenie w momentach, w których odpowiednia melodia, bądź charakterystyczny motyw utworu, aż prosił się o wrzawę. Należy również pochwalić krystaliczną jakość dźwięku i świetną akustykę, bliską produktów muzyki klasycznej, rodem z takich wytwórni, jak choćby Deutsche Grammophon.
Nie jest to najprawdopodobniej muzyka na każdą okoliczność, czy każdy dzień, jednak gdy się do niej zasiądzie, ta wynagrodzi nam swoją klasą i maestrią.
Chciałbym jednak, by mistrzunio nagrał w przyszłości jeszcze coś na miarę "Up" lub "Us", że o "So" SObie tylko pomarzę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00 (4 godziny na żywo!!!, tylko z płyt)
nawiedzonestudio.boo.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)














