"NAWIEDZONE STUDIO"
program z 4 września 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
NIGHT RANGER - "Somewhere In California" - (2011) -
- Time Of Our Lives
KING KOBRA - "King Kobra" - (2011) -
- Top Of The World
EDGUY - "Age Of The Joker" - (2011) -
- Rock Of Cashel
- Two Out Of Seven
- Every Night Without You
CHRIS NORMAN - "Time Traveller" - (2011) -
- Sweet Caroline
- Wake Me Up When September Ends
SAVATAGE - "Fight For The Rock" - (1986) -
- Day After Day
BADFINGER - "Straight Up" - (1971) -
- Day After Day
ODDZIAŁ ZAMKNIĘTY - "Oddział Zamknięty" - (1983) -
- Ten Wasz Świat
HARLAN CAGE - "Temple Of Tears" - (2002) -
- One New York Morning
FLEETWOOD MAC - "Say You Will" - (2003) -
- Illume (9-11)
FLEETWOOD MAC - "Time" - (1995) -
- These Strange Times
ROGER CHAPMAN - "Techno-Prisoners" - (1987) - z płyty winylowej
- The Drum
- Wild Again
- Techno-Prisoner
- Black Forest
- We Will Touch Again
THE MISSION - "Carved In Sand" - (1990) -
- Amelia
- Butterfly On A Wheel
THE MISSION - "Grains Of Sand" - (1990) -
- Kingdom Come (Forever And Again)
- Heaven Sends You
- Sweet Smile Of A Mystery
- Bird Of Passage
THE MOODY BLUES - "Long Distance Voyager" - (1981) -
- Painted Smile
- Reflective Smile
- Veteran Cosmic Rocker
CAMEL - "The Single Factor" - (1982) -
- Heroes
BLUE OYSTER CULT - "Imaginos" - (1988) -
- I Am The One You Warned Me Of
- In The Presence Of Another World
- Del Rio's Song
- The Siege And Investiture Of Baron Von Frankenstein's Castle At Weisseria
HAMMERS OF MISFORTUNE - "The Locust Years" - (2006) -
- War Anthem
- Election Day
DEEP PURPLE - "Phoenix Rising" - (2011) -
- Smoke On The Water / Georgia On My Mind (Japonia XII 1975)
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
poniedziałek, 5 września 2011
niedziela, 4 września 2011
"ENGLAND'S TOP 20 SMASH HITS" Vol. 1 & 2 - z czasów mojej szkolnej ławy
"ENGLAND'S TOP 20 SMASH HITS" - Volume 1 & Volume 2 - (PRONIT) - SX 1026 & SX 1027
Te dwie części angielskich przebojów , to był niegdyś istny czad! Nie mam w swojej kolekcji płyt równie bardziej zniszczonych , jak te. Ale pochodzą one jeszcze z takich czasów, kiedy to nie umiałem należycie o nie dbać. Poza tym, trochę różnych rączek przez te wszystkie lata, podotykało tych okładek, a i samych płyt zresztą także. I tu należy się pewne wyjaśnienie, otóż w latach młodości, byłem miłym facetem, który pożyczał płyty. Niestety z biegiem lat, ilość tzw. "przyjaciół", stopniowo zaczęła się kurczyć. Teraz, pozostali przy mnie już tylko ci najprawdziwsi. Nie pamiętam już dokładnie, czy była to szósta czy siódma klasa podstawówki, ale na pewno nie wcześniej i nie później. Miałem na swoim osiedlu księgarnię. Głównie książkowo-szkolną, ale był tam również dość pokaźny dział z płytami. Prawie nikogo nigdy tam nie było, oczywiście poza mną. Wszyscy zainteresowani muzyką udawali się bowiem do centrum miasta, gdyż tylko tam można było ,raz po raz, upolować coś atrakcyjnego. W osiedlowych księgarniach, bądź w ogóle poza centrum miasta, straszyły głównie pożółkłe okładki lub absolutne straszaki, które tylko ładnie stały na półkach, lecz słuchać ich chciał mało kto. Dla przykładu, były to albo jakieś stare edycje z Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, albo kapele podwórkowe, czy wreszcie piosenkarze estradowi, ale z tej nieco niższej półki, bądź zwycięzcy festiwali sopockich czy innych diabelstw z Bułgarii, Rumunii czy braci z ZSRR. Słowem: ohyda! Znaleźć coś fajnego do posłuchania, to była nie lada sztuka. A ja naprawdę ambitnie próbowałem i łowiłem. Czasem były to rzeczy straszne. Jednak ich nie zwracałem, a wręcz przeciwnie, próbowałem uparcie znaleźć choćby jedną ładną piosenkę. Pani sprzedawczyni dzielnie cierpiała i ścierpiała, widząc mnie w swoich progach co kilka dni. Ale dodać muszę, że zawsze przychodziłem z pieniędzmi. Nigdy nie byłem typem upierdliwego klienta, który i tak wie, że nie kupi. I ta pani o tym wiedziała. Moja kolekcja, dopóki nie odkryłem "Wawrzynkowego" świata muzyki, powiększała się o skarby wydawnicze polskich wydawców, głównie z firm "Muza" lub "Pronit". Zresztą monopolistycznych w tamtych latach, aż do momentu poluzowania nieco pasa za sprawą "Solidarności". Oczywiście tamtej "Solidarności", a nie tej dzisiejszej PiS-owskiej. Co chciałbym przekazać ewentualnemu młodemu czytelnikowi.
Pewnego dnia, pani w księgarni, poleciła mi pierwszą część składanki "20 England's top smash hits". Za 65 złotych. A ja kupiłem ją w ciemno. Następnego dnia poleciałem kupić część drugą. Tak byłem zachwycony zawartością części pierwszej. Ile razy posłuchałem w życiu tych płyt? Nie wiem, ale można to policzyć w dziesiątkach razy. Grały one na okrągło. Miesiącami. A z czasem te moje egzemplarze służyły do imprezowania w Harcówce, balikach szkolnych czy domowych potańcówkach, bo tak to się wówczas nazywało. Już pomijam fakt, że byłem "kimś", bowiem spora liczba tych nagrań była rzeczywiście wówczas na czasie. A mało kto z moich kolegów miał wtedy płyty. To nic, że wszystkie z zawartych na tychże obu płytach utwory, były zgrabnymi podróbkami. Któż się nad tym zastanawiał, któż to wiedział? Skoro nie istniały u nas listy przebojów, nie było płyt oryginałów w żadnym sklepie, nie było kolorowej muzycznej prasy, nie było niczego, poza gierkowskim bełkotem w Dzienniku Telewizyjnym, zjazdami partii ludowej, omawianych na okrągło planowanych i nieplanowanych wizytach Breżniewa w Warszawie, czy z kolei innych ważnych wizyt członków rządu w zakładach pracy, gdzie oczami kamer pokazywano ludowi Polskiemu, jak robotnik obiecuje tyrać w pocie czoła ku chwale socjalistycznej ojczyzny. Prawdę powiedziawszy, za mało miałem wówczas lat, by to wszystko zrozumieć, a poza tym bardziej interesowało mnie, czy w piłkę dołożymy "Szóstej B", bądź czy dzisiaj rzucą do księgarni w centrum miasta, jakieś nowe licencyjne single.
Wracając do tych składanek. Nie wiedziałem wtedy, że te utwory zawarte na nich, ktoś wcześniej już wykonywał. A tym bardziej, że czynił to lepiej. Podobały mi się w tych wersjach i już. A gdy po latach poznałem ich oryginały, byłem czasem w szoku, ale dlatego, że te ich "gorsze" kopie z polskich winyli, wcale nie były takie złe. Były często podobnie zagrane, podobnie opracowane aranżacyjnie, a nawet wokaliści zostali dobrani tak, aby nie odstawać za bardzo od oryginału. Może te swoje brednie wypisuję będąc pod wpływem dawnych emocji, a także ogromnego sentymentu, ale piszę to jak najszczerzej. W dzisiejszych czasach tego typu wydawnictwa w ogóle nie miałyby prawa bytu, jednak w tamtych latach, z uwagi na fonograficzną biedę, były oknem na lepszy świat. Co do repertuaru, były tutaj takie kompozycje, jak choćby: "Hell Raiser" (Sweet), "Tie A Yellow Ribbon" (Dawn), "Hello, Hello I'm Back Again" (Gary Glitter), "Drive-In Saturday" (David Bowie), "No More Mr. Nice Guy" (Alice Cooper), "Broken Down Angel" (Nazareth), "Power To All Our Friends" (Cliff Richard) i wiele innych. W nawiasach podałem oczywiście oryginalnych wykonawców, bowiem na tych dwóch płytach, wydawca (firma Pronit) nie podał de facto tutaj śpiewających. A tak nieco abstrahując, niezłe wrażenie robią przedmowy, napisane na rewersach obu okładek, w wykonaniu red.Jacka Bromskiego, który dostał za zadanie od socjalistycznych labeli, by tak pięknie zachęcić do kupna tej artystycznej taniochy, głodnego słuchacza, by ten uwierzył w siłę i moc tego wydawnictwa. Którego i ja stałem się niewolnikiem. Ale i przy okazji właścicielem pięknych wspomnień ze szczenięcych lat.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
STATUS QUO - "Quid Pro Quo" - (2011) -
STATUS QUO - "Quid Pro Quo" - (FOURTH CHORD RECORDS) -
Pamiętam, że gdy jako młodzieniec, poznawałem muzykę, przysłuchiwałem się uważnie starszym od siebie kolegom, co na nich robi szczególne wrażenie i jakie zespoły uważają za najlepsze. Może trudno będzie w to młodym ludziom dzisiaj uwierzyć, ale nazwa Status Quo, była niegdyś wymieniana na ustach fanów rocka, jednym tchem, obok Nazareth, Black Sabbath, Wishbone Ash, UFO czy Deep Purple. I pomimo, iż stylistycznie grupy te różniły się znacznie od siebie, to należały do jednej wspólnej solidnie rockowo grającej rodziny. I nikomu to nie przeszkadzało. Honorem i zaszczytem było postawienie na półce z płytami , dzieł Status Quo, takich jak "Whatever You Want" czy "Rockin' All Over The World", obok "Paranoid" Sabbathów czy "No Heavy Petting" UFO. Muzykę nie dzieliły żadne bariery czy etykietki, bowiem otwartość ludzi na muzykę była wielka. Mnie także nie przeszkadzało obok nagrań Anny German, postawić sobie na półce płyty Genesis, a obok dzieł Whitesnake, na przykład utwory Tadeusza Woźniaka. A piszę to dlatego, ponieważ dzisiaj Status Quo z rzadka włączy fan Behemotha lub Kings Of Leon. Dzisiaj wszystko jest podporządkowane odpowiednim subkulturom. Trudno wyobrazić sobie, by punkrockowiec włączył jakąś grupę emo, bądź żeby raper poczuł klimat r'n'rolla. Dlatego muzyka Status Quo, choć wydaje się być uniwersalną w swoim przekazie, zapewne niestety trafi tylko do otwartego na muzykę, starszego pokolenia. A szkoda, bo to wciąż fajne i pełne witalności rockowe granie, mające w sobie nieograniczone zasoby rock'n'rolla, boogie rocka, a czasem i nawet hard rocka. Ale przede wszystkim muzyki. Bardzo zgrabnie napisanej. Francis Rossi, Rick Parfitt i ich koledzy, zadbali jak zwykle o najmniejsze szczegóły kompozycyjno-aranżacyjne. I nawet jeśli spośród najnowszych piosenek, nie znajdziemy pereł na miarę ich największych dokonań z przeszłości, to wciąż jest to muzyka bardzo atrakcyjna. Choć właściwie czy ja wiem? Przecież takie "Rock'n'Roll'n'You" czy "Frozen Hero" - są rewelacyjne! A i pozostałych słucha się tak samo bardzo przyjemnie, jak i tych starych. W tym także nawet takiego, w sumie najmniej potrzebnego "In The Army Now(2010)", który to w nowej wersji, pokazał się z dużo gorszej strony od swojego pierwowzoru, z roku 1986. Pamiętając rzecz jasna, że de facto pierwowzorem było to w oryginalnym wydaniu braci Bolland. Nie będę przesadzać z twierdzeniem, że "Quid Pro Quo" to jakaś szczególnie dobra płyta w bogatym dorobku Status Quo. Ale fajnie, ze grupa wciąż funkcjonuje, jest w dobrej formie i przypomina o sobie średnio co dwa-trzy lata. Panowie, tak trzymać!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Pamiętam, że gdy jako młodzieniec, poznawałem muzykę, przysłuchiwałem się uważnie starszym od siebie kolegom, co na nich robi szczególne wrażenie i jakie zespoły uważają za najlepsze. Może trudno będzie w to młodym ludziom dzisiaj uwierzyć, ale nazwa Status Quo, była niegdyś wymieniana na ustach fanów rocka, jednym tchem, obok Nazareth, Black Sabbath, Wishbone Ash, UFO czy Deep Purple. I pomimo, iż stylistycznie grupy te różniły się znacznie od siebie, to należały do jednej wspólnej solidnie rockowo grającej rodziny. I nikomu to nie przeszkadzało. Honorem i zaszczytem było postawienie na półce z płytami , dzieł Status Quo, takich jak "Whatever You Want" czy "Rockin' All Over The World", obok "Paranoid" Sabbathów czy "No Heavy Petting" UFO. Muzykę nie dzieliły żadne bariery czy etykietki, bowiem otwartość ludzi na muzykę była wielka. Mnie także nie przeszkadzało obok nagrań Anny German, postawić sobie na półce płyty Genesis, a obok dzieł Whitesnake, na przykład utwory Tadeusza Woźniaka. A piszę to dlatego, ponieważ dzisiaj Status Quo z rzadka włączy fan Behemotha lub Kings Of Leon. Dzisiaj wszystko jest podporządkowane odpowiednim subkulturom. Trudno wyobrazić sobie, by punkrockowiec włączył jakąś grupę emo, bądź żeby raper poczuł klimat r'n'rolla. Dlatego muzyka Status Quo, choć wydaje się być uniwersalną w swoim przekazie, zapewne niestety trafi tylko do otwartego na muzykę, starszego pokolenia. A szkoda, bo to wciąż fajne i pełne witalności rockowe granie, mające w sobie nieograniczone zasoby rock'n'rolla, boogie rocka, a czasem i nawet hard rocka. Ale przede wszystkim muzyki. Bardzo zgrabnie napisanej. Francis Rossi, Rick Parfitt i ich koledzy, zadbali jak zwykle o najmniejsze szczegóły kompozycyjno-aranżacyjne. I nawet jeśli spośród najnowszych piosenek, nie znajdziemy pereł na miarę ich największych dokonań z przeszłości, to wciąż jest to muzyka bardzo atrakcyjna. Choć właściwie czy ja wiem? Przecież takie "Rock'n'Roll'n'You" czy "Frozen Hero" - są rewelacyjne! A i pozostałych słucha się tak samo bardzo przyjemnie, jak i tych starych. W tym także nawet takiego, w sumie najmniej potrzebnego "In The Army Now(2010)", który to w nowej wersji, pokazał się z dużo gorszej strony od swojego pierwowzoru, z roku 1986. Pamiętając rzecz jasna, że de facto pierwowzorem było to w oryginalnym wydaniu braci Bolland. Nie będę przesadzać z twierdzeniem, że "Quid Pro Quo" to jakaś szczególnie dobra płyta w bogatym dorobku Status Quo. Ale fajnie, ze grupa wciąż funkcjonuje, jest w dobrej formie i przypomina o sobie średnio co dwa-trzy lata. Panowie, tak trzymać!
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
ROGER CHAPMAN - "Techno-Prisoners" - (1987) -
ROGER CHAPMAN - "Techno-Prisoners" - (1987 RCA / BMG ARIOLA) -
To popowe wcielenie, jednego z najbardziej charakterystycznych głosów w historii rocka, które to z rzadka było akceptowane właśnie przez konserwatywnych wielbicieli rocka. A konkretniej, dawnych fanów zespołu Family, którego liderem, był Roger Chapman w latach 70-tych. Smutnym pozostaje fakt, iż w Polsce nazwisko tego artysty, kojarzone jest tylko za sprawą przeboju "Shadow On The Wall" (kapitalnego zresztą!!!) , pochodzącego z bestsellerowej płyty Mike'a Oldfielda "Crises" (1983). Nigdy grupa Family nie cieszyła się u nas, choćby najmniejszą popularnością, podczas gdy na świecie była to formacja bardzo lubiana, znana i szanowana. Że o późniejszych wyczynach Chapmana z grupą Streetwalkers czy solowymi poczynaniami, już nie wspomnę. A ciekaw jestem, czy fani Iron Maiden wiedzą o tym , że Roger Chapman miał w swoim czasie za bębnami samego Nicko McBraina, który później stał się członkiem Iron Maiden? Pewnie za chwilę wejdą do jakiejś encyklopedii i szybko napiszą, że wiedzieli. A guzik, nie wiedzieli!!! W swoim czasie sprawdziłem to osobiście, wyrywkowo przepytując takich "znawców". Cóż, często się wściekam, widząc, że nędzna edukacja muzyczna w naszym kraju, doprowadziła tylko do gloryfikacji gigantów, takich jak: Pink Floyd, Black Sabbath czy Deep Purple, zapominając kompletnie o wszystkich innych. Trudno się dziwić, że młodzi ludzie poszukujący ciekawych winyli, nie potrafią o nic innego zapytać, jak tylko o tych kilku czy kilkunastu wykonawców.
Powróćmy do Rogera Chapmana, a konkretniej do albumu "Techno-Prisoners", wydanego w 1987 roku, bowiem solowych płyt artysta ten jednak "trochę" wydał!
Był to dla Chapmana bardzo nieciekawy okres, pomimo iż miał podpisany kontrakt w wytwórnią RCA. Ta jednak nie była zainteresowana wydaniem tego albumu, widząc, że ostatnie jego solowe poczynania, mówiąc najdelikatniej, nie cieszyły się specjalnym uznaniem. O ile muzyk śpiewał wciąż wspaniale, tym niesamowitym rozwibrowanym głosem, a do tego mającym w sobie wciąż wiele z niepokoju i mroku, o tyle publiczność wolało go w repertuarze stricte-rockowym. Chapman jednak zaaksperymentował z całą baterią muzyki elektronicznej, która zresztą w muzyce pop stała wówczas w Europie twardo na obu nogach. A że taka muzyka podobała się najbardziej u naszych zachodnich sąsiadów, to wytwórnia RCA (przy koncernie BMG Ariola) powzięła decyzję o wydaniu "Techno-Prisoners" tylko w Republice Federalnej Niemiec. Z opcją, że gdy tam osiągnie sukces, zostanie wydana także i w kilku innych krajach Europy. Dziś już wiemy, że tak się nie stało, pomimo iż honor tego tytułu uratował nośnik płyty kompaktowej, dzięki któremu kilka lat później płytę wznowiono. I ocalono na jakiś czas od zapomnienia. Dzisiaj o tym dziele nie pamięta już prawie nikt. Dlatego postanowiłem o nim przypomnieć. Jeśli ktoś potrafi się otworzyć na ładne piosenki, w wykonaniu rockowego, pełnego żaru głosu, a nie jest zamknięty tylko na krainę otaczających go gitar, to w tej płycie powinien znaleźć sporo dla siebie. A jest tutaj kilka kapitalnych melodii, a także i rozwiązań harmonijnych czy kompozycyjnych. Wiem, może trochę razić dzisiaj brzmienie elektronicznych instrumentów z tamtego okresu. No, mój Boże, to był rok 1987, i tak się wówczas brzmiało. Poza tym, nie podchodźmy do sprawy śmiertelnie poważnie, wszak to tylko rozrywka. Nie wszystko od razu musi śmiertelnie poważnie wchodzić do kanonu muzyki, jak napuszone dzieła Wagnera, Bacha czy Schumanna. Albo jak w rocku, tylko ambitnie poruszać się po polu wyznaczonym przez King Crimson, Yes, ELP czy Pink Floyd.
Na "Techno-Prisoners" mamy 9 kompozycji, z podziałem, 5 na stronie A, i 4 na stronie B. Warto dodać, że w wersji winylowej każda z owych stron, miała swoją nazwę, mianowicie strona A nazywała się - "Tech-One", a strona B - "Tech-Two". Wbrew tytułowi albumu, nie było to żadne techno! Płyta brzmiała nowocześnie i stylowo jak na tamte lata, przez co tytuł miał to mocno zaakcentować. Poza tym, produkcją płyty zajęli się dwaj giganci, bracia Bolland (Rob i Ferdi). Tak, tak, to ci co popełnili jeden z największych hitów lat 80-tych "In The Army Now", na którym to fortuny dorobili się wcale nie oni, a Brytyjczycy ze Status Quo. Niemniej bracia Bolland, mieli spore doświadczenie, wydając dużo płyt, które cieszyły się co prawda uznaniem głównie w Niemczech, ale i także produkowali niezliczoną ilość nagrań , choćby dla takich sław, jak: Falco, Samantha Fox czy nawet Suzi Quatro. To oni stanowili o głównym brzmieniu "Techno-Prisoners", będąc poza rolą producentów , także i muzykami (instr.klawiszowe, syntezatory, programowanie, perkusja, a także i śpiew). Chapman jednak nie chciał, aby cały album został zdominowany przez instrumenty "mało-rockowe" i postanowil zaprosić kilku weteranów z krainy rocka, jak choćby mistrza gitary Alvina Lee (lidera Ten Years After) czy klawiszowca Tima Hinkleya, ze znakomitej, aczkolwiek także praktycznie u nas nieznanej grupy Jody Grind.
Album rozpoczynał przebojowo brzmiący (no i te egzotyczne chórki!) "The Drum", który pogodnie wprowadzał słuchacza w całą jego zawartość. Jednak, o ile ucho nastawione na listy przebojów zacierało ręce, o tyle zapewne ambitni rockmani uciekali gdzie popadnie i zapewne nie mogli się już doczekać następnego w kolejności "Wild Again", w którym to właśnie pojawili się m.in. powyżej wspomniani Alvin Lee oraz Tim Hinkley. To jednak także był pop, ale już taki nieco ambitniejszy, bowiem syntezatory były tylko tłem dla bluesującej gitary mistrza A.Lee, a i sam Chapman zaśpiewał bardzo swobodnie. Bez tej swojej charakterystycznej nerwowej maniery. Właściwie, tak troszkę w stylu B.B.Kinga czy wyluzowanego Steviego Ray Vaughana. Ta blues-piosenka mogła się podobać, choć na dłuższą metę nieco raziła monotonią. Najlepsze wciąż jednak było przed nami, bowiem następny i trzeci w kolejności na płycie numer, to była już zupełnie inna bajka. A było to kapitalne nagranie tytułowe. Motoryczny łomot komputerowy i pięknie przebierająca gitara, a na ich tle, ten niesamowity mocny głos Chapmana. Pełen wściekłości i pasji. Tak , jakby chciał walnąć pięścią w stół, no i te zblazowane, aczkolwiek przyjemne chórki. Do tego kapitalna melodia, która mogła spodobać się miłośnikom Oldfieldowskiego "Shadow On The Wall". Słowem, bomba hit! Ale hitem to nigdy nie było. Szkoda. Tuż po nim, nastąpił rewelacyjny , ponad 6-minutowy "Black Forest". Była to mocna i nastrojowa ballada, o podniosłej atmosferze, ponownie kapitalnie zaśpiewana przez naszego maestro. Należy pochwalić tutaj, genialne solo gitarowe Lexa Bolderdijka, które grało aż do samego końca utworu. Po tej balladzie następowała kolejna ballada, która to przy okazji zamykała stronę pierwszą albumu. Była to powolna i niespieszna pieśń, opracowana oszczędnie, głównie na gitarę prowadzącą, perkusję i leciutko dogrywający bas. Ta bardzo ładna piosenka nie miała żadnych szans na stanie się przebojem, ale dla rozemocjonowanych balladzistów miała wartość samą w sobie. Druga strona rozpoczęła się mocnym i żywym akcentem. "Run For Your Life" optymistycznie wprowadzała nas w drugą część płyty, a do tego radowała siłą przebojowości tejże melodii, no i znowu podkreślała wszechstronny i umiejący znaleźć się w każdej sytuacji głos Chapmana. Przy odrobinie dobrej woli ze strony mediów, ten utwór miałby sporą szansę zagościć na niejednych listach przebojów. A tak, stał się tylko klejnotem dla nabywców tejże płyty. Nie można było wziąć oddechu, bowiem po nim następował kolejny żywy i mocny akcent płyty, a był nim "Slap Bang In The Middle". Czadująca i rzężąca gitara, mierzyła się tutaj z mocnym elektronicznym uderzeniem, a Chapman próbował jeszcze przez to wszystko przejść. Wyszło efektownie, choć ta melodia nadawała się bardziej na klubowy parkiet, zamiast do kajetu z piosenkami zmieniającymi jakoś szczególnie nasze życie. Przedostatnią kompozycją, była "Who's Been Sleeping In My Bed (Wild Blood)". Ten fragment płyty, gdyby nie elektroniczny beat, byłby najbliższy starym dokonaniom Chapmana. Kiedy to artysta próbował eksperymentować nieco z funky, tuż po opuszczeniu Family. Pomimo, iż zagrali tutaj zarówno Alvin Lee oraz Tim Hinkley, trudno się było zachwycić nad czymkolwiek. Była to raczej motoryczna rąbanka, utrzymana w średnio-tanecznym tonie. Muzycznie raczej błaha. Na finał przypadała 8-minutowa "Ball Of Confusion". Także, jak w poprzednim przypadku, rzecz do bólu monotonna, a do tego mało smakowicie przyprawiona, tylko nudną do bólu elektroniką. Dłużyła się zarówno ta, jak i wcześniejsza kompozycja, niczym wizyta na rodzinnej komunii. Tak więc, ostatnie 12 minut albumu, można było, a nawet należało, sobie darować. Ale, to i tak dawało niezły wynik matematyczny, gdyż około 37 minut muzyki , było dla słuchacza, momentami niezwykle przyjemnymi.
Opisana dzisiaj płyta, to tylko jedna wyrwana z bogatego dorobku Chapmana, artysty bardzo interesującego i oryginalnego, którego dobrze by było, aby oszczędził okrutny los zapomnienia.
P.S. Wersja kompaktowa powyższego albumu została wzbogacona o 5 bonusów , ja jednak do dzisiaj posiadam tylko wiernego LP.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
To popowe wcielenie, jednego z najbardziej charakterystycznych głosów w historii rocka, które to z rzadka było akceptowane właśnie przez konserwatywnych wielbicieli rocka. A konkretniej, dawnych fanów zespołu Family, którego liderem, był Roger Chapman w latach 70-tych. Smutnym pozostaje fakt, iż w Polsce nazwisko tego artysty, kojarzone jest tylko za sprawą przeboju "Shadow On The Wall" (kapitalnego zresztą!!!) , pochodzącego z bestsellerowej płyty Mike'a Oldfielda "Crises" (1983). Nigdy grupa Family nie cieszyła się u nas, choćby najmniejszą popularnością, podczas gdy na świecie była to formacja bardzo lubiana, znana i szanowana. Że o późniejszych wyczynach Chapmana z grupą Streetwalkers czy solowymi poczynaniami, już nie wspomnę. A ciekaw jestem, czy fani Iron Maiden wiedzą o tym , że Roger Chapman miał w swoim czasie za bębnami samego Nicko McBraina, który później stał się członkiem Iron Maiden? Pewnie za chwilę wejdą do jakiejś encyklopedii i szybko napiszą, że wiedzieli. A guzik, nie wiedzieli!!! W swoim czasie sprawdziłem to osobiście, wyrywkowo przepytując takich "znawców". Cóż, często się wściekam, widząc, że nędzna edukacja muzyczna w naszym kraju, doprowadziła tylko do gloryfikacji gigantów, takich jak: Pink Floyd, Black Sabbath czy Deep Purple, zapominając kompletnie o wszystkich innych. Trudno się dziwić, że młodzi ludzie poszukujący ciekawych winyli, nie potrafią o nic innego zapytać, jak tylko o tych kilku czy kilkunastu wykonawców.
Powróćmy do Rogera Chapmana, a konkretniej do albumu "Techno-Prisoners", wydanego w 1987 roku, bowiem solowych płyt artysta ten jednak "trochę" wydał!
Był to dla Chapmana bardzo nieciekawy okres, pomimo iż miał podpisany kontrakt w wytwórnią RCA. Ta jednak nie była zainteresowana wydaniem tego albumu, widząc, że ostatnie jego solowe poczynania, mówiąc najdelikatniej, nie cieszyły się specjalnym uznaniem. O ile muzyk śpiewał wciąż wspaniale, tym niesamowitym rozwibrowanym głosem, a do tego mającym w sobie wciąż wiele z niepokoju i mroku, o tyle publiczność wolało go w repertuarze stricte-rockowym. Chapman jednak zaaksperymentował z całą baterią muzyki elektronicznej, która zresztą w muzyce pop stała wówczas w Europie twardo na obu nogach. A że taka muzyka podobała się najbardziej u naszych zachodnich sąsiadów, to wytwórnia RCA (przy koncernie BMG Ariola) powzięła decyzję o wydaniu "Techno-Prisoners" tylko w Republice Federalnej Niemiec. Z opcją, że gdy tam osiągnie sukces, zostanie wydana także i w kilku innych krajach Europy. Dziś już wiemy, że tak się nie stało, pomimo iż honor tego tytułu uratował nośnik płyty kompaktowej, dzięki któremu kilka lat później płytę wznowiono. I ocalono na jakiś czas od zapomnienia. Dzisiaj o tym dziele nie pamięta już prawie nikt. Dlatego postanowiłem o nim przypomnieć. Jeśli ktoś potrafi się otworzyć na ładne piosenki, w wykonaniu rockowego, pełnego żaru głosu, a nie jest zamknięty tylko na krainę otaczających go gitar, to w tej płycie powinien znaleźć sporo dla siebie. A jest tutaj kilka kapitalnych melodii, a także i rozwiązań harmonijnych czy kompozycyjnych. Wiem, może trochę razić dzisiaj brzmienie elektronicznych instrumentów z tamtego okresu. No, mój Boże, to był rok 1987, i tak się wówczas brzmiało. Poza tym, nie podchodźmy do sprawy śmiertelnie poważnie, wszak to tylko rozrywka. Nie wszystko od razu musi śmiertelnie poważnie wchodzić do kanonu muzyki, jak napuszone dzieła Wagnera, Bacha czy Schumanna. Albo jak w rocku, tylko ambitnie poruszać się po polu wyznaczonym przez King Crimson, Yes, ELP czy Pink Floyd.
Na "Techno-Prisoners" mamy 9 kompozycji, z podziałem, 5 na stronie A, i 4 na stronie B. Warto dodać, że w wersji winylowej każda z owych stron, miała swoją nazwę, mianowicie strona A nazywała się - "Tech-One", a strona B - "Tech-Two". Wbrew tytułowi albumu, nie było to żadne techno! Płyta brzmiała nowocześnie i stylowo jak na tamte lata, przez co tytuł miał to mocno zaakcentować. Poza tym, produkcją płyty zajęli się dwaj giganci, bracia Bolland (Rob i Ferdi). Tak, tak, to ci co popełnili jeden z największych hitów lat 80-tych "In The Army Now", na którym to fortuny dorobili się wcale nie oni, a Brytyjczycy ze Status Quo. Niemniej bracia Bolland, mieli spore doświadczenie, wydając dużo płyt, które cieszyły się co prawda uznaniem głównie w Niemczech, ale i także produkowali niezliczoną ilość nagrań , choćby dla takich sław, jak: Falco, Samantha Fox czy nawet Suzi Quatro. To oni stanowili o głównym brzmieniu "Techno-Prisoners", będąc poza rolą producentów , także i muzykami (instr.klawiszowe, syntezatory, programowanie, perkusja, a także i śpiew). Chapman jednak nie chciał, aby cały album został zdominowany przez instrumenty "mało-rockowe" i postanowil zaprosić kilku weteranów z krainy rocka, jak choćby mistrza gitary Alvina Lee (lidera Ten Years After) czy klawiszowca Tima Hinkleya, ze znakomitej, aczkolwiek także praktycznie u nas nieznanej grupy Jody Grind.
Album rozpoczynał przebojowo brzmiący (no i te egzotyczne chórki!) "The Drum", który pogodnie wprowadzał słuchacza w całą jego zawartość. Jednak, o ile ucho nastawione na listy przebojów zacierało ręce, o tyle zapewne ambitni rockmani uciekali gdzie popadnie i zapewne nie mogli się już doczekać następnego w kolejności "Wild Again", w którym to właśnie pojawili się m.in. powyżej wspomniani Alvin Lee oraz Tim Hinkley. To jednak także był pop, ale już taki nieco ambitniejszy, bowiem syntezatory były tylko tłem dla bluesującej gitary mistrza A.Lee, a i sam Chapman zaśpiewał bardzo swobodnie. Bez tej swojej charakterystycznej nerwowej maniery. Właściwie, tak troszkę w stylu B.B.Kinga czy wyluzowanego Steviego Ray Vaughana. Ta blues-piosenka mogła się podobać, choć na dłuższą metę nieco raziła monotonią. Najlepsze wciąż jednak było przed nami, bowiem następny i trzeci w kolejności na płycie numer, to była już zupełnie inna bajka. A było to kapitalne nagranie tytułowe. Motoryczny łomot komputerowy i pięknie przebierająca gitara, a na ich tle, ten niesamowity mocny głos Chapmana. Pełen wściekłości i pasji. Tak , jakby chciał walnąć pięścią w stół, no i te zblazowane, aczkolwiek przyjemne chórki. Do tego kapitalna melodia, która mogła spodobać się miłośnikom Oldfieldowskiego "Shadow On The Wall". Słowem, bomba hit! Ale hitem to nigdy nie było. Szkoda. Tuż po nim, nastąpił rewelacyjny , ponad 6-minutowy "Black Forest". Była to mocna i nastrojowa ballada, o podniosłej atmosferze, ponownie kapitalnie zaśpiewana przez naszego maestro. Należy pochwalić tutaj, genialne solo gitarowe Lexa Bolderdijka, które grało aż do samego końca utworu. Po tej balladzie następowała kolejna ballada, która to przy okazji zamykała stronę pierwszą albumu. Była to powolna i niespieszna pieśń, opracowana oszczędnie, głównie na gitarę prowadzącą, perkusję i leciutko dogrywający bas. Ta bardzo ładna piosenka nie miała żadnych szans na stanie się przebojem, ale dla rozemocjonowanych balladzistów miała wartość samą w sobie. Druga strona rozpoczęła się mocnym i żywym akcentem. "Run For Your Life" optymistycznie wprowadzała nas w drugą część płyty, a do tego radowała siłą przebojowości tejże melodii, no i znowu podkreślała wszechstronny i umiejący znaleźć się w każdej sytuacji głos Chapmana. Przy odrobinie dobrej woli ze strony mediów, ten utwór miałby sporą szansę zagościć na niejednych listach przebojów. A tak, stał się tylko klejnotem dla nabywców tejże płyty. Nie można było wziąć oddechu, bowiem po nim następował kolejny żywy i mocny akcent płyty, a był nim "Slap Bang In The Middle". Czadująca i rzężąca gitara, mierzyła się tutaj z mocnym elektronicznym uderzeniem, a Chapman próbował jeszcze przez to wszystko przejść. Wyszło efektownie, choć ta melodia nadawała się bardziej na klubowy parkiet, zamiast do kajetu z piosenkami zmieniającymi jakoś szczególnie nasze życie. Przedostatnią kompozycją, była "Who's Been Sleeping In My Bed (Wild Blood)". Ten fragment płyty, gdyby nie elektroniczny beat, byłby najbliższy starym dokonaniom Chapmana. Kiedy to artysta próbował eksperymentować nieco z funky, tuż po opuszczeniu Family. Pomimo, iż zagrali tutaj zarówno Alvin Lee oraz Tim Hinkley, trudno się było zachwycić nad czymkolwiek. Była to raczej motoryczna rąbanka, utrzymana w średnio-tanecznym tonie. Muzycznie raczej błaha. Na finał przypadała 8-minutowa "Ball Of Confusion". Także, jak w poprzednim przypadku, rzecz do bólu monotonna, a do tego mało smakowicie przyprawiona, tylko nudną do bólu elektroniką. Dłużyła się zarówno ta, jak i wcześniejsza kompozycja, niczym wizyta na rodzinnej komunii. Tak więc, ostatnie 12 minut albumu, można było, a nawet należało, sobie darować. Ale, to i tak dawało niezły wynik matematyczny, gdyż około 37 minut muzyki , było dla słuchacza, momentami niezwykle przyjemnymi.
Opisana dzisiaj płyta, to tylko jedna wyrwana z bogatego dorobku Chapmana, artysty bardzo interesującego i oryginalnego, którego dobrze by było, aby oszczędził okrutny los zapomnienia.
P.S. Wersja kompaktowa powyższego albumu została wzbogacona o 5 bonusów , ja jednak do dzisiaj posiadam tylko wiernego LP.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
sobota, 3 września 2011
O piłce i o modzie brodzie
Trochę słów o piłce. Bo przecież nie o polityce. Tym bardziej, że nie ma o czym. Kaczyński tchórz, nie stawił się na debatę w TVN-ie. W takim układzie, wiadro z odpowiednią substancją i nieprzyjemnie pachnącą zawiesiną przechowam sobie na jakąś kolejną specjalną okazję. Dla ratowania Polski i uświadamiania ciemnoty rzecz jasna.
Wczoraj Polska - Meksyk, towarzysko. Bez uniesień, aczkolwiek poprawnie. Ale żeby w towarzyskim meczu dostać czerwoną kartkę, a jeszcze 70 minut wcześniej niemal przysięgać przed mikrofonem, na oczach kilku milionów rodaków, że będzie dzisiaj miło i fair, bo to niby taki dzień w piłce, z białą wstążką u boku. Co zresztą meksykański trener zademonstrował, ale też i słowa dotrzymał. Nie tylko on , ale i także jego piłkarze. A co do piłki, powiedziałem, że było poprawnie, co nie znaczy, że dobrze. Bo gdy pograliśmy sobie w dziesiątkę przez dwadzieścia minut, to było bladziutko. Gdyby to była nieco inna ranga imprezy, jak np. Euro 2012, to nie wiem czy byśmy przetrzymali z tym remisikiem do końca. A ja widziałem już nie raz drużyny, które w dziesiątkę potrafiły nawet wygrywać, i to przekonująco. Meksyk, choć dobry, to jednak nie Anglia czy Holandia, a te wczoraj pokazały w meczach eliminacyjnych, że z nimi żartów nie ma. Anglicy pojechali sobie do Bułgarów i trzy budy zaliczyli, a Holendrzy nawet jedenaście. Co prawda ze słabiutkim San Marino, ale też i nie najsilniejszym składem. A przy okazji pobili nas o jedną bramkę. Ku zdziwieniu mojemu, Węgrzy zaskoczyli i dołożyli Szwedom dwa jeden. A to jest coś! Naszym ta sztuka nie udała się od ho ho ho! Ale co tam placki węgierskie, co tam nachos meksykańskie, skoro już w najbliższy wtorek przyjdzie nam stawić czoła z Niemcami. To nic że towarzysko. Z Niemcami czy Ruskimi zawsze się gra jak o wszystko. Bo gra się o honor. I wreszcie nadarza się okazja, by dać z siebie dużo więcej, niż w jakimkolwiek meczu ostatnich lat. A do tego miejsce boju odpowiednie. Wolne miast Gdańsk i nowy Baltic Arena. Efektowny stadion, choć architektonicznie nie tak piękny jak ten nasz poznański. Nie za bardzo podobają mi się centralne trybuny, rozfalowane, zupełnie jakby je naznaczył jakiś podpity architekt. Może taka moda? Może. Tym bardziej, że z tą modą to trzeba uważać. Ostatnio pojawiło się mnóstwo typów z długimi brodami. Mój syn powiedział, że teraz tak się chodzi i że się nie znam. I pokazał mi zdjęcie pewnego takiego typa w internecie. Nie wiem czy był muzykiem czy "normalnym koleżką". Dla mnie wyglądał jak kretyn. A raczej jak jakiś psychopata. I uważajcie, bo moda na psychopatów trwa. Najgorsze, że dzisiejsi modni i nowocześni ludzie, mieszają takich typów z tłumem , w moim pojęciu, normalnym. Niegdyś tak wyglądali ludzie z armii Carlosa, albo Fidela Castro. Wracając do najbliższo-wtorkowego meczu, na cud nie liczę, ale na ambicję i pełnię walki - tak! Choć drżę, gdy pomyślę sobie co te niemiaszki zrobiły wczoraj z Austrią, gromiąc ich 6:2. Brrrr!!!! Można się szyderczo uśmiechnąć względem Austriaków, ale ci przynajmniej dwa gole wbili. Zobaczymy ile my.
(tak wygląda współczesny modny kretyn)
(a to jest Klasyk)
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
QUEENSRYCHE - "Dedicated To Chaos" - (2011) -
QUEENSRYCHE - "Dedicated To Chaos" - (ROADRUNNER RECORDS) -
Nie wiem co się z tym zespołem dzieje. W ogóle nie rozumiem tej ich twórczości od kilku ładnych lat. Mówiąc najdelikatniej. Jednak to co grupa osiągnęła na "Dedicated To Chaos" , można określić jednym słowem: okropieństwo. Nieporadność Geoffa Tate'a i jego kolegów, kłuje po uszach swoimi wykoślawionymi nutami. W zasadzie brakuje słów, by określić czy scharakteryzować tę muzykę. Myślę, że dłuższe z nią obcowanie, może doprowadzić do trwałego umysłowego kalectwa. "Dzieło" to jest idealnym przykładem na to, jak nie należy brzmieć i jak nie należy komponować. Nie chce mi się pisać o zasługach tego niegdyś świetnego zespołu, który w latach 80-tych i częściowo w dekadzie następnej, potrafił fantastycznie budować napięcie i dzielić się emocjami za pomocą wykwintnej muzyki. Głupio mi , gdy pomyślę, jak kiedyś krytykowałem płytę "Promised Land". No tak, ale po arcydziełach w stylu "Warning", "Operation Mindcrime" czy w szczególności po genialnej "Empire", można było poczuć niedosyt. Dzisiaj "Promised Land" wydaje się być dziełem wybitnym, na tle ostatnich dokonań zespołu. A jawi się niczym arcydzieło, gdy słucham "Dedicated To Chaos". Mimo wszystko nie tracę szacunku do tej grupy i zapewne kolejną ich płytę także kupię, pomimo iż właśnie swoją twórczością muzycy Queensryche sięgnęli dna. Dziękuję za uwagę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Nie wiem co się z tym zespołem dzieje. W ogóle nie rozumiem tej ich twórczości od kilku ładnych lat. Mówiąc najdelikatniej. Jednak to co grupa osiągnęła na "Dedicated To Chaos" , można określić jednym słowem: okropieństwo. Nieporadność Geoffa Tate'a i jego kolegów, kłuje po uszach swoimi wykoślawionymi nutami. W zasadzie brakuje słów, by określić czy scharakteryzować tę muzykę. Myślę, że dłuższe z nią obcowanie, może doprowadzić do trwałego umysłowego kalectwa. "Dzieło" to jest idealnym przykładem na to, jak nie należy brzmieć i jak nie należy komponować. Nie chce mi się pisać o zasługach tego niegdyś świetnego zespołu, który w latach 80-tych i częściowo w dekadzie następnej, potrafił fantastycznie budować napięcie i dzielić się emocjami za pomocą wykwintnej muzyki. Głupio mi , gdy pomyślę, jak kiedyś krytykowałem płytę "Promised Land". No tak, ale po arcydziełach w stylu "Warning", "Operation Mindcrime" czy w szczególności po genialnej "Empire", można było poczuć niedosyt. Dzisiaj "Promised Land" wydaje się być dziełem wybitnym, na tle ostatnich dokonań zespołu. A jawi się niczym arcydzieło, gdy słucham "Dedicated To Chaos". Mimo wszystko nie tracę szacunku do tej grupy i zapewne kolejną ich płytę także kupię, pomimo iż właśnie swoją twórczością muzycy Queensryche sięgnęli dna. Dziękuję za uwagę.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
czwartek, 1 września 2011
Witaj szkoło, żegnaj lecie - szczęścia sypnij mój ty kwiecie.
Pierwszy dzień września, młodziaki powracają do szkół. Nie wiem jak oni, ale ja zawsze byłem nieszczęśliwy tego dnia. I wcale nie z powodu końca wakacji i przymusu nauki, bo i tak tego nie robiłem, raczej martwiło mnie samo koniec lata. Od minionej soboty wieczora śmierdzi jesienią. Taką polską jesienią. I wcale nie złotą bynajmniej. Znowu nazłaziło się chmur, które bezczelnie zasłaniają oczy słońcu. I tak trzyma już od kilku dni. A słońce daje o sobie znać, gdy tylko chmury, na chwilę wyskoczą do toalety. No cóż, tak już będzie do samej wiosny. Trzeba będzie przetrzymać. Zaczyna się jesień, pomimo iż kalendarz wmawia nam, że to jeszcze niby trzy tygodnie lata zostały. Patrzę przez okno, na przechodzących ludzi, jedni już pozakładali grubsze odzienie, ale wielu wciąż ambitnie zasuwa w krótkich rękawkach, a nawet co ponętniejsze istotki, paradują w miniówkach. Napaczmy (vide napatrzmy, naoglądajmy) się, bo ten widok za chwilę zniknie z naszego krajobrazu na długo. Mark Knopfler właśnie zagrał w moim pokoju "Fade To Black", w jakże jesiennym nastroju. Pięknie. Choć na szczęście po nim następuje "The Bug" i zapominam na chwilę o jesieni, ale jeszcze kilka piosenek z "On Every Street" mi tę jesień podsunie. Ten Knopfler to jednak klimaciarz. Potrafi człowieka rozweselić, ale i zatrzymać na chwilę i zaprosić do alejki zadumy, na refleksyjne rozważania. Potrafi jak mało kto. Właśnie ktoś w aucie trąbi na drugiego i ze złością gestykuluje, że źle mu się ustawił pod nosem, a ten nie może przez to zaparkować. Portier ochroniarz z naprzeciwka, co chwilę wychodzi z budynku na uliczny chodnik i gapi się także na przechodzących ludzi i przejeżdżające auta. Nudzi mu się, to widać. Pewnie odlicza godziny do końca nudnej roboty. A ta wlecze się i wlecze... Dwanaście godzin dyżuru, jak to wysiedzieć. Trzeba poszurać nieco butami po chodniku, poocierać się o drzwi, klamkę...., jakoś przeleci. U mnie tak samo nudno, ale przynajmniej muzyka gra. I najważniejsze, że dobrana przeze mnie. Z gitary Knopflera, pięknie układają się nuty do zaokiennej prozy życia. Właśnie jedna dama, a po niej zaraz druga, przeleciały obok mego okna, że tylko kurz sypnął na szybę. Gdzie ci ludzie tak pędzą? O znowu, kobieta z załadowaną siatką zakupów, zasuwa jakby mieli jej w następnym sklepie wszystko wykupić. I kolejna młoda istotka, a po niej jeszcze kolejna. Wszyscy niby idą, ale pędzą. Dokąd? Po co? Nie dziwię się, że nie mają kiedy posłuchać całej płyty, przeczytać trzystu-stronicowej książki czy pójść na długi spacer. Nie mają na to czasu. Ale gdyby ich zapytać, gdzie się tak spieszą, odpowiedzieliby zapewne, że nie wiedzą. Nawet by tego sami nie zauważyli. Mruczący Mark śpiewa właśnie "i got my ticket to heaven and everlasting life, all the way to paradise". Ale On może tak zaśpiewać, bo On wie, co jest piękne. Reszta ludu jednak pędzi w poszukiwaniu szczęścia, którego i tak nikt w nadmiarze nie dostanie. Ale każdy jego pragnie i w sumie ma do niego prawo.
Andrzej Masłowski
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00
nawiedzonestudio.boo.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















