sobota, 6 czerwca 2020

nie żyją RUPERT HINE oraz STEVE PRIEST

Odszedł Rupert Hine. Dowiedziałem się w piątek z Facebookowego profilu Tima Bownessa. Niemal na gorąco. Siła internetu. Szybko się wieści rozchodzą. Szczególnie te złe.
Nie uwierzycie, w kwietniu do radiowego zeszytu zapisałem kącik z Jego muzyką. Nie udało się wyemitować, teraz niestety nadal to niemożliwe. W planach było kilka kompozycji z autorskich płyt, ale również co nieco z mojej ulubionej, a środkowej w zespołowym dorobku Thinkman, "Life Is A Full Time Occupation" - m.in. fenomenalne "Never A Tear". Na tym nie koniec, chwilę później uparłem się nad chęcią zapodania, w moim odczuciu najlepszej solówki Boba Geldofa "Deep In The Heart Of Nowhere". Ją także dopisałem do zestawu - wszak to producencki wyrób Ruperta Hine'a najwyższej jakości - choć stało się to dwadzieścia dwie strony dalej. Tak tak, tych stron jest na tę chwilę sześćdziesiąt jeden. A do jednej audycji potrzebuję czterech, góra pięciu. Oto skala zaległości.
Rupert Hine wypracował niepowtarzalny styl. Styl, który nie tylko objawiał się w jego okazjonalnie plecionej muzyce, ale także w produkcjach, których posiadał nieprzemierzenie więcej. Tak naprawdę, wielu ludzi może Artystę kojarzyć jedynie z takiej właśnie roli, ponieważ jego piosenek radio raczej unikało (zbyt ambitne), natomiast muzyka z przez niego wyprodukowanych płyt bywała
niesamowicie popularna. I tak też, m.in. Rush, Camel, Chris DeBurgh, Stevie Nicks, Tina Turner, Saga, Suzanne Vega i jeszcze wielu wielu innych stoi sukcesami za jedynym w swoim rodzaju artystycznym zmysłem.
Ze smutkiem przyjmuję tę wieść. Miałem co najmniej kilka nadziei względem jego talentu. Liczyłem na nowe, jak zwykle niekonwencjonalne piosenki, ale też tliła się we mnie nadzieja ujrzenia go wreszcie na żywo. Pomimo, iż Rupert Hine to raczej działacz studyjny, najlepiej czujący się w okowach stacjonarnych konsolet, szerokoobiektywnie porozstawianych mikrofonów oraz perfekcyjnie wygłuszonych ścian.
Niedawno pożegnaliśmy Keitha Olsena, także znakomitego magika suwaków, a teraz kolejny wielki - Rupert Hine. Dla muzyki to szczerb nie do wypełnienia. Takich ludzi nie zastąpią komputery, wyspecjalizowani dublerzy czy nawet podstawieni do niemożliwych misji kaskaderzy. To jedna z tych nietuzinkowych postaci, na której talent nie wymyślono planu b.
W Polsce spopularyzowano utwór "Samsara" - z ciekawej płyty "Immunity". Polecam jednak posłuchać więcej. Nie warto zatrzymywać się na jednej sprawdzonej kompozycji. Ciekawi mnie, czy znacie mili Państwo taką perełkę "You Can't Be Chased (Until You Run Away)"? A to tylko jeden kawałek tortu "The Deep End". Proszę posłuchać.


Z przykrością również odnotowuję podróż na wieczny spoczynek Steve'a Priesta - basisty Sweet. Niezwykle popularnego w latach 70-tych zespołu, który w składzie Connolly-Priest-Scott-Tucker czynił niezłe spustoszenie. Po tamtych chwilach pozostają tylko dobre wspomnienia, natomiast wraz z odejściem Priesta, pozostaje już tylko Andy Scott - jedyny żyjący członek Sweet.

Dziękuję za elektro-listy. Szkoda, że dla mojego dobra lepiej ich nie cytować. Są stanowcze, niekiedy surowe. Ale ludzie, którzy powinni je przeczytać, nie są zainteresowani. I niczego nimi nie wskóramy, ponieważ wysyłacie je moi Kochani nie pod ten adres.



A.M.


piątek, 5 czerwca 2020

ONE DESIRE "Midnight Empire" (2020)










ONE DESIRE
"Midnight Empire"
(FRONTIERS)

****1/2

Opublikowany przed trzema laty debiut "One Desire" (hmm, a przeleciało, jak trzy miesiące) zawierał kilka niezłych piosenek. Szczególnie niewymuszenie dobrze prezentowało się albumowe powitanie. Pierwsze dwa kawałki rwały w drobny mak. Nieźle się rozkręcało, lecz im bardziej w las, tym więcej monotonii. Ogólne wrażenie jednak niezłe, pomimo iż ta sympatyczna hardrockowa muzyczka nie zwiastowała przesadnie obiecująco. Lecz właśnie nastąpił nieoczekiwany zryw. Dzięki niemu, "Midnight Empire" nie obejmuje odwieczny syndrom dwójki. Czyli drugiego albumu, który zazwyczaj nie jest w stanie udźwignąć ciężaru oszałamiającego debiutu. Wychodzi więc na to, że wciąż niestare "One Desire" okazało się jedynie pretekstem do zainstalowania na pokładzie, a także pewnego rodzaju rozgrzewką przed prawdziwym spektaklem - który właśnie się rozpoczyna.
W celu wypromowania "Midnight Empire", One Desire mieli zagrać długą trasę z The Night Flight Orchestra. A, że ostatni album ekipy Björna Strida "Aeromantic" znakomity, podpinka pod tych utytułowanych Szwedów okazała się tym większym wyróżnieniem. Niestety, w wyniku implikacji światowego tournee koronawirusa, trzeba było przerwać występy. Tu jeszcze należy podkreślić skandynawską brać, albowiem One Desire (choć podobno ich Finlandia to żadna Skandynawia) przy poprzedniej płycie wspierali na żywo innych północnych kamratów, z Eclipse. Warto odnotować, iż tamtych ubiegłoroczna płyta "Paradigm", także wymiata. Nordycka lodowata krew, z wrzącym temperamentem. Tak tak polscy rockerzy, tak to się robi.
Na początek 6,5-minutowe "Shadowman". I tylko oczyma wyobraźni widzę, jak ten bogaty melodycznie kawałek otwiera nafaszerowany wigorem koncert. W tło piosenki wmontowano pełne majestatu klawisze, pomimo iż w zasobach One Desire, oprócz wokalu, na co dzień instrumentalnie rządzą bas, dwie gitary plus perkusja. Niekiedy jednak panowie wspomagają się pianistyką, i to jest właśnie jeden z tych utworów, gdzie postawiono na przestrzenne zagospodarowanie tła. Opus magnum nagrania stanowi tkana delikatnie sprzęgniętą gitarą prześliczna końcówka. Przez moment czystej krwi progresywny rock. Na kolejny rzut wyłania się "After You're Gone". Podobno ulubiony numer wokalisty André Linmana. Nie dziwne, wspaniały. Moc wielkich aren. Gdyby świat w większej dawce słuchał właśnie takiej muzyki, wszyscy bylibyśmy częściej uśmiechnięci, pomimo iż paradoksalnie, akurat ten konkretny numer dźwiga lirykę krajobrazu utraconej miłości. Cała ta zanurzona w rzece entuzjazmu melodia nie tylko wtłacza we mnie chęć życia, ale jednocześnie kreśli zarys marzeń ujrzenia formacji na żywo. Ależ oni muszą zabrzmieć ze sceny. Wiem, ułuda, tego rodzaju melodic-rockowcy, z racji mikroskopijnego u nas zainteresowania, od lat omijają polskie tereny. Jestem pełen nieodróżnialnych odczuć również wobec wielu innych, a osadzonych w późniejszym albumowym toku kawałków, jak "Down And Dirty", "Godsent Extasy", "Heroes", "Battlefield Of Love" czy "Killer Queen". Wszystko fantastyczne i bez krzty powściągliwości przytomnie zagrane. I tylko szkoda, że to w sumie taki metal-rock jawiący się nieco problematycznie względem naszego genetycznego konserwatyzmu. Bo to dokładnie taka muzyka, która z żadnej strony nie wpisuje się w polską historię, przy tym mentalnie równie odległa, co Neptun od Ziemi. Z jednej strony nazbyt miękka dla licznych w naszych szeregach wielbicieli Deep Purple czy Scorpions, ale też łohoho nieźle szarpana dla przeciętnego odbiorcy bezpiecznych piosenek, w duchu Lionela Richiego, że nie wspomnę już o chilloutowych onanistach jogi oraz pożeraczy cieciorek.
Oto AOR próby najwyższej. I zakładam, nie pogardzą nim określeni od lat zwolennicy innych utytułowanych marek, pokroju współrzędnych stylistycznie Work Of Art, Find Me bądź Brother Firetribe. Ach, zapomniałbym - ballady. Są, a jakże. Nawet trzy. Napiętnowana burzliwym refrenem oraz symfonicznymi akordami instrumentów klawiszowych "Through The Fire". Ponadto, być może przesadnie ckliwe "Rio", lecz nic nie poradzę, że mnie takie rzeczy łapią za sercowy mięsień. No, i jeszcze coś w rodzaju lament-ballady, jaką "Only When I Breathe". Prawdziwa ozdoba końcowej fazy płyty. Proszę posłuchać, co tutaj wyprawia przyrządzona pod a'la flamenco gitara, pojawiająca się gdzieś na dwie minuty przed ostateczną kropką. Ale też niezwykły André Linman, który pomimo niekiedy nieszczelnych płuc, tym razem zaśpiewał ponad przydzielony zakres.
Niesamowicie dobra płyta. A przecież, w wydaniu zespołu, który zapowiadał się jak kapiszon. 



A.M.


wtorek, 2 czerwca 2020

odmiana

Tak, to był udany dzień. Warto odnotować.

Coraz częściej dostaję pochlebne opinie o nowej szacie bloga. Kolekcjonuję je sobie, a jednocześnie uspokajam, nie utonę w pysze.
Potrzebowałem odmiany, jakiejkolwiek. Dusiłem się z tym od dekady powielanym szablonem. Czyli od narodzin bloga. Codziennie to samo i tak samo. Biało na czarnym, aż do przygnębienia. Nawet najweselsze dni tonęły w mrokach posępnej szaty. Wszystko smutne niczym twarz Mateusza Morawieckiego, a niekiedy równie żałosne, co bamberski wizerunek obecnego ministra rolnictwa. Doprawdy, jego nieświeży garniturek plus do kompletu rozchełstana koszula, uczyniły go traktorzystą Zenkiem, który po tygodniowym znoju, kąpieli zażywa jedynie w niedzielę.
Nie chciałem, by do końca życia odmieniano moje nawiedzone miejsce tylko przez trzy kolorystyczne przypadki: czarno, szaro, buro. Nowa estetyka wydaje się przyjaźniejsza, natomiast poprzednie białe literki na czarnym tle zmęczyły już nie tylko mnie. Zatem, zrobiło się lżej. Zamiast masywnego wełnianego płaszcza pojawił się jedwabny t-shirt, a ciężkostrawny gulasz wymieniłem na wiosenny chłodnik.

Polecam moje dwa ostatnie teksty. Tę informację kieruję szczególnie do tych, co zgarniają tylko z wierzchu, nie oglądając się za siebie. Odszedł świetny gitarzysta Bob Kulick. Poświęciłem mu zatem nieco miejsca, ale też zrecenzowałem najnowszych Ceti. Tylko nie donoście o tym Kupczykowi, tym bardziej, że jego interesują głównie peany pięciogwiazdkowe. Uwaga - nareszcie płyta po polsku. Jest naprawdę dobra, kupujcie w ciemno.

Wczoraj mieliśmy Dzień Dziecka. Moi Rodzice - tak, przez duże "R" - żyją, więc wciąż jestem dzieckiem. Taka panuje zasada. Nie ja ją wymyśliłem. Podobno my faceci nigdy nie dorastamy. I dobrze, mnie to nie przeszkadza. Świat dorosłych jest zbyt ustabilizowany. Czytaj: nudny. Człowiek najlepsze wspomnienia wiąże właśnie z dzieciństwem, co słusznie dowodzi, że to jedyny wart życia okres, reszta to tylko trwanie.

Warta otrzymała licencję na grę w Ekstraklasie. To teraz jeszcze tylko poproszę o awans.
No i cieszę się, że Łukasz Trałka przedłużył z Zielonymi kontrakt. Dobry duch drużyny, a i jego doświadczenie w korkotrampkach tylko przysłużą się sprawie. Jakiś niedawny czas temu byliśmy z Ziółkiem w pizzerii, gdzie akurat przy sąsiednim stoliku wywołany przed szereg futbolista "wylizywał" talerz po właśnie skonsumowanej paście. Szkoda, że jednak nie pisnęliśmy z zachwytu i nie uwiesiliśmy się na jego szyi ze smartfonami gotowymi do grupowego selfie.

Miałem dzisiaj krótką, acz przemiłą telefoniczną rozmowę, z jednym z przedstawicieli rodzimej wytwórni płytowej. Dowiedziałem się, że czyta się u nich mego bloga. Schlebiające. Teraz wiem, skąd w poczytności te narastające wizyty. Takie wieści przyciskam do serca. Na tym nie koniec, od dzisiaj niektórych nowych płyt będę mógł posłuchać z lekkim wyprzedzeniem. Po ostatnim paśmie porażek, nareszcie sukces. I to są te wzmacniające mnie chwile.

Poszedłem też podreperować zęba. Wyrostek skruszał ze starości. Zapytałem sympatycznego doktorka, czy nie razi go zaglądanie każdemu do paszczy i notoryczne wąchanie nieświeżych oddechów? Pan zębowy zapewnił, że podobno po tylu latach nie czuje się tego. Dziwne, ja nieświeży oddech Hitlera wyczuwam nawet poprzez ekran telewizora. Podobno Adolfek miewał problemy gastryczne, a po jego ulubionej grochówce nosiło nim po kątach. Ale to i tak nic, w porównaniu z jego lekarzem, który nagminnie nieładnie się pocił, co też miało znaczący wpływ na jego relacje z całym trzonem Trzeciej Rzeszy. Podobno Himmler go nie cierpiał, jednak Hitler nie pozwalał o tłuściochu nawet źle pomyśleć. Doktorzyna łagodził kanclerza przeróżne cierpienia poprzez dawkowanie mu przeróżnych narkotyków, o czym do rozpadu armii nazistów niemal nikt nie wiedział, a kilku jedynie snuło domysły.

Powróciłem do nagrań Louisa Armstronga. Tych śpiewanych. Lubię barwę głosu Satchmo. Ale, by tak śpiewać, trzeba trochę wypalić i wypić. I choć piosenkę "What A Wonderful World" znam całe życie, chyba na zawsze będzie kojarzyć mi się z grudniowymi zajęciami z angielskiego, na których ją śpiewaliśmy grupowo. Dziesięć dziewczyn i ja, jeden facio rodzynek. Może dlatego dziewuszki zwracają się do mnie czule: Andy.
Niedawno podniosłem bunt i namówiłem kobietki, by nie zgadzały się na kontynuację zajęć on-line. Wygraliśmy. Jako jedyna grupa otrzymaliśmy zielone światło na powrót do salek. I wracamy! - od 8 czerwca. Zajęcia face to face są nieporównywalnie wartościowsze, zarówno pod względem merytorycznym jak też towarzyskim.

Jestem poruszony przebiegiem zdarzeń dotyczących George'a Floyda. Tamtejsza brutalność policji to raz, ale mamy jeszcze podtekst rasistowski, na który świat bywa szczególnie wyczulony. Terror wywodzący się z epoki niewolnictwa wciąż procentuje. Obecna akcja "czarne życie ma znaczenie" nie jest adresowana do już przekonanych, ona ma naprawiać ludzi zepsutych.




A.M.


poniedziałek, 1 czerwca 2020

CETI "Oczy Martwych Miast" (2020)









CETI
"Oczy Martwych Miast"
(METAL MIND PRODUCTIONS)

***1/2






Nareszcie po polsku. I zdaje się, nie tylko ja na to czekałem. Jego metalowa wysokość Grzegorz Kupczyk droczył się (m.in. ze mną) latami, aż skruszał. Jak dobrze posłuchać lubianej muzyki w bardziej komunikatywnym językowo i bliższym sercu przekazie.
Na wstępie zapewnię, najlepszy głos rodzimego heavy metalu ma się dobrze - gdyby ktoś powątpiewał. Na nic więc Kupczykowi upływ lat, ni też cała krajowa młodsza konkurencja. W zasadzie, konkurencji brak, wszak te całe nasze heavy, w ogólnym zarysie jest równie cienkie, co łamliwy andrut. Potomkowie rodów Piastów i Jagiellonów nie zostali poczęci do jego uprawiania, pomimo iż w całej historii nadarzyło się jednak kilka chlubnych wyjątków (m.in. Turbo, a nawet glamowi Lessdress). Dlatego Ceti mogą spać spokojnie, wystarczy tylko konsekwentnie czynić swoje, co zresztą jak najbardziej uwidacznia najnowsze "Oczy Martwych Miast". Mamy tu spodziewane bez zadyszki inteligentne łojenie, ponadto nowego pałkera - w osobie Jeremiasza Bauma, także kilka niezłych ślizgów po gryfie - w wydaniu Bartka Sadury (szczególnie fajnie mu uprawiana profesja wychodzi w "Fałszywym Bogu", gdzie przez chwilę zamarzyło mu się pobyć drugim Adrianem Smithem), ale i konglomerat ogólnie przyjemnych natężeń dźwięku, szczególnie niepozwalających spokojnie nabrać sił przez moment odpoczywającym, acz wszelakim natarczywym sąsiadom-remontowiczom. Każdy z nas takimi się otacza. Oby ich wiertarki zardzewiały równie szybko, jak ich niewyszukane życiowe potrzeby.
Chwaląc poszczególnych muzyków, nie można pominąć basowych ukąszeń Tomka Targosza - to ten najbardziej utytłany w tatuażach. Jego gra, choć mniej hałaśliwa od przecudownych naparzanek Lemmy'ego, ma w sobie ekspresję za trzy czwarte liczebności składu Ceti. Faceta nie tylko roznosi na koncertowych deskach, ale i na tej płycie odnoszę wrażenie, że za chwilę przebije ścianę mego pokoju i wskoczy poprzez monitor telewizora niczym Angus Young w teledysku "Heatseeker", czyniąc podobną zadymę i demolując narosłą poprzez trwającą pandemię nudę. Szkoda jedynie, że Marysi Wietrzykowskiej tradycyjnie jak na lekarstwo. Nie pojmuję, podobnie jak na koncertach, widzę jej grę, lecz nigdy nie słyszę. Tak też na tej płycie. No dobrze, wyjątkiem numery "Linia Życia" i może jeszcze tytułowe "Oczy Martwych Miast". Ludzie, dajcie jej pograć. Nie cały metalowy świat tylko blachą huczy. Być może subtelność Marihuany koliduje z całą resztą hałaśliwej ferajny, która lubi sobie poprzestawiać graty, ale na pewno nie zaszkodziłoby tej muzyce troszkę bardziej dostrzegalnych i niekiedy wyeksponowanych klawiszowych akcentów. Że o równie miłym sopranie Marysi już tylko napomknę, ponieważ mamy jednak jego szczyptę w bliskim estetyce BlackSabbath'owego, a osadzonego w finale płyty "W Dolinie Światła". Niekiedy jego rytm nasuwa skojarzenia z czterdziestoletnim "Heaven And Hell" - ale to już tylko tak na marginesie. Jednak najlepszym
numerem "Machina Chaosu". Znakomita melodia, dobre tempo, a i przydatna różnorodność. Kupczyk niekiedy tu eksponuje głos, jakby mu ktoś butem krtań przyblokował. To taka szkoła Ronniego Atkinsa (młodszego wiekiem od Kupczyka wyjca z Pretty Maids), choć obaj panowie zapodawanie do mikrofonu rozpoczynali mniej więcej w podobnym czasie. Podoba mi się jeszcze szarpanie głosem w "Piętnie", jak też ustawiona pod rytmikę Deep Purple melodia w numerze "Cienie". Tu nawet wściekłość Kupczyka przebija współczesnego grzeczniutkiego Gillana. Ale nie uprzedzajmy faktów, zobaczymy na co stać wokalnego właściciela "Smoke On The Water" na letnio-jesiennej płycie Purpurowych.
Na tej zdecydowanie nieradiowej, i o subtelności lokomotywy płycie poznaniaków, znajdziemy też nieco ciekawej oraz typowej dla bractwa dyskretnego szczęku blach liryki, jak choćby w tytułowym "Oczy Martwych Miast" /"świat was znienawidził, nienawidzi mnie. Byłem waszym Bogiem - teraz nie ma mnie"/ czy w tej przeznaczonej dla "Fałszywego Boga" /"fałszywy Bóg ogłupia ludzkie myśli, więc nie wiemy, gdzie jest życia sens"/.
Na świeżo trzy i pół gwiazdki, lecz z biegiem lat zapewne akcje wzrosną. Cieszą matkę takie dzieci.

P.S. Autentico cacy okładeczka w wydaniu naszego nadwornego metal-grafika Jerzego Kurczaka. Choć nie tylko, bo przecież przydarzyły mu się nawet "Baśnie" Collage.



A.M.


nie żyje BOB KULICK (16 I 1950 - 28 V 2020)

Zmarł Bob Kulick. Niezwykle dobry gitarzysta. Utytułowany w branży, a i przeze mnie szczególnie ceniony za genialny album Meat Loafa "Bad Attitude". To bezwzględnie jedna z moich płytowych życiówek, tym samym odszedł jeden z gitarowych miotaczy mojej rodziny.
Współpracował z zapierającą dech w piersiach rzeszą artystów, m.in. z Lou Reedem, grupą Kiss - usłyszymy go m.in. w utworze "Naked City" na LP "Unmasked", a także we wszystkich czterech nowych numerach na dość nietypowej, acz kapitalnej kompilacji "Killers", do tego również na pierwszym solo Paula Stanleya z 1978 roku, o niewyszukanym tytule "Paul Stanley", ponadto w niezłej i dowodzonej przez siebie grupie Balance, także na znakomitym melodic-rockowym trzecim LP Michaela Boltona "Michael Bolton", a nawet u metalowych W.A.S.P. czy w utworzonej przez siebie, kompletnie niewypromowanej formacji Skull. Na tym nie koniec, lista płac jest sporo dłuższa, a i wszystko warte poznania, jednak jeśli ktokolwiek do tej pory nie poznał talentu Boba, proponuję zacząć przygodę od kilku przywołanych tytułów.
Jego brat - Bruce, to również bardzo utalentowany muzyk - i także gitarzysta. A co ciekawe, także mający na sumieniu współpracę z Kiss - nawet bogatszą - jak też obfitszą, z równocześnie przywołanym powyżej Michaelem Boltonem. Tych zasług Bruce też ma dużo więcej, i nawet ich liczebnością przebija własnego brata, jednak nie o nim być miało.
Bruce i Bob nie mieli ostatnio ze sobą po drodze. Wzajemne pomówienia i niezgodności na polu praw autorskich trzymały ich raczej z dala od siebie, a jednak przed kilkoma laty stanęli ramię w ramię na jednej scenie, ponad podziałami.
Nie każdy zapewne wie, Bob Kulick miał być etatowym gitarzystą Kiss, jednak jeszcze w przedbiegach, zanim grupa nagrała albumowy debiut, pokonał go Ace Frehley. Nie zraziło to jednak Boba do zamaskowanych, ani odwrotnie, dzięki czemu w latach późniejszych dochodziło między obiema stronami do sporadycznej współpracy.
Bob to charakterystyczny facet. Łysy, z na pół-szlacheckim ciemnym wąsem, niekiedy dający się przyłapywać w równie ciemnych okularach. Oryginalny rockowy wizerunek, trudny do pomylenia. Zobaczyć Boba na scenie należało do moich najskrytszych marzeń. Najlepiej z Meat Loafem, ale poszedłbym na każdy występ.
Bob Kulick to wielka gitarowa postać. Wyborny technik, równie sprawny wirtuoz, gość o własnym stylu i brzmieniu, postać nietuzinkowa. Jednocześnie świadom jestem jego marginalnej u nas sławy, która zapewne nie wywoła wielkiej fali smutku.
Dzięki Maestro!



A.M.


niedziela, 31 maja 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 31 maja na 1 czerwca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





Dwunasta niedziela przymusowej radiowej absencji.
Z racji nieczynnego do jesieni br. studia, zaplanowano odtworzenie materiału archiwalnego. 




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 31 maja na 1 czerwca 2020 - godz. 22.00 - 2.00  w   RADIO "AFERA", na 98,6 FM (Poznań) lub na www.afera.com.pl




Nie żałujmy sobie (dzisiejszej) wiosny ...




A.M.



tajemniczy podróżnik

Gdy tylko otworzą kina, teatry i sale koncertowe, przejdę się na cokolwiek. Tak jestem spragniony. Do niedawna byłem gotów wybłagać nawet mecz koszykówki, byle tylko na żywo. A teraz, gdy widzę te puste stadiony, podgrzewane dopingiem z magnetofonu, przybija mnie to bardziej od porażki Kolejorza z Legią. Tak swoją drogą, ile wart ten nasz poznański Lech, jeśli co już tradycją, przegrywa każdy najważniejszy mecz sezonu. I na co mi te wszystkie sukcesiki ze Stalą Mielec (nawet jeśli stanowią za kolejny etap ku Pucharowi Polski) czy jakimiś Rakowem lub niewirusową, a z Kielc Koroną, skoro przyjeżdża Legia, wślizguje jedną przypadkową brameczkę, i po sprawie.

Tegoroczny maj najchłodniejszy od lat, a przecież mówi się o ocieplaniu klimatu. Fakt, zimy zelżały do termy przedwiośnia i dopasowały się do reszty roku. A propos, gdyby ktoś zaspał, od jutra czerwiec.

Dziękuję Maćkowi Bobykowi za wspomnienie na Facebooku czasów naszej współpracy. Miło dowiedzieć się, że moje audycje wywarły niemały wpływ na jego muzyczne lata młodzieńcze.
Szkoda, że o kontekście radiowym ostatnio mówimy w czasie przeszłym, a wielu ludzi pochowało się, jak gdyby ich nigdy nie było. Do jesieni rozgłośnia zamknięta. Ktoś ważny zasugerował, że autorzy wieczornych audycji mogą się nagrywać. Fajnie. Gdybym tylko był nowoczesny... lub, gdyby rękę wyciągnęła do mnie zwyczajna koleżeńska pomoc... Nie, żebym zmuszony był się upraszać, skomleć... Jeśli moja dotychczasowa robota była coś warta, kiedy, jak nie teraz, pragnąłbym się o tym dowiedzieć. A tak, każdy uprawia własny ogródek i pilnuje, by tylko on lśnił. Młodzież na traktory, reszta do skansenów.

Zmarł Jerzy Pilch - pisarz, felietonista. Kilka niegdyś przeczytałem, a jego "Pod Mocnym Aniołem", w swoim czasie udanie przeniósł na ekran Wojciech Smarzowski. Ktoś kiedyś Jerzego Pilcha zapytał, czy pisałby nawet dla jednego czytelnika? - Tak, pisałbym. - Prawdziwy misjonarz. Człowiek w literackim świecie z powołania.

Kupiłem jazzową płytę. Kompaktową. Tak, by nic nie szumiało, nie potrzaskiwało i nie zakłócało wrażeń. Zdobyłem się na ten krok sam z siebie, bez niczyjej ingerencji. W zasadzie, dla jednego utworu. Utworu, który działał na mnie od zawsze niepokojąco. Zapragnąłem go mieć. Grupa nazywa się Weather Report. Utytułowana formacja, złożona z samych wirtuozerskich osobowości. Gdyby uprawiany jazz podrasowali rockiem, byłbym ich fanem. Ale nawet brak sprzężeń i fuzów nigdy nie przeszkadzał mi zachłystywać się kompozycją "Mysterious Traveller". Tak, to ten groźny w nastroju numer, o którym dobrych kilka razy wspominałem w radio. W młodości zawsze miewałem, a i miewam nadal ciarki, przynajmniej przy kilku jego fragmentach. Stawiam na półce i na pewno jeszcze nie raz, nie dwa, posłucham.

Mundi ugotowała zupę ze szparagów. Żonka w weekendy gotuje restauracyjnie. W naszej kuchni zapachniało wiosną. Na stole pietruszka, świeżo krojone pomidory, małosolne ogórki, do mięsa mój ulubiony i mało skomplikowany różowy sos, z jogurtu i ketchupu, a w zanadrzu jeszcze konserwowy groszek, który w symbiozie z majonezem wytwarza ala śmietankową połać. Teraz jeszcze przydałoby się trochę apetytu. A tego coś mniej. Pewnie za dużo rozmyślam. Uspokajam, nie chudnę, trzymam się. Jak najbardziej niezdrowe nachosy z serowym dipem zręcznie uzupełniają kalorie, a przecież w zamrażalniku jeszcze kula kasatów - piszemy: cassate. Nikt do dzisiaj nie wymyślił lepszych, i niech się wypchają ci wszyscy rzemieślnicy, wszelacy spece od eko/bio/lodów.

Dzisiaj dużo słońca. Polecam spacery, jeszcze raz spacery. 



A.M.