czwartek, 12 marca 2020

PENDRAGON - "Blue Note", środa 11 III 2020, Poznań

Atmosfera ostatnich dni - wywołana histerią wokół koronawirusa - udzieliła się już niemal wszystkim, a przecież Polska na mapie realnego zagrożenia wciąż wydaje się nieznacznie zainfekowana. Pozamykane szkoły, przedszkola, niektóre placówki pracy, do tego coraz dotkliwiej pustoszejące półki sklepowe, objawiają niemal wojenny krajobraz. Trudno dziś kupić mydło, papier toaletowy, ryż, makaron, a i nawet z półek sympatycznego Kauflandu poznikały kartony z moimi ulubionymi orzechowymi chrupkami. W ostatnich dniach ludzie także zaczęli masowo stosować higienę osobistą, jaką do tej pory uskuteczniali jedynie aktywni chirurdzy.
Masowo odwoływane są też spektakle teatralne, kinowe oraz wszelakie koncerty, zamyka się też niektóre restauracje oraz kluby, niemal wszystko za wyjątkiem szpitali dla dusz - jakiego to wczoraj określenia wobec kościołów użył minister Gowin.
W obliczu powyższych wydarzeń zastanawiałem się, odbędzie się ten koncert Pendragon, czy może Brytyjczykom przyjdzie zagrać bez udziału publiczności. Podobnie jak piłkarzom Włoch czy tym naszym ligowym mocarzom. Co do faktu wczorajszych Pendragon, stan zagrożenia wywołała informacja o odwołanym koncercie w Łodzi, do którego miało dojść dzisiaj, ale też świadomość, iż klub Blue Note od dzisiejszego czwartku także postanowił dezaktywować się do odwołania. Kwarantannę przeżywać będziemy więc wszyscy - przymusową. Rozumiem ponadto, że jej skuteczność podziała nawet, gdy będziemy stykać się w tramwajach, urzędach, kościołach, aptekach, sklepach czy punktach usługowych. Zresztą, sprawy nabierają takiego tempa, że w chwili oddania tego tekstu do druku mogą nastąpić jeszcze bardziej postępowe reakcje na aktualne wydarzenia.
Podczas wczorajszego show przez chwilę nawet zachodziłem w głowę, czy aby ktoś z widowni nie zaraził już muzyków Pendragon, bądź odwrotnie. Hmmm, najgorsze, że od dwóch miesięcy mam jakiś okropny, choć jednak epizodycznie ostry kaszel, mimo to, jak zajadę serią z automatu, dopiero muszę w obecnych realiach wywoływać lęki.
Pokaźna grupa fanów czekała wczoraj wytrwale na otwarcie bram, w nadziei, iż organizator koncertu nie wyjdzie zaraz niczym osobnik z okładki płyty Demon "The Plague", równie kulturalnie oznajmiając: "won do domów!", na odchodne spryskując naiwny tłumek jakimś środkiem owadobójczym. Wrota przewidziano otworzyć o 19.00, zaś danie główne na 20.00. Jednak, na zegarze już 19.15, 19.20, jeszcze szybciej zrobiła się 19.25, a tu nic, wciąż czekamy. Cierpliwie, grzecznie, nie chuchając po swych twarzach, wszak każdemu zależało, by za dwa-trzy tygodnie mieć szansę o tym koncercie poopowiadać, zamiast wylegiwać nudę na którymś z oddziałów zakaźnych.
Pewien jegomość próbował sprzedać bilety, i to za połowę ich wartości - 50 zł za sztukę, a sztuk cztery. Uświadomiłem, by nie cierpiał na silnym wietrze wypatrując ofiary, a po prostu zwrócił je do kasy, za pełną stawkę. Tym bardziej, że w ostatniej chwili zrodziła się taka możliwość.
No i zobaczcie Moi Drodzy, ile słowem wstępu, którego w ogóle nie powinno być. Tyle za sprawą pandemii narosło obaw i zamieszania.
Jedna z koleżanek, na wieść o moim postępku, wyrzuciła z siebie: "co za nieodpowiedzialność". A słowa mogą mieć boleśniejszy walor od prawdziwych ciosów. Nie zmieniłem jednak decyzji. Nie zdezerterowałem, wszak tchórzem nie jestem, a człowiekiem dużej wiary, iż to, co złe, raczej mnie w życiu omija. Przecie zawsze mogłem urodzić się w jakimś obozie pracy, Erytrei czy północnej Korei, bądź w pontonie cywilnych uciekinierów podczas bombowego nalotu. A jednak do tej pory przeżyłem pięćdziesiąt cztery wiosny, z nadzieją na nadchodzącą pięćdziesiątą piątą, co już uważam za spory zysk. Inna sprawa, najpiękniejsze lata dawno za mną. W życiu sens ma tylko młodość. O schorowaną starość uwierzcie, nie ma co się bić. Jeśli więc licho ręki sprawiedliwości stanie na mej drodze, spieprzać nie będę.
Nie wiem, ile potrwał koncert, naprawdę. Jakoś nie liczę godzin i lat, to życie mija mi jak... - jak niosą słowa powszechnie znanej piosenki. Zaczęło się jakoś chwila po dwudziestej, a gdy po wszystkim z Korfantym dotarliśmy do jego zaparkowanego przy Kościuszki (nieopodal Libelta) auta, było coś przed dwudziestą trzecią.
Blue Note sowicie wypełniony, pomimo iż kilku ludzi zadeklarowało zwrot swych biletów. Na sali głównie twarze mi obce, a jednak podałem na powitanie dłoń dobrym dwu tuzinom znajomych. Sądzę, że skrywany w portkach płyn dezynfekujący, i tak na nic się zdał, tym bardziej, że w międzyczasie przyjąłem plastikowy kubek z nierozcieńczoną whisky, ponadto pomogłem Korfantemu w doborze kompaktów przy zespołowym stoisku, a na dobitkę musiałem jeszcze własnoręcznie przestawić pewnego podpitego osobnika, który słaniając się na nogach, notorycznie znajdował oparcie na moim lewym ramieniu. Dopiero, gdy do ucha szepnąłem mu: "jeszcze raz, a uszkodzę ci buźkę", pojął w czym rzecz i przeszedł do dalszego natarcia u kogoś stojącego dwa kroki bliżej sceny.
Proszę Państwa, to był mój ósmy raz. Traktuję więc Pendragon jak dobrych kompanów, jednocześnie siłą rzeczy nie miałem prawa odczuwania magii pierwszego kontaktu. Tę możliwość miało jednak wczoraj nieco ludzi, w tym kilku moich znajomych. I tego im zazdroszczę - ach, ten pierwszy raz! A koncert godzien pierwszego głębokiego westchnienia.
Pendragon w formie. Ich koncertowy skład powiększył się nawet o dwie chórzystki. Dawały radę, zarówno z "uuuuuu" czy "aaaaaa", a jedna z nich pograła także na skrzypcach.
Clive Nolan może pochwalić się okazałą obrotową klawiaturą, która torem karuzeli przemierza na każde jego zawołanie. Mistrzowi również służy majestatyczny brzuszek oraz równie zamaszysta fryzura. Podobnie Nolan włada też akordami, co król berłem. Nie wyobrażam sobie tej grupy z innym pianistą.
Nick Barrett wciąż pięknie śpiewa, a jeszcze dobitniej wykrawa pejzażowe sola gitarowe, czego może mu pozazdrościć niejeden prog-rockowy dywizjon.
Peter Gee jak zawsze skupiony i tylko w sobie dobrze znanym świecie, choć tym razem przynależny mu bas, obsługiwał bez promiennego uśmiechu, który przed laty nigdy nie opuszczał jego twarzy. Jean Vincent Velazco dobrze wkomponował się w ramy zespołowe. Dzielnie wypełnia perkusyjną posługę, pomimo iż jego wzrok non stop kontroluje każdy gitarowy akord Barretta. Bardzo Filipińczyk się pilnuje, by nie wystrzelić poza obręb nut, które na koncertach przybierają jednak inny szlif niż w studio. Stawiam, że przy następnej trasie będzie już w pełni zgrany ze swoimi kolegami.
Pendragon zagrali całe "Love Over Fear". Po kolei. Utwór po utworze. Niedobrze, bowiem na co dzień nie przepadam za takimi koncertami. Omijają mnie w nich niespodzianki, zanika oczekiwana spontaniczność, wdziera się też pewien element nudy. A jednak Pendragon nową płytę zagrali z takim przekonaniem, że nie groziło nią choćby przez moment. Pamiętam jednak, jak przed ćwierć wieku Marillion zagrali w Arenie całe "Brave", i to nie był dobry ruch. Płyta piękna, lecz zdecydowanie w takiej dawce niekoncertowa.
Po zaprezentowaniu "Love Over Fear" nie zmuszono nas do żadnej przerwy. Obyło się bez wyprowadzania grupy do szatni na czas masowego napełniania kufli kolejnym piwskiem. Muzycy pociągnęli szturmem, i od najnowszego materiału błyskawicznie przeszli do części złożonej, z umówmy się, przebojów. Takich naszych, bowiem wszelakie top-zestawienia jak również fale eteru, bywają na ich czar całkowicie obojętne. No, może za wyjątkiem Nawiedzonego Studia. Poszło więc po sali "Indigo", obowiązkowe "Paintbox", nawet nieco starsze "The Walls Of Babylon", a do tego jakże przyjemnie przez publiczność chóralnie refrenem odśpiewane "This Green And Pleasant Land". Do tego również dobił atut, raczej mizernej płyty "Men Who Climb Mountains", w postaci jedynego rodzynka, jakim "Faces Of Light". Było też powszechnie wielbione "Breaking The Spell", a na bis pełna wersja "Masters Of Illusion". Aha, no i jeszcze nutka z niedocenianego albumu "Believe", za sprawą przebojowej część wielowątkowego "The Wishing Well", jaką "Sou' By Sou' West". Ale też powiem Wam Kochani, przeszły mnie dreszcze przy "Afraid Of Everything". Bo wyjątkowa to rzecz na ostatnim "Love Over Fear". Kto wie, być może mówimy o kawałku z top dziesiątki wszech czasów, jaka zagnieździła się od niedawna w śpiewniku Pendragonów.
Zatem, warto było zaryzykować. Choć może raczej własne zdrowie i życie, niż w konsekwencji okazać się siewcą czyjegoś nieszczęścia. Jestem jednak pełen optymizmu, że z racji mego szaleństwa nikomu nie ubędzie. Oby moja "nieodpowiedzialność" zrodziła żniwo tylko dobrych wspomnień.

P.S. Thanks Mr. Korfanty. Ty już wiesz.










Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 10 marca 2020

nie żyje KEITH OLSEN

Zmarł Keith Olsen - amerykański producent płytowy, inżynier dźwięku, ale także w przeszłości okazjonalny muzyk, pomimo iż głównie pełniący rolę wspomagającą, czytaj: drugorzędną. Wczoraj o jego śmierci na swym facebookowym profilu poinformowali Scorpionsi. A mają mu za co wyrażać szacunek, wszak Olsen wyprodukował bestsellerowe "Crazy World". Tak, to ten album, na którym m.in. ballady "Wind Of Change" oraz "Send Me An Angel", ale przede wszystkim sporo rasowego klasycznego heavy metalu próby najwyższej. Olsen z ekipą Meinego współpracował jeszcze w latach późniejszych, jednak były to zazwyczaj epizody, jak dajmy na to, studyjne wtręty pod koniec koncertowego albumu "Live Bites" bądź dwa kawałki na słabo przyjętym "Pure Instinct". No, ale lata dziewięćdziesiąte nie były przychylne takiemu graniu, więc nic tam po Olsenie. Facet czuł się przede wszystkim w pozytywnej dekadzie 80's, choć wzrastał swą profesją we wcześniejszym dziesięcioleciu.
Na załączonych zdjęciach sami Państwo Szanowni dostrzeżecie, ile kapitalnej muzyki wyszło spod myśli realizatorsko-dźwiękowej tego Pana. Bez wielu poniższych płyt mój muzyczny świat byłby sporo uboższy. Tym bardziej, iż nie wyobrażam go sobie, bez choćby "Whitesnake "1987", Magnum "Goodnight L.A.", Ozzy'ego Osbourne'a "No Rest For The Wicked", Fleetwood Mac "Fleetwood Mac", Foreigner "Double Vision" i jeszcze (przynajmniej) kilku innych.
Keith Olsen w producenckiej branży nosił nazwisko tej miary, co Beau Hill, Michael Wagener, Mike Stone, Bruce Fairbarn, Desmond Child, Robert John "Mutt" Lange, Glyn Johns, Bob Rock, Bob Ezrin czy Peter Collins. Słowem, człowiek instytucja i jednocześnie istna potęga. Ktoś, bez kogo zmysłu, wyczucia, wrażliwości i poczucia estetyki, niejedna piosenka zostałaby odarta z szykowności.
Nierzadko słuchając naszych ulubieńców podziwiamy ich talent, podoba nam się albumowa "polerka", jednak rzadko dostrzegamy, kto poza wykonawcą również jest za nią odpowiedzialny. A przecież, niekiedy nawet najlepsze kompozycje zginą w gąszczu wielu innych, jeśli nie otrzymają odpowiedniego szlifu. Do tego trzeba mieć smykałkę, rękę i przysłowiowego czuja. Wszystkie te cechy kłębił w sobie Keith Olsen.
W najbliższą niedzielę zarzucę kilkoma przykładami. Myślę, być może od tego czasu coraz częściej zaczniemy zwracać baczniejszą uwagę na mozolny trud facetów od suwaków i tylko pozornych świecidełek.
Keith, wielkie dzięki za wszystko czego dokonałeś. Nawiedzone Studio śle Tobie niskie ukłony.


Koronawirus, który również dotarł do Poznania, zaczyna pomału siać niepokój. Moja anglogrupa właśnie debatuje nad ewentualnymi zajęciami. Pomału zapał do nich na dzisiejszy wieczór kruszeje. A szkoda, bowiem uwielbiam jako męski rodzynek przebywać w naszym babskim gronie. Może dlatego, że u uczelnianych dziewczyn mam czystą kartę. One nie czytają tego bloga, nie mają pojęcia o moich audycjach, nie są też przez żadne obce siły wobec mnie nastawione. Dlatego zazwyczaj jest spontanicznie i radośnie. Potrzebowałem tego, oj bardzo. I nie dam sobie wyrwać. Na tej wyspie nikt nie traktuje mnie tylko muzycznie. Owszem, szybko wyczuto mą do muzyki sympatię, lecz zarazem dostrzeżono atuty, o jakie nikt inny nie powalczy. Łyknąłem na stare lata bakcyla, teraz pomału myślę nad uniwersytetem trzeciego wieku i kolejnymi wyzwaniami. Wykłady z astrofizyki byłyby moim spełnieniem.

Mam nadzieję, że jutrzejsi Pendragon niezagrożeni. Nie martwię się o swoje zdrowie, nawet życie (w moim wieku nie ma się co napinać), a trzymam kciuki, by nikomu nie przyszło do głowy zablokowanie tego koncertu. Bowiem, gdyby co, rozsądek nakazywałby także odwołać wszystkie msze.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 9 marca 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 8 na 9 marca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 8 na 9 marca 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Majka Chaczyńska
prowadzenie: Andrzej Masłowski







PENDRAGON - "Love Over Fear" - (2020) -
- Water
- Afraid Of Everything

IRON MAIDEN - "Best Of The Beast" - (1996) -
- Virus

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA - "Aeromantic" - (2020) -
- Divinyls
- If Tonight Is Our Only Chance
- Transmissions

GENESIS - "We Can't Dance" - (1991) -
- Dreaming While You Sleep
- Since I Lost You

KARAŚ / ROGUCKI - "Ostatni Bastion Romantyzmu" - (2020) -
- Nie Mogę Spać
- Na Zakręcie

H.E.A.T. - "II" - (2020) -
- Dangerous Ground
- Come Clean
- Victory

OZZY OSBOURNE - "Ordinary Man" - (2020) -
- Scary Little Green Men

RUSS BALLARD - "It's Good To Be Here" - (2020) -
- Proud Man

KISS - "Revenge" - (1992) -
- God Gave Rock 'N' Roll To You II

BLUE ÖYSTER CULT - "Heaven Forbid" - (1998) -
- Power Underneath Dispair
- Live For Me

WISHBONE ASH - "Coat Of Arms" - (2020) -
- We Stand As One
- Empty Man

ULI JON ROTH - "Metamorphosis" - (2003) -
- Tales Of The Summer Wind

SCORPIONS - "In Trance" - (1975) -
- Life's Like A River

SCORPIONS - "Fly To The Rainbow" - (1974) -
- Drifting Sun
- Fly People Fly

IQ - "Resistance" - (2019) -
- Rise
- Shallow Bay

MOSTLY AUTUMN - "White Rainbow" - (2018) -
- Into The Stars

KANSAS - "Live Confessions (From New York To Omaha)" - (2016) -
z CD 3: recorded at The Civic Auditorium, Omaha, Nebraska, July 21, 1982
- Chasing Shadows
- Crossfire
- Face It

KANSAS - "Leftoverture Live & Beyond" - (2017) -
- Lamplight Symphony






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






niedziela, 8 marca 2020

najszczęśliwsze dni

Perkusista Budgie - Steve Williams - jest nad wyraz komunikatywnym jegomościem. Aktywnym w mediach społecznościowych, do tego wyciągającym dłoń do każdego entuzjasty Papużki, jak też własnej osoby. Ośmieliłem się i zapytałem, czy pamięta poznański koncert, ten z sierpnia 1982 roku w poznańskiej Arenie, zagrany dla pięciu tysięcy fanów? Odpowiedział, że nigdy nie zapomni tamtej po Polsce trasy, ponieważ należała do najszczęśliwszych dni jego życia. Steve, moich także.
Już w najbliższą środę Pendragon. Ciasnawy "Blue Note" wyprzedany. Będzie tłoczno, a przecież nie zawsze tak bywało. Przy trasie "Passion" klub przy Kościuszki obnażał sporo wolnej przestrzeni, a i podczas promowania najmniej udanego albumu "The Man Who Climb Mountains" prezentował się niewiele lepiej. Widać nowa płyta "Love Over Fear" przypadła do gustu dawnym wielbicielom grupy, którzy w marginalnym na mapie koncertów Poznaniu, nie przeoczyli nadchodzącego wydarzenia. I choć, z ostatnich płyt Brytyjczyków, moją faworytką wciąż "Passion", nie ukrywam także naturalnie narosłej sympatii wobec "Love Over Fear". Pendragon grają ją na aktualnej trasie w całości. Trochę szkoda, że bez spontanicznego polotu utwór po utworze, lecz skoro w drugiej części show muzycy obiecują "The Walls Of Babylon", "Paintbox", "Breaking The Spell" czy "Indigo", ogólnie zapowiada się nieźle.
W poprzednim wpisie obiecałem na dzisiaj trochę Uliego Jona Rotha, teraz dorzucam jeszcze nutkę Pendragon - tego posłuchamy w nawiedzonym. Przynajmniej, tak mi się wydaje. Co jeszcze? Zapakuję do torby trochę wspomnień plus pięć gorących kompaktów. Wszystkich pewnie nie tknę, ale ze dwa/trzy powinny znaleźć antenowy czas. Na pewno nie będzie niespodzianek. Nigdy ich nie ma. Nawiedzone Studio bazuje na muzyce przez gospodarza lubianej, a że ten żadnym modnisiem ...
Zaczynamy jak zawsze o 22-giej, a więc, gdy już porządni ludzie śpią. Liczę więc na tych drugich. Zresztą, tylko na nich tak naprawdę mi zależy.
Do usłyszenia na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




w minioną środę ...
... nie obyło się bez stresu, ale wierzę, że był całości wart



piątek, 6 marca 2020

koncertowo

To już oficjalnie - Genesis przystępują do koncertowania. W minioną środę grupa zapowiedziała siedem koncertów. Wszystkie na Wyspach. Jednak zainteresowanie ogromne, więc dopisano kolejnych kilka dat, i już jest zaplanowanych szesnaście. Trasa pod insynuującą nazwą "The Last Domino?". Oby nie, niech dotrą jeszcze bliżej Odry. Z radości aż wydusiłem z siebie: they are coming back! Chciałbym powtórzyć Chorzów - z ulewnego 7 czerwca 2007 r.

Do ciekawego prog/rockowego festiwalu dojdzie w dniach 26 i 27 września br. (sobota i niedziela) w Poznaniu. W Centrum Kultury Zamek wystąpią: IQ, Mostly Autumn, Anekdoten, Collage, Galahad, The Brew, Uli Jon Roth oraz na razie mniej jeszcze rozpoznawalni Tiger Moth Tales oraz Karfagen.
Nie ukrywam, posłuchanie na żywo byłego gitarzysty Scorpions, Uliego Jona Rotha, sprawiłoby mi ogromną przyjemność. To prawdziwy magnes jednego z dwóch nadchodzących wieczorów.
Szkoda, że Mostly Autumn dopiero teraz. Największy zapał do ich muzyki miałem przed piętnastoma/dwudziestoma laty. Obecnie już tylko jej słucham. Fakt, kupuję na bieżąco płyty, lecz nie ma we mnie tego dawnego uczucia. Podobnie sprawa przedstawia się z bardzo fajnymi IQ. Oczywiście, jak najbardziej są niekwestionowaną legendą, zespołem z wysokiej półki, choć ich ostatnie dokonania nie robią już na mnie większego wrażenia. Z ostatniego podwójnego "Resistance" me serce zabiło jedynie przy sześciominutowych "Rise" oraz "Shallow Bay". Natomiast przy trzech dostępnych tam suitach wynudziłem się jak mops. Mam nadzieję, że podczas poznańskiego występu grupa zajrzy do wspaniałych "Subterranea" i "Ever", ale i najwcześniejszych klasycznych płyt.
Kompletnie wygasło we mnie uczucie do Galahad oraz Anekdoten, dlatego też ich muzyka bywa nieobecna w Nawiedzonym Studio. Ostatnie dwa albumy Galahad poleżały w moim pokoju przez pół roku, po czym poszły pod młotek, natomiast Anekdoten nawet nie miałem ochoty sprawdzać. I niemal pewne, za chwilę ktoś mnie zapewni: "panie Andrzeju, błąd, nowi Anekdoten są kapitalni, polecam". Tak tak, znam tę śpiewkę. Nic z tego, tak to nie działa.
Ciekawią mnie zreformowani Collage, choć widoczne personalne przetasowania składu wzbudzają lekki niepokój. Ale kto wie, być może pojawi się świeżość, jakiej na pewno grupa potrzebuje.
The Brew nie lubię, zaś kopciuszków Tiger Moth Tales i Karfagen do tej pory nie liznąłem.
Koncerty rządzą się swoimi prawami. Być może w obecnej kondycji niedoceniani przeze mnie artyści błysną i będę wycofywać wszystkie złożone powyżej zeznania. Czego wszyscy sobie życzmy.
Wracając do Uliego Jona Rotha. Oby mu tylko zdrowie dopisało. Bez niego cała atrakcyjność festiwalu siądzie. Przypomnę Szanownym Państwu jego sylwetkę już w najbliższą niedzielę. Zarówno solo, jak i ze Scorpionsami, z którymi nagrał kilka znakomitych, tych najwcześniejszych płyt - oprócz debiutu. Bo, jak pamiętamy, na "Lonesome Crow" struny wykręcał młodziutki Michael Schenker. Muzyk, który chwilę później dołączył do najlepszego składu UFO, nagrywając z nimi kilka swoich życiówek. Z kolei Uli Jon Roth, to również, a raczej przede wszystkim biegły, pełen polotu gitarzysta. Muzyk, który po opuszczeniu Scorpions mocno stracił na popularności, lecz artystycznie bardzo się rozwinął. Niedawno też opublikował - niesiony nostalgią - podwójny album z nowymi wersjami klasyków Scorpions. Sprawa dotyczyła okresu mu przynależnego. Słucha się tego świetnie, tym bardziej w Zamku liczę na tę muzykę.

A już za pięć dni Pendragon. Album "Love Over Fear" powinien przekonać dotychczasowych wielbicieli, tak więc w "Blue Note" pustek nie przewiduję.

Fajnie, że już marzec. Miesiąc powiewu wiosennej nadziei. Tym razem obyło się bez mrozów i śniegu. Wygasająca zima była najpiękniejszą w mym życiu. O ile o tej porze roku da się cokolwiek ciepło powiedzieć.

Pan prezydent Duda przed kilkoma dniami podpisał nowelizację ustawy ws. programu "Kolej plus", co stało się w posmutniałych okolicznościach przyrody na zaniedbanym dworcu w Końskich. Kto wie, być może siłą rozpędu, w podobnym klimacie, zechce Pan prezydent podpisać teraz cokolwiek o więziennictwie. No i czekam na odpowiednie fotki.









Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 4 marca 2020

OZZY OSBOURNE "Ordinary Man" (2020)











OZZY OSBOURNE
"Ordinary Man"
(EPIC)

****





Panowie metale, chcielibyście po siedemdziesiątce płodzić takie płyty, jak "Ordinary Man". I żaden tam z Ozzy'ego "ordinary man", a prawdziwa bestia, powszechnie bardziej znana z nieco "usubtelnionego" określenia: "Książę Ciemności".
Ozzy po dziesięciu latach powraca z nowym studyjnym albumem, no a że jego dwa/trzy wcześniejsze były raczej takie sobie, przerwa może wydawać się nieco dłuższa. Maestro nazbierał sił, pomimo iż ku przewrotności podupadł na zdrowiu - pośród wielu dolegliwości, m.in. choroba Parkinsona. Nici więc z zaplanowanej na wiosnę trasy "No More Tours 2". W kwietniu Ozzy'emu przyjdzie stawić czoła leczeniu w Szwajcarii, później rekonwalescencja, po czym ściskanie kciuków, by choć jesienna część koncertów wskoczyła na właściwy tor.
"Ordinary Man" być może nie powstałoby, gdyby nie inicjatywa, a w konsekwencji również innowacyjność Andrew Watta - ogarniętego muzyka oraz producenta, rozumiejącego świat piosenki oraz rocka. Prawdopodobnie dzięki niemu, nie bez trudności na co dzień poruszający się Ozzy, na całej "Ordinary Man" wywija niezłe taekwondo. Można przekonać się o tym już od samego początku, za sprawą "Straight To Hell". Numeru zdecydowanie noszącego znamiona BlackSabbath'owej przeszłości. Ozzy wykrzykuje tu znajome "allright now!", przywołujące początek "Sweet Leaf" - numeru otwierającego trzeci album Sabbs. I to jest dokładnie ta muskulatura, jak i tempo od znajomego krawca. Lecz, aby nie było stricte anachronicznie, w toku tej przyjemnie hałaśliwej piosenki towarzyszy nam jeszcze troszkę przeróżnych smaczków, jak ciężkie basowe przeplatanki Guns N'Roses'owego Duffa
McKagana, gitarowa ekwilibrystyka Slasha oraz różnego rodzaju pogłosy, chóry, itp. Początek torpeda. Chce się tego posłuchać dobrych tuzin razy, zanim przejdziemy do kolejnego w zestawie "All My Life". Połowicznie balladowego kawałka, którego refren pod słusznym napięciem. Tutaj też liczy się efektowna gitara, choć tym razem nie Slash ją obsługuje, a odpowiedzialny za techniczną warstwę płyty, Andrew Watt. W wynurzającym się po chwili "Goodbye", bywa jeszcze ostrzej. Tutaj Ozzy wraz z Wattem tną, niczym bezkompromisowi Prong lub White Zombie. Dlatego chwilą ukojenia staje tytułowa ballada "Ordinary Man" (... zastanawiam się, po kiego jeszcze żyję, choć z drugiej strony, nie chcę umrzeć jako ktoś zwyczajny ... - pada w sugestii z ust Ozzy'ego). Dwóch wielkich w roli głównej - Książę Ozzy oraz Sir Elton John. Ten drugi zagrał na fortepianie, ale też zaśpiewał pierwsze oraz drugie partie wokalne. Są jeszcze wyważone, choć rozciągające się po całym terytorium smyczki, jest gitara Slasha (cóż za solo!), wreszcie, jest też krajobraz pełen zadumy, który unosi się nad piosenką. Już w dniu poczęcia wyszedł z tego wiekopomny hit. Trochę szkoda, iż w dalszym toku nie napotkamy na nic równie nostalgicznego, choć podobnym nastrojem pomachują jeszcze, całe "Holy For Tonight" oraz okruszki, było nie było, osadzonego w zdecydowanie BlackSabbath'owym duchu "Under The Graveyard". Mocarnej piosence, stworzonej pod kolejnego przebojowego singla - z utrwalającą się melodią, ale też z odpowiednim wobec natury Ozzy'ego ciężarem. Jeśli ktokolwiek stęsknił się za znaną z "The Wizzard" harmonijką, otrzyma ją we wstępie do "Eat Me", po czym niemal funkowo wyluzowany bas McKagana wręczy przepustkę pod kolejne a'la BlackSabbath'owe riffy - oj, daje ten Andrew Watt radę, nie powiem, nie powiem. Nad urokami tej melodii zawieszono odpowiednio mroczną atmosferę, której zręcznie wtóruje stosownie pod nią skrojony tekst.
Trochę dzieje się jeszcze w czterominutowym "Scary Little Green Men". Powolna zwrotka, mocniejszy "przedrefren", no i zasadniczy w refrenie czad, do tego gitarowe gęste granie Toma Morello, ponadto kolejne basowe przeplatanki McKagana oraz trochę perkusyjnej wirtuozerii RedHot'owego Chada Smitha.
Na koniec albumu pozostają dwa kawałki z udziałem niezdecydowanego, na pół piosenkarza, na pół rapera, cholernie i nieprzyzwoicie popularnego Posta Malone'a. Ostatni na trackliście "Take What You Want" (z udziałem także Travisa Scotta) potraktowano jako albumowy bonus, ponieważ pierwotnie pojawił się już na ubiegłorocznej płycie Malone'a. I dobrze, bowiem do całości przystaje niczym Carnegie Hall do Nashville. A więc, oficjalne zakończenie podstawowego setu przypadło kawałkowi "It's A Raid". Ogólnie rzecz biorąc, niespecjalnie mnie, ni chyba wielu innym wyznawcom Sabbs, potrzebnemu. Jednostajna naparzanka, która najbardziej nadawałaby się do jakiejś kolejnej wideo gry ze strzelanką. Plusem tego ponad czterominutowego łomotu przeurocza końcówka. No bo, jakże przyjemnie z ust Ozzy'ego usłyszeć: fuck you all!







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"