poniedziałek, 8 listopada 2010

RAY DAVIES - "See My Friends" - (2010) -

 RAY DAVIES - "See My Friends" - (UNIVERSAL) -




Ależ to fajna i pełna uroku płyta. Pod jednym warunkiem, że nie podejdziemy do niej śmiertelnie poważnie i nie będziemy skrupulatnie konfrontować tych utworów z ich klasycznymi odpowiednikami. Ray Davies, lider brytyjskiej grupy KINKS, postać na Wyspach niemal tak znacząca jak pozostali jego koledzy z Rolling Stones, Beatles czy Yardbirds, czyli z brytyjskiej eksplozji beatu i rocka z lat 60-tych, ale i przecież kapitalnych lat następnych. Troszkę świat mógł już zapomnieć o Rayu Davisie, no może poza Brytyjczykami, bowiem tam piosenki w rodzaju "Lola", "Waterloo Sunset" czy " 'Til The End Of The Day" grane są non stop. W naszym kraju boleśnie zdobył popularność tylko jeden szlagier Kinksów, jakim jest "You Really Got Me", i to raczej bardziej z interpretacji Van Halen ,niż z oryginału. Szkoda, bowiem piosenki Kinks, te z lat 60/70-tych to już nie tyle, że klasyki, bo to rozumie się samo przez sie, ale absolutne perły. I właśnie ta płyta nam o tym  przypomina. Ray Davies wybrał 15 piosenek, tych "gigantów" i nagrał je na nowo, w towarzystwie znajomych i przyjaciół. Obok wymienionych powyżej czterech tytułów są tutaj także i "Better Things" , "Tired Of Waiting" , "All Day And All Of The Night" i wiele innych, równie wspaniałych. Do udziału w każdej z nich zaprosił po kilku muzyków, w tym także gwiazdy pierwszej wielkości, jak choćby;  Jon Bon Jovi, Bruce Springsteen, Metallica, Francis Black, Billy Corgan, Jackson Browne, że tylko o tych wspomnę. Ta płyta to niezwykła podróż do przeszłości ,ale w nowej szacie. Godna polecenia niemal każdemu, a w szczególności tym, których tyłeczki nieco skamieniały od poważnego melomaństwa, zamiast r'n'rollowego szaleństwa.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

JOHN ILLSLEY - "Streets Of Heaven" - (2010) -

 JOHN ILLSLEY - "Streets Of Heaven" - (CREEK TOURING & RECORDS) -



John Illsley w czasach, kiedy grał u boku Marka Knopflera w Dire Straits, był basistą, ale jak wiemy, od dawna przejawiał zainteresowanie grą na sześciu strunach, czemu dał wyraz choćby na  nowej solowej płycie "Streets Of Heaven". Do jej udziału zaprosił dziesięciu muzyków, w tym dwóch kolegów z dawnego Dire Straits, czyli klawiszowca Guya Fletchera oraz Marka Knopflera, który zagrał w dwóch utworach, tytułowym oraz "Only Time Will Tell". I choć rękę mistrza słychać w każdym pociągnięciu po strunach, to niesprawiedliwym byłoby nie pochwalenie samego Illsleya, który także z wielkim smakiem i wyczuciem gra na gitarze. I także pachnie to klimatem a'la Dire Straits. Wtrącę jeszcze, iż sam głos Illsleya imituje nieżle Marka Knopflera, ale nie kopiuje bezczelnie bynajmniej. "Streets Of Heaven" zawiera 11 atmosferycznych i idealnych na jesień piosenek, przeważnie zagranych w wolniejszym tempie, ale nie brak rzeczy żywszych, wręcz radosnych, jak kompozycja "Tell Me", z kapitalną trąbką w tle, czy pogodnie snująca się "Banks Of The River", gdzie także dęciaki dają o sobie znać. Jest także taki utwór "Is It Real" z zadziorną gitarą, typowo a'la Straitsowski numer w dawnym stylu, gdyby tylko nie dęciaki, które nadają mu nieco inny charakter, całkiem fajny zresztą. Poza gitarami i dęciakami muzycy grają na tejże płycie także i na skrzypcach, gwizdku czy flecie. Także jest bogato, przestrzennie, z pełnią powietrza w płucach. Ale i jest przede wszystkim nostalgicznie i romantycznie. To taka płyta, której pięknie się słucha, gdy wszystkie kolory jesieni układają się w dywan pośród parkowych alejek.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

HALFORD - "Made Of Metal" - (2010) -

 HALFORD - "Made Of Metal" - (METAL GOD RECORDS) -



Ta płyta mnie uspokoiła, wciąż lubię dobre, solidne i melodyjne łojenie,ale jeśli nagra je ktoś taki jak Rob Halford. Bo to jest prawdziwy heavy metal ,a nie beznamiętne walenie niczym sąsiad z bloku, który upodobał sobie regularne majsterkowanie i wali po ścianach młotkiem lub z pełnią pasji robi sobie dziury w ścianach, bo kupił kretyn wiertarkę, o której marzył latami. Ktoś kiedyś napisał, że Halford jest najlepszym wokalistą metalowym wszechczasów. I trudno się z nim nie zgodzić, choć słowa te napisane zostały ze trzydzieści lat temu, aktualne są do dziś. I błagam, nie osłabiajcie mnie tą drętwą Metallicą czy pożal się Boże niumetalowymi wymoczkami. Jeśli wasze uszy zdolne są chłonąć metalurgiczną poezję, ze świetnymi gitarami i porywającymi melodiami, to kupcie tę płytę. A zwie się ona "Made Of Metal".  Rob Halford przyodziany jest w stal od wieków i na wieki, amen. Już sam początek albumu wgniata słuchacza w fotel, bądż jak kto woli, można z niego wyskoczyć i wpaść w szaleńczy taniec, gdzie nasze włosy co chwila tarzają się po podłodze. Pierwsze trzy utwory są tak kapitalne, że słowami oddać emocji nie sposób. Nie oznacza to, że np. czwarty "Speed Of Sound" jest kiepski, absolutnie nie, on po prostu daje odpocząć przed następną perłą, jaką jest "Like There's No Tomorrow", czy nie mniej porywający "Till The Day I Die". W dalszej części płyty na klarowny hit wyrasta "Matador" (z posmakiem corridy) lub przepiękna osobista ballada "Twenty-Five Years". Zresztą ta płyta jest w ogóle bardzo osobista dla Halforda. Tak się często w rocku układa, że najmocniej utrwalamy sobie wylewne ballady lub nastrojowe smutne rzeczy, i o nich mówimy, że są osobiste, a w heavy metalu też tak może być, o czym przekonuje nas Rob Halford. Tych 14 utworów słucha się z purpurowymi wypiekami na twarzy i aż żal, że te kompozycje (z racji składu personalnego) nie są podpisane nazwą Judas Priest, bowiem nazwa Halford nie we wszystkich wzbudzi pozytywne emocje , a to dlatego, że wcześniejsze albumy nie dorównywały wielkiej klasie Judas Priest, a ten czyni to godnie i z podniesioną głową pozwala Halfordowi i jego kolegom spoglądać w przyszłość.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

czwartek, 4 listopada 2010

ELTON JOHN / LEON RUSSELL - "The Union" - (Mercury) - NOWOŚĆ

 ELTON JOHN / LEON RUSSELL - "The Union" - (MERCURY) -




Niecodzienną płytę wydali starsi panowie dwaj. Nastąpiło tutaj zderzenie wielkich osobowości, kultowych i znaczących. Elton John i Leon Russell mieli już okazję w dawnych latach ze sobą współpracować, jednak nie na taką skalę, by powstała z tego cała płyta. Eltona Johna (nikomu przedstawiać chyba nie trzeba) zaśpiewał tutaj i zagrał na fortepianie, a jego amerykański przyjaciel Leon Russell (mało w Polsce niestety popularny) także zaśpiewał, lecz zagrał na skromniejszym pianinie. Aby nieco unieść wielkość Russella dodam, iż w Ameryce jest szanowany równie bardzo jak Neil Young czy Bob Dylan, choć nie sprzedaje tyle płyt co oni. Grywał jednak w przeszłości np. z E.Claptonem, J.Cockerem, B.Dylanem czy Rolling Stonesami. Na płytę "The Union" piosenki napisali głównie E.John i L.Russell, ale i także Bernie Taupin oraz T Bone Burnett dopisał dwie, pomimo iż głównie siedział przy konsolecie i realizował całe to przedsięwzięcie. Trzeba dodać, że poza tym trzonem na "The Union" jest wielu gości, którzy zagrali na trąbkach, puzonie, tubie, saksofonie, gitarach, basie, itd ..., a także i gwiazd, jak choćby: Neil Young czy Brian Wilson. Wersja podstawowa zawiera 14 kompozycji, a limitowana 16. To bardzo przyjemny zestaw piosenek, takich z lekka staromodnych lecz podanych nowocześnie, z wielką swobodą i bez żadnego przerostu formy nad treścią. Muzycy ocierają się o country (co z uwagi na Russella dziwić nie powinno) , bluesa, gospel, balladę, czy wręcz knajpiany nocny klimat. Słychać także, że nieobcy im był Bob Dylan, Pete Seeger, czy stare dokonania Lindy Ronstadt lub Emmylou Harris. Słowem, bardzo urocza płyta, która zapewne nie przypadnie do gustu sympatykom E.Johna, z okresu piosenek "Crocodile Rock", "Nikita" czy "Sacrifice", lecz pozostali powinni się w nią wsłuchać i odkrywać piękno z każdym przesłuchaniem, niczym powolne ogołacanie pięknej kobiety z wszystkich niepotrzebnych detali okrywających jej ciało.  .


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

środa, 3 listopada 2010

GLASS HAMMER "If" (2010) a stary dobry YES

GLASS HAMMER - "If" - (Sound Resources / Ario) -



Ostatnio zrobiło się głośno o nowej płycie amerykańskiego zespołu GLASS HAMMER "If". Ktoś nawet napisał, że ten album to rzecz obowiązkowa dla każdego fana starego YES. Postanowiłem (jako fan YES) kupić tę płytę. Okładka w klimacie Rogera Deana, czyli nadwornego grafika i malarza grupy YES, z tyłu pudełka zapisano, że album zawiera sześć kompozycji, w tym dwie krótsze, trzy minisuity oraz jedną ponad 24-minutową kompozycję. Widząc coś takiego ,jeszcze przed odsłuchaniem płyty, człowiek myśli, że już jest w siódmym niebie. I w zasadzie mało "oczytany" słuchacz może się zachwycić tym dziełem. Dziełem matowym, mało wyrazistym, pozbawionych pięknych "yessowskich" melodii, że już o brzmieniu nie wspomnę. Fred Schendel choć jest multiinstrumentalistą, nie potrafi jakoś zaczarować klawiszami jak Wakeman czy nawet Moraz. Wokalista Jon Davison śpiewa pod Jona Andersona ile się da, a nawet często wręcz bliżniaczo, jednak niewiele z tego wynika. Reszta zespołu po prostu jest, słychać ich grę, lecz polotu i finezji bynajmniej nie wyczuwam. Płyta dłuży się okropnie. Cały czas czekałem na tzw. momenty, i nic, była to gra do przysłowiowej jednej bramki, czyli pozbawiona atrakcyjnego widowiska. Zupełnie nie pojmuję zachwytu nad tą płytą. Chyba, że to dzieło z gatunku tych, które wchodzą po dłuższym czasie. Może... Niemniej, na ten moment, jeśli bym miał polecić współczesną grupę pachnącą starym YES, posiadającą jednak w sobie polot, oryginalność i "to coś", to bez zastanowienia polecam grupę MYSTERY ,i ich dwa ostatnie albumy. Nikt spoglądający szeroko na tę niemodną muzykę nie powinien przejść obok MYSTERY obojętnie.

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

wtorek, 2 listopada 2010

Pretensje do garbatego, że ma dzieci łyse

Kiedy w niedzielę wieczorem dotarliśmy całą paczką do radia, w kapitalnych nastrojach, po rewelacyjnym koncercie Ceti, zacząłem pospiesznie rozkładać płyty na stole w studio, podłączać słuchawki, itd... Czasu było niewiele, bo ok. 10 minut do wypuszczenia jingla, a to już trzeba być na stanowisku i nigdzie nie łazić. Wszyscy wiedzą, tzn. bywalcy jak i okazjonalni goście, że nikt nie ma prawa ,bez mojej zgody, wchodzić do mnie, do studia emisyjnego. Nikomu nie zdradzam repertuaru Nawiedzonego. Nawet realizator dowiaduje się na kilka chwil przed, co będzie za chwilę zagrane. Nie lubię jak ktoś mi grzebie w płytach, a póżniej gada: łeee, zagraj to, albo to!, czy coś w tym rodzaju. A póżniej zaczyna się wymądrzanie, że on to by zagrał ten czy tamten numer , zamiast tego, który to z kolei mnie się podoba. Szlag mnie trafia!, dlatego jest tak jak jest z mojej strony, i jest mi kompletnie obojętne co się na mój temat z tego powodu mówi, grunt, że działam w bezpiecznym poczuciu swoich racji . Ale w niedzielę się zdziwiłem, i to mi  dało do myślenia, otóż wraz z Agnieszką i mną, przyjechał do radia pewien słuchacz i znajomy Sławek. Dla żartów zapytałem go: no, pytanko za sto punktów, co zagram na początek? A On na to: Stan Bush. Pomyślałem, prorok, czy co? Przecież nie widział co trzymam w ręku. Po chwili dodał: mogę powiedzieć co jeszcze dzisiaj będzie. Niczym talia kart w dłoniach szulera padły kolejne dwie czy trzy nazwy, które miały być zagrane w pierwszej godzinie. Powiedziałem: dość! A w dymku nad głową pojawiła się myśl: widzisz, rozpracowali cię. Już nie muszą podglądać, co siedzi w twojej torbie, bądż co leży na radiowym stole. A rozpracowali, bowiem ostatnio przykleiłem się do kilku płyt i systematycznie co tydzień gram je w pierwszej godzinie. Cholerka, trzeba by coś z tym zrobić, bo słuchaczy zagłaszczę na śmierć tymi Stanami Bushami, Terry Brockami czy Two Firesami. Tylko, że mnie jest z tym  dobrze. A w końcu audycja trwa cztery godziny i po 23-ciej robi się już różnorodnie, no a że niektórzy słuchają tylko pierwszą godzinę, to Ci na pewno pozostaną w przekonaniu, że gram wciąż to samo. Pytam się zatem, to po co Jadis zgrywa te programy i daje do internetu pod hasłem: "muzyka dla drugiej zmiany"?, skoro i tak wielu z Was zarzuci mi, że gram to samo, bo ich nie odsłuchuje. I nie chodzi mi o wspomnianego wyżej Sławka, broń Panie Boże. Bardziej czepiam się narzekaczy, że czasy nie te, że nikt już dzisiaj nie gra fajnej muzyki w radio, i te pe, ble, ble, ble. Jak to nie gra? Jak się chce to się znajdzie! Jednak jeśli smutas słucha Eski Rock czy innego badziewia, to niech tylko do siebie ma pretensje, że gust mu chamieje i prostactwem obrasta, bo w głośnikach nie ten program co najpiękniej gra w granicach naszego miasta! Basta!.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Sunday Night and Monday Morning

Nie chcę i nie potrafię napisać recenzji z wczorajszego przedstawienia, jakie odbyło się w poznańskiej Operze. Najkrócej rzeknę, iż nie spodziewałem się tak pięknego występu CETI. Wszyscy grali jak natchnieni, z wielką swobodą, co przecież nie kojarzy się to zazwyczaj z takim miejscem jak Opera, ale także i z dostojeństwem, godnym tego miejsca. Ok. 1,5 godziny występu pozostawiło tylko niedosyt - dlaczego tak krótko?!!! Ale właśnie ten niedosyt także jest piękny i pozostawi ten wieczór na długo w pamięci. Nie ma nic gorszego jak przedobrzyć z butelką wina, kiedy smak zamienia się odrzucającą gorycz. Grzegorz Kupczyk, Marysia Wietrzykowska, gitarzyści Bartki i czadowo grający Mucek na bębnach, umiejętnie wydobyli bukiet smaku z przyrządzonych przez siebie potraw, czarując nim po wszystkich zakątkach starych murów wnętrza Opery. Chór, orkiestra i piątka długowłosych "szarpidrutów", a ileż elegancji, stylowości i piękna. I jak Oni byli zgrani,zupełnie  jakby to był już n-ty koncert na trasie. A to tylko jeden, specjalny, dla Poznania, dla miasta ukochanego przez muzyków, bo tutaj się wychowali, skończyli szkoły, tutaj spędzili najpiękniejsze lata swojego życia i tutaj chcieli zagrać koncert na 100-lenie Opery. Pięknego miejsca, które nawet zbrodniarze hitlerowscy doceniali. Zobaczcie na starych filmach, zdjęciach, jak Himmler przyjmował paradę przy operowych schodach ponad 60 lat temu. Wiedzieli co dobre, nawet jeśli to dobro tępili. Wiem, że także wczoraj zagrali Deep Purple  w Polsce (jeden z ulubionych zespołów G.Kupczyka), ale ja się cieszę z tego poznańskiego wczorajszego wieczoru szczególnie, a na Purplach byłem trzy razy i pewnie jeszcze będę, a coś takiego jak wczoraj przy ul. Fredry już się może nie przydarzyć, bo o powtórce mowy być nie może. Podobało mi się jak młoda dziewuszka kupowała po koncercie płytę Ceti, jakąkolwiek, bo takimi słowami zwróciła się do sprzedawcy, a po chwili dwie starsze damy, w wieku emerytalnym także kupiły sobie na spółkę kompakcik z najlepszymi nastrojowymi hitami zespołu, czyli "...Light Zone..." O wpół do dziesiątej podjechał po naszą czwórkę Sławek z Radia Taxi, który na bilet się nie załapał i choć w miłej atmosferze zawoził paczkę ludzi (wraz ze mną) do radia na Nawiedzone, to smutno mi się zrobiło, że biedaczysko musi wysłuchiwać naszych achów i ochów o koncercie, a dla niego miski zabrakło. W radyjku było miło i wesoło, ale i refleksje także się wdzierały gdzieniegdzie, szczególnie przy odpowiedniej muzyce i sms-ach od Słuchaczy. A póżniej Maciek (realizator Nawiedzonego) porozwoził nas bezpiecznie do domu, a ja sobie jeszcze o trzeciej w nocy kolacyjkę wciąłem, po czym lulki do łóżeczka (o prawie czwartej nad ranem zresztą), pobudka na kwadrans przed południem, mycie zębów, potem śniadanie i z rodzinką do bliskich na Cmentarz, w piękny, ciepły jesienny dzień, który to po raz pierwszy od lat mnie nie przygnębił, lecz pozwolił pozytywnie spojrzeć na Święto tych co odeszli, jak na Święto radosne. Bo dopiero teraz na starość zaczynam łapać, na czym ten dzień polega. W telewizyjnej "Dwójce" pokazali dzisiaj wspominkowy film o Pani Prezydentowej Kaczyńskiej, Ona naprawdę musiała być fajną, dobrą, mądrą i zwyczajną kobietą, taką od razu dającą się lubić. A jeśli wszystko w nim pokazane i powiedziane było prawdą, to Ją lubię. Bo w ogóle lubię takich ludzi, bez względu na to do jakiej opcji politycznej należą. I choć Prezydent Kaczyński nie był z mojej bajki i uważam go za najgorszego Prezydenta wyzwolonej Polski, to miłość pomiędzy Nim i Martą, jego żoną, musiała i pewnie była piękna. I oto chodzi w życiu. Reszta to tylko lepsze lub gorsze ozdobniki stanowiące tło.