poniedziałek, 19 września 2011

CHRIS DE BURGH - relacje z koncertów od naszego Słuchacza Kuby Sikorskiego

Nasz Słuchacz Kuba Sikorski miał okazje podziwiać występy Chrisa De Burgha. Otrzymałem od niego pokaźnego maila, w którym podzielił się ze mną swoimi odczuciami. Zapytałem Kubę, czy zezwoli mi na opublikowanie tegoż maila na "blogu nawiedzonego". Zgodę otrzymałem, tak więc w nieskazitelnej formie oto i on:


"Warszawa 13 września 2011 Sala Kongresowa. Za chwilę ma się zacząć
koncert dla mnie magiczny. Magiczny bo ostatnia płyta tego Artysty
wywarła na mnie tak wielkie wrażenie, że nie mogłem się od niej oderwać
 przez kilka miesięcy.
 Zawsze go lubiłem ale ta płyta jest dla mnie po prostu wyjątkowa.
 Jest w niej wszystko co powinna mieć tzw.: dobra płyta: a więc ładunek
 emocji (i to jaki!,klimaty wesołe przenikają się ze smutnymi, nostalgiczne
 ze skocznymi,prawie tanecznymi). Ale do rzeczy: Na początku wydawało mi
 się, że publiczność raczej nie w moim klimacie, ludzie w
marynarkach, kobiety w sukniach, średnia wieku chyba 50 lat,
 mega-fryzury, suknie jak na weselu - myślę sobie raczej średnio, no ale
 cóż - ja tu się przyjechałem pobawić. Bylem tez na Chrisie w marcu tego
 roku w Berlinie i tam Niemcy - hmm,no cóż bawią się ale jakoś tak
"grzecznie", - bez jaj. No ale zobaczymy.
 Światła zgasły ,"poszły" pierwsze dźwięki z Moonfleet z narracją - w
końcu zrobiło się magicznie.
Chris wyszedł na scenę i zaczęli grać... "Last night I saw It There,
 shining in the dark again..." Na początku pierwsze 2 piosenki z
Moonfleet,potem klasyki przeplatane z Moonfleet, którą to płytę zagrali
praktycznie w całości,może bez kilku utworów. No i nagle:
Space man came travelling, a zaraz potem Spanish Train !
 - ta kompozycja mnie po prostu hipnotyzuje...Dla mnie to coś niezwykłego.
 Później znów utwory z Moonfleet itd. Chris na scenie czuje się jak
 ryba w wodzie, rozdaje uśmiechy, żartuje, między utworami zawsze powie
coś fajnego na temat płyty i nie tylko.
Wystrój sceny nawiązywał oczywiście do Klimatów z Moonfleet:
 liny okrętowe, beczki,sieci rybackie, no i oczywiście zespół Chrisa ubrany
 był niczym średniowieczni marynarze. Wszystko komponowało się w jedną
oryginalną całość. Gdzieś w połowie zabrzmiały dźwięki Lady in Red ,a Chris
 "jak zwykle" (pisze tak bo widziałem kilka koncertów na DVD) wyszedł
między publiczność aby obściskać żeńską część publiki. No i tu muszę
powiedzieć ze cała sala - absolutnie cała stała, klaskała i
 świetnie się bawiła - znacznie lepiej niż w Berlinie. Jednak ta polska
 publiczność...
 Dalej poleciały Afrika, Say Goodbye To It All, Ferryman, no i oczywiście
 High on Emotion, przy których byliśmy już pod samą sceną! Chris pod koniec
 koncertu powiedział ze nigdzie nie było na tej trasie tyle kobiet ubranych
w czerwone suknie i ze energia jaką mu dała publiczność jest
niespotykana - widać było ze to również dla niego wyjątkowy koncert.
 I specjalnie - wyjątkowo dla polskiej publiczności zagrali ponownie
 Lady in Red. Jako prezent. A nie było tego w setliście bo widziałem
 ją jako ściągę basisty przyklejoną do podłogi.

I ponownie Chris wyszedł w tłum! Tym razem mojej żonie i naszej znajomej
 udało się go uściskać - ja niestety miałem mniej szczęścia bo obrócił
się do mnie tyłem :-( mogłem go więc "tylko" klepnąć po ramieniu.
Na koniec jeszcze Go Where Your Heart Believes i koniec.
Koncert rewelacyjny, Chris w świetnej formie, skacze, żartuje,
 zachowuje się tak jakby każdego z publiczności znał od lat, żadnej bufonady,
sztywności. Jako podsumowanie napiszę ze Chris ma wydać nowy album
Footsteps 2 - 14 października, a w 2012 ma być kolejna trasa!
(kiedy on wypoczywa?) Na pewno wybiorę się na koncert jeśli będzie
 gdzieś w okolicach. Z koncertu berlińskiego wróciłem z koszulką a
z W-wy ze specjalnym wydaniem CD Moonfleet z książką która zainspirowała
Chrisa do nagrania tego albumu.

28 marca 2011 - Berlin - Max Schmelling-Halle. Zaczęło się oczywiście
 od introdukcji do Moonfleet, o dziwo przy włączonych światłach i
opuszczonej kurtynie. Było to trochę dziwne, bo większość niemieckiej
publiki (niestety!) żarła jakieś chipsy, piła colę i gadała co
kompletnie nie pozwalało wczuć się w klimat. Ale na szczęście wkrótce
 światła zgasły i Mistrz i jego zespół, zaczął grać początkowe utwory
 z Moonfleet. Potem Chris się przywitał z publicznością i zapowiedział
następne utwory z Moonfleet oraz klasyki. Wkrótce usłyszeliśmy m.in.
Missing You. Chris raz na jakiś czas rozmawiał z publicznością,
 żartował, zachęcając do kupna jego nowej płyty, jeśli ktoś jeszcze
jej nie miał. Niestety klimat zepsuła trochę ok 20m przerwa w koncercie,
 ale zaraz po niej "posypał" się ciąg dalszy utworów z Moonfleet ,no i
entuzjastycznie przyjęte klasyki jak np.: Lady In Red. W trakcie tego
 utworu Chris pojawił się na środku sali wśród publiczności, przechodząc
między rzędami i ściskając większość płci pięknej obecnej na sali.
 Tego zaszczytu dostąpiła też nasza znajoma Kamila, która dosłownie
rzuciła mu się na szyję :)
Niestety krzesła na których trzeba było siedzieć psuły trochę
całą zabawę, ponieważ nogi same rwały się do tańca. No i niemiecka
 publiczność, mogłaby trochę żwawiej reagować na jego muzykę. Niemcy
 byli po prostu trochę mało spontaniczni,przez większość koncertu
na tyłkach, mimo jakże skocznych utworów Chrisa. Na szczęście, gdy koncert
 zbliżał się do kulminacyjnej części, a atmosfera stawała
się coraz bardziej gorąca, część publiczności łącznie oczywiście z nami,
 podbiegła pod scenę i zaczęła bawić się m.in. przy Don't Pay The Ferryman,
High on Emotion oraz Africa, a także przy nowszych utworach jak np.:
 Everywhere I Go. Pod sam koniec Chris przebiegł wzdłuż sceny ściskając
 ręce wszystkim stojącym pod sceną fankom i zniknął na zapleczu. Zespół
 dokończył dzieła i niestety wszystko się skończyło i zapaliły się białe
 światła. Był to z pewnością wyjątkowy koncert."

Pozdrawiam pop-rockowo tym razem
Kuba Sikorski.

 

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18 września 2011

"NAWIEDZONE STUDIO" 
program z 18 września 2011
RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl


THE CULT - "The Cult" - (1994) -
- Saints Are Down


BETH HART / JOE BONAMASSA - "Don't Expllain" - (2011) -
- Your Heart Is As Black As Night
- Chocolate Jesus


ROB MORATTI - "Victory" - (2011) -
- Life On The Line
- Take It All Back



EDGUY - "Age Of The Joker" - (2011) -
- Cum On Feel The Noize - (bonus track - Limited Edition)
- Standing In The Rain - bonus track - Limited Edition)


LESLIE WEST - "Unusual Suspects" - (2011) -
- To The Moon


DREAM THEATER - "A Dramatic Turn Of Events" - (2011) -
- Breaking All Illusions
- This Is The Life


CHRIS REA - "Santo Spirito Blues" - (2011) -
- The Chance Of Love
- Lose My Heart In You
- I Will Go On



THE KOOKS - "Junk Of The Heart" - (2011) -
- Junk Of The Heart (Happy)
- Rosie



STARSAILOR - "All The Plans" - (2009) -
- Tell Me It's Not Over


TINDERSTICKS - "Curtains" - (1997) - 
- Another Night In
- Rented Rooms
- Ballad Of Tindersticks
- (Tonight) Are You Trying To Fall In Love Again
- Bathtime


THE BOLSHOI - "Friends" - (1986) -
- Away
- Sunday Morning
- Looking For A Life


PINK FLOYD - "A Momentary Lapse Of Reason" - (1987) -
- The Dogs Of War


ALICE COOPER - "Welcome To My Nightmare" - (1975) -
- Welcome To My Nightmare
- The Black Widow
- Some Folks
- Only Women Bleed
- Cold Ethyl
- Years Ago
- Steven


JON AND VANGELIS - "Private Collection" - (1983) -
- Polonaise






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl
 

niedziela, 18 września 2011

ALICE COOPER - "Welcome To My Nightmare" - (1975) -

 ALICE COOPER - "Welcome To My Nightmare" - (1975 ATLANTIC / WARNER) -



Jedno z najwspanialszych dzieł Alicji z Krainy Koszmarów. Bo w przypadku tego dzieła,, tak należałoby ochrzcić Vincenta Furniera (jego prawdziwe nazwisko). W zasadzie, powinna już być na rynku jego najnowsza płyta, jednak jeszcze nie udało mi się jej nigdzie zdobyć. Alicja ma ponownie zaprosić nas do swojego świata koszmarów, stąd tytuł "Welcome 2 My Nightmare". Nie mogę się już doczekać! Spotkanie ze Stevenem będzie fascynujące, tym bardziej, że chłopiec ten, po 36 latach jest już dzieckiem jakby nieco dojrzalszym.
Wróćmy jednak do "Welcome To My Nightmare". Album ten ukazał się w 1975 roku  i był pierwszym dziełem , pod którym Alice Cooper mógł w pełni podpisać się własnym nazwiskiem. Wszystkie wcześniejsze dzieła, zawsze powstawały zespołowo, czyli z muzykami, z jakimi maestro akurat w danej chwili współpracował. Może właśnie dlatego Alice dusił się w takim stanie rzeczy, a przy okazji nie był w pełni sił oddać swojego artystycznego "ja".  Bob Ezrin, który już wcześniej współpracował z Cooperem, zaproponował, oprócz swojej osoby, nowych muzyków, którzy do tej pory współpracowali na solowym gruncie z Lou Reedem (ex-Velvet Underground), i obiecał stworzyć nową jakość. Za co dzisiaj Ezrina należałoby wręcz całować po stopach. Do sesji z obozu Reeda przystąpili: gitarzysta Dick Wagner (wcześniej już współpracujący, a i także późniejszy etatowy gitarzysta Coopera),  drugi gitarzysta Steve Hunter (także grający już wcześniej z Cooperem), basista Prakash John i perkusista Pentti Glan. Ponadto zwerbowani zostali: Vincent Price (nieżyjący już dziś amerykański aktor - gwiazdor kina głównie w latach 40's, 50's i 60's), oraz basista Tony Levin (później znany z King Crimson i zespołu Petera Gabriela), a także kilku innych...
Powstało jedenaście kompozycji, idealnie układających się w formę zwartego musicalu, podlanego rzecz jasna muzyką stricte rockową, a czasem nawet i metalową. Całość była concept albumem, co zresztą odpowiadało muzycznej modzie lat 70-tych. Wcześniej czynili to z powodzeniem choćby The Who, David Bowie czy Genesis.
Bohaterem był chłopiec o imieniu Steven, a utwory z albumu, układały się po kolei w etapy jego sennych koszmarów, przez które nasz bohater musiał przejść. Album rozpoczyna się zaproszeniem do koszmaru ("Welcome To My Nightmare"), a kończy ucieczką z niego ("Escape"). Po drodze Steven napotyka pajęczą Czarną Wdowę, staje przed zwyrodnialstwem nekrofili, a także sam popada w schizofrenię.
Poza nagraniem tytułowym, na single powołano kapitalny "Only Women Bleed" oraz nieco mniej udany, jednak rytmiczny i melodyjny "Department Of Youth". Jednak poza "Only Women Bleed", absolutnymi perłami albumu na zawsze pozostaną: "The Black Widow", "Cold Ethyl", "Years Ago" i oczywiscie "Steven".
Producentem, o czym wspomniałem już wcześniej, został Bob Ezrin, który współpracował już z Cooperem w przeszłości, ale i także w latach późniejszych. Wyprodukował on ponad dziesięć płyt naszemu mistrzowi, z czego głównie słynął właśnie w latach 70-tych. Bowiem dopiero później wziął się Ezrin za takie grupy jak Kiss czy Pink Floyd, a także i tych z młodszego pokolenia, w rodzaju Thirty Seconds To Mars. Nie zapomnijmy także o genialnej płycie "Adam And Eve" (1997), nieco odchodzącej już w zapomnienie grupy Catherine Wheel
"Welcome To My Nightmare" sprzedano w kilkumilionowym nakładzie na całym świecie. Tylko w samych USA i Kanadzie, album zdobył status Platyny (a to jest po minimum milionie sprzedanych na głowę - w danym kraju), że o srebrze w Zjednoczonym Królestwie już tylko delikatnie napomknę, z uwagi na kolebkę w nim europejskiego rynku płytowego.
Warto dodać, że nasz bohater Steven, w przyszłości często do nas powracał, jak choćby na następnej płycie "Alice Cooper Goes To Hell" (1976) czy na genialnej 'Hey Stoopid" (1991). Tak więc, kolejne z nim spotkanie, za sprawą "Welcome 2 My Nightmare" (2011) będzie dla mnie dużą przyjemnością.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl

Naprawdę chcesz takiej Polski?

Chcesz takiej Polski ? Chcesz aby rządzili twoim krajem tacy ludzie ? Chcesz żyć wśród podsłuchów, antysemityzmu, braku tolerancji, wiecznego Smoleńska, nienawiści? To oddaj na nich głos.

Kim PISuarsen vs Kim Ir Sen

czwartek, 15 września 2011

Babcia Masłowska (Stanisława Masłowska) - malarka amatorka, a także najwspanialsza Babcia na świecie

Bodaj dwa, może trzy razy, wspomniałem na tymże blogu o mojej Babci , Artystce Malarce. W "Nawiedzonym Studio", zdaje się, także kilka razy szepnąłem, podczas różnych okazji o niej. O Stanisławie Masłowskiej - bo tak się nazywała. Mógłbym o niej napisać książkę, bo raz, że odegrała w moim życiu jedną z najważniejszych ról, a dwa, uparcie twierdzę, że była kobietą ideałem! Nawet jeśli ideałów nie ma. Nie będę się dzisiaj o swojej Babci rozpisywać, ale z racji tego, że w tym roku upłynęło 20 lat od jej śmierci, postanowiłem, że wrzucę na mój blog kilka fotografii z jej obrazami, których namalowała mnóstwo, jako tylko malarka amator. Podkreślam - amator !!! Jej dzieła krążą nie tylko wśród najbliższej rodziny, ale i wielu znajomych i przyjaciół, których Babci nigdy nie brakowało. Mnóstwo jej prac wyjechało za granicę, m.in. do Holandii, Kanady  czy USA. Zapraszam zatem do obejrzenia kilku z nich.

Oto zdjęcie oryginalnego zaproszenia na wystawę prac Stanisławy Masłowskiej, na dzień 25 czerwca 1980 roku, na godzinę 18-tą. Na "Otwarcie Wystawy Malarstwa Sztalugowego". Niestety, nikt już dzisiaj z nas nie może sobie przypomnieć miejsca tejże wystawy.
Na zdjęciu, po prawej stronie, widać zawieszone na ścianie dwa obrazy. Ten po lewej z orłem na skałach, jest dziełem, na którego gapiłem się w dawnych latach niemal codziennie. Zresztą będzie poniżej jego fotka w kolorze.

To zdjęcie zostało wykonane w Boston (stan Massachusetts) w USA, gdzie mieszkała siostra mojej Babci, ciocia Mania. Zdjęcie zostało wykonane w latach 70-tych. Po lewej stronie stoi ciocia Mania, a z tym długim szalem nieco w głębi Babcia Masłowska (ur.1908 - zm.1991).  Dodam tylko, że Ciocia Mania, przesyłała całej rodzinie w czasach Polski Ludowej dolary , i to w tradycyjnych listach, i nigdy nic nie zginęło! A zatem, chyba listów od mojej ciotki nikt nie sprawdzał, albo może te drobne sumy nikogo nie interesowały. A co do mojej Babci, należy dodać, że ta uwielbiała konie, przez co te zwierzaczki, są częstymi gośćmi na jej obrazach, ale jak widać i na zdjęciach także.

No i jeszcze jedno takie personalne zdjęcie. To Babcia Stasia i mój Dziadek Piotr Masłowski (rodzice mojego Taty). Dziadek był Doktorem Medycyny (ur.1902 - zm.1978). Wyuczonym Doktorem. Sam odkrył w sobie nowotwór i dzielnie się z nim oswajał do ostatnich dni życia. Pamiętam, jak pewnego dnia, na krótko przed jego śmiercią (a miałem 13 lat), zajechaliśmy do Babci i Dziadka. A Dziadek jęczał z bólu, a w zasadzie to wręcz wył, a w tym czasie Babcia podawała mu zastrzyk i masowała ciało. Koszmar. Wszyscy wiedzieli, ze umiera. Kilka dni później siedziałem z kumplami na osiedlowym trzepaku do dywanów, śmialiśmy się, a po chwili przejeżdżała obok nas Syrenka z moimi zapłakanymi rodzicami. I już wiedziałem, że nadszedł ten dzień.
Na zdjęciu Dziadek w pełni zdrowia, ze swoim ukochanym futrzakiem, kotką "Pusią", która wiecznie siedziała na jego kolanach i rozgrzewała jego ciało. Zdjęcie (sadząc po wystroju), pochodzi najprawdopodobniej z dużego pokoju, malutkiego mieszkanka przy ul. Nad Wierzbakiem.


Ten obraz, to jedno z nielicznych dzieł, jakie uchowały się w moim domu



Ten także jest w moich zbiorach. O wiele piękniejszy w naturze, niż na tym zdjęciu.



Rolnik z końmi w polu. Duży obraz, wielkości małego ekranu kinowego. Zawsze wisiał w domu dziadków Nad Wierzbakiem. Posiadał prostą drewnianą ramę, ale był oszklony. Jako jeden z trzech obrazów. Był zawieszony na centralnej ścianie pokoju gościnnego, także otwierając drzwi od razu wchodziło się prosto na niego. Gapiłem się w niego godzinami, jedząc kisiel wieloowocowy, z prawdziwymi owocami, albo wcinając ciasto, popijane mlekiem.
Nie wiem, kto go teraz posiada, ale na pewno ktoś z rodziny, gdyż wszystkie zdjęcia wykonał osobiście niedawno mój Tata, i przesłał mi je na skrzynkę mailową, z której właśnie dokonuję selekcji specjalnie dla Was, Moi Drodzy.


A to mój ulubiony obraz z lat dziecinnych. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego?



Przepięknie ujęta natura, no i ten żubr. Błogo, leniwie, zgodnie z naturą. Babcia pięknie podpatrywała życie i przyrodę, choć nie widziała na jedno oko całkowicie. Miała zaćmę, a w tamtych czasach jeszcze nie leczono jej masowo. Dzisiaj zaćma, to zabieg, po którym tego samego dnia wraca się do domu. Tak więc, Babcia widziała w mono, a malowała w dolby surround



Uwielbiam ten obraz !!!! Był to drugi oszklony obraz z mieszkania Babci. A wisiał na najciemniejszej ścianie nad telewizorem. Nie dochodziło tam słońce. Niesamowicie tam pasował, w swojej orlej dostojności i surowości górskiego krajobrazu.

U mnie cała rodzina jest bardzo wierząca. Odstępstwem od normy jestem ja. Wszyscy mnie nazywają diabłem lub antychrystem, bowiem od około 7-8 lat nie chodzę do kościoła, jestem wrogiem dawania na tacę, a co za tym idzie, także i przyjmowania kolędy w domu, itd... Choć żona przyjmuje, ale mnie nigdy nie ma w domu. Zawsze dłużej pracuję. Nie uznaję niczego świętego w pojmowaniu przez człowieka. Ale lubię tradycję , wierzę w Boga, choć innego niż tego z wizerunku na powyższym obrazie. Jednak takiego, także szanuję. A z tego obrazu wręcz uwielbiam. Tutaj Babcia źle naciągnęła płótno i z czasem nieco się rozeszło. Czyżby to jakiś znak? Dobrze, że nie ma na nim Ojca Pio, bo już by były domysły i różnego rodzaju pielgrzymki waliłyby do mnie pod dom autokarami. Jak nietrudno się domyślić, ten obraz także jest u mnie.

Absolutne arcydzieło!.
"Dwunastu Apostołów", choć nie wszyscy obecni. Zapewne obraz wykonany w chwili, gdy Judasz jeszcze nie zdecydował się na przyznanie do winy. Jestem dumny z tego obrazu, uważam, że dorównuje rozmachem i klimatem słynnej "Ostatniej Wieczerzy".


 A to jest numer jeden !!!
"Cztery pory roku". W przyrodzie. Płynnie przechodzące jedna pora w drugą. Przez całe moje życie był obiektem podziwu wszystkim odwiedzających mnie w moim pokoju. Przysięgam, ze sto osób chcialo mi go ukraść, a drugie tyle namawiało, by Babcia zrobiła dla nich kopię. Zrobiła tę kopię tylko raz i to dla mojego kuzyna. Ale już nie taką piękną. Bo cuda tworzy się raz. Ten obraz miał taką białą ramę ze srebrnymi wrąbkami. Całość była mocno przetarta i wyglądała na coś bardzo wiekowego. Mam ten obraz w domu, ale niestety nie wisi już od dawna w moim pokoju. Miejsce zabrały mu płyty.



Tyle na dziś.
Zostawię sobie inne obrazy na kolejną okazję.
Dziękuję za uwagę.


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl


środa, 14 września 2011

BETH HART / JOE BONAMASSA - "Don't Explain" - (2011) -

 BETH HART / JOE BONAMASSA - "Don't Explain" - (J&R Adventures / Mascot Music) -



Skazany na sukces Joe Bonamassa kontynuuje dobrą passę. Jego nazwisko to już dzisiaj instytucja, gwarant muzyki przez duże "M", a także i dobrej jej sprzedaży. Dlatego ostatnimi czasy spotykamy go na tak wielu płytach. Często tylko w jednej kompozycji, w roli gościa, tak dla podniesienia prestiżu. Ten rok Bonamassa może uznać za bardzo pracowity i udany.  Najpierw zrealizował doskonały solowy album "Dust Bowl", chwilę później drugie dzieło z grupą Black Country Communion (średnio udane niestety), a także pojawił się gościnnie na płytach Dona Airey (klawiszowca Deep Purple), oraz u boku legendarnego Leslie Westa (wokalisty i gitarzysty grupy Mountain), a teraz Bonamassa współtworzy właśnie całkiem nowy projekt, z amerykańską wokalistką i pianistką Beth Hart. Ta niespełna trzydziestoletnia dziewczyna obdarzona jest niesamowitym czarnym głosem, pomimo białej karnacji. Być może brzydko to ujmę, ale to taka krzyżówka elegancji Tracy Chapman i mocy spod znaku Janis Joplin czy nieco zapomnianej Lindy Hoyle. Z kolei cała płyta jawi się barwami blues-jazz-rockowymi. Jej pełen namiętności, ale i pewności zarazem głos, wpada w świetne dialogi z gitarowymi solówkami Bonamassy. Pozostałe instrumenty, choć ważne, są już tylko tłem dla ich popisów. Z kolei, w repertuarze znajdujemy dziesięć kompozycji, a są to same klasyki, przeważnie z okolic jazzu, bluesa, ale i nie tylko. Całej płyty słucha się świetnie, choć mnie najbardziej podobają się interpretacje utworów: "Chocolate Jesus" (Toma Waitsa), "I'd Rather Go Blind" (znane z wykonań Etty James czy Roda Stewarta) czy "Don't Explain" (Billie Holiday).
I jeszcze tylko taka mała uwaga na koniec, otóż jest to pierwsza od niepamiętnych czasów płyta nagrana pod realizatorskim okiem Kevina Shirleya, której ów dżentelmen nie spieprzył. Brawo!


lista utworów:
1. "Sinner's Prayer"
2. "Chocolate Jesus"
3. "Your Heart Is As Black As Night"
4. "For My Friend"
5. "Don't Explain"
6. "I'd Rather Go Blind"
7. "Something's Got A Hold On Me
8. "I'll Take Care Of You"
9. "Well, Well"
10. "Ain't No Way"

Produced by Kevin Shirley
Executive Produced by Roy Weisman

Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl
"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę o godz. 22.00 

nawiedzonestudio.boo.pl