czwartek, 9 lutego 2023

Waters

Roger Waters ostatnio ostro podpada wielu 'fanom'. Sprawa idzie o to, iż Muzyk posiada zgoła odmienne - niż większość z nas - poglądy w tematach: Rosja-Ukraina, Izrael-Palestyna oraz On plus reszta kolegów z Pink Floyd. Właśnie Maestro na wiosnę, z racji obchodów 50-lecia "Dark Side Of The Moon", zapowiedział wydanie własnej wersji albumu, jednocześnie całkowicie dyskredytując w jego wkład pozostałej trójki kompanów. Ricka Wrighta nazwał nawet kiepskim kompozytorem. I pewnie ów temat szybko by przysechł, gdyby wraz z nim Waters od pewnego czasu głośno nie podsycał własnej wizji konfliktu na linii Rosja-Ukraina, w który według niego bardziej od Putina umoczony jest Joe Biden plus otulające całą tę sprawę interesy branży zbrojeniowej. Ponadto Maestro uważa, że np. w naszej Polsce jest wytworzona tak silna rusofobia, iż nie potrafimy spojrzeć na konflikt obiektywnie, co w konsekwencji doprowadziło do odwołania przez stronę polską obu kwietniowych krakowskich koncertów.
Według byłego wokalisty i basisty Pink Floyd, Putina jedynie interesują utkwione w Ukrainie populacje rosyjskojęzyczne. Twierdzi, iż szef Kremla uważa je za szczególnie narażone na niebezpieczeństwa ze strony tamtejszych ruchów skrajnie prawicowych. Ot tyle, i to jest tak w skrócie spojrzenie Watersa na temat tej wojny. Do takiego poglądu ma zresztą prawo - czy to się komuś podoba, czy nie. W zamian jednak mojego muzycznego bohatera spotyka potężna fala nienawiści, a z tego co zaobserwowałem, szczególnie mocna ze strony moich rodaków. Ludzie lekką ręką przekreślają cały jego muzyczny dorobek, ponadto w większości przypadków bezzwłocznie zadziałała zasada jednego kroku od miłości do nienawiści. Nie sposób też cytować ujrzanych w sieci inwektyw, jest ich przytłaczający ogrom, niektórzy umyślnie akcentują nazwisko Watersa z małej litery, a napotkałem też na życzenia wszystkiego, co złe, a nawet śmierci. Przerażające. Smutne. Dotkliwe. Bardzo mi się to wszystko nie podoba. Nawet, jeśli ja także z moim idolem w tematach nieobejmujących kwestii izraelsko-palestyńskich, nie potrafię się zgodzić. Pamiętajmy, Waters to artysta, a artystom wolno więcej.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

odszedł Phil Spalding, plus dwie inne kwestie

Wstrząsająca, wielotysięczna liczba ofiar w Syrii oraz Turcji, ale też tego konsekwencją dramat wielu milionów ocalałych. Coś jest nie tak z tą naszą Ziemią, z nami samymi, że co pewien czas w tak brutalny sposób natura redukuje ludzkie nadwyżki. No i, gdzie ci bogowie, Allah i inni tam?

Obejrzałem poruszający dokument "Salwador. Piekło kobiet". Sprawa surowego prawa aborcyjnego. Nikt się w tamtym kraju z uczuciami kobiet nie cyrtoli. Sądy skazują je na długie więzienia, bez względu na okoliczności poronienia. Od chwili zajścia w ciążę, kobieta jest własnością państwa, tym samym zwyczajnym produktem. Każda zgwałcona musi urodzić, wobec jakichkolwiek okoliczności. I te kobiety coraz odważniej o swoje prawa walczą. Ślę do nich dobre myśli, ciepłe uczucia.


Odszedł Phil Spalding - angielski basista, postać kojarzona najczęściej z piosenkowym w latach osiemdziesiątych czasem u boku Mike'a Oldfielda (albumy "Crises, "Islands" czy "Earth Moving"), pomimo iż bractwo progresywne zaraz skandnie: GTR. Słusznie. Był to fascynujący, choć krótkotrwały zespół. Jednorazowa próba zmierzenia sił Steve'a Howe'a i Steve'a Hacketta. Niestety obaj ci gitarzyści - co by nie mówić, mocarnych Yes oraz Genesis - okazali się na tyle nieustępliwymi osobowościami, ceniącymi własne indywidualne terytoria, iż wspólnej weny starczyło na jeden album. Bardzo go lubię. "GTR" to pochodna stylu Asii, acz prawdą, pozbawiona jej sukcesu.
Najczęściej jednak Spalding pełnił rolę muzyka sesyjnego. Mamy go na wielu płytach, być może nie zawsze mając tego świadomość. No bo, tylko nielicznym chce się zapamiętywać nazwiska pełnego składu sidemanów, np. w na bogato obsadzanych albumach Joe Cockera, Chrisa De Burgha czy Mike'a Oldfielda, u których Spalding występował. A propos Cockera, proszę posłuchać linii basu Spaldinga w bezbłędnym numerze "Wayward Soul" na płycie "Across From Midnight". Tak przy okazji, kompozycji autorstwa Brendy Russell - pani od genialnego hitu "Piano In The Dark".
W tym momencie nie chcę ujawniać wszystkich wyczynów zmarłego przed kilkoma dniami Artysty, zostawmy sobie coś na niedzielę. 

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

poniedziałek, 6 lutego 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 5 lutego 2023 / Radio "98,6 FM Poznań"





"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 5 lutego 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, zamknięcie bram 2.00)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski



RONNIE ROMERO "Raised On Heavy Radio" (2023) -- w radiowym zeszycie nastawiłem programator wobec zaprezentowania trzech kawałków, a skończyło się na jednym. I naprawdę nie wiem, dlaczego. -- Fajna radiowa płyta, taka być może nie na miarę wieczystych, lecz także bez cienia poruty. Ronnie ma 'Rainbow'owy' głos, więc niedziwne, że kiedyś dopadł go Ritchie Blackmore. A jednak Ronniemu nie wystarcza, tak też ostatecznie śpiewa tu i tam. Tych zespołów i projektów z jego udziałem tak wiele, że pozwólcie, iż zatroszczę się o artysty wysypialność oraz każdą inną wypoczywalność. -- Od serca najbardziej podobało mi się Ronniego śpiewanie u boku Michaela Schenkera, w jego MSG, więc może niech ci panowie zbiją się w stały konglomerat. Wujek dobra rada Andy wie, co mówi.
- Turbo Lover - {Judas Priest cover}

URIAH HEEP "Chaos & Colour" (2023) -- podoba mi się nowa Jurajka, ale tak zwyczajnie, nie szaleńczo. Od pierwszego posłuchania wiadomo, że tym razem nie powstał żaden numer epokowy, lecz ku przeciwwadze, nie ma też ani jednego nieudanego. A mimo to, od razu album brzmi jak kompendium klasycznego hard rocka. Mick Box i jego ekipa bezustannie pełni pasji i zaangażowania, więc niech nikt sobie nie myśli, że panowie z nudów skopują przydomowe ogródki. -- W eter uwolniłem trzy numery, tym razem podstawową wersję "Save Me Tonight" (przed tygodniem demo z wokalem Jeffa Scotta Soto), do tego obramowaną tytułem "Fly Like An Eagle", spirytualną podróż do świata duchów, oraz ośmio-minutowe "You'll Never Be Alone" - historię dziecięcego snu, w którym wróżki zwabiają i porywają dzieci. Na szczęście ostaje się takie jedno, które zdaje sobie sprawę z zagrożenia, ostrzega więc rodziców, którzy ostatecznie przybywają, by porwańców odzyskać. Albumu ciąg dalszy już niebawem.
- Save Me Tonight
- You'll Never Be Alone
- Fly Like An Eagle

BEYOND THE BLACK "Beyond The Black" (2023) -- byłem na ich koncercie. Znakomitym. Zdarzyło się w poznańskiej Sali Ziemi w dwa tysiące osiemnastym, kiedy ta kompletnie mi wówczas nieznana grupa supportowała Within Temptation. Niemiecka ekipa, z bombową w urodzie, co również śpiewie Jennifer Haben. Ta uzdolniona dziewczyna potrafi też na instrumentach klawiszowych, niekiedy gitarze akustycznej, lecz na najnowszej płycie jedynie śpiewa. Trochę dziwne, że ostatecznie Beyond The Black grają bez basisty, ale co tam, w sumie tego nie słychać. Kiedyś 'Beyondzi' byli sekstetem, potem kwintetem, teraz ostali się kwartetem - na głos, dwie gitary oraz perkusję. Posłuchajcie koniecznie. Nie tylko wczorajszych trzech piosenek. Całość świetna. Jak zawsze mocne melodie, odpowiedni ciężar i tempo, choć niekiedy wolniejsze, jak w "I Remember Dying", gdzie wytworzył się nawet nieco celtycki metal o uspokojeniu wieczornym. Piękne coś. A mimo to, otwierające album nagranie "Is There Anybody Out There?" jest tak fantastyczne, że dla takich chwil uwielbiam pakować się każdej niedzieli do radia.
- Is There Anybody Out There?
- Reincarnation
- I Remember Dying

LEE AARON "Elevate" (2022) -- trochę opóźniona premiera z listopada 2022. Dopiero teraz, jednak wcale nie z winy Nawiedzonego Studia, co raczej dystrybutora. A może wina Tuska? Nieważne, grunt, że jest. Wolę lekki poślizg, niż niepewność, jak w przypadku kompletnie zignorowanych u nas nowych płyt Royal Hunt czy Black Star Riders. Tak swoją drogą, jaki syf zapanował, że takie tytuły odpuszcza się w tej naszej 'mlekiem i miodem' płynącej Polsce. -- Nowy album samozwańczej 'metal queen' bardzo, bardzo udany. Jak dobrze, że Kanadyjka za młodu dokonała właściwego wyboru i odpuściła pokusę przypodobania się panom w topless'magazynach na rzecz rozwoju talentu muzycznego. Przeszła więc na stronę sztuki wolniej ulegającej przedawnieniu. Lee Aaron nieźle się trzyma, stosownie makijażuje, co w seksowną czerwień przyodziewa, acz najważniejsze, że nadal dobrze śpiewa i ma niezły sztab do pomocy. Gitara w tytułowym "Elevate" wodzi, zaś początkowe z płyty "Rock Bottom Revolution", tak nas wczoraj rozbujało, że od razu posypały się smsy. -- Wiem, że jest mnie przy tym opisie trochę za długo, ale muszę koniecznie wspomnieć moment, kiedy jej "Bodyrock" (1989) było nowością. Akurat byłem w berlińskim edenie, o nazwie 'World Of Music' (Jejuniu, co to był za sklep!!!), i oni tej płyty mieli na stosach. Można było się o nią potknąć, podobnie jak o Chrisa Reę "The Road To Hell" czy Simple Minds "Street Fighting Years". Wtedy też nowością było Marillion "Seasons End". Łezka w oku, prawda? No i do tego ta Lee Aaron. Na okładce wyglądała zabójczo, co nawet dla męskiego oka trochę 'niebezpiecznie'. A jaka muzyka! To było babskie metal'wojowanie w duchu Lity Ford - kapitalne. Przed laty prezentowałem ten album, lecz teraz, pisząc te słowa, jest we mnie pokusa kolejnego jego nastawienia. Miejcie zatem czuja, wszystko się może zdarzyć.
- Rock Bottom Revolution
- Elevate

FISC "Too Hot For Love" (1987) -- ostatnio na domowych półkach wypatrywałem czegoś, do czego miałbym przekonanie, iż nigdy na moim FM nie zagrało, a jednocześnie zassałbym wiarę, że to jest właśnie to, na co czekacie! I tak zatem, pod literką 'f', wpadłem na ten oto zagubiony klejnot francuskich Fisc. Zespołu, który umarł, zanim się na dobre narodził. Ich historia opiewa w cztery albumy (posiadam trzy ostatnie, nie znam pierwszego) oraz działalność przez niepełną dekadę. -- "Too Hot For Love" skrywa repertuar godny wielkich aren. Soczyste heavy, z refrenami, kapitalnymi riffami i podobnej urody solówkami, a co najważniejsze, nośnymi melodiami. Szybko stajemy się tego niewolnikami, więc mowa o muzyce nie do usiedzenia. Biorę w przekonanie, iż fani wczesnych Def Leppard, Treat, Dokken czy Scorpions, oddadzą się urokowi tych chłost, podobnie jak ja.
- Too Hot For Love
- Tokyo Nights
- Angels Call

ALICE COOPER "Welcome To My Nightmare" (1975) -- w Nawiedzonym świętowanie 75-tki Alice'a Coopera. Trochę mnie wzięło w zastanowienie, jaką by tu reprezentatywną płytę, by było mniej oczywiście, a jednocześnie z dreszczykiem. Stanęło na okładce, z której wyskakuje nieco komiksowy Alice, zdejmuje w geście powitania cylinder, po czym zarzuca: 'witaj w moim koszmarze'. Aż chce się od razu posłuchać. No to słuchamy... Na początek tytułowe "Welcome To My Nightmare": 'witaj w moim koszmarze. Myślę, że ci się spodoba, i że cię nie przestraszyłem, ponieważ tkwienie w nim jest tylko snem'. Cóż za obietnica, stojąca gwarancją smakowitej zabawy. Resztę biorę w ciemno. Fascynujący, teatralny rock Alice'a, podlany rewelacyjną produkcją Boba Ezrina, tego od m.in. Kiss czy Pink Floyd. A przecież jeszcze gdzieś Vincent Price, wewnątrz trochę ekipy od Lou Reeda, a przede wszystkim duch Stevena. Jak miło usłyszeć nawoływanie: "Steven!, Steven!... come home!". I to jest rock, Drodzy Państwo! Jego istota, sens, piękno, niezwykłość. Jak dobrze, że większość równie utalentowanych artystów nie poszła drogami marzeń własnych rodziców. Dzisiaj byliby nudnymi belframi od matmy lub fizy. Przypominają mi się właśnie słowa Gregga Allmana, mniej więcej tak brzmiące: 'zanim zacząłem uprawiać r'n'rolla, miałem zostać dentystą'. -- aż chce się ryknąć: long live rock'n'roll !!!
- Welcome To My Nightmare
- Devil's Food
- The Black Widow - {gościnnie narracja Vincent Price}
- Years Ago
- Steven

STEVE HACKETT "At The Edge Of Light" (2019) -- w ramach zapowiedzi "Summer Fog Festiwal", który odbędzie się w katowickim Spodku latem tego roku. A konkretnie w dniach 15-16 lipca.
- Those Golden Wings
- Hungry Years

NICK MASON'S SAUCERFUL OF SECRETS "Live At The Roundhouse" (2020) -- w ramach zapowiedzi "Summer Fog Festiwal", który odbędzie się w katowickim Spodku latem tego roku.
- Green Is The Colour - {Pink Floyd cover}
- Let There Be More Light - {Pink Floyd cover}
- Childhood's End - {Pink Floyd cover}

ELKIE BROOKS "The Best Of" (1995) -- kompilacja. -- Nadchodząca 50-tka "Dark Side Of The Moon" zaowocowała w N.S. przeróbką "Money", a przy okazji jeszcze kilkoma innymi wokal'paradami przedniej, o fajnie zachrypniętym głosie, wielostylistycznej na niwie piosenek Angielki.
- Money - {Pink Floyd cover}
- Don't Cry Out Loud - {The Moments cover}
- Fool If You Think It's Over - {Chris Rea cover}
- Minutes

ONE HORSE BLUE "One Horse Blue" (1993) -- krótki los tych country-rockowych Kanadyjczyków wystarczył na cztery albumy okresu 78-82 oraz jeden - właśnie ten! - po krótkiej reaktywacji. I tu uwaga, trzeba odróżnić zatytułowane tak samo albumy, jako "One Horse Blue" - jeden, debiutancki z 1978 roku, oraz ostatni z 1993. Ten pierwszy najsłynniejszy, dziś już pomnikowy, i mam go, a jakże, ale niestety tylko na winylu, więc sobie nie posłuchamy. Na szczęście 'piątkę' z 1993 posiadam na CD, tak też mamy granie bez trzasków i całej tej audiofilskiej filozofii. -- Odnoszę wrażenie, że tą właśnie płytą grupa chciała się przypodobać wszystkim, zarówno tym od skocznego country, jak i drugiej odnodze odbiorców, od uduchowionego, niekiedy balladowego rocka. Połowa materiału fantastyczna, o ile odpuścimy parę skoczków, z gatunku 'tamtaramtatam Bonanza' . Na wczoraj trzy przykłady obłędnego oblicza One Horse Blue. Takiego gitarowego solo, jak to z "Devil's Train", Bonamassa nie miał na ostatnich trzech płytach, choć to raczej granie pod rozwagę Davida Gilmoura. Kto z Szanownych Państwa przedwcześnie nie wbił w kimono, może się poczuć zwycięzcą, albowiem takie płyty z reguły prezentuję tylko raz. Nie ma repety. Jeśli więc kochacie Eagles, Poco, Firefall lub niektóre, te lepsze momenty Alabamy, "One Horse Blue" rajem wyśnionym. A propos Poco, już za tydzień cudowna ich muzyka na moim FM. O ile coś lub ktoś nie odwróci mojej uwagi.
- Starting All Over Again
- Bringing Back Your Love
- Devil's Train

TEN YEARS AFTER "About Time" (1989) -- odnośnie tej płyty polecam mój tekst z minionego piątku 3 lutego.
- Highway Of Love
- Outside My Widow

STAN BUSH "Every Beat Of My Heart" (1993) -- trudno oczekiwać dużej frekwencji na dwadzieścia minut przed drugą, a ta muzyka wystartowała dopiero o takiej porze. Wiedziałem, że większość śpi, ponieważ nie odezwał się nikt spośród kochających takie granie, a ja Was melodic'rockowców wszystkich znam. Niestety, nie wyrobiłem się wcześniej, a nie chciałem przekładać na kolejny tydzień. Za dużo potem tych zaległości. Prośba Kochani, wytrzymujcie do tej drugiej! No naprawdę, mamy tylko jedno spotkanie tygodniowo, wytłumaczcie się jakoś swoim partnerom/partnerkom, nawet szefom w robocie. Niech Wam choć tej jednej nocy wszyscy dadzą spokój. O jejciu, w dzień sobie nadrobicie. Nie po to szykuję się przez cały tydzień, byście mi się w poduchach zachrapali. To dobre dla małych dzieci. -- Genialny Stan Bush, z metryki Florydczyk, o duszy Kalifornijczyka, mistrz ponad mistrzami melodic rocka, istny Bruce Lee cudownych melodii oraz talentu wykonawczego. To on zaśpiewał "Fight To Survive" do "Krwawego Sportu" z Van Dammem, co też inne filmowe wspaniałości, do choćby starego "Transformers" czy "Kickboxer". Dla mnie ten gość zasługuje na popiersie, byle nie w towarzystwie tych naszych świętych czy innych męczenników. Nie przenoście nam Kalifornii do Warszawy - aż chce się sparafrazować. Obie wczoraj zaprezentowane piosenki z drugiego longplaya Stana Busha, to widok z góry najwyższej. Przy czym, "The Search Is Over" uważam za top 10 działu 'power ballad' wszech czasów. No dobrze, znacie mnie, u mnie top 10 to przynajmniej trzydzieści piosenek.
- Can't Hide Love
- The Search Is Over

STEVE HACKETT "The Total Experience Live In Liverpool" (2016) -- a to wczorajsza dobranocka. Wydaje się niemożliwe, by nie dojechała na "Summer Fog Festival". Do usłyszenia ...
- Firth Of Fifth - {Genesis cover}

 


Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


niedziela, 5 lutego 2023

streets of fire

W kwietniu dwa tysiące siedemnastego poszło na moim FM z płyty Duncana Browne'a "The Wild Places". Trzy kompozycje: tytułowe "The Wild Places", plus "Roman Vecu" oraz "Planet Earth". Kilku Słuchaczom przypadło do gustu, a jeden wkrótce pochwalił się kupnem tej płyty pod nawiedzonego wpływem.
Ten mało u nas kojarzony Brytyjczyk, za życia wydał cztery albumy, piąty ukazał się już po jego śmierci. Niewielki dorobek, jak na kogoś zaczynającego profesjonalne muzykowanie pod koniec lat sześćdziesiątych, lecz nie o ilość idzie.
Co powiecie na ostatnie słowo Browne'a, na kilka posłuchań jego wspaniałej płyty "Streets Of Fire"? Jestem przekonany, że gdyby pomaltretować kilkoma z niej piosenkami fale radiowe, byłoby przynajmniej kilka uzdrowień.
Rok 1979 i od razu skojarzenie z drugim longplayem Dire Straits "Communique". A dlaczego? Posłuchajcie otwierającego "Streets Of Fire" numeru "Fauvette". Głowę daję, że w jego połowie złapiecie za okładkę i zaczniecie szukać nazwiska Marka Knopflera. I nie znajdziecie. Nie występuje. Tę Knopfler'owską partię wygrywa sam Duncan Browne. Taki albumowy smaczek. Myślę, że niewinny, przypadkowy. Nie sądzę, by było tu bezmyślne z mistrza Marka zżynanie, tym bardziej, że Browne tworzył niekonwencjonalny rock/pop, na tyle oryginalnie, że niech raczej od niego się uczą. Na poparcie tego stwierdzenia polecam finisz strony A, obdarzone wieloma pomysłami, tytułowe "Streets Of Fire". Czego tu nie ma - jazz rock, prog rock, nutka eksperymentalna, a przy tym, na przekór wielbicielom totalnego zaświrowania, jest melodyjnie. Wspaniały numer. Zagrałbym go w nawiedzonym, ale... ale o niespełnionym śnie naprawy nagrywarki słyszeliście.
Atrakcji nie koniec, na tej samej stronie A jest jeszcze dużego uroku wolnizna "She's Just A Fallen Angel". Jej wnętrze saksofonem koloryzuje PinkFloyd'owy Dick Morrissey, a na bębnach takty rozstawia Simon Phillips. Tego drugiego mamy na całej płycie.
Wyróżniłem trzy numery z czterech pierwszej odsłony, więc zaraz dostanę maila, w rodzaju: Andy, a ty nie dostrzegasz, jakże przebojowego "American Heartbeat"? Dostrzegam.
Strony B nie uchylę, bo szczegółowe podawanie na tacy rozleniwia. A tu chodzi o ten nerw, by płyty poszukać, zaufać autorowi tego tekstu, zarazić tematem kilku zasiedziałych w nudzie prozy życia kumpli, kupić ten album, po prostu kupić! - najlepiej nie za tanio, tak z lekkim wysiłkiem w lepszym stanie i trochę drożej, ponieważ wtedy nabierzemy do niego większego szacunku. A potem? A potem zaskoczyć się, że jak to możliwe, iż dotąd nic, tylko Sabbathy i Zeppeliny, a tu dookoła jednak tyle innego dobra było.
A zatem, odpalmy w tych osiem kompozycji nura, ale takiego porządnego. Nie wypływajmy od razu na powierzchnię, tu wcale nie jest za ciekawie. Fauna i flora muzyki nigdy nie kąsa, nie parzy, nie czai się zagrożeniem. Dajmy szansę innym pozazdrościć naszego świata.

Dzisiaj dużo dobrej muzyki na moim FM już od 22-giej. Zapraszam! Dla przypomnienia: 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
Do usłyszenia...

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

piątek, 3 lutego 2023

about time

Za nieco ponad miesiąc wybije dzwon pamięci. Wybije dla Alvina Lee. To już dziesięć lat. Kto by pomyślał. Ostatnio o Nim częściej wspominam, ale to chyba dobrze. Niedawno w Nawiedzonym mieliśmy fragment świetnej solówki "RX5", a wkrótce powinienem jeszcze podsunąć nutkę z "A Space In Time" (chociażby kapitalne "I'd Love To Change The World"), albowiem do handlu niebawem trafi deluxe album reedycja. Poczekajmy może na nowy dźwięk, a i 'podremasterowaną' okładkę, po co niepokoić stary egzemplarz.
Tymczasem polecam posłuchanie mniej oczywistej płyty Ten Years After "About Time". Jakże krytykowanej w chwili wydania, a i po latach za dużo jej zwolenników też nie widzę.
"About Time" pojawiło się po 15 latach milczenia (poprzedni album "Positive Vibrations" z 1974 roku), a co ważne, grupa przedstawiła się w oryginalnym, klasycznym składzie: Lee/Lyons/Lee/Churchill. Cieszyło jak skarb z zapomnianej groty. Po latach doceniam tamten moment jeszcze mocniej, albowiem kolejną płytę grupa zaserwowała znowu po 15 latach, lecz w składzie zabrakło już Alvina Lee. I nie było go już nigdy potem. Staje więc jasnym, iż właśnie 'żółty album' okazał się ostatnim słowem 'najszybszego gitarzysty świata' w tej jakże pięknej formacji. I tu taka dla fanów AOR-u ciekawostka, czy wiecie, że w sekcji 'backing vocals', mamy Survivor'owego Jimiego Jamisona? Nie słychać go przesadnie, ale sama świadomość, że jest, raduje serce melodic'rockowego fana. Na tym nie koniec, połowę repertuaru sporządził tandem Steve Gould/Alvin Lee, a to też niesamowite, ponieważ ten pierwszy, to w przeszłości lider Rare Bird. Kapitalnej formacji, szczególnie na pierwszych dwóch albumach. Potem już bywało różnie, acz "Epic Forest" lubię wcale nie mniej.
Steve Gould przez pewien czas współpracował na solowym polu z Alvinem Lee, komponował dla niego, grał w jego bandzie na gitarze, a i śpiewał. Niekiedy, jako lead vocal.
W na dzisiaj przywołanej płycie, przynajmniej przy połowie kompozycji leżę w podziwie plackiem, acz całość wydaje się jak najbardziej okay. Już początkowe "Highway To Love" to jakże fantastyczne coś. Podlany nutką bluesa, hardrockowy numer, przy którym w żaden sposób nie da się ustać. I podobnie sprawy widzę przy "Saturday Night", "Waiting For The Judgement Day" czy "Working In A Parking Lot". To również tej szkoły rock/rock'n'rollowe bluesy, z posypką chili. Coś, czego w żadnych esko-eremefach nie znajdziemy, choćbyśmy się posikali. Ale jest tu także przedniej urody, namiętna blues/ballada "Outside My Window", taka trochę w stylu "The Bluest Blues", choć odrobinę jej ustępująca. Tamtej nigdy nic nie pobije, pogódźmy się, żadne "Still Loving You" czy "Love Bites". Nie ma szans. Nieważne, bez znaczenia. A mimo to "Outside My Window" swoje czyni: uwodzi, kołysze, łapie za serce: 'za moim oknem pada deszcz, za moim oknem nie widzę nic, za moim oknem coś mnie woła, za moim oknem ktoś na mnie czeka. Czuję samotność, dzwonię więc do wszystkich moich przyjaciół, lecz wszyscy wyjechali z miasta'. Zupełnie jak ci pozbierani w social mediach. Z reguły przydatni do niczego.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

czwartek, 2 lutego 2023

z Wenecją na pocieszenie

W ubiegłym roku, będące pod egidą Warner Music Poland - Polskie Nagrania 'Muza', zreedycjonowały na kompakcie debiut Elżbiety Adamiak, o czym dobrze wiemy, a jednak dopiero dzisiaj ode mnie słówko. Muszę sobie kupić. Koniecznie. Bo wykupią, tamci nie dotłoczą i będę żałować. Fajna Pani Ela, co też grająca z nią ekipa - m.in. Nahorny, Miśkiewicz, Strobel.
Po dzisiejszym zajrzeniu do polskiego działu z winylami, spostrzegłem na półce brak. A przecież miałem. Co zatem się stało? Zapewne poszło w ludzi, gdy brakowało na karty lub toto lotka. Dużo takich błędów mam na sumieniu. Dobrze, że niekiedy coś wznawiają, można je naprawić, się zrehabilitować. Ale, ale... ale znalazłem kolejny w dorobku naszej jazz/bossanovej poetki longplay - "Do Wenecji Stąd Dalej". Rzecz podobnie nastrojowa, a jednak pomimo iż podobna, nie oznacza taka sama. Piosenki do podumania, do zaczytania się, czy nawet zwyczajnego w pójściu w zapomnienie zasłuchania. Nie skłamię, debiut LP był ciut lepszy, więc i niedziwne, że to właśnie jego w pierwszej kolejności ode mnie odkupiono. A ja na pocieszenie zostałem z 'Wenecją'.
Gdy pod ręką miało się takiego życiowego partnera, jakim Andrzej Poniedzielski, to jakby kwestia liryki załatwiła się sama, zaś warstwę muzyczną dopięli: odpowiedzialna za całokształt Pani Elżbieta, plus Wacław Juszczyszyn, Andrzej Pawlukiewicz oraz Krzesimir Dębski.
Szczególnie polecam stronę A. - Tymczasem cały bisajd oferuje kilka odskoczni, więc ogólnie jest zdecydowanie inaczej. Żałuję, ponieważ wolę Elżbietę Adamiak ze słomką w ustach, leniwie przebierającą dłońmi po piasku.
Trzeszczy ten winyl, trzeszczy niemiłosiernie. Jak te wszystkie dawne 'muzy' oraz 'pronity'. One już tak miały od pierwszego igły nastawienia. Nie pomagała więc ewentualna wymiana wkładki czy żadne mycie płyt. Zresztą, kto kiedyś mył płyty.
Ooo, jest jeszcze na mej półce drugi tytuł Pani Adamiak, tym razem koncertowy, co dodatkowo sygnowany spółką z Andrzejem Poniedzielskim. Zaraz go sobie nastawię. Dawno nie było. Niemal nic nie pamiętam. A zatem... igła na rozbiegówkę, i już słyszę, jak przyjmujący rolę konferansjera (także będący tutaj muzykiem) Andrzej Poniedzielski, określa wybrankę swego serca polskim Charlesem Aznavourem. Ciekawe porównanie. Odważne. Podoba mi się. Bo ja w ogóle lubię artystyczną odwagę i pewność siebie. Skromność też trochę, jednak za tę cechę orderów nie dają.
No to wpadam w zasłuchanie, znikam i Was też namawiam. Niekiedy dobrze na chwilę odstawić fuzy i sprzęgi.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

środa, 1 lutego 2023

stage struck

Macie do płacenia rachunki? Za dużo, wkurzają Was, prawda? Spokojnie, irytują każdego. A może macie dość wysłuchiwania nudziarzy o remontach lub fantasmagorii speców od motoryzacji? Wyłączcie ich, włączcie Nawiedzone Studio. Dajcie się ponieść fantazji i sile rock'n'rolla. No to raz, dwa, trzy, na pięcie w tył zwrot od dżojstików i netflixów. Oto nasz czas w okowach lubianej muzyki. W odtwarzaczu niesamowitej urody, podniecający, jednocześnie legendarny koncert "Stage Struck" na jednym CD. Drodzy Państwo, przed Wami Rory Gallagher i materiał z trasy promującej "Top Priority", z okresu jesień '79 - lato '80. Rory promował tę płytę, ale nie tylko, grał przecież sporo numerów starszych.
Jest różnorodnie, gwarantowana przejażdżka po rozmaitych etapach kariery. Podczas tej trasy genialny Rory zamienił blues rocka w blues heavymetalowy. Jeszcze nigdy nie było tak ostro, równie szybko, co głośno. Niesamowite, co Irlandczyk uzyskuje ze swej gitary. Powiedzieć, że gra jak natchniony, to jak Wielki Kanion nazwać pagórkami, w którego niecce płynie strumyk. A jeszcze bębny, na nich zmarły niedawno, renomowany Ted McKenna. Lubił grę z tempem i solidnym przyłożeniem. Słowa uznania dla realizatora dźwięku, który niczego nie wytłumił, nie przesunął na dalszy plan.
Na winylu osiem numerów (cue the needle, spin the vinyl!), na zremasterowanym kompakcie dziesięć. Przede wszystkim jednak rewelacyjne "Shadow Play". Gdybym prowadził 'music shop', wyróżniłbym ten numer w stojaku. Ale to tylko odosobniony rodzynek, zresztą wyjęty już z albumowego finiszu, a przecież posłuchajcie Drodzy Państwo, choćby "Wayward Child", "Moonchild" bądź "Follow Me". To zmasowany atak bluesa osadzony w ćwiekach i pieszczochach. 

a.m.

 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"