wtorek, 28 października 2014

choroby weryfikują poglądy

Przeanalizowałem niedzielną tracklistę z Nawiedzonego Studia i muszę przyznać, że Maciek Madejski zagrał Państwu mnóstwo świetnej muzyki. Oczywiście nie wszystko znam, bo np. nazwy Leb i Sol czy Trio Dag, są mi obce. Niemniej, Maciek umie wyszukiwać na Bałkanach (i nie tylko) skarby i chwała mu za to. Szkoda tylko, że nie mogłem przynajmniej w łóżku posłuchać Nawiedzonego Studia, zresztą przez całą niedzielę dogorywałem w półprzytomności. Przez całą niedzielę, poniedziałek i aż do wtorku wieczorem, nie zjadłem dosłownie niczego !!! To mój życiowy rekord. Jedynie pobity może zostać po mym zejściu.
Jak żonka podała mi dzisiaj jakiś biedny, lekki i nieprzyprawiony rosołek, to ten smakował mi niczym delicje spod batuty Ramsaya Gordona. Dosłownie poczułem jak wszystko we mnie wlatuje niczym wydobywający się gruz przez takie tuby na budowie. Ten sam hałas i wodospad kurzu. Co za uczucie. Pierwsza szklanka Pepsi po trzech dniach wlała we mnie mnóstwo energii, a i przepędziła demony.
Pochorować jednak trzeba, bowiem wówczas dowiadujemy się kto jest nam przyjazny, a kto zaciska kciuki w drugą stronę. To dobry życiowy test. A raczej chrzest. I każdy powinien go przejść, przynajmniej raz na jakiś czas, by zweryfikować poglądy na rzeczywistość.
Dzisiaj ktoś pięknie powiedział, że kolega to ktoś bliski, lecz obojętny, z kolei - znajomy - to tylko znajomy, a reszta - to albo przyjaciele, albo wrogowie - a tych to już sami musimy rozpoznać.
Tak z innej beczki, bo nie napisałem wcześniej, bardzo poruszyła mnie smutna historia rodziny Kmiecików z Katowic. W wybuchu gazu w ich kamienicy zginął wspaniały reporter TVN - Dariusz Kmiecik, którego ceniłem i lubiłem, ponadto jego żona i zarazem dziennikarka TVP Katowice - Brygida Frosztęga-Kmiecik oraz ich 2-letni synek Remigiusz. Akurat na nich przypadło. Los tak
chciał i zabrał tych ambitnych, młodych i szczęśliwych ludzi za jednym przecięciem linii. Dziś odbył się ich pogrzeb. Sporo o tym wszystkim myślałem i chętnie bym się za nich pomodlił, gdybym tylko potrafił i miał do kogo. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że takich tragedii jest cała masa, to jednak kiepski argument by pozostać zobojętniałym.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP






MARIANNE FAITHFULL - "Give My Love To London" - (2014) -

MARIANNE FAITHFULL 
"Give My Love To London" - (NAIVE RECORDS) -
***


Wystarczy posłuchać głosu Marianne Faithfull z początków jej kariery i skonfrontować z tym jak ten brzmi od dobrych ponad dwudziestu lat, by zdać sobie sprawę co artystka w życiu przeszła. Nieodżałowany Tomasz Beksiński powiedział niegdyś, że aby zrozumieć życie, musiała się przewinąć przez łóżko Micka Jaggera. Trafne.
Trochę Marianne Faithfull współczuję, bowiem przy jakiejkolwiek nowej płycie niemal każdy dziennikarzyna zaczyna jej wypominać "bogatą" przeszłość, z chlaniem, ćpaniem, jaraniem,... Celowo użyłem żargonowej formy, by klarownie opisać dawny stan rzeczy.
Albumowy tytuł "Give My Love To London" należy chyba odnieść do jej prozy życia, z zanotowanymi wzlotami, a później coraz to mocniejszymi upadkami, jakich doświadczyła właśnie w tamtym miejscu. A straciła dużo - urodę, sławę, wreszcie zdrowie. Nie straciła nadziei i wiary w siebie, a i również artystycznego poczucia smaku. Choć "Give My Love..." jest zupełnie inną płytą od mojej ulubionej "A Secret Life" - z oprawą Angelo Badalamentiego (tego od filmów Davida Lyncha). No, ale to było już prawie dwadzieścia lat temu. Po drodze przybyło jeszcze kilka innych, także całkiem dobrych, ale do teraz żadna z nich nie stała się dla mnie szczególniej istotną. Tej także daleko do ideału. Niemniej na "Give My Love To London" zapisanych zostało 11 refleksyjnych, ale i także podniosłych piosenek. Czasem mieniących się barwami pieśni czy nawet swoistych hymnów. Wszystko tu jest ponure, gorzkie i wyzbyte jasnych kolorów. Zresztą wystarczy spojrzeć na sztab kompozytorski, który wspomógł artystkę, m.in: Roger Waters, Anna Calvi, Leonard Cohen, Nick Cave czy Ed Harcourt. Każdy z nich mocno obdarował Marianne swą wrażliwością, tak więc musiał kielich z czerwonym winem rozlać się po partyturze.
Najpiękniejsze fragmenty? Jest ich trochę, lecz przede wszystkim obłędna kompozycja Nicka Cave'a "Late Victorian Holocaust" - z pianinem Eda Harcourta, poetyckimi skrzypcami Warrena Ellisa, wspomaganymi jeszcze przez dodatkowy smyczkowy kwartet. Całość została tu utrzymana w niemal żałobnym tonie. To chyba najlepsza piosenka w ustach Marianne Faithfull od czasów wspomnianej już powyżej genialnej płyty "A Secret Life". W podobnym gorzkim tonie zabrzmiała także finałowa "I Get Along Without You Very Well" - również podparta sekcją smyczkową, ale i pianinem czy harfą do kompletu.
Na większą uwagę zasługuje również niezwykłej urody wspólna kompozycja Marianne Faithfull i dobrze się zapowiadającej Anny Calvi "Falling Back". Dość przebojową melodię zdobi ładna choć w sumie dość oszczędna liryka ("...dzięki Bogu znalazłam moje serce..."). Rzecz skromnością ujmująca.
A że w życiu największą wartością jest miłość, przekonuje nas "Love More Or Less". Muzycznie nie dzieje się w tej piosence zbyt wiele, jedynie akompaniament gitar, podparty brzmieniem syntezatora, pianina i z lekka słyszalnych organów, na których tle wiodącą rolę wiedzie melorecytacja Marianne Faithfull.
I choć cała pozostała reszta albumu trzyma równie wysoki poziom, to nie ujęła mnie sobą w takim samym stopniu co powyższe kompozycje.
W sumie dobry album, choć nie popadałbym przesadnie w jego gloryfikację, tylko z powodu należnego szacunku dla jego autorki.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP





poniedziałek, 27 października 2014

BRYAN ADAMS - "Tracks Of My Years" - (2014) -

BRYAN ADAMS
"Tracks Of My Years" - (BADMAN LIMITED / POLYDOR RECORDS) -
***1/2


Spójrzcie Państwo na okładkę, młodziak Bryan w hipisowskiej fryzurze, no i jeszcze ta koszula.... Na tej podstawie sądzić by można, że wyrośnie z niego przydatna postać dla Lynyrd Skynyrd, bądź dla rodzimych April Wine. Zdjęcie to ma jednak znaczenie względem zawartości całej tej płyty. To cofnięcie do lat młodości i wczesnych muzycznych fascynacji. A że każdy artysta ma prawo popełnić w swojej karierze coś podobnego, wreszcie dotknęło i Adamsa. Można tylko przy okazji z lekka żałować, iż po sześciu latach od albumu "11", stać było go na ledwie dwie autorskie kompozycje, bowiem resztę wypełniają już tylko same covery.
Repertuar "Tracks Of My Years" dobitnie pokazuje na czym budował maestro Adams swoją muzyczną wrażliwość, której echa odnajdujemy na wszystkich jego płytach. A więc, rock'n'roll, country rock, ballada, popular, blues, soul czy nawet reggae. Od razu wiadomo dlaczego Adamsowi zawsze było do twarzy w dżinsach i t-shirtcie, zamiast w koszuli z wyprasowanym i niewygodnym kołnierzykiem, w dodatku z uczepionym krawatowym paskudztwem. Ot, prawdziwa rock'n'rollowa dusza - i to słychać. Dlatego ta płyta nie tylko sprawiła przyjemność samemu jej autorowi, a zapewne spuści nieco tłuszczyku z zasiedziałych przez tych kilka lat ciał jego fanów.
Całość rozpoczyna żywe Beatlesowskie "Any Time At All", tuż po niej pojawia się lansowany właśnie hit "She Knows Me" - odwiecznej spółki Bryan Adams/Jim Vallance. I to jest jeden z dwóch "niecoverowych" tu przedstawionych numerów. Pod warunkiem posiadania wersji limitowanej. Drugim dodatkiem jest "You've Been A Friend To Me" (dołączony tylko do rozszerzonej wersji), napisany przez Adamsa do spółki z country-folkową wokalistką i gitarzystką Gretchen Peters.
Zachrypnięty głos Adamsa doskonale sprawdza się w balladowych klasykach, jak: "I Can't Stop Loving You" (hit Raya Charlesa sprzed ponad pół wieku), "Lay Lady Lay" (Boba Dylana), "Never My Love" (z rep. The Association), ponadto w Beach Boys'owej piosence z ich psychodelicznego okresu "God Only Knows" czy w soulującym "The Tracks Of My Tears" (pięć dekad temu ten świetny numer wykonywał murzyński kwintet The Miracles). I to jest ta liryczna część albumu, wcale nie biegnąca utworami po sobie, bo na szczęście album został nastrojowością wymieszany.
Z tzw. dynamitów, warto ucho (poza wspomnianą przeróbką Beatlesów) zawiesić na "Down On The Corner" (świetna piosenka grupy Creedence Clearwater Revival - rzecz o fikcyjnej ulicznej grupie Willy And The Poor Boys, notabene z płyty o tymże samym tytule), a także "Rock And Roll Music" (Chucka Berryego - spopularyzowany zresztą m.in przez wspomnianych już Beatlesów).
Niezłe wrażenie robi zgrabna interpretacja piosenki "Sunny" - czarnoskórego piosenkarza soul Bobby'ego Hebba - którą to do ogólnej świadomości w latach 70-tych na rytmy disco przełożyli Boney M. Trzeba przyznać, że Adams włożył w nią sporo serca i wycisnął nową jakość.
Będę się upierać, byście Państwo nie odpuszczali luksusowej wersji tego albumu, ponieważ tylko na niej dostąpicie zaszczytu posłuchania świetnej ballady country'owca Krisa Kristoffersona "Help Me Make It Through The Night", a i rock'n'rollowego klasyka Eddiego Cochrana "C'mon Everybody" (przerabianego później nawet przez Led Zeppelin). Zresztą kolejne echa Led Zeppelin pojawiają się przy doskonałym bluesie "You Shook Me" - autorstwa Williego Dixona, spopularyzowanego najpierw przez Muddy'ego Watersa, a później na genialnej "jedynce" Led Zeppelin. Teraz zaś inaczej, lecz także porywająco w ustach samego Bryana Adamsa.
Jest pośród dodatków jeszcze pełna żaru ballada "Many Rivers To Cross" - autorstwa Jimmy'ego Cliffa - przedstawiciela muzyki reggae, co także najdobitniej świadczy o wszechstronnych upodobaniach muzycznych naszego bohatera.
Nad całością czuwali producenci od "platynowych pokręteł i suwaków", a mianowicie zawsze elegancki i wysmakowany David Foster (m.in. Dionne Warwick, Bee Gees czy Celine Dion) oraz niegdyś spec w dziedzinie hard'n'heavy Bob Rock (choćby Metallica, Motley Crue czy Aerosmith). Warto dodać, że jako trzeci podpisał się pod realizatorskimi zasługami jeszcze sam Bryan Adams.
Całkiem miła płyta, tak po prostu.

P.S. Edycja limitowana została przyodziana w efektowny digibook i poza dodatkowymi utworami uatrakcyjniono ją także bogatą książeczką, zawierającą należny opis, ale i bardzo fajne niby singlowe okładki płyt, stylizowane na dawne czasy, a wszystkie pod szyldem wyimaginowanej wytwórni Bryana Adamsa "BAD".



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP







"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 26 października 2014 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM




"NAWIEDZONE STUDIO" 
program z 26 października 2014 r. 

 
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
www.afera.com.pl

realizacja: Krzysztof Piechota      
prowadzenie: Maciej Madejski


=========================

Playlista

1. Black Sabbath - The Sign Of The Southern Cross (Mob Rules, 1981)
2. Budgie - I Turned To Stone (Nightflight, 1981)
3. Gary Moore feat. Glenn Hughes - Reach For The Sky (Run For Cover, 1985)
4. Gary Moore feat. Phil Lynnott - Military Man (Run For Cover, 1985)
5. Thin Lizzy - Killer On The Loose (Chinatown, 1981)
6. Saxon - Rock'n'Roll Gypsy (Innocence Is No Excuse, 1985)
7. Saxon - Broken Heroes (Innocence Is No Excuse, 1985)
8. Divlje Jagode - Čarobnjaci (Čarobnjaci, 1983)
9. Slade - Lock Up Your Daughters (Till Deaf Do Us Part, 1981)
-
10. Yes - Sign Languge (Keys To Ascension 2, 1997 / Keystudio, 2001)
11. Yes - Mind Drive (Keys To Ascension 2, 1997 / Keystudio, 2001)
12. Yes - Be The One (Keys To Ascension, 1996 / Keystudio, 2001)
13. Supertramp - From Now On (Even In The Quietest Moments..., 1977)
14. Stevie Wonder - Superwoman (Music Of My Mind, 1972)
-
15. Marillion - Sounds That Can Be Made (Sounds That Can Be Made, 2012)
16. Tears For Fears - Closest Thing To Heaven (Everybody Loves A Happy
Ending, 2004)
17. Mansun - Butterfly (A New Beginning) (Little Kix, 2000)
18. Mansun - I Can Only Disappoint U (Little Kix, 2000)
19. Nine Horses (David Sylvian) - Wonderful World (Snow Borne Sorrow,
2005)
20. Nine Horses (David Sylvian) - The Banality Of Evil (Snow Borne Sorrow,
2005)
21. Sunday All Over The World (Toyah, R. Fripp) - Kneeling At The Shrine
(Kneeling At The Shrine, 1991)
22. Sunday All Over The World (Toyah, R. Fripp) - Don't Take It Away
(Kneeling At The Shrine, 1991)
23. The Sundays - Skin & Bones (Reading, Writing And Arithmetic, 1990)
-
24. Leb i Sol - Devetka (Leb i Sol, 1977)
25. Made In Sweden - You Can't Go Home (Made In England, 1970)
26. Caravan - The Show Of Our Lives (Cunning Stunts, 1975)
27. Van Morrison - Haunts Of Ancient Peace (Common One, 1980)
28. Mira Kubasińska i Breakout - Do Kogo Idziesz (Mira, 1971)
29. Paul Weller - Pan (As Is Now, 2005)
30. Paul Weller - Blink And You'll Miss It (As Is Now, 2005)
31. Trio Dag - Svitanje (Sećanja, 1974)
32. Hooters - One Way Home (One Way Home, 1987)
33. R.E.M. - Texarkana (Out Of Time, 1991)
34. Black - Everything Is Coming Up Roses (Wonderful Life, 1987)
 

 

U2 - "Songs Of Innocence" - (2014) -

U2
"Songs Of Innocence" - (ISLAND RECORDS) -
****1/2


Sporo szumu i kontrowersji wywołała ta płyta, zanim się jeszcze na dobre ukazała. W formie fizycznej - co należy dodać. Bo to, że Bono skompromitował się podpisując pakt z Apple i serwując darmowe strumienie dla posiadaczy iPhonów, muzyk w końcu zrozumiał, lecz mleko zdążyło się rozlać.
Uważam podobne praktyki za szczyt ignorancji i zwykłej ludzkiej bezczelności, skoro autentycznych fanów kupujących płyty swych idoli, stawia się w takiej sytuacji. I gdyby nie bliska memu sercu twórczość Irlandczyków, na pewno bym tej płyty nie kupił. Jak zresztą żadnego "nienośnikowego" wydawnictwa w ogóle- do czego namawiam wszystkich kolekcjonerów płyt. Dla samej zasady, w potępieniu bylejakości.
Nie pojmuję, dlaczego muzykom U2 tak bardzo zależy na wiecznym zaskakiwaniu. Choć nie byłoby to jeszcze najgorsze, gdyby tyczyło tylko samej muzyki, lecz Bono i jego kumple często starają się właśnie od niej odwrócić uwagę, stosując choćby tak żałosne praktyki jak ta powyższa.
Na szczęście najnowsza "Songs Of Innocence" jest lepsza, niż przypuszczałem. Być może dlatego, że nie rządzą tu jakiekolwiek najnowsze technologie i trendy, a sama muzyka i związane z nią emocje.
Sporo tu ładnych i pełni przemyśleń słów, bądź wspomnień, a co najważniejsze - wreszcie na bok odeszły kombinacje i eksperymenty. Powróciły poruszające melodie , nie zabrakło także fajnych gitarowych zagrywek Edge'a, często przywołujących echa z czasów "The Joshua Tree" lub jeszcze starszych. Nie porównując w żadnym stopniu tej płyty do którejkolwiek z tamtych - tak dla jasności.
Od pierwszego "wejrzenia" pokochałem "Sleep Like A Baby Tonight" ("...tam, gdzie nie poczujesz bólu innych, odnajdziesz drzwi do nadziei..."). To bez wątpienia najpiękniejszy fragment albumu. Nie wiem czy najlepszy, lecz najpiękniejszy na pewno. Nie oznacza to końca emocji, bowiem tych znajdziemy tu jeszcze przynajmniej kilka, że wspomnę choćby o "Every Breaking Wave" ("... każda zdruzgotana dusza wie, co to brak kogoś bliskiego..."). Jakże pięknie gra tutaj The Edge, coś pomiędzy albumem "The Joshua Tree" a delikatnością grup Travis, Coldplay czy Kodaline. Albo weźmy jeszcze kolejny nastrojowy fragment w postaci tytułowego "Song For Someone" ("...jeśli zauważasz światło, to nie pozwól mu zgasnąć..."). Z jakże wielkim zaangażowaniem śpiewa tu Bono, a gitarę Edge'a można by jeść całymi łyżkami. Już tylko z tych piosenek spokojnie da się wykroić wieczyste single.
Bono podsuwa słuchaczowi co rusz garść informacji, a to, że Iris jest imieniem jego matki, bądź że Cedarwood Road to nazwa ulicy, przy której mieszkał za młodu, czy też podtytuł do pierwszego nagrania "The Miracle (of Joey Ramone)" sugerujący hołd dla zmarłego przed trzema laty wokalisty punkowej amerykańskiej grupy Ramones. A propos, "Cedarwood Road" przywołuje nieco ducha wspomnień płyty "Achtung Baby". Z jednej strony melancholia, a po drugiej mocne przybrudzone brzmienie całej sekcji ("...bywa, że strach jest jedynym miejscem, które jest naszym domem...").
Dla mnie sporym zaskoczeniem jest zaproszenie niesamowitej Szwedki Lykke Li (której od dłuższego czasu mocno kibicuję) do udziału w finałowej kompozycji "The Troubles". Lykke w swoim charakterystycznym stylu otwiera całość, po czym wchodzą smyczki, a także bas Claytona, który do spółki z Bono i delikatnymi wokalizami melancholijno-mrocznej Szwedki rozumie się doskonale. Bono śpiewa o tym, że ktoś zawładnął twą duszą, okradł ją doszczętnie, przejmując nad nią całkowitą kontrolę. Cudowny utwór i zarazem podniosły finał albumu.
Powyższe piosenki stanowią jakby o romantycznej twarzy U2, ale proszę się nie martwić, dla miłośników dynamicznego przebojowego grania, powstały takie rzeczy jak: "California (There Is No End To Love)", "Iris (Hold Me Close)", otwierający całość "The Miracle (of Joey Ramone)", "This Is Where You Can Reach Me Now" czy "Volcano" - choć ten wraz z "Raised By Wolves" wydają się być najmniej udanymi kawałkami w całym tym zbiorze. Myślę jednak, że każdy wielbiciel grupy znajdzie tu coś dla siebie. Warto przy okazji podkreślić, iż produkcją zajął się Danger Mouse (ten m.in. od kapitalnych The Black Keys), przy wydatnej pomocy Paula Epwortha (m.in. od Paula McCartneya, Adele czy Coldplay), Marka Ellisa czy poczciwego Flooda.
Za to co U2 zrobili z zamkniętą kampanią dla wybrańców z Apple, najchętniej bym im wyciął podobny numer, ale na całe "nieszczęście" płyta jest przynajmniej w połowie fantastyczna, a w pozostałej na pewno bardzo dobra.

P.S. Wersja limitowana zawiera dodatkową płytę, na której co prawda tylko 5 nagrań, za to aż ponad trzy kwadranse muzyki. Tu już jednak nie ma ciastek z bitą śmietaną i truskawkami, a raczej ciekawostki. Bonusowe nowości "Lucifer's Hands" jak i przebojowa "The Crystal Ballroom" są nawet całkiem fajne, ale dobrze, że nie znalazły się w podstawowym programie albumu.
Środkowy i zarazem ponad 22-minutowy numer "Acoustic Sessions" zawiera w sobie fortepianowo-smyczkową wersję "Every Breaking Wave", czy równie skąpo przyodziane: "California (There Is No End To Love)", "Raised By Wolves" , "Cedarwood Road", "Song For Someone" oraz "The Miracle (of Joey Ramone)".
Ostatnie dwa dodatki stanowią za inne wersje utworów "The Troubles" (już bez Lykke Li, a z żeńskim chórkiem i smyczkami) oraz zremiksowaną i niepotrzebnie przekombinowaną "Sleep Like A Baby Tonight" + ukryty utwór.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP


NEW MODEL ARMY - "Between Wine And Blood" - (2014) -

NEW MODEL ARMY 
"Between Wine And Blood" - (ATTACK ATTACK RECORDS) -
****


"Between Wine And Blood", to jakby ciąg dalszy, a raczej suplement do ub.rocznego "Between Dog And Wolf". I nie są to po tamtym autentycznie znakomitym dziele żadne odrzuty, gdyby ktoś tak pomyślał.
Album składa się z dwóch płyt, pierwszą wypełnia 6 premierowych studyjnych kompozycji, na drugiej zaś możemy posłuchać 11 nagrań znanych już z "Between Dog And Wolf" - tym razem w wydaniu koncertowym. Pochodzą one z trasy zarejestrowanej pomiędzy listopadem a grudniem 2013 roku. W tym miejscu należy się jednak małe sprostowanie, albowiem do opisu w książeczce wkradł się zecerski błąd, który informuje, iż nagrań dokonano w okresie XI/XII 2014 !?
New Model Army należy się także spory szacunek, w końcu ci mogli pójść na łatwiznę i w ramach 25-lecia odrestaurować swoje arcydzieło "Thunder And Consolation". Na pewno sprzedaliby niemało "świeżych" egzemplarzy tej płyty, a i pod tym pretekstem objechaliby jeszcze znaczną część świata. W zamian jednak zaproponowali kilka nowych utworów. Bardzo dobrych - co należy dodać.
Pierwsze trzy "According To You", "Angry Planet" oraz "Guessing" zapewne ucieszą entuzjastów drapieżniejszej strony zespołu. Surowość i pełna post-punkowej mocy ich dynamika przywołuje na myśl najwspanialsze lata grupy z przełomu 80/90's. Nie są to być może perły pokroju "Stupid Questions", "Poison Street" czy "Get Me Out", ale słucha się ich z wielką przyjemnością.
Pozostałe trzy nagrania, a więc cała druga część premierowego mini albumu, w postaci "Happy To Be Here", "Devils Bargain" oraz "Sunrise", to nastrojowa odsłona twórczości Brytyjczyków. Bardzo bliska stylistyce ub.rocznego longplaya "Between Wine And Wolf".
Każda z nich, mogłaby spokojnie znaleźć swoje miejsce na tamtym albumie, jednak szczególnie lśni dosłownie fenomenalna "Devils Bargain". Już choćby tylko dla niej warto pokłonić się nad całością.
A druga płyta? Cóż, zawiera wszystko co już dobrze znamy, czyli wybór nagrań z "Between Wine And Wolf", tyle że w wersjach dokonanych na żywo. I praktycznie bardzo zbliżonych do pierwowzorów. Zaczyna się od zadziornego "Stormclouds", a później mamy tu jeszcze m.in. przepiękny  "Lean Back And Fall", czy nie gorsze "Summer Moors" , "Pull The Sun", no i pokaźny stos innych.....
Dla większości fanów New Model Army, będzie to jak przedłużenie dobrego snu.
Muszę na koniec dodać, iż zawsze bardzo lubiłem tę grupę, choć nigdy nie przepadałem za samym punkiem czy nawet post-punkiem. Jednak New Model Army w tej stylistyce od początku poruszali się zupełnie z jakąś niesłychaną lekkością w stosunku do swoich hałaśliwych kolegów, u których ideologia i prostota przekazu często brały górę nad samym kunsztem wykonawczym. Dlatego Justin Sullivan i jego kompania na tamtych tle, jawią się niczym post-punkowcy w artrockowej szacie. Bo chyba jako nieliczni w tej dziedzinie sztuki od zawsze przykładali wielką wagę do ciekawych melodii i bogatych aranżacji. Jedyni i niepowtarzalni, można rzec.




Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP




niedyspozycja

Przepraszam za moją niedyspozycję. Rzadko choruję, niestety nie byłem w stanie wczoraj dotrzeć do radia. Nawaliło we mnie wszystko. I aby nie było niejasności, nie byłem po żadnej imprezie.
Czułem się jakbym miał skonać, cieszę się, że dziś już jest w miarę dobrze.
Dzięki piękne Maćkowi Madejskiemu i Krzyśkowi Piechocie za poprowadzenie wczorajszej audycji. Już nie mogę się doczekać wspólnego wieczoru z Państwem w najbliższą niedzielę 2 listopada.
Ponadto, bardzo dziękuję za serdeczne sms/y i maile. Dobrze, że Was mam.


Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP



sobota, 25 października 2014

nie żyje JACK BRUCE (14.V.1943 - 25.X.2014)

Dzisiejszy dzień zasmuci fanów rocka - zmarł Jack Bruce.
W pamięci muzyk zapisze się jako basista grupy Cream, w której grał i tworzył w drugiej połowie lat 60-tych, u boku Erica Claptona i Gingera Bakera. Choć nie tylko, bowiem w pierwszej dekadzie nowego stulecia grupa się na moment odrodziła, pozostawiając po sobie nagrania koncertowe - najwyższej próby. Zresztą jak już mówimy o reaktywacji Cream, to Jack Bruce z Gingerem Bakerem mieli już na nią chrapkę w latach 90-tych, jednak do pełnej finalizacji projektu nie doszło. Do obu muzyków dołączył wówczas nie Eric Clapton, a Gary Moore - i tak powstało BBM. Ale to historia na inny czas.
Kolega dziś trafnie skomentował - mówisz Cream, myślisz Eric Clapton. To prawda, dość często większość zasług bywa przypisywana tamtemu muzykowi - jakże niesłusznie!. Wystarczy tylko spojrzeć na ilość utworów dla Cream skomponowanych przez Bruce'a, że o wielu głównych partiach wokalnych nawet nie wspomnę.
Jack Bruce dla mnie, to wspaniały wokalista - z przepiękną barwą głosu, a to nie zawsze idzie ze sobą w parze..
 O jego umiejętnościach gry na basie, gitarze czy też kilku innych instrumentach, pozwolę się nie wymądrzać, jako że jestem tylko skromnym odbiorcą, nie muzykiem, więc nie znam się na tym - choć jego styl bardzo lubię.
Macie zapewne Państwo we własnych zbiorach płytowych nagrania mistrza, czy to z grupą Cream, lub jakieś dzieła solowe, bądź fuzje z przeróżnymi muzykami, których także w jego dorobku nie brakowało, to posłuchajcie ich proszę. Pomyślmy o nim, nie tylko dziś. Na pewno jutro posłuchamy sobie jego nagrań w Nawiedzonym Studio.
Na początku tego roku, Bruce opublikował długo oczekiwany album "Silver Rails". Zagrało na nim gościnnie kilku wspaniałych gitarzystów, jak choćby zaprzyjaźniony Robin Trower (ex-Procol Harum), Phil Manzanera (Roxy Music), Bernie Marsden (ex-Whitesnake) czy zapomniany nieco i mocno niedoceniany po latach Uli Jon Roth (ex-Scorpions).
Jack Bruce miał 71 lat i jak głosi oficjalny komunikat - zmarł we własnym domu, u boku bliskich, na chorobę wątroby.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP





wtorek, 21 października 2014

JETHRO TULL's IAN ANDERSON - "Thick As A Brick - Live in Iceland" - (2014) -

















JETHRO TULL's IAN ANDERSON
"Thick As A Brick - Live in Iceland"
(EAGLE RECORDS)
***1/2

Wyprawa Andersona na Islandię była tylko jednym z etapów długiej i morderczej trasy koncertowej (w książeczce albumowej podano, że koncertów było aż 176 w okresie 2012/13), a zarazem ciekawym miejscem na mapie Europy, z którego w zasadzie nie powstają na co dzień albumy z udziałem publiczności.
Kilka miesięcy temu artysta wystąpił także u nas w Dolinie Charlotty, jednak było to już w ramach promowania najnowszego albumu "Homo Erraticus", a więc repertuar zdecydowanie różnił się od zawartości tegoż wydawnictwa, które zdominowane zostało zagraniem w całości dzieł fikcyjnego ich bohatera Geralda Bostocka, tj. "Thick As A Brick" - w części pierwszej powstałej w 1972 roku oraz jej kontynuacji o cztery dekady późniejszej.
Tak po prawdzie "Live in Iceland" można w zasadzie potraktować jako ciekawostkę, która poza kilkoma smaczkami raczej niczym nas nie zaskakuje. Choć dla fanów Andersona i tak będzie to rzecz absolutnie przymusowa.
Osobiście znam ten materiał jedynie dzięki nośnikom audio, słyszałem wszak różne opinie, iż ponoć wartym grzechu jest również jego obejrzenie na DVD lub Blu-ray. I prawdopodobnie tak właśnie jest, ja mimo wszystko zdecydowanie hołduję samemu słuchaniu - według mnie nieporównywalnie bardziej fascynującemu od "naocznego" zabijania wyobraźni.
Pierwotnie byłem nieźle zaskoczony słysząc tu jeszcze jednego wokalistę (niejakiego Ryana O'Donnella) obok jedynego słusznego Iana Andersona, w dodatku o dość podobnym do niego głosie, jak i samym stylu śpiewania. Szybko jednak sprawa się wyjaśniła, otóż to co w studio można było na siebie nałożyć, podczas koncertu stawało się wręcz niemożliwym do osiągnięcia. Chodzi tu oczywiście o partie wokalne, które często zbiegają się w czasie z grą Andersona na flecie. Tak więc, na przemian śpiewają tu obaj panowie, a ogólne tego wrażenie jest naprawdę całkiem niezłe. Szacunek dla samego Andersona, któremu lekarze już dawno temu zabronili zdzierać gardło, ale jak wiemy rock'n'rollowi artyści nie wykupują wszystkich wypisywanych recept.
Pierwszy "Thick As A Brick" choć jest de facto jednym utworem, który tylko z uwagi na ograniczony czas nośnika - jakim niegdyś była tylko płyta winylowa, został przez to podzielony na dwie przymusowe części, lecz także i przy tej islandzkiej przygodzie Jethro Tull nie został wykonany jednym ciągiem, a podzielony na dwa akty..
Tuż po zakończeniu starszej suity, Anderson pięknie dziękuje zgromadzonej publiczności za część pierwszą przedstawienia, po czym zaprasza na 20-minutową przerwę, po której obiecuje wykonać całą współczesną już "dwójkę" - czyli "TAAB 2". Jak się okazuje, również w bardzo przybliżonej do oryginału wersji.
Całości słucha się z dużą przyjemnością, i choć brakuje mi nieco dawnej magii oraz "tamtego" brzmienia - co dotyczy głównie rekonstrukcji części pierwszej "Głupiego jak Cep", to trzeba przyznać, że muzycy zagrali z dużym polotem i w dobrze nam znanym barok-rockowym stylu - w którym Jethro Tull nigdy przecież nie mieli sobie równych.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP





nie dać się ocipieć

Najnowszy album Pendragon został wydany jako podwójny CD. Na pierwszym dysku zawarto nowy materiał, na drugim z kolei pojawił się akustyczny set samego Nicka Barretta. Nie spotkałem jak dotąd edycji 1-płytowej, bo chyba nawet takowa nie istnieje, więc jeśli słyszę, że ktoś nie kupi tylko z powodu niepotrzebnej mu drugiej płyty, to jestem przekonany, iż nie mam do czynienia z prawdziwym fanem tego zespołu. Bo dupy mu nie urwie nadpłacenie dziesięciu czy piętnastu złotych. Tym bardziej, że Pendragon wydają swoje dzieła średnio raz na trzy lata. Inną sprawą jest sama cena. Nie dość, że na całym świecie można płytę nabyć już od dwóch tygodni, to jeszcze jej wartość rynkowa waha się
w okolicach 14-15 euro. A u nas? No właśnie....., na koncercie Pendragon przy stoisku firmowym sprzedawano ją za 65 złotych, z kolei oficjalny nasz polski dystrybutor, firma Metal Mind Productions, poprzez swój sklep Metalopolis, próbuje wyegzekwować już złotych 85. Stawiając za atrakcję - autografy (czytaj: bazgranina na okładce). I to jedynie tylko w ich internetowym sklepie, albowiem jeśli ktoś zapragnie ją zakupić w normalnym fizycznym, nie internetowym sklepie, w dodatku bez bazgrołów, to musi sobie grzecznie poczekać aż do listopada.
Na tym nie koniec, wczoraj wszedłem z ciekawości do działu płytowych zapowiedzi na stronę merlin.pl, celem sprawdzenia ich ceny, przy okazji doznając szoku - 115,99 zł !!! Pamiętacie Państwo spotkanie po latach Bohdana Smolenia z Zenonem Laskowikiem, czyli redaktora przeprowadzającego najsłynniejszy wówczas wywiad z Pelagią? "Pani Pelagio widzę, że pani posiwiała", na co Pelagia: "a co, miałam ocipieć". No właśnie, ktoś tu zdaje się ocipiał.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP 





poniedziałek, 20 października 2014

YOU + ME - "Rose Ave." - (2014) -


















YOU + ME - "Rose Ave." - (RCA RECORDS / SONY) -
***1/2

Już tak to jest, że zawsze coś jest modne, i choć ja sam modny nie bywam, to niektórym aktualnym nurtom ulegam. Poniższa płyta jest tego idealnym przykładem.
Ostatnio dobrze się mają duety - z cyklu: ona i on. W wielu miejscach naszego globu alternatywne serca podbijają od niedawna choćby Australijczycy Angus & Julia Stone, a ich śladem (choć w nieco innym przedziale stylistycznym) do głosu właśnie doszedł niewyszukanie się zwący tandem You+Me.
On - Dallas Green - śpiewa, gra na gitarze, na perkusji, ponadto także komponuje. Ona - Alecia Moore, to z kolei popularna Pink, która śpiewa i współ komponuje tu wraz ze swoim kolegą. I choć oboje biorą na barki odpowiedzialność za swą twórczość, to do pomocy mają jeszcze kilku "grajków" (m.in: bas, organy, pianino).
Album "Rose Ave." trwa zaledwie 37 minut. Niewiele to jak na dzisiejsze możliwości, choć osobiście uważam, że to dobrze. Po co przedobrzyć, zamęczyć lub dopisać kilka nikomu niechcianych nut. Sztuką jest się wypowiedzieć nawet jeśli pozostanie pewien niedosyt. Pod tym względem trochę powróciliśmy w ostatnim czasie do myślenia z lat dawno minionych, w których jasnym stawało się po dwóch, góra trzech kwadransach, czy muzyka broni się, czy przysłowiowo do pieca. Nikt na siłę nie próbował nikogo uszczęśliwiać 1,5-godzinnymi elaboratami, co jeszcze do niedawna bywało nagminnym standardem.
Otrzymujemy zatem dziesięć emocjonalnych, pełnych namiętności piosenek, choć właściwszym określeniem winno być - pieśni - zaśpiewanych na dwa głosy, przy skromnym akompaniamencie gitary, bądź pianina. Okazuje się, że Pink dzięki swojemu zespołowemu partnerowi, to zupełnie inna kobieta. Jej głos bywa mocno "czarny", ale i popada w "białą" wrażliwość - gdy przychodzi jej zmierzyć się z tradycyjnymi balladowymi strofami.
"Rose Ave." zapewne spodoba się sympatykom akustycznych brzmień, które tutaj mienią się folk-alternatywnymi barwami. Siłą tego albumu jest jego aranżacyjna skromność i wyeksponowanie samego śpiewu.
Gdyby Dallas i Alecia zechcieli, mogliby zaryzykować album "a cappella" - na pewno wyszliby z takiej próby zwycięsko, choć oczywiście za sprawą instrumentalnej oprawy jest ciekawiej.
Słychać, że muzycy bywają pod wpływem cudownej, choć może już dzisiaj z lekka anachronicznie brzmiącej twórczości Paula Simona i Art Garfunkela, ale i odrobili lekcje ze współczesnymi ich kontynuatorami z Mumford & Sons czy Fleet Foxes. 
W zasadzie wszystkich piosenek słucha się świetnie, choć w moim pokoju najczęściej goszczą "Capsized", "Love Gone Wrong", "Break The Cycle" (Pink tu śpiewa jak Sade) i pozostawiona na finał doskonała przeróbka piosenki już samej Sade "No Ordinary Love".
Kto by pomyślał, jeszcze do niedawna na hasło "Pink", dostałbym czkawki, a tu teraz taka niespodzianka.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP






"syfotromy" a dzisiejsza dziennikarska bylejakość

Nie zabieram się jeszcze za recenzowanie najnowszych U2. Na to dopiero przyjdzie pora. Myślę, że już za kilka dni. W każdym razie zaatakowaliście mnie Państwo po wczorajszym "Nawiedzonym" swoimi komentarzami. A że łatwiej mi się do tego wszystkiego odnieść na blogu, niż do każdego z was odpisywać z osobna, stąd moje tu i teraz postanowienie.
W Polsce mało kto korzysta z iTunesa. O tym świadczą oficjalne dane, które nawet nie dają pięciu procent w skali całego kraju, więc to, że prawie każdy znał przed premierą nowy album U2, daje odpowiedź nie tylko mnie dobrze znaną.  I nazywajmy rzeczy po imieniu. Ciekaw jestem ilu tych pseudo "katoli" się wyspowiada z zerżnięcia muzyki z sieci "całkiem za free". Przepraszam za mój żargonowy język, ale nie mam za grosz szacunku dla złodziejstwa. Każdy chce za pracę otrzymywać sowite wynagrodzenie - i choć to "dziwnie" zabrzmi - muzycy także. Bo to , że Bono i jego koledzy dali dupy podlizując się Apple, tym samym olewając prawdziwych fanów czekających na ich muzykę w "opakowaniu", to kolejny dowód na parszywienie obyczajów. Fani U2 musieli uzbroić się w cierpliwość o ponad miesiąc w stosunku do strumieniowców. A ci i tak olali zespół, bo jak się okazuje, ledwie jedna szósta uprawnionych, zapragnęła ściągnąć na te swoje "syfotromy" całą płytę. Na próżno zatem skrucha i słowa przeprosin od samego Bono, albowiem mleko się rozlało, a fani to zapamiętają. I choć kolejną płytę kupią rzecz jasna w ciemno (bo tak robi prawdziwy fan!), to ktoś ten fakt już zanotował i co pewien czas będzie go muzykom wypominać. Warto było? Moim zdaniem nie, ale świat się blazuje, podli, kurwi - i dla pieniędzy wpada na co raz to głupsze pomysły, które z początku wydają się "fajne", lecz szybko wpadają w wir prozaicznej weryfikacji.
Dlatego nie interesuje mnie żadna opinia na temat najnowszej "Songs Of Innocence" od ludzi, którzy płyty nie kupili w namacalnej formie. Ponieważ nie liznęli okładki, wewnętrznych kopert, nie posłuchali na prawdziwym stereo, krótko mówiąc - posłuchali na kolanie bardzo ważnego zespołu, tylko po to, by móc się na ich temat wypowiadać - nie mając do tego żadnego prawa! Bo jeśli mi ktoś wciska kit, że bardzo lubi, szanuje, a ściąga swojego "ulubieńca" na darmowych plikach, to niech spier..... Niech siedzi cicho i się nie wypowiada, bo nie ma do tego prawa. Wstyd i poruta. Jak można komuś patrząc w oczy powiedzieć , że się go kocha, a tyłek mu rąbać dookoła. Ściąganie darmowej muzy , to to samo, nawet jeśli takie "Ju Tu" na moment zgłupieje i za friko podeśle cały album.
Już taki jestem, tak myślę i kompletnie mnie nie obchodzi, że jakiś sęp czy inny pseudo "fan" muzyki się ze mną nie zgadza.
Żałosnym ponadto wydaje się fakt, iż w tak krótkim czasie niemal każdy muzyczny magazyn w pośpiechu zrecenzował tę płytę. Każdy chciał być pierwszy, najlepszy, .... Dlatego przy owych recenzjach nie ma jeszcze nawet oryginalnej albumowej koperty, bo na ich miejscu straszy okładka "demo" - stworzona w pośpiechu dla smartfonowców. O pardon - syfotromowców z krainy bylejakości. A ja się pytam - co oni recenzowali? Jakość mp3? Przecież tam nie było słychać połowy brzmień tego albumu !!! Ot dzisiejsze polskie (i nie tylko) dziennikarstwo. Jak można polegać na piórze kogoś, kto nawet nie zdąży się z muzyką porządnie obyć - że nawet nie powiem zżyć, a już smaruje (bądź smartfonuje - całe to cholerstwo jedno siebie warte), by być już teraz "najpierwszym". Wstyd pismaki. Takie płyty, jak właśnie ta najnowsza U2, wręcz dobitnie pokazują ile jest warta ta wasza autentyczność. To choć jeden pozytyw jaki można wyciągnąć dla własnej wiedzy z tego całego zamieszania.


Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP








"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 19 października 2014 - Radio "Afera", Poznań, 98,6 FM



"NAWIEDZONE STUDIO" 
program z 19 października 2014 r. 

 
RADIO "AFERA" 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!!
www.afera.com.pl

realizacja: Krzysztof Piechota      
prowadzenie: Andrzej Masłowski


==========================


PENDRAGON - "Not Of This World" - (2001) -
- If I Were The Wind (And You Were The Rain)

JADIS - "Across The Water" - (1994) -
- A Life Is All You Need

JADIS - "Medium Rare" - (2001) -
- Old & Wise - {utwór zarejestrowany w sierpniu 1998 r.)

ARENA - "The Seventh Degree Of Separation" - (2011) -
- The Great Escape
- The Tinder Box

STEVE ROTHERY - "The Ghosts Of Pripyat" - (2014) -
- Morpheus - {gościnnie STEVE HACKETT}

U2 - "Songs Of Innocence" - (2014) -
- Sleep Like A Baby Tonight
- Every Breaking Wave

THE BLACK KEYS - ":Turn Blue" - (2014) -
- In Our Prime
- Gotta Get Away

YOU + ME - "Rose Ave." - (2014) -
- Love Gone Wrong
- No Ordinary Love

BIFFY CLYRO - "Only Revolutions" - (2009) -
- God & Satan
- Many Of Horror

COLDPLAY - "Ghost Stories" - (2014) -
- True Love

PENDRAGON - "Man Who Climb Mountains" - (2014) -
- In Bardo
- Faces Of Light
- Explorers Of The Infinite

SUPERTRAMP - "Crime Of The Century" - (1974) -
- Hide In Your Shell
- Crime Of The Century

FRANKIE MILLER - "Falling In Love" - (1979) -
- When I'm Away From You
- If I Can Love Somebody
- Darlin'

SUTHERLAND BROTHERS & QUIVER - "Reach For The Sky" - (1975) - w USA dopiero 1976
- Arms Of Mary

PETER FRAMPTON - "Breaking All The Rules" - (1981) -
- Going To L.A.
- You Kill Me
- Friday On My Mind
- Breaking All The Rules

GARY MOORE - "Wild Frontier" - (1987) -
- Friday On My Mind (12" Version) - utwór dodatkowy

BRYAN ADAMS - "Tracks Of My Years" - (2014) -
- Down On The Corner - {CREEDENCE CLEARWATER REVIVAL cover}
- Sunny - {BOBBY HEBB cover}

YES - "Songs From Tsongas - Yes 35th Anniversary Concert" - (2014) -
recorded in 15 May 2004, Tsongas Arena in Lowell, Massachusetts, USA
- And You And I


==============================




 
Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP


 






 

piątek, 17 października 2014

GARY MOORE - "Live At Bush Hall 2007" - (2014) -


















GARY MOORE 
- "Live At Bush Hall 2007" - (ORIONSTAR / EAGLE) -
****

Po wydaniu w 2008 roku ostatniego studyjnego albumu "Bad For You Baby", Gary Moore zapragnął na chwilkę odstawić bluesa i powrócić do hard rocka. Ponownie nawet się zbratał z Neilem Carterem - kapitalnym klawiszowcem, tym z czasów choćby tak wybornych płyt jak "Wild Frontier" czy "After The War". Wkrótce zaczęły krążyć pogłoski o realizacji nowych kompozycji, jak i o całym nowym albumie. Niestety śmierć Gary'ego na początku 2011 roku przecięła nić planów i nadziei. Co prawda, kilka później pojawiły się 3 nowe nagrania zarejestrowane na żywo - podczas festiwalu w Montreux, i choć bardzo piękne, jednak to już nie to samo co spodziewane upragnione pełne dzieło studyjne.
Po upływie kilku lat już sam nie wiem czy pozostały po artyście jeszcze jakieś utwory, bowiem cała sprawa niebezpiecznie ucichła, a ostatnimi czasy ukazują się już tylko "spodkobiercze" nagrania koncertowe. Po festiwalu w Montreux, nieco później wydano występ ku czci Jimiego Hendrixa, a teraz koncert z londyńskiego Bush Hall - z dokładnie 17 maja 2007 roku. Czyli z czasów trasy, na której muzyk promował przedostatni album "Close As You Get". Jak nietrudno się domyślić, w tym okresie maestro objeżdżał świat głównie z repertuarem bluesowym, choć bywało, że grywał również kompozycje z okresu pre-bluesowego, choć zazwyczaj i tak na bluesową nutę. Tak jak to miało miejsce podczas tego występu, na którym pojawiła się kapitalna wersja klasyka Thin Lizzy "Don't Believe A Word". Najpierw powolna, leniwa, wręcz senna, by w drugiej części dosłownie eksplodować. Gary Moore zresztą zawsze był naładowany niezwykłą energią, tak więc nawet grając ballady, ciął gitarą finezyjność, niczym ufoludy kręgi w zbożu.
Na kompakcie znajdziemy aż 7 kompozycji znanych z LP "Close As You Get", a to jest nieco ponad połowa nagrań na tym nośniku (m.in. kapitalne wersje dynamicznych: "Thirty Days", "Hard Times", czy wręcz barowych, powolnych bluesów "Trouble At Home", bądź "I Had A Dream").
Poza nowymi jak na tamten czas kawałkami, maestro nie zapomniał o klasykach w rodzaju: "Too Tired", "Walking By Myself" czy też o jednej z najpiękniejszych ballad wszech czasów, jaką jest "Still Got The Blues" (wszystkie te trzy kompozycje pochodzące notabene z genialnej !!! płyty "Still Got The Blues").
Ponadto, całość koloryzuje jeszcze wyśmienita 9-minutowa wersja "The Blues Is Alright" - utworu zdobiącego niegdyś następną po "Still Got The Blues" - płytę "After Hours". Może już nie tak całościowo powalającą, ale jednak wciąż bardzo dobrą.
Mnie do gustu przypadł jeszcze wirtuozerski popis mistrzunia w "Gary's Blues 1". Jak ze starych dobrych hard rockowych czasów, gdzie podobnie na koncertach wymiatali Jimmy Page, Michael Schenker, bądź koledzy G.Moore'a - Brian Robertson czy Scott Gorham.
"Bush Hall" to dość elegancki, lecz niewielkich rozmiarów klub, przez co na albumie nie słychać wielkiej wrzawy publiczności, ale też jak wiemy Gary Moore świetnie czuł się w takiej nieco przyciasnej atmosferze, w bliskim kontakcie z fanami.
Znakomity koncert. Ktoś powie, że znowu i że kolejny. Nie - nigdy za wiele.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP







czwartek, 16 października 2014

ADRENALINE RUSH - "Adrenaline Rush" - (2014) - / THE PRETTY RECKLESS - "Going To Hell" - (2014) -

-------------------------------------

ADRENALINE RUSH - "Adrenaline Rush" - (FRONTIERS) -
*** 

















THE PRETTY RECKLESS - "Going To Hell" - (COOKING VINYL) -
***1/2

















Ładne dziewczyny w rock'n'rollu? - jak najbardziej tak. Coś takiego, to nie żadne novum, wszystko dobrze znamy, jednak fajnie, że płeć piękna nie tylko musi się pchać do szeroko pojętej alternatywy lub przyodziewać metalowo-gotyckie szaty.
Niedawno pisałem o znakomitej płycie nowej grupy Moonland - dowodzonej przez Lennę Kuurmeę - wokalistkę estońskiej i niegdyś szalenie popularnej grupy Vanilla Ninja. Dziewczyna zdjęła z siebie puder i lakier, w to miejsce rozczochrała włosy, zarzucając je na dżinsowo przetarte odzienie. Muzyka również poszła tym śladem, co w konsekwencji dało jedną z najlepiej zaśpiewanych "babskich" płyt w r'n'rollowym trybie ostatnich dwunastu miesięcy.
W sumie, debiut grupy Moonland, można uznać za jeden z ciekawszych w pomału kończącym się 2014 roku.
Mniej więcej w tym samym czasie na scenę wdarła się debiutująca właśnie szwedzka grupa Adrenaline Rush - z sexy blondynką Tave Wanning - pełniącą rolę wokalistki i wraz z gitarzystą Ludvigiem Turnerem "współliderki" bandu.
Produkcji albumu podjął się dobrze nam znany Erik Martensson (muzyk W.E.T. oraz Eclipse). Pod jego wodzą powstała kolejna bardzo melodyjna płyta, która sentymentalnie przywołuje do głosu lata osiemdziesiąte. Tave Wanning i jej koledzy słychać, że nasłuchali się starych płyt Poison, Motley Crue, Ratt, Winger, itp. grup, ale i pozazdrościli także współczesnym ich epigonom z De La Cruz, Rebellious Spirit czy Crazy Lixx.
Płytę otwiera piekielnie melodyjny i autentycznie świetny numer "Black N'Blue". Proszę zwrócić uwagę jak w pewnej chwili gitarowa partia zbliża się do klasycznego już dziś "Sometimes I Feel Like Screaming" - Deep Purple.
Być może Tave Wanning nie ma gardła na miarę Lity Ford czy Ann Wilson, za to budzi szacunek jej pewna r'n'rollowa niechlujność, idąca w parze z męskim odpowiednikiem Vince'a Neila.
Nie znajdziemy w dalszej części tego longplaya już tak chwytliwej kompozycji, mimo to płyty słucha się bardzo przyjemnie.
Gra na dwie gitary, w żwawym tempie i z dobrymi melodiami (m.in. bardzo fajny singlowy "Change", "Want It All" czy "Girls Gone Wild") owocuje na całej tej płycie. Jest więc czego posłuchać, a i w "jednej piątej" na czym zawiesić oko.
Kolejną godną zapamiętania nazwą jest The Pretty Reckless. Ta amerykańska grupa niedawno wydała drugi album i pewnie byłaby jedną z tuzinów podobnie grających w dzisiejszym nieco zatłoczonym muzycznym świecie, gdyby nie postać kolejnej sexy blondyneczki - Taylor Momsen. Ale Taylor wcale nie ma zamiaru stać się słodką landrynką, o której szybko zapomnimy, a raczej stara się połączyć wdzięk młodej Debbie Harry z zadziornością Axla Rose'a.
Niestety za sprawą efektownego image'u Taylor, jej koledzy mogą jedynie pocieszyć się rolą niezłych akompaniatorów.
"Going To Hell" jest płytą niezwykle urozmaiconą, która zawiera choćby tak eksplodujące kawałki jak: "Going To Hell", "Sweet Things" czy "Why'd You Bring A Shotgun To The Party" - podszyte mocnymi i zabrudzonymi riffami, ale też dla kontrastu super przebojowe melodie, jak choćby ta z "Absolution" czy ze znakomitej "Heaven Knows" - z fajnie wyskandowanym chóralno-dziecięcym refrenem. A raczej "dzieciakowym" - to byłoby właściwsze określenie dla tej zgrai nieuków. Nie jest to być może klasyk na miarę "School's Out" Alice Coopera, ale słucha się go pierwszorzędnie.
Mamy tu także niezłe ballady. Polecam "House On A Hill" oraz finałową "Waiting For A Friend" - z taką a'la Dylanowską harmonijką i akompaniamentem gitary akustycznej.
Dwie płyty, które nie zrewolucjonizują muzyki, ale naprawdę warte są grzechu.



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP 







środa, 15 października 2014

urodzinowe zdobycze

Przez dłuższy czas wczorajszego koncertu stałem blisko firmowego stoiska Pendragon - z płytami, koszulkami, bluzami, czapkami, breloczkami, kubkami i całą masą innych gadżetów. Widziałem jak ludzie kupowali nie tylko najnowszy album , ale i garściami również starsze tytuły. Fajnie, nie daliśmy zatem plamy jako kraj uchodzący w dużym stopniu za "piracki". Choć podobno w ostatnich latach wyniki nieco się poprawiły, okazało się wszak, że w wielu bogatszych narodach, problem ten mocno się wyostrzył. Dobry rok temu gdzieś o tym czytałem. Już nie pamiętam gdzie, sporo czytam różnych rzeczy, poważnych jak i pierdół, i już mi się nieco miesza - co, gdzie, jak, ....
Pragnę pochwalić się urodzinowymi zdobyczami. Oczywiście tymi płytowymi. Czekolad, orzeszków czy skarpetek zaoszczędzę Państwu.
Otóż tak, od mojego syna Tomka, trafił mi się nowiuśki zafoliowany singielek winylowy Biffy Clyro - z dwoma kawałkami do ostatniego albumu. Powinien mnie on wreszcie zdopingować do zakupu całego albumu, którego do dzisiaj jakoś nie ustrzeliłem. Dodam tylko, że zawiera on piękną okładkę zmarłego niedawno Storma Thorgersona (tego m.in. od płyt Pink Floyd, ale i dziesiątek innych ...). Ostatniego tak a propos plastycznego dzieła tego artysty - aby nieco podnieść rangę wydarzenia.
Andrzej z Zielonej Wyspy podarował mi podwójnego winyla Blackmore's Night. Co ciekawe, akurat jedynego tytułu jakiego nie posiadałem w swoich zbiorach. Dla jasności dodam, że choć mam (chyba) wszystkie płyty Ryśka i jego księżniczki "Kendys", to na analogu jest to mój (tzn. ich) pierwszy album.
Całości dopełnia wczorajszy podwójny kolorowy podwójny LP Pendragon.
Są takie chwile, dla których ....



Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP 


wtorek, 14 października 2014

PENDRAGON, Poznań, Klub "Blue Note", 14.10.2014 - tak było

Serce rozdarte, z jednej strony - taki mecz, a z drugiej - taki koncert. Zwyciężyła jednak muzyka, o sytuacji na boisku informowały sms/y. Nie tylko mnie, kilku ludzi wokół także.
Tuż po wejściu do klubu zdjąłem kurtkę i przewiesiłem przez ramię, po czym od razu usłyszałem od pana z szatni: "pan da tę kurtkę, w środku będzie gorąco, jest dużo ludzi". Pomyślałem - bez przesady, byłem na koncercie podczas poprzedniej trasy i faktycznie było sporo, ale dało się żyć. Jakże się zdziwiłem, gdy po chwili spostrzegłem autentyczny ścisk, ledwo przechodząc środkiem schodów obok szpaleru sympatyków Pendragon. Na dole tłok, że szpilki bracie nie przemycisz.
Od razu doskoczyłem do stoiska z płytami i gadżetami. Ostatnio ostro oszczędzałem na nową płytę Pendragonów, ograniczyłem przez to zakup słodyczy i innych
PENDRAGON
przyjemności, i nic tylko odkładałem i odkładałem...  Jakoś tak nie śpię ostatnimi czasy na forsie - zła passa, ale na płytę uzbierałem. Na stoliczku firmowym Pendragonu sporo pokus, w tym jedna nie dająca spać - winyl (podwójny) "Not Of This World" - cena 130 złotych. Boże jakbym chciał, ale .... Nie ma szans, może kiedyś.... Żywiąc nadzieję, że nakład się zbyt szybko nie wyczerpie.
W pewnej chwili przyszli moi kumple (Psemko i Peter), zapytali na co się tak czaję? Zgodnie z prawdą wskazałem na cel. Koledzy coś do siebie na ucho, jeden z nich składa do kupy należność, płaci, w jego dłoniach ląduje "to coś". Chłopaki dodają: "to na wczorajsze urodziny" :-)  Chyba przez moment byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Głupio w tym momencie zaznaczyć, że gdy to wszystko się działo, na scenie grał i śpiewał Gary Chandler (lider Jadis). Szkoda, że bez własnego zespołu. Bo choć starał się jak mógł, to zabrakło jednak pełnej sekcji i jakiejś głębszej aranżacji. Ale i tak faceta lubię. Niestety rola "rozgrzewacza" z reguły bywa niewdzięczna.
Pendragon weszli na scenę około dziewiątej, a już trwał mecz, nasi prowadzili jeden zero, jednak ja jeszcze o tym nie wiedziałem, to dopiero obliczyłem sobie po powrocie do domu. Zresztą, w tamtej chwili nie było to istotne. Przynajmniej przez pewien czas.
Nick Barrett i kompania zagrali tak, że chyba wszystkim buty pospadały. Rockowo, lecz baśniowo, jak zawsze z pasją, z cudownymi melodiami, z jeszcze śliczniejszymi gitarowymi solówkami Barretta, z kunsztem, gracją, poetyckością i z czymś czego się nie da w żaden sposób uchwycić. Zaczarowali (chyba) wszystkich. Przy okazji, przedstawili nowego perkusistę, pozwalając mu na kilka minut popisówki, co pozwoliło mu tym samym zintegrować się z fanami zespołu.
Czy długo zagrali? Ano całkiem całkiem. Kilkanaście kompozycji + dwa bisy, przez co dopiero blisko wpół do dwunastej wyszliśmy paczką z Blue Note.
PENDRAGON
Zaczęli od "If I Were The Wind" - o przyjemna ironio - kawałkiem z płyty podarowanej mi chwilę wcześniej. A później to już się posypało... - kilka nowych utworów - jeden już od jakiegoś czasu mi znany, konkretnie. "Beautiful Soul" (taki sobie według mnie) oraz dwa inne - dosłownie gorące (i oba cudowne!). Tytułów jeszcze nie znam. Poza tym: "The King Of The Castle", "Paintbox", "Master Of Illusion", "It's Only Me", "Indigo", "Freak Show", "The Green And Pleasant Land", "Nostradamus (Stargazing)" i jeszcze kilka innych ..... Magia !
Od lat powtarzam z przekonaniem, że Pendragon są jedną z najpiękniejszych grup w dziedzinie rocka artystycznego. Przynajmniej w czasach obecnych. Ale w całej historii muzyki - chyba także.
W 1983 roku grupa Yes na albumie "90125", miała taką świetną, choć nieco mniej rozpowszechnioną kompozycję "Our Song", tam Jon Anderson śpiewał o tym, że muzyka jest dobrym lekarstwem, ponieważ muzyka jest magią.
Polska zremisowała ze Szkocją 2:2. Brawo Polacy - gratuluję walki i dobrego wyniku. Jednak dzisiaj górą byli Pendragon. Obłędny koncert !!!
GARY CHANDLER





Andrzej Masłowski


RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - także w internecie !!! - www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

(4 godziny na żywo!!!)

===============================

"BLOG NAWIEDZONEGO"
oraz
"BLOG TYLKO O PŁYTACH CD i LP