czwartek, 19 stycznia 2023

50 years in a heartbeat

O proszę, ale wczoraj miałem nosa. Oto, co przed mniej więcej godziną wskoczyło na oficjalnej FB'witrynie Pink Floyd:


 

up the moon!

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


środa, 18 stycznia 2023

taki dzień

Marzec 1973, premiera "Dark Side Of The Moon". Za chwilę 50-lecie albumu. Wciąż mam wobec niego niespłacony dług. Gdyby nie on, nigdy nie wszedłbym w meandry muzyki. I wiele na to wskazuje, że mój byt byłby równie nudny, co żywot księgowego lub szeregowego referenta.
Zanim jednak ukaże się kolejna, stosowna wersja jubileuszowa, posłuchajmy tak lubianej muzyki z którejkolwiek innej, także przecież w chwili wydania stosownej edycji. 
Nigdy nie zapomnę atmosfery przyciemnionego pokoju w mieszkaniu mojego starszego kolegi, na siódmym piętrze dawnego wieżowca przy ul. Niestachowskiej 54. Dziś już nie ma tego adresu, aczkolwiek blok pozostał. Nadal stoi, dokładnie w tym samym miejscu. Nigdzie się nie przeniósł. Powiem więcej, ostatnio go nawet całkiem szykownie odrestaurowano.
Wspomniany kolega szukał, szukał, aż wreszcie znalazł takiego, co na świeżo zachłysnął się muzyką, lecz do Pink Floyd mu jeszcze sporo brakowało. To ja. Lecz jednak ...
... u mnie w domu nie przelewało się, dlatego też długo długo nie mieliśmy kolorowego telewizora czy radioodbiornika stereo, a pierwszą, w dodatku solidnie używaną Syrenkę 104, Tata kupił dopiero po ukończeniu czterdziestki, kiedy ojcowie moich kolegów przed blokami lub garażami pucowali już o półkę wyżej technologicznie duże fiaty, aktualne z taśmy wartburgi, albo chlubę Bielska-Białej, nowiuśkie maluchy. Było mi z tego powodu trochę wstyd, bo nie tylko w motoryzacji, ale zdaje się we wszelakich pozostałych technikaliach nie doganiałem swych rówieśników. Dzisiaj wszystko to przekuwam w atut. Niedostatek uszlachetnia. Idąc zatem tropem tamtej egzystencji, w domu mieliśmy wysłużony gramofon Bambino, który Mama postawiła na sporych rozmiarów radioodbiorniku, przedzielając oba te grające meble 'gustowną', haftowaną serwetą, a obok tylko jedna półka płyt. Także intelektualna własność mojej Mamy, ponieważ Tata (magister inżynier technologii drewna) do muzyki ucha nie miał. I tak, mieniły się w pokoju mojej starszyzny czarne placki, m.in. Ireny Santor, Haliny Kunickiej, Zdzisławy Sośnickiej lub zapisów festiwali opolsko-sopockich, co także bajki o jasiu i małgosi, czerwonym kapturku, królu apsiku, i te pe, i te de. W okresie 1977 roku zrobiło się jednak bogaciej, albowiem już ja sam dokupiłem parę innych tematów, np. Jarema Stępowskiego, Karela Gotta plus całkiem sporo różnych singli czy pocztówek dźwiękowych, z w miarę aktualnymi przebojami - wcale niekoniecznie tylko wykonawców naszych lub z obozu krajów zaprzyjaźnionych.

Tomek - to imię wziętego tu w kleszcze kolegi - pewnego razu zaprosił, polecił wygodnie się rozsiąść, po czym nastawił tajemniczą płytę. Była krzywa, jak elipsa, w dodatku na rozbiegówce od razu kilka razy przeskoczyło, więc "Speak To Me" oraz pierwszą fazę "Breathe", bez czkawki poznałem dopiero za czas pewien, gdy nareszcie zdobyłem godny tego albumu egzemplarz. Ale to właśnie ten pierwszy raz wspominam najczulej i chciałbym go przeżyć raz jeszcze. Tak tak, właśnie z tymi szumami, trzaskami, przeskokami, z całą tą atmosferą bycia żółtodziobem, którego starszy kolega naciąga na zakup, w jego pojęciu: szrotu. Dla mnie okoliczności kompletnie inne - co za muzyka! - raz, drugi i trzeci pomyślałem. To żadni ludzie, to gra jakiś kosmos. Tak mnie raz i drugi poniosło, że wyczuwałem rozchodzące się w dźwiękach po owym pokoju duchy, ponadto waliły we mnie asteroidy, wybuchała Supernowa, a ja grzązłem w cudownym mroku czarnej dziury. Czas się zatrzymał, materia wyparowała, byłem naćpany bardziej, niż poznana parę lat później "China White" Scorpionsów. To był 'magic touch' - thank you very much.
Co do transakcji, pamiętam dokładnie, miało być dwieście złotych. Tylko dlatego tak nisko, ponieważ płyta ostro pojechana. Normalne egzemplarze biegały po Wawrzynku (to dopiero były giełdy, nie to, co te dzisiejsze piździbączki) od sześciuset wzwyż. Ale Andy nie miał nawet tych dwustu. Bo, choć jadałem do syta, zawsze bywałem na diecie finansowej. Zmroziło mnie więc, że biedus jestem, oj straszny biedus, a jeszcze szła obawa, że przepadnie 'taka okazja', bo Tomek za chwilę sprzeda płytę komuś innemu. Wizja zmarnowanego życia. Bardzo prawdopodobne, że tak właśnie pomyślałem. I stawiam dolary przeciwko orzechom, że pot spływał mi po plecach, serce waliło jak Bonzo w bębny, tak bardzo płytę chciałem mieć, a forsy nie stawało. Przeleciała chyba cała pierwsza strona, aż zniecierpliwiony Tomek wreszcie zapytał: 'to co, dwie stówy?' / 'kurcze, tyle nie mam' - odparłem skulony, zgaszony i onieśmielony / 'ile masz?' / 'sto siedemdziesiąt' - ledwie wydusiłem / -- 'dobra, dawaj, niech będzie'. -- Ufff!, przyklepane, zapłacone, mam, już moje, nikomu nie oddam. Wyobraźcie sobie, co się potem działo. I jak tu lekcje odrabiać. Co, nauczyć się czegoś na jutro? Chyba was wszystkich pogięło. Szkoła, w takiej chwili? Nie mam czasu. Nigdy tego czasu dla niej nie miałem. School's out!
W życiu spotykam różnych ludzi, bardziej lub jeszcze bardziej kopniętych na punkcie muzyki. Tak zwanych: normalnych inaczej. Znam nawet takich, którzy ukochanej płyty, czy to Floydów lub Beatlesów, potrafią mieć po sto egzemplarzy. Nieźle, prawda? No, ja tyle nie mam nawet wszystkich Pink Floydów, włącznie z solowymi Gilmourami, Watersami, bądź wobec nich tribute'ami. Ale w mym nieformalnym CV, tkwi naznaczony taki jeden niesamowity dzień.

a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

wtorek, 17 stycznia 2023

cross

Czapla? Pelikan? Nie, to flaming. Znak rozpoznawczy i jednocześnie logo Christophera Crossa. Ma się tak od pierwszej płyty, czyli od 1979 roku.
Niedzielne z Szanownym Państwem posłuchanie na moim FM trzech numerów z "Every Turn Of The World" (akurat ta okładka bez flaminga!), od ręki nawraca mnie do początków Pana Krzyśka. Człeka o przyjaznej, ciepłej barwie głosu, pomimo iż z niego żadne chucherko. Trochę podobnie, jak u nawet bardziej w barkach zamaszystego Aarona Neville'a. No, może nie do końca, fakt, Aaron śpiewa jak aniołek, lecz wygląda niczym szef kartelu narkotykowego na Bronxie. Z kolei, nasz na dzisiaj przywołany bohater, na pierwszy rzut oka w niczym nie różni się od prowincjonalnego wykładowcy matematyki.
A zatem, Christopher Cross i jego debiut LP, nazwa własna, czyli po prostu "Christopher Cross". Bez żadnych podchodów czy innych umizgów, od razu wkraczamy w okres słynności. To tutaj mamy "Ride Like The Wind", które parę lat później genialnie zinterpretowali Saxon. Szkoda, że ekipa Biffa nie gra tego na koncertach. Idealny pod skrzydła rocka kawałek, jak żaden inny z tej 'Cross'owej płyty. Przy czym, wszystkie pozostałe, też nie od macochy. Wspaniale słucha się tych lekko rockowych, a jednocześnie subtelnych piosenek, opatulonych, i może tu nawet niezręczne porównanie, serdecznym głosem. Do tego stricte ejtisowe aranże, z od razu rozpoznawalnym pianinem, imitującymi niekiedy smyczki syntezatorami, plus miękkim, eleganckim, nieco jazzującym basem oraz murzyńską konwencją - wszak Christopher Cross jest właścicielem na pół białego, pół czarnego głosu. Fascynującego, jedynego, niepowtarzalnego i bez szans, by z kimkolwiek go pokićkać.
Dziewięć piosenek - na CD jedna więcej - i od razu bita połowa to przeboje: wyróżnione już wcześniej "Ride Like The Wind", plus "Never Be The Same" (szczyt na Billboardzie), "Sailing" (to również w US widok z góry najwyższej) oraz nie wiedzieć czemu, nieusinglowione "Say You'll Be Mine". Fani Crossa szalenie lubią tę piosenkę, ale niestety decydenci Warner Bros. nie poznali się na niej. I tu muszę w całość wmieszać, iż "Christopher Cross" jest bardzo równe, więc praktycznie przebój, czy nie przebój, bez znaczenia. To tylko kwestia wyboru i promocji.
W dwa lata po tym albumie Mistrzunio nagrał obłędnie dobre - w zasadzie jego numero uno szlagier "Arthur's Theme (Best That You Can Do)" - numer skomponowany pod film "Artur", i tylko szkoda, że ten nie załapał się na żaden z jego pierwszych dwóch albumów. Oczywiście mamy go na stosownym soundtracku, co także określonym dla jego epoki singlu, a w latach późniejszych na przeróżnych kompilacjach, jednak najfajniej byłoby go wmieszać w album z ustanowionej dla jego daty epoki dziejów. Nie mogło tak jednak być, ponieważ debiut album pojawił się dwa lata wcześniej, zaś album numer dwa, dopiero w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim. Co prawda, dorzucono go do kompaktowej wersji "Another Page", lecz tam robi za bonus track, zaś na winylu go brak.

a.m.


poniedziałek, 16 stycznia 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 15 stycznia 2023 / Radio "98,6 FM Poznań"





"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 15 stycznia 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, zamknięcie bram 2.00)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

YARDBIRDS "Having A Rave Up With The Yardbirds" (1965) -- Witam w Nawiedzonym Studio, w jednej z ostoi rock'n'rolla. Przed Państwem niedzielne radiowe pasmo dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze - a inni niech się wysypiają. -- Na wczoraj mnóstwo Jeffa Becka. Tak różne z jego udziałem albumy, jak Artysty wyobraźnia, potężne umiejętności oraz wrażliwość. Tu mamy jeszcze jego początki, z bujną, na równo, pod bat przystrzyżoną fryzurką, w rytmach beat, blues i psychodelii. Uwielbiam Yardbirds, przepadam też za tą konkretną płytą. Łyso mi, że w eter wyszły z niej tylko dwa nagrania. Niestety, w kolejce też wiele innych wspaniałości, a każdy szansę dostać musi. Mocno się ograniczyłem, albowiem wklejone na samiuśkiej górze zdjęcie powinno opiewać w trzy razy tyle okładek.
- Heart Full Of Soul
- The Train Kept A-Rollin' - {Tiny Bradshaw cover}

JEFF BECK / JOHNNY DEPP "18" (2022) -- tej płyty trochę posłuchaliśmy, gdy była jeszcze gorąca, wczoraj więc tylko jej mikroskopijne przypomnienie.
- This Is A Song For Miss Hedy Lemarr
- Let It Be Me - {Gilbert Bécaud cover}

ZZ TOP "XXX" (1999) -- finisz "XXX" zawiera dwa live'y, w tym jeden z gościnnym udziałem Jeffa Becka. Wyszło z tego - bez niepokojenia ewentualnych akordeonu i mandoliny - solidne rock'teksańskie granie, na ostro, na szybko i pod zasłużony na końcu aplauz.
- Hey Mr. Millionaire (live) - {gościnnie Jeff Beck}

JON BON JOVI "Blaze Of Glory / Young Guns II" (1990) -- ostatni kapitalny, od deski do deski, bezbłędny Bon Jovi. Niezespołowy, a solo i do filmu, więc już jako Jon Bon Jovi. Ogrom zacnych gości, m.in. zmarły niedawno Little Richard, poza tym Kenny Aronoff, Elton John czy kryminalnie w Polsce nieosławiony Aldo Nova, a nawet gitarzysta Ratt, Robbin Crosby. W eter poszybowało "Justice In The Barrell", z przede wszystkim obłędnym gitarowym wstępem. Gra z berłem i koroną.
- Justice In The Barrel - {gościnnie Jeff Beck} -- bo sprawiedliwość należy do spluwy z załadowaną lufą.

JOE COCKER "Heart & Soul" (2004) -- dwie brzytwy wreszcie na jednej scenie - we włoskim klasyku, acz po angielsku, "I Who Have Nothing". W swoim czasie śpiewali to także Tom Jones czy Shirley Bassey, ale u nich nie było 'tej' gitary. -- "Heart & Soul" to jedna z mniej popularnych płyt Cockera, paradoksalnie z bardzo popularnego w jego życiorysie okresu.
- I Who Have Nothing - {Joe Sentieri cover} - {na gitarze Jeff Beck}

OZZY OSBOURNE "Patient Number 9" (2022) -- trochę nie doceniłem najnowszego Ozzy'ego i wciąż oszczędzam się w słowach, niemniej oba numery z Jeffem Beckiem kapitalne. W okresie premiery 'Pacjenta', z udziałem nieodżałowanego Jeffa, zaprezentował się u mnie wymarzony pod radio wolnias "A Thousand Shades", a wczoraj nareszcie tytułowy, już zdecydowanie dłuższy oraz hałaśliwszy albumowy otwieracz.
- Patient Number 9 - {feat. Jeff Beck}

MICK JAGGER "She's The Boss" (1985) -- uwielbiam ten pop'rockowy debiut, główno dowodzącego w sekcji 'lead vocal' RollingStonesa. Ze zmarłym w ubiegłym roku kolegą Leszkiem katowaliśmy tę płytę. Tańczyliśmy ją po stołach, tarzaliśmy po podłodze, jedliśmy z gara. Mick zaskakujący, niekiedy na pół taneczny, czasem na dobrze wyedukowany pop, ale nierzadko też na rock i rock/balladę. I gdzie się podziali ci wszyscy narzekacze, ci od oburzeń, że to skandal, zdrada, no bo, jak może taki rockman nagrać płytę pod amerykańskie radio, w dodatku z niekiedy osobistymi tekstami, w których wątki miłosnych uczuć, a nawet obawy przed samotnością. Luzik, moi Drodzy, "Ona jest szefem" to płyta nie dla zrzęd, a dla tych, którzy wiedzą...
- Running Out Of Luck - {na gitarze Jeff Beck}
- Hard Woman - {na gitarze Jeff Beck} - (... dałem jej śmiech, a ta chciała diamentów. Była niewierna, traktowała mnie okropnie, aż zostałem sam. Kochałem na próżno, na tysiące lat...)
- Just Another Night - {na gitarze Jeff Beck}

BACHMAN-TURNER OVERDRIVE "Four Wheel Drive" (1975) -- według mnie czwarty długograj BTO niemal tak dobry, jak o rok wcześniejszy i zarazem najsłynniejszy "Not Fragile". Mamy tu nawet pewne zbieżności; w "Hey You", u Randy'ego pojawiają się identyczne, zamierzone sylabizowania (w sensie; zająknięcia), jak w arcy hicie "You Ain't Seen Nothing Yet", z kolei "Flat Broke Love" inicjuje się identico motywem, co numer "Not Fragile". Umarł perkusista BTO, brat Randy'ego, lidera tej grupy, Robbie Bachman. Pisałem ostatnio. Polecam kilka kartek wstecz.
- She's A Devil
- Hey You
- Flat Broke Love

PRAYING MANTIS "Time Tells No Lies" (1981) -- muzykowanie spod okładki Rodneya Matthewsa. W nawiązaniu do poprzedniego tygodnia. Nie wszystko mi wtedy weszło, zresztą wczoraj też nie. A zatem, spodziewajcie się 'to be continued'. Debiut 'Modliszek' kapitalny, nawet jeśli po latach wydaje się kapkę za miękki. Mamy tu ekspansję nurtu NWOBHM, z cudowną grą na dwie gitary, przemiennymi wokalami oraz melodiami, które się od nas nie odczepią. I to jest metal, a nie te wszystkie syfy, w rodzaju System Of A Down, Jane's Addiction, Deftones czy Queens Of The Stone Age. Multum dzisiejszych młodziaków kompletnie nie kuma klasowego łojenia, ani tym bardziej wszystkich rajcownych UFO czy Uriah Heep, co też wczesnych Def Leppard, Praying Mantis, Demon bądź Tygers Of Pan Tang, ponieważ w wielu ostatnich latach zaśmiecono im mózgi tym szkaradami, spod dykty 'alternative metal', 'nu metal', itp. Czyli charczące, brudne i spod flanel granie, bez melodii, należytych temp, power refrenów, co gorsza: bez duszy i serca, a na dodatek jakieś pajace z drącymi ryjami, jak ten Perry Farrell - o moja ty alergio!
- Lovers To The Grave
- Panic In The Streets

TYGERS OF PAN TANG "Crazy Nights" (1981) -- znowu granie spod okładki Rodneya Matthewsa - tutaj w nawiązaniu do King Konga. Frajdą zapodać w eter takie heavy. Ot, przywilej niezależnego radiowca. No i te kapitalnie w stereo zrealizowane bębny, na których Brian Dick. Szczególnie zasmakujcie ich w "Never Satisfied" - nóżka sama chodzi. Z kolei "Love Don't Stay", niesie refren pod dawnych Saxon, że usiedzieć nie sposób. Oczywiście wczesne Tygrysy to jeszcze przez moment gitara Johna Sykesa, który po latach zrobił karierę w Thin Lizzy, a przede wszystkim u Coverdale'a w jego Whitesnake. Ci drudzy dali mu w zasadzie wieczystą rozpoznawalność.
- Love Don't Stay
- Never Satisfied

EDITH GROVE "Edith Grove" (1993) -- trochę dynamicznego i wyperfumowanego Ameryką gotyckiego rocka z ust Michaela Astona - niegdyś muzyka angielskich Gene Loves Jezebel. Zresztą, nigdy się ich z siebie nie wyzbył. Spójrzcie na czcionkę, jaką wypisano tytuły piosenek, a potem zajrzyjcie do starszych okładek, typu "Promise". -- Jedyny long Edith Grove kompletnie bez szans z wydanym w tym samym roku "Heavenly Bodies", konkurencyjnych już wtedy Gene Loves Jezebel, a dowodzonych przez brata Michaela, Jaya. Od razu widać, po której stronie stał większy talent, pomimo iż głosy obaj panowie mieli analogiczne - na pewno zadziałał wywar z tej samej lufy. Zawsze "Wheel" chciałem zagrać, bo raz, lubię, a dwa, po takim kroku warto postawić drugi, po czym rozwinąć dywan pretekstu ku Gene Loves Jezebel...
- Wheel

GENE LOVES JEZEBEL "Kiss Of Life" (1990) -- ... i oto Gene Loves Jezebel, z jedną z najfajniejszych w swym dorobku płyt. Chwila po ciepło przyjętej i o sukcesie komercyjnym "The House Of Dolls". Wszystko na trzy lata przed moją faworytką "Heavenly Bodies". Każdy z tych albumów różniły wytwórnie - jakie je wydały - a i produkcyjnie też nie z jednego łona. No i mój handlowy w rozpowszechnianie tej muzyki wkład, o którym w nocy kilka prawd. Mam nadzieję, że tego typu historyczne z mej strony wrzutki Szanownych Państwa nie męczą. Jestem typem sentymentalisty i niekiedy trudno mi wobec przytaczania pewnych wspomnień wyhamować.
- Kiss Of Life
- Why Can't I
- Syzygy
- Walk Away

THE HORRORS "Skying" (2011) -- pełen stylistycznych zwrotów rock, trochę przyssany do britpopu, lecz The Horrors wypracowali integralny styl, będący koktajlem psychodelii, indie, mroku, niekiedy prog rocka, a wszystko z fajnym archeo sosem, pomimo iż walka szła nie o zgredów, a młodziaków.
- Still Life

THE REPLACEMENTS "Pleased To Meet Me" (1987) -- zdaje się, w pośpiechu na antenie zapodałem tytuł, jako "Pleased To Meet You". Niezła wtopa, ale przecież niejedyna wczoraj. Biję się w pierś. To tkwiące we mnie bezwiedne skojarzenie z lubianą płytą grupy James, w której jest 'you'. Ale nic to, jaka to różnica, ty czy ja, grunt, żeby muzyka się zgadzała. -- Oto moi faworyzowani wobec swego całokształtu The Replacements, z twórczością teoretycznie spoza mego gustowego imperium. No bo, gdzie ja i punk. Ale ale... to nie taki na cukier postawiony łomot. Tym bardziej, że do udziału nierzadko wpraszają się saksofon, klawisze czy smyczki. Wychodzi więc na to, że to taki commercial punk z wieloma elementami obcymi oraz bardzo fajną okładką, na której tytuł zapisano czcionką z 'G.I. Blues' Elvisa Presleya.
- I Don't Know
- Nightclub Jitters
- The Ledge

MADNESS "Divine Madness" (1992) -- kompilacja. Madness nadają się na wszelkiego rodzaju składanki, ale nie myślcie sobie, że na konkretnych albumach nudzą. O nie, to bardzo rozrywkowy septet, któremu niegdyś nawet nasz Tonpress zlicencjonował genialne, a i będące na czasie "Complete Madness". Ile ta płyta się u mnie nawirowała, łohoho. Chyba jedyne warte ska w dziejach polskiej fonografii, o ile w ogóle inne mieliśmy. Pomimo upływu lat, nadal zazdroszczę polskiej dziennikarskiej śmietance, która w okresie owego "Complete Madness", załapała się na zamknięty koncert w warszawskiej Victorii. Podobno było szampańsko, i chyba dlatego nic o tym nie piszą. -- Nie myślcie sobie, że Andy to cienias jakiś, kupił sobie jedną czy drugą składankę Madness, po czym rżnie ważniaka. Mam w szafie nawet okazały sześciopak, z remasteringami pierwszych sześciu albumów, jednak do radia nie używam, ponieważ na potrzeby tego boxu pozmieniano pod jedną sztancę wszystkie okładki i teraz wyglądają jak koszula pod krawatem. A ja na elegancko nosić się nie lubię.
- One Step Beyond - {oryginalnie na albumie "One Step Beyond" /1979/}
- My Girl - {oryginalnie na albumie "One Step Beyond" /1979/}
- Night Boat To Cairo - {oryginalnie na albumie "One Step Beyond" /1979/}
- House Of Fun - {singiel /1982/}

CHRISTOPHER CROSS "Every Turn Of The World" (1985) -- na tym albumie chórków dostarczał nierozpoznawalny wówczas Richard Marx, ale przecież nie z tego powodu płyta w nocy zakręciła na mym radiowym talerzu. To nadspodziewanie inny od wszystkich Pana Krzyśka album. Bardziej AOR/melodicrockowy, ze stosowną produkcją Michaela Omartiana - przy okazji na całej tu linii klawiszowca. Ależ to było dla wielu rozczarowanie, bo oto raptem dużo mniej pełnych ciepła piosenek, w duchu "Never Be The Same", "All Right" czy "Sailing". I to też odbiło się na sprzedaży. Na listach przebojów Maestro zanotował zjazd, szczególnie dotkliwy w oczach amerykańskiej dwusetki Billboardu. Co prawda, Cross powrócił do dawnej aury już na kolejnym, wydanym trzy lata później, a czwartym w dorobku longplayu "Back On My Mind", jednak było za późno. Amerykanie nie zwrócili na płytę uwagi, jak i zresztą na każdą kolejną. Tak więc, listy przebojów i sprzedaż od tamtej pory nie bronią twórczości naszego bohatera, choć muzyka oraz samo śpiewanie, jak najbardziej! Proszę sprawdzić, choćby tylko ostatnie "Take Me As I Am". Cóż za znakomity album!
- Every Turn Of The World
- I Hear You Call
- Open Your Heart

RICHARD MARX "Rush Street" (1991) -- "Rush Street" to albumowy następca piekielnie dobrej, w moim przeświadczeniu absolutnie najlepszej płyty młodziutkiego wówczas Marxa - "Repeat Offender". Start jego indywidualnej kariery, drugie dzieło, i od razu z gatunku: fuckin' amazing! Fakt, tym razem nie ma drugich "Right Here Waiting", "Angelia" czy "Heart On The Line", ale też jest nieźle. Tym razem Marx ma już swoją upragnioną sławę, od paru lat nadając spoza działu: 'i inni...', bo i teraz to on zaprasza gości - i to jakich!: Billy Joel, Marcus Miller, Leland Sklar, Steve Lukather, Jeff Porcaro, nawet pałker Mötley Crüe, Tommy Lee. Oczywiście mamy tu killer hit "Hazard", jednak ja wolę parę innych numerów, w tym dwa wczorajsze.
- Keep Coming Back
- Take This Heart

ROGER TAYLOR "Fun On Earth" (2013) -- do poduszki jeszcze nutka gitary Jeffa Becka. Nie jestem fanem tej piosenki, albowiem jej refren jest równie naciągany, co u Queen "Save Me", lecz zanim po latach "Say It's Not True" weszło w portki Queen - okresu 'plus Paul Rodgers' - tu mamy tego fajniejszy zaczątek.
- Say It's Not True - {feat. Jeff Beck}

 

Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 15 stycznia 2023

nie żyje Marek Gaszyński

Za różne walory można było (i wciąż należy) lubić Marka Gaszyńskiego - napisał wiele powszechnie rozpoznawanych tekstów piosenek, był cenionym radiowcem, także estradowcem, posiadał też niesłychany dar opowiadania - po dzisiejszemu: nieźle Pan Marek nawijał. Mnie utkwił za dawną audycję w Polskim Radio "Muzyka Młodych", której bodaj przez rok, może dwa, słuchałem. Prezentował w niej nowości heavymetalowe. Tak tak, to nie pomyłka. Pomimo, iż najbardziej wszystkim jego osoba kojarzyć się będzie z polskim beatem, czy w ogóle muzyką lat 60', lubił też solidne przyłożenie. To u Pana Marka po raz pierwszy posłuchałem, gorących wówczas płyt: Warlock "Triumph And Agony" oraz Phenomena II "Dream Runner". A kiedy pisywałem recenzje płyt do ogólnopolskiego magazynu 'Audio Video', przez pewien czas sąsiadowałem z Nim na jednej rozkładówce. Zapewne przypadek, a jednak traktuję jako wyróżnienie. Niestety, nie kupowałem tych miesięczników, a gratisowych materiałów z mojej redakcji też mi nie podsyłano. Nie mam zatem żadnych fizycznych pamiątek, poza zachowanymi lub częściowo wyblakłymi wspomnieniami.
Pan redaktor oraz artysta w jednym, Marek Gaszyński, odszedł dzisiaj do wiecznej krainy. Zachowam o Nim jak najlepsze wspomnienie.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

box of frogs

Przyjrzyjmy się jeszcze trochę wielkości Jeffa Becka, bo oto przed nami skoligacona z Yardbirds, krótkotrwała formacja Box Of Frogs. Pudełko z żabami. Fajna nazwa. Muzyka też. Większość docenia pierwszy album, a ja wolę drugi. Przy czym, niemal połowę tego wcześniejszego wypełnia granie spod wiosła Jeffa Becka. Tutaj w roli gościa, bo i też przyznać należy, że stanowiący za trzon Box Of Frogs Yardbirdsi, czyli panowie Paul Samwell-Smith, Chris Dreja i Jim McCarty plus muzyk Medicine Head, John Fiddler, mieli nosa w ich doborze, zarówno na debiucie "Box Of Frogs" (1984), co i na wydanym dwa lata później "Strange Land". Na debiutanckim, obok Jeffa Becka, wpadli selektywnie pohałasować, m.in. Rory Gallagher czy Ray Majors, natomiast kolejny longplay dostarczył frajdy podziwiania talentów, równie utytułowanych Jimmy'ego Page'a, Steve'a Hacketta, Grahama Gouldmana oraz ponownie Rory'ego Gallaghera. No i jeszcze na tamten czas niespodzianka, odmłodzona, a zaśpiewana przez Rogera Chapmana wersja Yardbirds'owego "Heart Full of Soul". Wyszło świetnie.
Box Of Frogs byli współczesnymi jak na tamte lata The Yardbirds, tyle, że pod inną nazwą, acz nadal z atrakcyjnym, choć niekoniecznie modnym repertuarem. Licho wie, dlaczego ugrzęźli na mieliźnie i nie popłynęli w morze. Przecież spełniali wszelkie wobec komercyjnego sukcesu warunki. Uprawiali zdawałoby się przychodowego w wymogach księgowości rocka, z AOR'owymi przymierzami oraz lufcikiem sentymentu dla dawnych dokonań wszystkich na obu tych płytach zgromadzonych. A jednak coś poszło nie tak i o tej bardzo fajnej efemerydzie pamiętają już tylko stare lisy.
Rzemiosła plus miłości do gitary u Jeffa Becka poszukajmy w kompozycjach: "Back Where I Started", "Another Wasted Day", "Two Steps Ahead" oraz "Poor Boy", przy czym zapewniam, obu tych płyt pożąda się słuchać do syta. Może i daleko im do wybitności, niemniej wciąż warte grzechu są.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

sobota, 14 stycznia 2023

the winner takes it all

Drugi album Beverley Craven - "Love Scenes" - cudnie zaśpiewany i na całej linii podobnie namiętny, co wydany trzy lata wcześniej jej fonograficzny debiut, zatytułowany po prostu "Beverley Craven". A jednak, tym razem bez kolejnych "Promise Me" czy "Holding On". Nic to, nie przejmujmy się, w nagrodę zjawiskowy finał, czym przeróbka "The Winner Takes It All" Abby - z gitarowym solo Jeffa Becka. Beverley przeniosła tę piosenkę z ramion rozpadu uczuciowego związku na ciepły grunt miłości. A przecież to nadal ten sam dawny tekst.
Wybór talentu Jeffa Becka niedziwnym krokiem, skoro cały album wyprodukował ex-basista i okazjonalny wokalista Yardbirds, Paul Samwell-Smith. I dla tego fragmentu każde pieniądze. Nie ujmując Beverley nic z pozostałych piosenek, w tym np. "Love Is The Light", gdzie notabene Jeff Beck w podobnie ekscytujących ślizgach po gryfie.
Nie będzie tego jutro u mnie na radio, ale od czego ten blog, robiący za częsty do mojego FM załącznik. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"