Jako, że dziś niedziela, o 22-giej zapraszam na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
Do usłyszenia ...
A.M.
RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
Jako, że dziś niedziela, o 22-giej zapraszam na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
Do usłyszenia ...
A.M.
STAN BUSH
"Dare To Dream"
(CARGO RECORDS)
*****
Ten 67-letni Florydczyk to moje oczko w głowie, a i obiektywnym okiem prawdziwy buldożer wśród melodic-rock/AOR'owców. I jeśli tak się czuje, jak wygląda, długie życie przed nim.
Stan Bush nie jest artystą poszukującym, on już dawno się zdefiniował, teraz jedynie czyni swą powinność. Użytkuje więc zapisanym w genach talentem, by od kilku dekad tworzyć najlepsze pop/rockowe melodie, na które inni tylko wybijają żyły. Uprawiane od lat melodic-rockowe nuty chrupie niczym harcerz chrust, przy tym niegroźna mu żadna konkurencja - wszak konkurencji brak. Poza tym, mistrzunio w swoim śpiewniku skrywa przynajmniej kilka wieczystych i powszechnie lubianych hitów, jak "The Touch", "Never Surrender" bądź "Dare", a na międzynarodowej arenie nawet przyprawił statusu killera wszech miar mocarnemu "Fight To Survive" - oczku w głowie topowemu w latach osiemdziesiątych filmowi "Krwawy Sport". I tak sobie to wszystko jeszcze pan Stasiek sprytnie wymyślił, by jedynie nieliczni szczęśliwcy posiedli w płytowych kolekcjach ten olśniewający, choć naznaczony potem, krwią i walką numer. Nie znajdziemy go na żadnej z regularnych płyt opatrzonych identyfikatorem "Stana Busha", bo nawet wszelakie kompilacje omijają go zgodnym łukiem. Natomiast wydana w chuderlawym nakładzie oryginalna ścieżka dźwiękowa jest dzisiaj wartym krocie rarytasem.
Stan Bush jest systematycznym, odpowiedzialnym za swe muzyczne postępki facetem, dzięki czemu co trzy/cztery lata możemy polegać na jego kolejnej wysokooktanowej porcji liryków i nut. A te bez wyjątku prezentują przywiązanie do radia epoki ejtis, kiedy z podobnym zapałem czarowali konkurenci z Journey, Foreigner, Survivor czy REO Speedwagon.
A.M.
THE STRUTS
"Strange Days"
(INTERSCOPE)
****1/2
Kto wie, gdyby Luke Spiller nie zaśpiewał u Mike'a Oldfielda na albumie "Man On The Rocks", kariera jego The Struts być może rozwijałaby się ostrożniej. Chociaż, chociaż... przecież w tamtym czasie ta z Derby ekipa otwierała nawet stadionowe show Rolling Stonesów. Zatem już w okresie płytowego debiutu ("Everybody Wants") nie były z nich żadne żółtodzioby, ani materiał na typowych one hit wonder.
Najnowszy długograj, tych pełnych optymizmu angielskich glamrockowców, został sporządzony dokładnie podług tej samej receptury, co dwa wcześniejsze, a jedynie tylko jego powstawanie przebiegło w intensywnie dziarskich okolicznościach - ledwie dziesięciodniowa sesja. I właśnie tę kwestię wyjaśnia intro do ultraprzebojowego "I Hate How Much I Want You", gdzie nawet gościnnie zabawili Joe Elliott oraz Phil Collen. I podobnie, jak zaproszonych tu muzyków z Def Leppard, nie zabrakło w gościnie u The Struts jeszcze paru innych znakomitości. Bo już w otwierającym, a jednocześnie tytułowym "Strange Days", Spillerowi asystuje Robbie Williams. Utwór zmyłka, ponieważ na przewidzianej do dobrej zabawy r'n'rollowej płycie, na samym otwarciu staje ballada - prawdziwa iskierka pociechy wobec klimatu świata izolacji oraz zwątpienia. Szybko jednak okaże się, że cały ten album stoi ekscytującą podróżą dla ognistego, kolorowego i pełnego sex appealu szaleństwa. Wychodzi na to, iż całe "Strange Days" skrojono celem zapobiegania depresjom, jak i ucieczce spod noża ograniczeń oraz wszelakim klaustrofobiom. Natomiast kawałek "Strange Days" rzuca sugestię odsuwania smutków na bok - ... gdy się potkniesz wstań, nastaw swą ulubioną piosenkę i zaśpiewaj na głos. Po czym weź głęboki oddech, a zanim się zorientujesz, zaczniesz się uśmiechać...".
Luke (facet o urodzie młodego Freddiego Mercury'ego) wszedł do świata muzyki jako kilkulatek, a wszystkiemu winien album Michaela Jacksona "Off The Wall". Z czasem Luke'a dopadli jeszcze Queen czy Led Zeppelin, chwilę później do grona faworytów doszlusowali Def Leppard, a w dalszym toku nawet The Darkness. I tak też koktajl wszystkich tych fascynacji usłyszymy właśnie na tej płycie. Zatem do dalszej zabawy naprzód marsz. Bo i w dalszym toku objawi się też kąśliwie zapodany cover Kiss "Do You Love Me" - zaśpiewany przez wokalnego przywódcę The Struts z ekspresją Rogera Daltreya, zaś towarzysząca sekcja niemal wzorcowo dopięła przymiarkę brzmienia pod glamowych Slade. I podobnego entuzjazmu nie zabraknie w nieco brudniejszym "Wild Child", gdzie metalowe riffy zainstalował Tom Morello - facet od Rage Against The Machine, ale jednocześnie ktoś, kto na niwie rocka potrafił zrozumieć i aranżacyjnie dopiąć niektóre piosenki Bruce'a Springsteena.
A.M.
Jeden ze Słuchaczy (poprosił o anonimowość) zapytał: "panie Andrzeju, czy za tyle lat aktywności w mediach przyznano panu jakieś wyróżnienie?". - Ależ oczywiście, na dwudziestą rocznicę Nawiedzonego Studia kilku radiowych kolegów przygotowało stylowy tort. Zapozował on nawet do zdjęcia. Jak tylko znajdę, przy okazji dorzucę. Jeszcze dodam, tamtego dnia było mi przeogromnie miło.
Zapewne tortów byłoby więcej, gdybym tylko nie był takim wybrykiem natury, a raczej człowiekiem opanowanym, ważącym słowa i opowiadającym o heavy metalu z podobną guzdralską gracją, co wyedukowana pod radiowy fach warszawska śmietanka. Wylewanie przy mikrofonie uczuć nie przystoi naturze radiowca. Trzeba się powściągać, podobnie jak oddech, czkanie i sapanie. Dawno też zauważyłem, iż najlepszymi radiowymi paplami bywają ci, którzy w temacie AC/DC bądź Iron Maiden używają nobliwego języka, w stylu Dostojewskiego, a na śniadaniowe herbatki przy mikrofonie biorą pretendentów do mistrzów mowy polskiej. Aha, i żeby nie było, to ostatnie szczególnie pochwalam. Przy okazji gratulacje dla ubiegłorocznego triumfatora, bardzo przeze mnie cenionego Tomasza Raczka.
Właśnie tworzę kolejne Nawiedzone. Zeszyt od zapisków pęka w szwach. Tej niedzieli powinno być inaczej - co nie oznacza lepiej. Ale sprawa się szykuje, nabiera szlifów, kolorów. I jeśli licho mnie nie weźmie, jak zawsze dotrę na czas.
Kilka osób wyraziło zaniepokojenie, jak to możliwe, że w moim Top 21 za 2020 rok zabrakło Bruce'a Springsteena "Letter To You". Nie da się ukryć. Zabrakło nie tylko jego, bo i jeszcze wielu innych niezłych płyt. Pewnym przekorem losu, z jednej strony fatalny miniony rok, przewrotnie okazał się bardzo owocnym fonograficznie, tak też przy podsumowaniach trzeba było zrezygnować nie tylko z Bossa. Nigdy na syto zastawionym przyjęciu nie pomieścimy wszystkiego na jednym talerzu.
Sypnęło śniegiem. Ale nie ma tego złego... Smutek jednych, radością Zuleczki. Mój ogonowy merdaczek daje w śniegu płetwonurki, a jeszcze obwąchuje bałwany, których na moim osiedlu zatrzęsienie. Cała dzieciarnia oszalała - ludzie, zwierzaki. Miło popatrzeć. Nawet na naszym z Mundi późnowieczornym spacerze mamuśki i tatuśkowie ciągnęli jeszcze sanie ze swymi pociechami, bo przecież nigdy nie wiadomo, na ile tego białego szaleństwa starczy. W takich chwilach zapominam o mojej alergii na zimę. Skoro nareszcie pojawiło się coś, co daje ludziom radość.
A.M.
"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 10 na 11 stycznia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl
realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski
DEF LEPPARD "Hysteria" (1987) - to już 30 lat odkąd nie ma z nami Steve'a Clarka - gitarzysty pierwszych czterech albumów Def Leppard, ale i pozostawiającego w spadku połowę kompozycji na wydanej po jego śmierci "Adrenalize". Alkohol i leki przedwcześnie zabrały nam tę lubianą postać, dlatego nasza w tym broszka, by pozostała pamięć. Słuchanie jego gitarowych przeplatanek było jedną z największych przyjemności, jakich w muzycznym życiu doświadczyłem. Kto do tej pory jeszcze się nie załapał, tym szybciej w kałamarze. "Hysteria" odniosło gigantyczny sukces. W samych USA zgarnęło Status Diamentu plus dodatkową podwójną Platynę, a przecież reszta globu również dała radę. Jest tutaj słońce Kalifornii, pomimo iż całość zrealizowano na Starym Lądzie.
- Don't Shoot Shotgun
Andrzej Masłowski
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
Nieśmiało przypominam, dzisiaj niedziela. A skoro niedziela, o 22-giej zagoszczę na 98,6 FM Poznań oraz na afera.com.pl
Zapraszam, polecam się Państwa pamięci, do usłyszenia ...
A.M.
KENNY WAYNE SHEPHERD BAND
"Straight To You Live"
(PROVOGUE)
***1/2
Rock'bluesowy Kenny Wayne Shepherd w koncertowym żywiole. Jakże cennym szczególnie w obecnych realiach. "Straight To You Live" to niedawny występ Amerykanina oraz jego septetu (grają na dwie gitary, bas, perkusję, klawisze, trąbkę i saksofon) z Leverkusen Jazzstage, który zarejestrowano 25 listopada 2019 r. wobec wiekowego niemieckiego programu telewizyjnego Rockpalast - tradycyjnie transmitowanego przez stację Westdeutscher Rundfunk.
Do wyboru dwie wersje, CD wraz z DVD lub blu-rayem. Całości można więc nie tylko posłuchać, ale również zarzucić okiem. To cenna informacja szczególnie dla tych, którzy koniecznie muszą wszystko zobaczyć. A tu na scenie niewiele się dzieje. Zespół raczej stateczny, publiczność chyba jeszcze bardziej, jedynie samo granie czuć, że aż furczy, wyciskając z ekipy siódme poty. Oto kolejny przykład, że muzykę rzadko da się oglądać (chyba, że na żywo). Jest jednak względem dorzuconego tu materiału wizyjnego jeden plus - cover Neila Younga "Mr. Soul". Zabrakło go na uszczuplonym kompakcie, którego total time to i tak niemal 80 minut.
Shepherd to już nie osiemnastolatek, który płytą "Ledbetter Heights" w 1995 r. oczarowywał bluesowy świat, niczym dekadę wstecz jego idol Stevie Ray Vaughan, któremu los dał na to jednak sporo mniej czasu, ale podobnie jak on, pozostaje tej muzyce wierny. Pławi się więc w takim graniu, przy okazji będąc po trochu schedą po Ray Vaughanie, ale niekiedy nawet selektywnie świeżej daty mini Jimi Hendrixem. I jestem przekonany, że nawet za codzienne w luksusach picie szampana, za nic nie opuściłby tej muzyki, podobnie jak smyczkowa orkiestra Titanica.
Kenny ma ten feeling i drive, a jego gitarowe spiralo-przeplatanki mogłyby nie mieć końca. Plecie więc nieustannie wielbione wianki, a niekiedy też śpiewa, choć w tej materii palmę pierwszeństwa dźwiga Noah Hunt, który z kolei raczej incydentalniej chwyta za gitarowe wiosło - będąc wszak wyznaczonym drugim do gitarowej pary.
A.M.