poniedziałek, 19 listopada 2018

agenci zero- oraz zero zero siedem

Poszedłem spać przed piątą rano. Po powrocie z radia nastawiłem telewizję, by się nieco zrelaksować, tym samym odstawiając muzykę po czterogodzinnym maratonie. Natrafiłem jednak na początek "Casino Royale". I choć film nadawała stacja będąca propagandową tubą partii rządzącej, dołożyłem się jednak do słupków ich oglądalności, bo w końcu ten abonament też za coś płacę. Na piękne oczy nic nie ma. A Daniel Craig ma piękne jaskrawe niebieskie oczy, co nawet dostrzegam jako, było nie było, heteroseksual. Jednocześnie Craiga uważam za najlepszego Bonda, zaraz po Rogerze Moorze. Z kolei, odcinek "Casino Royale", w mojej opinii jest najlepszym Bondem z wszystkich ostatnich. Uwielbiam, gdy zero zero siedem wraca świeżutki po wcześniejszym jego śmiertelnym zatruciu do pokerowego stołu, i oznajmia zaskoczonemu Le Chiffre'owi: "poprzednie rozdanie było zabójcze". To są właśnie te bondowskie smaczki. Ciekawe, jak by je przełożył na język Piastów i Jagiellonów nieodżałowany Nosferatu.
Polskim odpowiednikiem agenta zero zero siedem był porucznik Sławomir Borewicz - vide zero siedem zgłoś się. Co za przypadek, a my właśnie wczoraj posłuchaliśmy muzyki Włodzimierza Korcza, z owego polskiego Bonda, a konkretnie z płyty zawierającej serialowe motywy za lata 1976-87. Choć na płycie dominują lata 1976-1981. Szkoda tylko, że kompakt zawiera jedynie muzykę - skądinąd świetnego - Włodzimierza Korcza, albowiem pragnąłbym na CD pozyskać kapitalny temat grupy SBB, a który to możemy podziwiać w scenie z nocnego klubu, w odcinku "Dziwny wypadek". Pamiętacie Kochani docenta Jacka Weredę, zagranego przez Jana Machulskiego? Mogę go oglądać w kółko macieju. Co prawda ów poszukiwany temat można posiąść za sprawą nieprodukowanego już wielopłytowego boxu SBB, lecz pomimo mej sympatii do muzyki Skrzeka i jego kompanów, nie mam potrzeby posiadania wszystkiego, więc dla jednego utworu nie wydam kilku setek, tym bardziej, że interesujące mnie inne zespołowe płyty posiadam już od dawna.
Zaskoczył mnie potężnie jeden z naszych Słuchaczy, który wczoraj w trakcie emitowania płyty z naszym agentem 07 oznajmił, iż nigdy nie obejrzał nawet jednego odcinka. A mowa o człowieku tylko o dekadę wiekiem mi ustępującego, więc jak to możliwe? Potrafię sobie wyobrazić jego, jak też jakiegoś mu równolatka, któremu nie było dane zgłębić serialu "Ballada o Januszku" (też świetnego!) , albo "Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy", ale jak mogło się komuś udać przetrwać w naszej dawnej socjalistycznej przeszłości bez seriali, typu wspomniany "07 zgłoś się", bądź ewentualnie: "Daleko od szosy", "Dom", "Janosik", "Podróż za jeden uśmiech" i wielu innych okresu 60/70's. Oczywiście zakładam, że szanowany przeze mnie Słuchacz pozostałe filmy przynajmniej liznął, wszak są one elementem naszej tożsamości, a co za tym idzie: narodowego, a niegdyś nawet wręcz ludowego patriotyzmu. Oczywiście nie ma i nigdy nie było żadnego musu, niech więc każdy czyta, ogląda i słucha czego chce, nic mi do tego, a jednak zdziwko mnie chapnęło, iż z niewielkim okładem czterdziestolatek nie załapał się dotąd na przynajmniej jeden czy drugi (w całości) odcinek przygód poruczników Borewicza, Zubka, a w późniejszej fazie fujarowatego gnoma Jaszczuka.
Nikt mnie nie musi oświecać, że serial z naszym agentem zero siedem był propagandowy, i to czasem aż przesadnie do bólu. Takie to jednak były czasy, taka nasza tamtejsza rzeczywistość i nie ma się jej co wypierać, nawet jeśli ja sam także zawsze komuchów nie cierpiałem podobnie, jak bananów, piwa i tych dzisiejszych prostaków z Nowogrodzkiej.
Nie, przecież ja nie mam żadnych pretensji, ni żalu, a jedynie wyrażam potężne zdziwienie faktycznym stanem rzeczy, o którym to na luzie poinformował mnie wczoraj jeden z najbardziej cenionych Słuchaczy. Ale co ty Masłowski się dziwisz, że ten sam człowiek również nigdy nie sięgnął po trylogię "Ojca Chrzestnego"? Nawet, jeśli ów fakt wydaje się równie niewiarygodny, co moja wizyta na wyrzuconym z Układu Słonecznego Plutonie. No tak, ale ja także do dzisiaj przecież nie obejrzałem obowiązkowego niegdyś "Dirty Dancing", gdyż najprawdopodobniej usnąłbym po pierwszej wzniesionej tam tanecznej akrobacji. Natomiast jedynkę "Władcy Pierścieni" oraz histerycznie wielbionego "Harry'ego Pottera" powyłączałem w stosownym czasie już po pierwszych kwadransach. Podobnie jak wszystkie filmy ze Steve'em Martinem, Samuelem L. Jacksonem, Jackiem Chanem czy Nicolasem Cagem, których talentów jakoś nigdy nie trawiłem. Identycznie jak seriale netflixowe, które mój syn Tomek łyka bez popitki, a we mnie wzbudzają jedynie wędkarski entuzjazm. I tak mógłbym temat kina, tego z cyklu na "nie", jak i tego na "tak", jeszcze nieco pociągnąć, tylko po co? Nie zainteresują przecież filmowe fascynacje miłośnika porucznika Columbo kogoś, komu w sercu najbardziej tkwią losy bohaterów "M jak miłość" bądź "Barw szczęścia". Tak, jak też nigdy nikomu z rąk nie wyszarpnę żadnych Gwiezdnych wojen, Startreków czy Gry o tron.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18 listopada 2018 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 18 listopada 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski






kompletny płytowy dorobek Lebowskich

LEBOWSKI - "Cinematic" - (2010) - echa sobotniego koncertu
- Cinematic

LEBOWSKI - "Lebowski Plays Lebowski" - (2017) - pokoncertowych ech ciąg dalszy.
- Once In A Blue Moon

BONFIRE - "Legends" - (2018) - rewelacyjne są te przeróbki. Trudno się od nich oderwać, więc słucham i słucham...
- Burning Heart - {Survivor cover}
- Eyes Of A Stranger - {Queensrÿche cover}
- Tears In The Rain - {Robin Beck cover}
- The First Time - {Robin Beck cover}

SURVIVOR - "Ultimate Survivor" - (2004) - kompilacja - do głosu musiał też dojść oryginał, dzięki czemu niewinnie wytworzył się lubiany, choć niesystematyczny kącik "Konfrontacje".
- Burning Heart - {oryginalnie na OST "Rocky IV", 1985}

WETTON / DOWNES - "Icon" - (2005) - w nawiązaniu do ub.tygodniowego hołdu dla zmarłego wiolonczelisty E.L.O. Hugh McDowella. Muzyk ten współpracował okazjonalnie z reaktywowaną w XXI wieku Wetton'owską Asią, po czym zasilił szeregi tandemu Wetton/Downes...
- Let Me Go

WETTON / DOWNES - "Icon II" - (2006) - ... jak wyżej
- Reflections (Of My Life)

NORDIC UNION - "Second Coming" - (2018) - uwielbiam głos Ronniego Atkinsa, i choć ten głównie należy do bractwa Pretty Maids, to trzeba przyznać, że w świeżym projekcie Nordic Union także sprawdza się znakomicie. Drugi album na podobnym poziomie, co wydany przed dwoma laty debiut.
- My Fear And My Faith
- Because Of Us
Nawiedzonego się realizuje

TEN - "Illuminati" - (2018) - jak dobrze, że Gary Hughes ze swoimi Ten powrócił w objęcia Frontiers Records. Raz, że nowa (udana) płyta dostępna jest na polskim rynku, a dwa, już niebawem do sprzedaży dzięki Włochom trafi kompaktowy box z kompletem zremasterowanych płyt.
- Be As You Are Forever
- Shield Wall

QUEENSRŸCHE - "Promised Land" - (1994) - kapitalna finałowa ballada na tej nieszczęsnej płycie ekipy Geoffa Tate'a. Bo choć jest tu jeszcze świetny utwór tytułowy, to cała pozostałość notuje ostrą jazdę w dół. Od tej płyty grupa robi się coraz słabsza, by nie rzec, że momentami wręcz fatalna. Albumy pokroju: "Hear In The Now Frontier", Q2K" czy taki "Tribe", nie tyle, że chluby nie przynoszą, co wręcz sięgają artystycznego dnia. Inną sprawą, ze tak jak w "Someone Else?", Tate już nigdy później nie zaśpiewał.
- Someone Else?

STEVE PERRY - "Traces" - (2018) - znowu ballada. I to jaka! Zupełnie początkowo byłem na nią głuchy. Dopiero ostatnio mnie urzekła. Dzięki niej zacząłem ponownie buszować po nowej płycie ex-Journey'owca, i chciałbym w tym oto miejscu wycofać wszystkie oszczerstwa, które dotąd zarzuciłem pod jej adresem.
- We Fly

PAUL WELLER - "True Meanings" - (2018) - pierwszej klasy jest nowy Weller. Ten ex-pankol na każdej płycie potrafił zapodać po jednej czarującej balladzie, ale żeby zaraz całą płytę. A tu proszę, cała plejada wysublimowanych, ciepłych, lirycznych i osobistych piosenek, doprawionych nieostrą gitarą, pianinem, niekiedy Hammondem, smyczkami czy dęciakami. Na płycie odnajdziemy jednocześnie poświatę księżyca, ale też świt kolejnego dnia i jego zmierzch.
- May Love Travel With You
- Bowie
- Wishing Well

MARK KNOPFLER - "Down The Road Wherever" - (2018) - o nadchodzącej premierze tego albumu wiedziałem od dawna, jednak nie wyczekiwałem go przebierając nogami. Nie lubię się sztucznie nakręcać, a później bywać rozczarowanym. Lubię niespodzianki. Nawet jeśli w grę wchodzą artyści przewidywalni, jak Knopfler. Dzięki takiemu podejściu nastawiam sobie jego nową płytę, pochłaniając nuty i słowa, które Maestro stawia jak nikt inny na tym globie. Gdyby ex-Dire Straits'owiec zaczął pisać piosenki o sąsiadującym z nim zakładem pralniczym lub jakimś lumpeksie, to i tak byłyby to opowieści wciągające, zagrane i zaśpiewane tylko z jemu dobrze znaną swobodą, lekkością oraz swoistą elegancją.
- Nobody's Child
- When You Leave
- Good On You Son
- My Bacon Roll

=================================
=================================

umdygidudaj....
kącik: "Szanujmy wspomnienia, czyli cudze chwalicie, swego nie znacie" 




WŁODZIMIERZ KORCZ - "07 Zgłoś Się" - Original TV Series Soundtrack - (2015) - kapitalna muzyka z przeze mnie lubianego, choć socjalistycznie przecież propagandowego serialu.
- Czołówka - {1976}
- Granica - {1978}
- Miłemu Sąsiadowi - {fortepian WŁODZIMIERZ KORCZ} - {1978}
- Adria - {wokaliza ALICJA MAJEWSKA} - {1978}
- Makówiec - {1978}
- 24 Godziny Śledztwa - {1976}
- Ballada 07 (wokaliza) - {wokaliza GRZEGORZ MARKOWSKI} - {1976}
- Przed Nocą i Mgłą - {śpiew ALICJA MAJEWSKA / saksofon ZBIGNIEW JAREMKO} - {1981}
- Żaglówka / Rozczarowanie - {1981}
- Ballada 07 (saksofon) - {saksofon HENRYK MIŚKIEWICZ} - {1976}

=================================
=================================

STEVEN WILSON - "Home Invasion" - In Concert Of The Royal Albert Hall - (2018) - niegdyś na koncerty Pana Stefka zaglądałem tak często, jak kobieta do fryzjera, jednak ostatnio coś się nie składa, więc nadrabiam z cede i diwidi.
- Arriving Somewhere But Not Here
- Permanating
- Lazarus

TOM PETTY AND THE HEARTBREAKERS - "Southern Accents" - (1985) - tytułowa ballada klejnotem w dorobku tego przedwcześnie zmarłego amerykańskiego Południowca.
- Southern Accents

PROCOL HARUM - "Novum" - (2017) - na otarcie łez. Po raz kolejny nie dotarłem na ich koncert, który odbywał się w Łodzi podczas wczorajszego Nawiedzonego.
- Soldier

JOE COCKER - "One Night Of Sin" - (1989) - obłędna ballada, której w winylowej wersji albumu zabrakło. Viva kompakty!
- Unforgiven

RICHARD BARONE - "Primal Dream" - (1990) - ładniejszej piosenki do poduszki nie miałem, choć i tak większość z Szanownych Nawiedzonych wpadło w objęcia Morfeusza już dużo wcześniej.
- I'll Be Your Mirror






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"




niedziela, 18 listopada 2018

LEBOWSKI - 17 listopada 2018 r. , "Aula Artis", Poznań

W 1998 roku powstał w koprodukcji amerykańsko-brytyjskiej film "Big Lebowski", w którym jedną z dwóch głównych ról zagrał Jeff Bridges. I proszę tylko zarzucić uwagę na zespół, o którym cała poniższa opowieść, a także przyjrzeć się występującemu w nim gitarzyście Marcinowi Grzegorczykowi, by już nie zadawać żadnych pytań o fascynacje oraz inspiracje.
Szczecińska grupa Lebowski istnieje od kilkunastu lat, tworząc swą sztukę bez pośpiechu, a i okazjonalnie wystawiając ją na koncertowych deskach. O tak, bardzo okazjonalnie, choć wczoraj właśnie ich muzyka dotarła do Poznania, i to nie po raz pierwszy. A wszystko dzięki prawdziwemu zapaleńcowi ich talentu, Piotrowi Grauschowi oraz jego żonie Renacie. Ach, bo możecie Szanowni Państwo nie wiedzieć o kim mowa, przecież Piotra większość z Was kojarzy za sprawą dość długiego przydomku: "nie tylko maszyny są naszą pasją". Adekwatnego zresztą względem na co dzień wykonywanej profesji, jaką prowadzenie sporych rozmiarów firmy "Grausch & Grausch". Piotrek ciągnie ją od lat do spółki z bratem, zatrudniając jednocześnie dobrych kilka tuzinów ludzi. A może nawet tuzin tuzinów? Nie zdziwiłbym się, szczególnie sądząc po wczorajszej frekwencji w Auli Artis, do której oprócz tradycyjnych nabywców biletów, większość z nas trafiła na specjalne zaproszenia. Jedno z nich przypadło również mojej (nie zawsze) skromnej osobie.
To był koncert zespołu wykonującego szeroko zakrojonego artystycznego rocka, głównie instrumentalnego, choć okazjonalnie nafaszerowanego wklejkami/cytatami z polskich filmów, z oryginalnymi głosami legendarnych aktorów. Zespołu zafascynowanego kinem, który też jakby tworzy pod nieistniejące, wyimaginowane filmy. Przydarzył się jednak wczoraj także pewien wokalny, nietrzymający się sztywno filmowych reguł smaczek - a zaśpiewany przez basistę - w postaci Dylanowskiego "All Along The Watchtower", którego na sfotografowanej setliście nie dostrzegam (dzięki WoyTec). Z racji niewiele późniejszej rockowej interpretacji tej kompozycji przez Jimiego Hendrixa, on sam także mógłby uzurpować do niego prawa, o co zapewne Bob Dylan żalu by nie miał.
Ponieważ grupa liczy na koncie ledwie jeden studyjny album, jeden koncertowy, plus dwa single, wielkiego repertuarowego pola manewru nie było, a jednak udało się stworzyć długi koncert, z antraktem pomiędzy zaplanowanymi dwoma częściami. Czas ten przeznaczono na wernisaż prac artysty fotografika, czasem wręcz zdjęciowego plastyka, Wiktora Franko.
Postanowiłem o tym wszystkim napisać, ponieważ nikt za mnie tego nie zrobi. Nie sądzę, by ludzie biznesu - a takich wczoraj naddatek - mieli na to czas i ochotę. Mimo wszystko sztuki Wiktora Franko także wyjaśniać nie zamierzam, albowiem już przed laty sparzył się na tym porucznik Columbo, który zażyczył sobie czegoś podobnego w jednej z galerii. I rykoszetem prosto w twarz usłyszał: my sztuki nie wyjaśniamy. Ale mogę Szanownym Państwu napisać o grupie Lebowski. Choćby tyle, że ta zabrzmiała pokaźnie, a jej muzykalności przydano tylu różnych kolorowych świateł, ile wypadało, by wszystko na scenie wzięło się w przyjazną symbiozę. Poza tym, usłyszeliśmy fragmenty z ich skromnego fonograficznego dorobku, jak też kompozycji z albumu właśnie nadchodzącego. Podobno ten powinien trafić do handlu za circa dwa/trzy tygodnie. Trzymam za obietnic słowa.
Podobało się mnie, Korfantemu także, o czym może zaświadczyć fakt, że na co dzień nierzucający się na słodycze Korfanty wyszarpnął z mej dłoni jednego z zaoferowanych mu Jogusiów. Najlepszych pod słońcem owocowych cukierków, jakie spowiły ludzkie dłonie w lubelskiej wytwórni Pszczółka.
Zanim jednak doszło do koncertu, gaworzyliśmy sobie w gronie znajomych na tematy tylko nam wiadome, gdy w pewnej chwili na moich oczach wyrósł powolutku podążający do celu Prezydent mojego miasta, Pan Jacek Jaśkowiak. Nie wahając się przez chwilę postanowiłem ukłonić się człowiekowi, którego niezwykle szanuję. A więc bez namysłu twarz pochyliłem ku ziemi, niczym artystyczna gimnastyczka, za czym w parze doszło: dobry wieczór panie prezydencie! Pan Prezydent podszedł,
uścisnął mą dłoń, jednocześnie tego samego dokonał względem mych kompanów, po czym wdał się z nami w krótką kurtuazyjną pogawędkę. Myślałem, że pęknę z dumy. Oprócz Pana Prezydenta spotkałem także sporo innych znajomych twarzy. Ludzi niekiedy tylko skądś kojarzonych, ale też dobrych lub jeszcze mi bliższych znajomych. Nie obyło się jednak i tym razem bez kolejnych, a modnych ostatnio uników, i to w momencie, kiedy już miałem ochotę podejść i jako pierwszy wyciągnąć dłoń na powitanie. Ale potrafiło też zadziałać w drugą stronę. Bowiem bywa też, że podchodzi do ciebie dawny bardzo dobry kolega, niegdyś nawet pretendujący do miana przyjaciela, a teraz nie znaczy dla ciebie nic, bądź w najlepszym razie bardzo niewiele. Lecz rozmawiacie i staracie się przykryć przed otoczeniem narosłe przez lata animozje.

Serdeczne podziękowania dla Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją", dla jego Szanownej Małżonki rzecz jasna również, jak też dla wczorajszych Artystów. To był bardzo miły wieczór. Dla mnie przede wszystkim ze świetną muzyką Lebowskich, których najnowszej płyty u mnie na fm posłuchamy, gdy tylko zdobędę oczekiwany kompakt dysk.


P.S. Wczorajszego wieczoru stawiła się inna publiczność, niż wizerunkowo ta, do której me codzienne rockowe oko przyzwyczajone. Poza bodaj jedną koszulką, z logo "Lebowski", dziewięćdziesiąt procent ludu stanowiły zapachy drogich wód toaletowych - rodem z Douglasa, aniżeli przychylniejszej zasobności mojego portfela sieci Rossmann. Do tego trendy skrojone marynareczki oraz stosowne dla dam żakieciki, eleganckie suknie, ponadto apaszki, szaliczki i wyglancowane po szpik siedmiomilówki. Ludzie z kasą i klasą, których to przypadłości próżno szukać we mnie, a także właścicieli stosownych do odzienia audic czy beemek. Na wspólną wódę nawet nie ośmieliłbym się podmaślać.







Andrzej Masłowski


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"





ci czterej dżentelmeni w jedności po lewej, to Lebowscy








czwartek, 15 listopada 2018

coraz wirtualniej

Ostatnio w telewizji pokazano realistycznie wyglądającego wirtualnego chińskiego prezentera wiadomości. Jeszcze nie tak doskonałego, ale wystarczy tylko wzmocnić czujność głosu, wyglądu, zachowania, a prawdziwy człowiek stanie się zbędny. Kto wie, za czas jakiś takimi nic niekosztującymi wakatami obstawi się już nie tylko telewizję, ale i radio, tramwajowych lektorów, a także tych w pociągach, w sklepach, punktach usługowych, urzędach i wielu wielu innych instytucjach. To już dzisiaj możliwe, więc jakież zdziwienie mnie dopadło, gdy automat komunikatora przystankowego w poznańskim MPK jednak w niedawnym czasie zamieniono z wirtualnego na realnego człowieka. Oczywiście nadal irytującego, jednak ten obecny przynajmniej z pożytkiem dla ogółu wykarmia własną rodzinę.
Za czas jakiś automat sprzeda nam chleb, bilet na pociąg, do kina, a taksówkarzy będziemy wspominać niczym przedwojenne dorożki. Świat robotów wydaje się bliższy, niż nakazuje wyobraźnia. Inna sprawa, że gdy robię zakupy w nieuprzejmych Żabkach, już odnoszę wrażenie samoobsługi.
Zmieńmy temat. Agnieszka Radwańska obiecała zakończyć karierę. Kto nam teraz będzie odpadać po pierwszej, góra drugiej rundzie wszelakich turniejów? Odkąd Kubica nie wyjeżdża na tory, również zmniejszyła się kolizyjność, a od czasu zarycia o glebę naszych futbolistów w rankingu FIFA, powróciła normalność i dziejowa sprawiedliwość. Niestety zima za pasem, za chwilę powrócą narciarscy skoczkowie, więc w obiektywach TVP rozmnożą się biało-czerwone cylindry oraz równie patriotyczne szaliki, na których to wytkanej deklaracji przynajmniej weganie zbudowali własną: bób, humus, włoszczyzna. Inna sprawa, że najszczęśliwszymi ci, którzy z dala od sportu. Szczególnie tego przeznaczonego na masowy sukces i doklejoną mu obrzędowość.
Canal+ szybko reaguje. Dopiero wiosną w kinach zabawiał obraz Pasikowskiego (zamiast Vegi) "Pitbull. Ostatni pies", a tu proszę, po pół roku już w ti-wi. Film - czego się spodziewałem - żywy, mięsożerny, ogólnie rzecz ujmując: spożywczy. Mniej mroczny, niż dawny serial, bardziej rozrywkowy, choć za wiele do śmiechu chyba jednak nie ma.
Spluwy, toporki i noże, należą do głównych rekwizytów, o ile nie wykonano ich wcześniej z więziennego chleba. Aktorsko bez zastrzeżeń. Marcin Dorociński wiarygodny i przekonujący, podobnie jak Krzysztof Stroiński. Dobrze, że Bronka z legendarnego "Daleko od szosy" odrzuciła ówczesnego Leszka, bowiem teraz wyrósł na typka, który raczej nie dokarmia gołębi. Muszę przyznać, że kamera także polubiła Dodę, która na taką zimną sukę - czytaj: dziewczynę gangstera - nadaje się o wiele bardziej, niż pijak na degustację alkoholu. Pani Dorota Rabczewska, co prawda stwierdziła niegdyś, że nie jest dobrą aktorką, a do tamtej roli sama znalazłaby lepszą odtwórczynię, ja jednak właśnie tak wyobrażam sobie wszelakie pannice, tkwiące u boku bossów Pruszkowa czy Wołomina. Pani Dorota zagrała tak wiarygodnie, że teraz tylko przychodzi wypatrywać dla niej roli w czymś kostiumowo historycznym, z gatunku: wasza dostojna kurewskość.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"






środa, 14 listopada 2018

w sobotę LEBOWSKI w poznańskiej Auli Artis

Już w najbliższą sobotę 17 listopada, o godzinie 19-tej, w poznańskiej Auli Artis wystąpi szczecińska formacja Lebowski. Ich muzykę kilkukrotnie prezentowałem w swoich audycjach, lecz gdyby do tej pory komuś nie udało się złapać z nią jeszcze kontaktu, najlepiej będzie przeżyć ją właśnie teraz na żywo.
Ta istniejąca od kilkunastu lat grupa uprawia szeroko pojętego artystycznego rocka, z wieloma odniesieniami do realnej, bądź wyimaginowanej muzyki filmowej, co stanowi za szczególne oczko jej twórców.
Miałem okazję uczestniczyć w koncercie Lebowskiego, jednak było to przed siedmioma laty, jestem więc przekonany, iż na pewno wiele się od tamtego czasu zmieniło.
Grupa niestety niewiele nagrywa (jeden album studyjny, jeden koncertowy i dwa single - tyle mam, tyle znam i chyba więcej nie ma), tak więc na tej podstawie trudno przewidzieć, na jakim etapie rozwoju obecnie tkwi.
W sobotę oczekiwać będzie na nas ekskluzywna sala koncertowa, dobre nagłośnienie, no i przede wszystkim interesująca muzyka. Teraz tylko należy dać się jej porwać.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"


 

wtorek, 13 listopada 2018

po "SETCE"

Nie poszedłem świętować 100-lecia Niepodległości. Raz, że masowych spędów nie lubię, a dwa: do świętowania przydałby się pozytywny nastrój, którego u większości rodaków coś nie dostrzegam.
Podejrzałem więc telewizyjny przekaz z głównych obchodów w Warszawie, i po raz kolejny się nie pomyliłem. Nie było radości, uśmiechów czy łez wzruszenia. A już inna sprawa, że nikt nawet nie wpadł na pomysł, by w tak historycznym dniu zorganizować jakiś spektakularny i dający się zapamiętać koncert. Z jakąś prawdziwą światową gwiazdą. W zamian zaś przeszły dwa pochody. Jeden wspomagający obecną władzą, drugi zlepiony z łajna nacjonalistyczno-faszystowskich środowisk. Całość z gatunku: ustawka rządu oraz kiboli, rasistów oraz antysemitów. I tylko nieliczne media ośmieliły się to pokazać. Nawet taki do niedawna jeszcze przyzwoity Polsat News - teraz pod informacyjnym przywództwem prawicowej Pani Gawryluk - od pewnego czasu stał się propagandową tubą PiSu. Ostatnio coraz nachalniej promując pewnego wyłysiałego kretyna w okularach, który do telewidzów przemawia jak jakiś niezrównoważony emocjonalnie didżej, a gdy nie otrzymuje od zaproszonego gościa oczekiwanej odpowiedzi, potrafi wrzasnąć z wdziękiem patologicznego rodzica. Taki typowy pseudopatriotyczny kretyn, któremu podstawiono sitko, obiecując wolną amerykankę w traktowaniu dyskutantów.
Ale powróćmy do 11 listopada. Byliśmy świadkami defilady pisowskich dygnitarzy, którzy w swoje szeregi wpuścili klakierów dobrej zmiany, a którzy w pewnym momencie jeden marsz podzielili na dwa, by wszelkiej maści zamaskowani polscy i włoscy faszyści mogli obrażać Donalda Tuska bądź Hannę Gronkiewicz-Waltz. Tylko głuchy nie usłyszał: "sierpem i młotem czerwoną hołotę", albo "Polska dla Polaków, Europa dla Europejczyków". Po oczach również raziły chusty lub naszywki: "biała siła". A ten kretyn z Polsatu powiedział, że był osobiście i niczego nie widział. Podobnie zresztą jak odpowiednio podporządkowani mu w studio goście - szczególnie od tego pisowskiego dupowłaza Kukiza - dla których było pięknie i biało-czerwono. To nic, że spalono flagę unijną, a pełniący prezydencki urząd pan Duda, nie dostrzegł Donalda Tuska, by go jak na kulturalnego człowieka przystało powitać. 
W zamian za oczekiwane jubileuszowe radość i uśmiech, Kaczyński po zrealizowaniu pomnika dla swego brata, już zaczął myśleć o "należnym" mu muzeum. I tak oto Lech Kaczyński, z niemającej zasług typowej prezydenckiej miernoty, staje się narodowym bohaterem. Na szczęście poznańskie władze wciąż nieugięte, dzięki czemu, choćby jak głosi ostatnie info, taka ul. 23 Lutego pozostanie w swej nazwie niezmienna.
250 tysięcy uczestników obchodów rocznicy Niepodległości doliczono się w Stolicy. Liczbę tę podawano z takim triumfalizmem, jak gdyby dzięki niej otworzyły się wrota niebios. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy, to niegdyś w Rio było na koncercie Iron Maiden. Z tym, że tam jeszcze trzeba było kupić bilety. Na takim wydarzeniu, jak Setna Rocznica Niepodległości, powinien być minimum milion, albo i dwa. Miasto powinno pękać w szwach, a radosnym imprezom w obrębie miasta, jak i poza nim, nie powinno zabraknąć na trzy dni z rzędu atrakcji i kolorowych baloników. Tak więc, z obchodów wspólnoty nic nie wyszło, bowiem wielu przyzwoitych ludzi zostało w swych domach, nie chcąc być obrażanymi przez gumofilce z ostrogami.
Miało być wspólne świętowanie, a wyszedł z tego jeden wielki pierd.
Dlatego w minioną niedzielę nie udawałem na antenie rozentuzjazmowanego idioty.
Dziękuję za uwagę.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"







FINALLY GEORGE - "Life Is A Killer" - (2018) -









FINALLY GEORGE
"Life Is A Killer"
(N.N.K. RECORDS)

***1/2






Pod pseudonimem "Finally George" (w rzeczywistości Georg Hahn) ukrywa się wrażliwy twórca, którego ambicje sięgają tworzenia art/pop/prog-rockowych piosenek. Ten w istocie działający głównie na studyjnym gruncie hamburski Artysta postanowił nagrać płytę w oparciu o swoje fascynacje twórczością Genesis, Marillion, Supertramp, jak i wszystkich muzycznych etapów Stevena Wilsona. Od siebie jednak dołożyłbym jeszcze nazwy Pink Floyd oraz jego rodzimych RPWL, które depczą po piętach każdej dostawionej tu nucie.
Album "Life Is A Killer" przepełniony jest bólem oraz zachmurzonym niebem, zupełnie jak różne odcienie szarości wyszarpnięte z albumowej obwoluty. Co prawda, może razić nagromadzona tu zewsząd egzaltacja patosu, lecz kto powiedział, że to płyta dla każdego. O kolorowych kwiatkach i radosnym słoneczku traktuje niemal każda nowość z topowej dwusetki Billboardu, dobrze więc mieć pod ręką odpowiednio nastrojową muzykę tylko dla siebie, a jednocześnie na perspektywę listopadowo-grudniowej pluchy.
Na pewno żadna z zawartych tu piosenek nie wedrze się nawet do dolnych rejonów obecnych list przebojów. Całość jest przepełniona zbyt wyrafinowanymi melodiami - często nad wyraz pięknymi - by te mogły porwać tłumy. I choć album jawi się dziełem nastrojowym, to obok a'la marillion'owsko-floydowskich gitar, nie zabraknie też akordów heavy. W płynną z nimi harmonię wdają się także szeroko zakrojone instrumenty klawiszowe (z m.in. pianinem i Hammondami), plus flet czy smyczki.
Finally George lubi podniosłość, nie tylko w gitarach, ale także w piosenkowych refrenach, ponadto wykazuje aptekarską dbałość o aranżacje, dzięki czemu piosenkom nie brakuje potrzebnej przestrzeni. I choć płyta stanowi za niemonolityczny zbiór poszczególnych piosenek, najlepiej sprawdza się jako całość.
Obok udanych "Walk With Me", "She" czy "Ghost", wyróżni się jednak okazały finał, w postaci 7-minutowego "Life Is A Killer". Lubię takie stopniowanie napięcia, tę dramaturgię, do tego jakiś nieopisywalny smutek, przy którym można podumać nad przemijaniem i sensem wszystkiego, co wokół.
Tylko nielicznym twórcom, jak grupom Pink Floyd, The Alan Parsons Project czy Barclay James Harvest, podobna sztuka bywała nieobca, dlatego słowa uznania dla tego enigmatycznego u nas kompozytora za podobną wrażliwość.
Rzućmy jeszcze okiem na listę płac. Obok nic mi niemówiących nazwisk, pojawiają się też dwaj dobrzy znajomi: Todd Sucherman - obecny perkusista Styx, a także ex-gitarzysta troszkę zapomnianych Lake, Erlend Krauser. Brawa dla Georga za ich pozyskanie, dzięki nim zarysowuje się szansa na poszerzenie grona odbiorców.
W dzisiejszej Europie bez granic sądzę, że łatwo będzie dotrzeć do tego kompaktu, choć w Empikach jednak bym nie szukał.


P.S. Ukłony dla nieocenionego Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją".




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"
 
  ==================================
 
 Grupa na Facebooku:
"Nawiedzone Studio - Słuchacze"