poniedziałek, 25 stycznia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 24 na 25 stycznia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 24 na 25 stycznia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 


Przez cztery godziny chałturzyłem na podtrzymywanym szpikulcami gardle, ale jakoś poszło. Powinni za takie wyczyny dawać premie. Wysiłek nieziemski. Strzępiłem krtań z każdym kolejnym komentarzem, by po pierwszej w nocy przypominać dogorywający silnik trabanta. I dobrze, że o tej godzinie słuchają już tylko nieliczni. Trzyma mnie jakieś diabelstwo od tygodnia, i jeśli do kolejnej niedzieli nie odpuści, następne Nawiedzone pójdzie z kartki bądź ust podnajętego lektora. Ale trudno przecież wyobrazić sobie prowadzenie r'n'rollowego programu z popijaniem spróchniałej herbatki, zamiast pięknie zmrożonej Pepsi. 

Z zaledwie szesnastu albumów tym razem Nawiedzone. Na moją korzyść niech przemówią utwory dłuższe, jak choćby trance'rockowy numer Porcupine Tree - jedna z czterech wersji "Voyage 34", jaką moja faworyzowana część "II". Była okazja przypomnieć jedno z najwcześniejszych dokonań Stevena Wilsona i jego funfli, tym bardziej, że w najbliższy piątek nastąpi premiera jego solowego "The Future Bites". Będzie to jednak kompletnie inna muzyka. Straszą, że nieakceptowalna. Mnie na szczęście takie wyzłośliwienia kiepskich fanów tylko budują. W czasach rozpanoszonego bezguścia wzmagają mój apetyt i stoją gwarancją, że z zaułka wyskoczy jednak coś interesującego.
Wczoraj Steven Wilson u mnie w podwójnej roli, bo i jeszcze o wcześniejszej porze, wraz z Ninet Tayeb, oboje wykonali poruszające "Pariah". Ostatnie z niego słowa zadedykowałem zmarłemu przed kilkoma dniami Krzysztofowi Łuszczewskiemu ("... nie martw się, o nic się nie martw, ponieważ tak naprawdę nic nie umiera, nic się nie kończy"). Mojemu dobremu znajomemu/koledze, któremu także zagrałem fragmenty z płyt, jakie lubił, i jakie też trzymał w swojej prywatnej kolekcji - 21 Guns "Salute" oraz "Blue Murder "Nothin' But Trouble".
Zabolało mnie przedwczesne odejście Krzysztofa, zabolało też, że już nigdy się nie spotkamy, nie pogadamy, nie pośmiejemy. Ekstra facet, wśród aktualnych radiowców należący do grona tych najbardziej wyjątkowych. Jeszcze do niedawna kibicowałem mu w podnoszeniu poprzeczki sukcesów zawodowych, a teraz przychodzi mówić w czasie przeszłym. Okrutny świat, a jeszcze paskudniejszy kowid, który rozwinął skrzydła i napieprza niechcące się przyhamować światowe tournee.
Mam nadzieję, że Szanownym Państwu spodobali się Mastedon Johna Elefantego. Nie mylić z ekipą o podobnie brzmiącej nazwie Mastodon - tamtych nie cierpię. Elefante właśnie podpisał umowę z Escape Music na nagranie nowej płyty. To taki na razie jednopłytowy rycerzyk, ale ponoć kontrakt z opcją przedłużenia, jeśli wszystko dobrze się potoczy. Trzymam kciuki za byłego Kansas'owca.
Wywiązałem się z obietnicy i zagrałem Rush. I to takich, gdzie wnikliwiej mogliśmy pobuszować po perkusyjnym talencie zmarłego przed rokiem Neila Pearta. Ale każdej rocznicy odejścia naszych ulubieńców nie będziemy celebrować. Nie da się. Do takich smaczków potrzebowałbym Nawiedzonego Studia Bis.
Nie powinienem tego wszystkiego pisać. Wpływam tylko na rozleniwianie Słuchaczy. Być może od teraz niektórym z nich wystarczy tylko takie poniedziałkowe podsumowanie i zupełnie odstawią radiowe odbiorniki. Chociaż... Gdy po drugiej w nocy gnam taksówką do wyrka myślę sobie: kolejna audycja do pustej sali. Wszyscy chrapią, dookoła ciemno, a kolejny taksówkarz znowu rżnie z radiowej puszki ze złotymi przebojami.
Polacy źle pracują, wstają za wcześnie, kiedy jeszcze ciemno, kiedy noc ma się w najlepsze, a potem wszystko ich wkurza. Niedziwne, bo faktycznie przy takim trybie życie spieprzone. Wielu z nich nie zaznaje smaku najcudowniejszej fazy dnia, jaką w tym właśnie wcześniejszym stadium jest noc, a przymusowo resetują, zanim kolejny raz wydrze się na nich budzik. Dlatego żałuję, że nie pracujemy jak Włosi i nie siestujemy. Wówczas moje radiowe nocne markowanie na pewno miałoby sens.
W oczekiwaniu na najnowszą płytę Michael Schenker Group "Immortal" (premiera w najbliższy piątek), zaprezentowałem niemal połowę odległego w czasie, a jednocześnie cud, miód, malina i orzeszki "Perfect Timing". Płyty, którą nie tylko kocham muzycznie, ale też spajają mnie z nią wspomnienia. Chwile, jakie nigdy nie powrócą, a dla których dużo warto było. I to jest coś nie do przecenienia. Coś, co wymyka się spoza kryteriów chłodnego wartościowania muzyki, do jakiego dobierają się okryte lodem pseudomuzyczne gryzipióry. Ludzie słuchający muzyki z kalkulatorem i pomiarowym liniałem nut, zamiast sercem.
Były też zaległości. Pograli winylowi Peter Gabriel oraz White Door, zaprezentował się ponadto z kompaktu Mike Tramp. Wszystkie te płyty gotowe do emisji były już wiosną, kiedy jednak mieliśmy radio zakneblowane, a przyroda kusiła do ziemskich wędrówek. Po odlockdownowaniu Afery trochę o nich zapomniałem, dlatego dopiero wczoraj, z poślizgiem, ale chyba oszczędzicie mej głowy.
Myślę, że dostarczyłem dobre Nawiedzone Studio. Dobre, w sensie poprawne. Nic więcej i bez zadzierania nosa. Nie było wzlotów, ale też chyba nigdzie się nie przyskrzyniłem. Och, ten jeden raz, kiedy język ugrzązł w trybach trudnego do wymówienia "mediterranean". Czy nie byłoby jednak prościej po naszemu: "śródziemnomorski"? Ciekawe, jak tego polski odpowiednik przeszedłby przez usta Steve'a Hacketta. Powinien ex-Genesis'owiec pomyśleć, zanim spłata coś podobnego obywatelowi kraju, w którym to Europy zakątku, w mowie i piśmie raczej się szeleści i świszczy. Jako radiowiec zobowiązany jestem do poprawnej wymowy, a tego typu niebezpieczeństwa czyhają na każdym kroku. Bo oto proszę bez zacinki płynnym krokiem wypowiedzieć godność wokalisty grupy Wobbler - Andreas Wettergreen Strømman Prestmo. Jego pełne dane do dokumentu tożsamości ciągną się niczym pas graniczny Chile, a na polskich druczkach pocztowych nie pozwoliłyby na dopisanie całego adresu.
A propos jeszcze Steve'a Hacketta - "Under A Mediterranean Sky" jest naszą pierwszą płytą 2021 roku. Na dobry jego początek i oby na rozruch zdrowej rzeczywistosci. Album, któremu bliżej do klasycyzujących mistrzów gitary, w duchu Niccolo Paganiniego, Narciso Yepesa czy zmarłego niedawno Juliana Breama, niż do świata rocka. Nawet tego najbardziej wygładzonego. Ale też Hackett to wrażliwy i wszechstronny muzycznie jegomość. I tylko pomyśleć, jak niewiele brakowało, by nie zabrał się za muzykę, która jest wyrazem jego podróży (w towarzystwie wybranki serca Jo) po przeróżnych zakątkach akwenu śródziemnomorskiego. Gdyby nie przerwana z powodu kowidu trasa i powrót do domu, gdzie chwilowo zabrakło elektrycznych gitar, to kto wie... Niebawem o tym albumie więcej, ale to już w osobno dla niego przeznaczonym tekście.
Wyczekuję naszego kolejnego spotkania i skromnie napawam rozbudzoną nadzieję, że Szanowni Nawiedzeni również nadciągającej niedzieli nie mogą doczekać. I zanim dorzucę "do usłyszenia", zerknijcie jeszcze tylko proszę na wczorajszą setlistę ...

 

 


THE STRUTS "Strange Days" (2020)
- Do You Love Me - {Kiss cover}
- Cool



PAUL STANLEY "Live To Win" (2006)
- Wake Up Screaming



MASTEDON "It's A Jungle Out There!" (1989)
- Glory Bound
- Love That Will Survive
- Innocent Girl



21 GUNS "Salute" (1992)
- These Eyes
- Just A Wish



BLUE MURDER "Nothin' But Trouble" (1993)
- Runaway
- Save My Love



STEVEN WILSON "To The Bone" (2017)
- Pariah



RUSH "Exit... Stage Left" (1981)
- YYZ



McAULEY SCHENKER GROUP "Perfect Timing" (1987)
- Here Today - Gone Tomorrow
- Follow The Night
- Love Is Not A Game
- Time



STEVE HACKETT "Under A Mediterranean Sky" (2021)
- Mdina (The Walled City)
- Casa Del Fauno
- The Dervish And The Djin



GENESIS "Wind And Wuthering" (1976)
- Your Own Special Way



PORCUPINE TREE "Voyage 34 - The Complete Trip" (2000)
- II



PETER GABRIEL "Rated PG" (z okazji Record Store Day 2019 / reedycja 2020)
- This Is Party Man
- The Book Of Love



WHITE DOOR "The Great Awakening" (2020)
- The Great Awakening



WOBBLER "Dwellers Of The Deep" (2020)
- Five Rooms



MIKE TRAMP "Second Time Around" (2020)
- Back To You
- When She Cries



LANA LANE "El Dorado Hotel" (2012)
- Moon God

 

Do usłyszenia ...

 

 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


niedziela, 24 stycznia 2021

do usłyszenia o 22-giej.

Polecam Szanownych Państwa uwadze dzisiejsze Nawiedzone Studio. Dużo wspaniałej muzyki, w tym pierwsza tegoroczna nowość.
Start o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl.
Do usłyszenia ...

A.M.

THE WAR ON DRUGS "Live Drugs" (2020)






THE WAR ON DRUGS
"Live Drugs"
(SUPER HIGH QUALITY RECORDS)

****





Pierwszy w karierze live album Filadelfijczyków to w aktualnej rzeczywistości kolejna szalupa dla spragnionych koncertów dusz, a zarazem faktyczny obraz możliwości tej coraz popularniejszej w ostatnim czasie hipnotyczno-rockowej, pianistyczno-gitarowej formacji - książkowo uprawiającej indie/folk rocka.
Koncerty The War On Drugs zapewne bywają dłuższe, niż dostarczony 75-minutowy materiał na poniższe CD, jednak zadaniem "Live Drugs" nie był dokument pełnometrażowy, a próbka możliwości. Album jest miksem z różnych występów, pomimo iż nie znajdziemy tu w tym temacie stosownych informacji. Takie nietrzymanie się jednego show i celowa bookletowa dezinformacja dają pole do popisu przy tworzeniu tego typu wydawnictw. Można tu wszystko i wszystko ujdzie na sucho, bo przecież cały czas mowa jedynie o czymś na modłę reportażu, nie konkretnie wyróżnionego występu. Daje się więc zatuszować wady, tym samym dokleić jakiś najlepszy moment, który mógł udać się na przykład tylko podczas jednego występu. A więc, bez konsekwencji możemy wyciąć gorsze intro, tam dokleić najlepsze outro, pozamieniać partie gitar lub doczepić sekcję z innego utworu. Wszystko, by było perfekt. I nieuniknione, że "Live Drugs" również poddano podobnym zabiegom, bowiem takie można snuć przypuszczenia, skoro zatuszowano konkretne miejsca i daty występów. Ale nieważne, "Live Drugs" i tak cieszy. Bo raz, jest pierwszym live albumem Amerykanów w ich kilkunastoletniej historii, a dwa, na obecnej podtrzymywanej śpiączką mapie koncertowej satysfakcjonuje każde z występów wobec publiczności wspomnienie.

Podoba mi się muśnięty skrzydłem anielskiego talentu Adam Granduciel. Śpiewa pewnie, odważnie, nawet w stosunku do produkcji studyjnych jakby mniej delikatnie, choć wciąż uduchowienie, przy tym zachowując najważniejszy atut - chrypkę, jednocześnie wyduszając z siebie całą energię, bez krzty powściągliwości. No i niekiedy jeszcze cudownie rozmarzenie country'uje na harmonijce. Reszta jego kompanii czyni jedynie to, co do nich należy. Nie wybiegając poza pewien szablon, z wyczuciem prowadzą akompaniującą sekcję równym, niekiedy na półsennym transowym tempem, jakże nieobcym wszystkim szczególnie rozmiłowanym w dwóch ostatnich albumach Dragsów - "A Deeper Understanting" oraz "Lost In The Dream". I to właśnie na ich podstawie niemal w całości sporządzono repertuar tego żywca. Wyjątkiem cover Warrena Zevona "Accidentally Like A Martyr" oraz "Buenos Aires Beach" - temat z debiutanckiego albumu "Wagonwheel Blues". Tym samym grupa trochę odcina się od wczesnych dokonań, stawiając na bardziej przebojowy materiał, powstały w ostatnich siedmiu latach. I tak, głównymi punktami stoi tu aż pięć kompozycji z płyty "Lost In The Dream" ("An Ocean In Between The Waves", "Red Eyes", "Eyes To The Wind", "Under The Pressure" oraz "In Reverse") oraz trzy z ostatniego, zaakcentowanego Grammy, a i artystycznie podobnie udanego longplaya "A Deeper Understanding" ("Thinking Of A Place", "Pain" oraz "Strangest Thing"). I jeśli czegoś żałować, to przede wszystkim, że "Live Drugs" nie jest dwupłytowe, tym samym poszerzone o repertuar bardziej historyczny. Ale widocznie w tej kwestii The War On Drugs pozostawiają celowy lufcik niedopowiedzenia, zachęcając do szerszej oferty już podczas realnych występów. Bo w ogóle szansą stoi, iż to właśnie na scenie bywają na full ekscytujący. 

P.S. Wielu krytyków u The War On Drugs dopatruje się chronicznych odniesień, czy do Bruce 'a Springsteena, Marka Knopflera lub The Waterboys, bądź do nawet młodszych stażem Fleet Foxes lub Mumford & Sons. W takim układzie dorzuciłbym jeszcze szczyptę Bear's Den. Myślę jednak, że niepotrzebnie grupę etykietkujemy. Dawno temu ci panowie wypracowali autonomiczny styl, a w ich żyłach płynie charyzma. I nawet nie zorientujemy się, gdy za czas jakiś pojawi się artysta grający w stylu The War On Drugs.

A.M. 


czwartek, 21 stycznia 2021

odszedł Krzysztof Łuszczewski

Nie żyje Krzysztof Łuszczewski. Smutna wieść z wczorajszego wieczoru.
Był moim dobrym znajomym/kolegą, z którym sporo nagadaliśmy się jeszcze w czasach poznańskich, kiedy mieszkał w moim mieście, jednocześnie działając na muzycznym polu Radia Merkury.
Krzysztof to facet o szerokich muzycznych horyzontach, nigdy niezamykający się na nowe wyzwania, nieznane terytoria, niepewne ścieżki. Odważny, bystry, inteligentny, co ważne - pełen empatii, ktoś taki, z kim kumplowanie się było zaszczytem.

W latach dziewięćdziesiątych, gdy jeszcze zawodowo zajmowałem się dystrybucją płyt kompaktowych, Krzysztof ustawiał mi niełatwe szczeble zamówień. Z reguły tytułów nieoczywistych, trudniej dostępnych, wyszukanych. Ale zawsze była to jego muzyka, nigdy nic pod publiczkę. Krzysztof był sobą, nigdy nikogo nie udawał, i za to go szanuję.
Pamiętam, jaką mu sprawiłem radość po sprowadzeniu amerykańskiej edycji albumu 21 Guns "Salute". Był na tę płytę wręcz napalony, musiał ją mieć, więc takiego priorytetowego zamówienia nie wolno było nadać trybem ekonomicznym. Tych płyt zamawiał sporo, ale ci 21 Guns jakoś tak utrwalili mi się szczególnie. Może dlatego, że za jednym pociągnięciem tytuł ten także dobił do mojej kolekcji.
Gdy na dobre wchłonęła Krzysztofa Warszawa brakowało mi jego sympatycznej papużki, naszych dawnych pogawędek, wymian muzycznych fascynacji. No, ale cóż, Krzysztof piął się po szczeblach zawodowej kariery, ponieważ za dobry był na jedną audycję w lokalnej stacji.
Przez dłuższy czas Krzysztof dyrektorsko dowodził radiową Czwórką, a ostatnio został współzałożycielem oraz szefem muzycznym Radia Nowy Świat.
I tylko szkoda, że w powyższym tekście tak dużo tego "był".
Krzysztof, zawsze będę o Tobie ciepło myśleć.

 

A.M.


P.S. Zdjęcie podkradłem Organkowi. Myślę, że się nie pogniewa.


środa, 20 stycznia 2021

PALACE "Rock And Roll Radio" (2020) / MAGIC DANCE "Remnants" (2020)




PALACE
"Rock And Roll Radio"
(FRONTIERS)

**




MAGIC DANCE
"Remnants"
(FRONTIERS)

*



Palace - nazwa tej grupy to obietnica wielkiego widowiska. Tymczasem trzeci album ekipy dowodzonej przez szwedzkiego wokalistę i wieloinstrumentalistę Michaela Palace'a (m.in. współpracownik Find Me, Adrenaline Rush czy First Signal) to niestety taki patowy AOR w wydaniu chałupniczym.
Skandynaw, który nieźle zapowiadał się na poprzednich dwóch albumach, tym razem dostrzegalnie obniżył loty. Jego rock zrobił się bezbarwny, niekiedy osiągając prostacki poziom italo disco. W miejscach, gdzie piosenki aż proszą się o aranżacyjne smaczki, wjeżdżają ubogie kejbordy, albo nawet dancingowy saksofon. A co gorsza, gdyby tym kompozycjom nieco przyhamować tempa, stanąłby przed nami idol ejtisowych nastolatek Savage, albo jeszcze coś gorszego.

Nie widzę tu najmniejszej szansy dla żadnej z dwunastu piosenek. Zarówno dla wystawionych pod promocję albumu, tytułowej "Rock And Roll Radio" czy opatrzonej wideoklipem "Way Up Here". Pomimo, iż wydają się najmocniejszą kartą tej nieszczęsnej płyty. Za wszystkie pozostałe kawałki lepiej nie chwytać, a już szczególnie za koszmarki, typu "Eleonora", "My Gray Cloud" lub "Origin Of Love".
Michael Palace to w sumie utalentowany muzyk, tego mu nie odbieram, jednak bez dobrego producenta oraz kilku potrzebnych z dodatkowymi instrumentami zapaleńców stoi, jak taki nagus na środku drogi. Mimo tego, nie chce się nad nim wyzłośliwiać, ponieważ "Rock And Roll Radio" jest dopiero pierwszą poważną wpadką, do której każdemu jeden raz wolno zbłądzić.

Również niewiele dobrego da się napisać o czwartym długograju Jona Siejki. Artysty ukrywającego się pod mało rockowym szyldem Magic Dance. No, ale tym założonym niemal przed dekadą na Long Island w stanie Nowy Jork zespołem zarządza człowiek, który jeszcze niedawno uprawiał synth pop w duchu lat osiemdziesiątych, a który w nieoczekiwanym momencie nabrał ochoty, by stać się rockmanem. Ten przełom nastąpił w 2018 roku, gdy Siejka płytą "New Eyes" wykonał skok na główkę do obcego mu świata, jakim było wyrwanie z lekkiej pop muzyczki do niewiele przecież cięższego, wygładzonego soft rocka - by nie rzec: roczka. Szkoda, że podobnie jak Michael Palace, zapomniał o przyprawach, o smaczkach aranżacyjnych, a co gorsza, przecenił swój talent. Bo nie jest dobrym kompozytorem, tym bardziej wokalistą. No i jeszcze ta gitara. Brzmi jak przesterowany churchlak z najtańszego pieca. Brzmienie tego najistotniejszego dla rocka instrumentu zjechało tu do poziomu kotleta. Ponadto odnoszę wrażenie, że Siejka w ogóle nie selekcjonuje pomysłów, tylko niczym odkurzacz wchłania, co popadnie. Dlatego u Magic Dance nigdy nie będzie dumy rodem z transatlantyckich liniowców, na jaką zaharowali legendarni Journey czy Foreigner, a jedynie kolejny tani AOR'owy falsyfikat. Bo na nic ambicje w przestawianiu gór, jeśli u okulisty z ledwością czyta się od trzeciego rzędu.
Nawet nie wiem, co z tej bez cech indywidualnych, niezróżnicowanej i w linearnym bełkocie przebiegającej płyty wyróżnić. Wszystko takie równe, pod szablon i niebezpiecznie monotonne. Bez odrobiny napięcia, jakiegokolwiek szarpnięcia emocjami. Taki jednolity muzak - bez literackiej delikatności, bez rockowego pazura, bez choćby jednej ballady czy rockowego hymnu, po którym chodzilibyśmy ze dwa dni sinusoidalnie. Takie nic. Kompletnie pozbawione sensu istnienia nic. Zatyka i odbiera mi głos, gdy słyszę rozradowane "łooo ooo ooo" w takim "I Can't Be The Only One". Tu już naprawdę dzieli nas tylko krok od tych naszych dance'polowych bohaterów.
Muzyka Magic Dance jest tak bezwartościowa, że chyba nikomu potrzebna. Jest tak nijaka, że nawet nie bulwersuje. A co najistotniejsze, całkowicie zniechęca do dalszego jej w przyszłości śledzenia.

A.M.


wtorek, 19 stycznia 2021

odeszli Tim Bogert, Phil Spector i Maria Koterbska

Nie ma już z nami Tima Bogerta, Phila Spectora i Marii Koterbskiej.

Kilku dokonań Tima Bogerta posłuchaliśmy w ostatnim Nawiedzonym Studio - a konkretnie, dwa nagrania trio Beck, Bogert & Appice - z ich studyjnego albumu z 1973 roku, ponadto rock-psychodelicznie scoverowanego Curtisa Mayfielda ("People Get Ready") w objęciach Vanilla Fudge - pierwsza płyta z 1967 r., oraz jeden numer (rock'n'rollowe "She Won't Dance With Me"), z zawartych na "Foolish Behaviour" trzech (oczywiście cała płyta to dziesięć nagrań), rzecz jasna także z jego udziałem.

Nie zdążyłem przygotować kącika względem Phila Spectora, ponieważ o jego śmierci dowiedziałem się w niedzielę wieczorem, gdy już cała radiowa torba była dopięta.
Spector dla muzyki jest postacią nieocenioną, pomimo iż jego życiowy finisz to jeden wielki bazgroł i nieusuwalny kleks. Ale nie zajmujmy się tym, z czym nawet nie do końca radziły sobie wieloinstancyjne sądy.
Znalazłoby się trochę do zaprezentowania, m.in. The Beatles, Johna Lennona, George'a Harrisona, The Ronettes, The Righteous Brothers czy Ike'a i Tiny Turner. Nie da się tym samym z historii wymazać jego wielu chwalebnych odcisków, nawet w obliczu kryminalnego życiowego epilogu.

Nigdy nie należałem do oddanych wielbicieli Marii Koterbskiej, jednak zrobiło mi się expressis verbis przykro na wieść o odejściu naszej uznanej damy polskiej piosenki.
We wczesnych latach młodości lubiłem kilka jej piosenek, a to już powód, by zapamiętać Panią Marię jako istotną postać na mapie moich muzycznych fascynacji. 

Skoro wychyliłem głowę z piachu, pragnę się trochę usprawiedliwić. Brak komentarzy we wczorajszej rozpisce z audycji wynika bardziej z apatii w samopoczuciu niż lenistwa. Tak mnie jakoś dopadło w trakcie prowadzenia Nawiedzonego (w okolicach pierwszej w nocy) zmęczenie, do tego ni stąd, ni zowąd zdarte gardło, że wciąż trochę trzyma i nie puszcza. Nie mam gorączki, nie opuścił mnie też apetyt i węch, więc perspektywicznie liczę na dotarcie do radiowego studia w nadchodzącą niedzielę. Ostatnio kiepsko sypiam, może więc ten właśnie czynnik rzuca wpływ na moje ogólne osłabienie. Pożyjemy, zobaczymy.


A.M.


poniedziałek, 18 stycznia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 17 na 18 stycznia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 17 na 18 stycznia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 

 


ROYAL HUNT "Dystopia" (2020) -
- The Art Of Dying



UNRULY CHILD "Our Glass House" (2020)
- Everyone Loves You When You're Dead
- Underwater



STAN BUSH "Dare To Dream" (2020)
- A Dream Of Love
- Live And Breathe



ALCATRAZZ "Dangerous Games" (1986)
- It's My Life - {The Animals cover}



GREAT WHITE "Hooked" (1991)
- Can't Shake It - {The Angels cover}
- Desert Moon



THE STRUTS "Strange Days" (2020)
- I Hate How Much I Want You - {with PHIL COLLEN & JOE ELLIOTT}
- Wild Child - {with TOM MORELLO}



MIKE OLDFIELD "Man On The Rocks" (2014)
- Man On The Rocks



CHRIS DE BURGH "This Way Up" (1994)
- Up Here In Heaven
- You Are The Reason
- Love's Got A Hold On Me
- The Snows Of New York



JOE SATRIANI "Shapeshifting" (2020)
- All For Love
- Teardrops



BECK, BOGERT & APPICE "Beck, Bogert & Appice" (1973)
- Superstition - {Stevie Wonder cover} - {wokal TIM BOGERT}
- Sweet Sweet Surrender - {wokal CARMINE APPICE}



VANILLA FUDGE "Vanilla Fudge" (1967)
- People Get Ready - {Curtis Mayfield cover}



ROD STEWART "Foolish Behaviour" (1980)
- She Won't Dance With Me



WOOLLY WOLSTENHOLME "Songs From The Black Box" (1994)
- Has To Be A Reason
- Deceivers All
- American Excess - {album "Maestoso", 1980}



LIQUID TENSION EXPERIMENT "Liquid Tension Experiment" (1998)
- Osmosis
- Kindred Spirits



EXPLORERS CLUB "Age Of Impact" (1998)
- Impact 2 - Fading Fast - {wokal MATT BRADLEY}
- Impact 4 - Time Enough - {wokal D.C. COOPER}



ROSWELL SIX "Terra Incognita: Beyond The Horizon" (2009)
- The Call Of The Sea - {wokal MICHAEL SADLER, LANA LANE, JOHN PAYNE}
- Beyond The Horizon - {wokal MICHAEL SADLER}



DREAM THEATER "Distance Over Time" (2019)
- Out Of Reach




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"