środa, 21 kwietnia 2021

odszedł JIM STEINMAN (1 XI 1947 - 19 IV 2021)

Z przykrością dotarła do mnie wieść o śmierci Jima Steinmana. Nadwornego niegdyś kompozytora Meat Loafa i jednocześnie twórcy wielu genialnych piosenek, jak też operatywnego producenta oraz biegłego pianisty w jednym.
Nie ma takich parametrów, którymi dałoby się zmierzyć wartość tej fantastycznej wobec muzyki postaci. A jednocześnie jednej z najcenniejszych, jaką miałem zaszczyt podziwiać.
To On stoi za największymi sukcesami mego pupila, wokalnego numero uno - Meat Loafa, a szczególnie za wspólnie popełnioną płytą "Bat Out Of Hell", na której poza rewelacyjnym Klopsikiem, wypromowało się jeszcze przynajmniej kilku innych muzyków, jak co prawda już wcześniej znani, lecz po tej płycie jakby trochę bardziej: gitarzysta Todd Rundgren czy wokalistka Ellen Foley. Sprzedaż 50 milionów egzemplarzy też mówi sama za siebie. To obecnie 3 miejsce na liście wszech czasów w dziedzinie sprzedaży albumów. I są to fizyczne nośniki, nie żadne śmieszne, nic niewarte jutjubowe kliknięcia. Jakaś totalna ściema w pomiarze sukcesu, jaką obecnie stosuje się do obliczeń wartości muzyki.
Oczywiście Jim Steinman to nie tylko Meat Loaf, choć prawdą, że obaj panowie nie mogli bez siebie żyć. Na polu artystycznej separacji nigdy żadnemu z nich nie szło równie dobrze. Dlatego ponowne, choć chwilowe połączenie sił na początku lat dziewięćdziesiątych, było im tak bardzo potrzebne. Kolejny fantastyczny nietoperz - "Bat Out Of Hell II" - tylko pokazał, kto rządzi w świecie piosenek - piosenek przez duże "P".
Pomiędzy wierszami Steinman też nagrywał solo, założył również sympatyczny femme projekt Pandora's Box, nagrywał z Bonnie Tyler, nawet z The Sisters Of Mercy, a w latach późniejszych kilka nut z Celine Dion, a jednak przy tym, czego dokonał z Meat Loafem, były to tylko płotki.
Rękę Steinmana zawsze wyczuwaliśmy. Jego charakterystyczne pianino, musicalowa przestrzeń, bogactwo i rozmach, wszystkie te składniki zgrabnie nacechowywały każdą piosenkę do Meat Loafowej potęgi. Nawet jeśli w nich niekiedy brakowało głosu debeściarskiego Klopsika.
Posiadam w chałupie wszystkie płyty popełnione ręką Jima Steinmana i pewnie niejedną z nich przedstawiałem w moim 27-letnim obecnie Nawiedzonym Studio. Licho jednak raczy pamiętać, kiedy był ten pierwszy, a kiedy ostatni raz. I myślę, że byłaby jeszcze niejedna szansa posłuchania wspólnie tej muzyki. Jest jednak jeden warunek - powrót do radia. Jeśli uda się do niego powrócić jeszcze tej wiosny, wiele wciąż będzie przed nami dobrego. Jeśli jednak lockdown przedłuży się, a radio zechce dopuścić mnie do mikrofonu najwcześniej jesienią, ja już do niego nie wrócę.
Nie każdemu musi podobać się mocno teatralny czy wręcz musicalowy rozmach Steinmana, nie każdy musi przed jego talentem padać do stóp, ale od każdego wymagam, by u Steinmana docenić tę jego broadwayowską wrażliwość. Przy okazji mocno żałuję, że na domiar jego wielkiego w świecie uznania, w Polsce mistrzunio nigdy nie został należycie dostrzeżony. Nigdy nie słyszę popełnionych jego ręką piosenek, czy to w naszym radio bądź telewizji, nie towarzyszą mi również w taksówkach, sklepach, na bazarach, nawet w domach moich muzycznych kumpli, którzy do końca swych dni będą klękać jedynie przed Sabbathami, Zeppelinami lub sentymentalnymi płytowymi licencjami Tonpressu, Wifonu oraz Muzy. I tylko niekiedy udawać, że lubią coś jeszcze. Słabe i smutne, ponieważ nigdy nie miałem i nie mam do dzisiaj z kim posłuchać, z kim poprzeżywać tej muzyki. Ale nigdy nie brakowało też wokół mnie ludzi, którzy wiedząc jak ją kocham, lubili prosto w twarz umniejszać jej znaczenie, nierzadko wręcz starać się obrzydzić. Niekiedy nie sposób było wręcz opędzić się od kąśliwych uwag w temacie Meat Loafa, tym samym śpiewanych przez niego piosenek z katalogu Jima Steinmana. I wiecie co, powiem Wam coś - chrzańcie się.
Inna sprawa, iż dobry pop oraz ogólnie rock, umierają. Pomału odchodzą, w zasadzie nie budząc jakiejkolwiek podniety u większości dzisiejszej dzieciarni. Nie jest im w świecie obecnych plejstejszynowych rozrywek do niczego potrzebny. Dla nich Jimi Hendrix lub Eddie Van Halen to tylko sympatyczni kosmici, zaś na koncerty rockowe jeśli docierają, to jedynie w asyście swoich tatuśków, którzy zabierają gówniażerkę niczym do skansenu. Śmiem nawet przypuszczać, że tak na tę dziedzinę sztuki pomału wszyscy ogłuchliśmy, iż gdyby dzisiaj narodził się nowy Hendrix, zapewne grywałby koncerty w średnio utytułowanych klubach, głównie dla dziadków z kufelkami. Dla wyłysiałych dżentelmenów, z konieczną kitką, jedynym ostałym i "zgrabnie" splecionym owłosieniem, na których to panów niedających się wymodelować bębnach ponaciągane t'shirty z coraz bardziej zapominanymi gitarowymi herosami. Smutna prawda, ale prawda. Dzisiaj rockiem oraz archeo popem podnieca się już tylko emerytura. Młodzi do takiej muzyczki mają co najwyżej stosunek kawiarniany. Dlatego Steinman tak boleśnie odchodzi w czasach ogólnego tumiwisizmu, zamiast w glorii chwale.
Na jego pomnik w kraju rozciągającym się od Odry po Nysę Łużycką też bym raczej nie liczył - u nas jedynie święci lub cierpiący.
Dzięki Jim. Wulkan Twego talentu nie musiał wybuchnąć, bym poczuł jego potęgę. Byłeś i wciąż jesteś widokiem z góry najwyższej. Nigdy nie zapomnę. Panta rei.

A.M.


Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/wiadomosci/news-jim-steinman-nie-zyje-legendarny-kompozytor-mial-73-lata,nId,5181577#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Na liście bestsellerów wszech czasów zajmuje trzecie miejsce, ustępując tylko "Thrillerowi" Michaela Jacksona i "Back in Black" AC/DC.

Steinman stworzył i wyprodukował wielki przebój "Total Eclipse of the Heart" zaśpiewany przez Bonnie Tyler. Na koncie ma również hity wykonywane przez m.in. Barry'ego Manilowa ("Read 'Em and Weep"), Air Supply ("Making Love Out of Nothing At All"), The Sisters of Mercy ("This Corrosion" i "More"), Boyzone ("No Matter What") i Celine Dion ("It's All Coming Back to Me Now" to cover, który w oryginale wykonywała stworzona przez Steinmana żeńska grupa Pandora's Box).



Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/wiadomosci/news-jim-steinman-nie-zyje-legendarny-kompozytor-mial-73-lata,nId,5181577#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefoxSteinman stworzył i wyprodukował wielki przebój "Total Eclipse of the Heart" zaśpiewany przez Bonnie Tyler. Na koncie ma również hity wykonywane przez m.in. Barry'ego Manilowa ("Read 'Em and Weep"), Air Supply ("Making Love Out of Nothing At All"), The Sisters of Mercy ("This Corrosion" i "More"), Boyzone ("No Matter What") i Celine Dion ("It's All Coming Back to Me Now" to cover, który w oryginale wykonywała stworzona przez Steinmana żeńska grupa Pandora's Box).

niedziela, 18 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18- na 19 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 18- na 19 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: ......

 

 

Dzisiejsze wydanie N.S. prawdopodobnie z przepastnego archiwum.
Czwarta z rzędu niedziela w drugim sezonie lockdownu Afery - pierwszy, trwający pół roku, mieliśmy w okresie wiosna/jesień 2020.








 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


sobota, 17 kwietnia 2021

ludzie (pamiątki) pisali

Nowy sezon, nowe siły, tak też moja Sisterka podesłała kilkanaście t'shirtów. I tylko jedno jakieś reggae nietrafione. Barwy Jamajki kłócą się z położeniem geograficznym moich muzycznych fascynacji, więc ciuch na straty, ale chętnie zamienię się na jakąś gustowną powagę. Na przykład, na Herberta Von Karajana lub Janusza Maksymiuka. To by dopiero było coś. Ale ale, uwaga, rozmiar pięć XL. Z dziewiarstwa chłopięcego dawno wyrosłem, a nie ma nic gorszego, jak obcisłe ciuchy.
Niech już się rozkręca ta wiosna. Tym bardziej, że majówkę towarzysko mam zaklepaną, i Wy Kochani również, przy odrobinie rozsądku, nie dajcie się jej pozbawić. Korzystajmy z łask natury. Nie wystarczy wiosna w sercu, trzeba jej cieleśnie zasmakować. A nikomu szczęścia od biurowych jarzeniówek nie przybędzie .

Znalazłem nieco historycznej korespondencji, na linii Słuchacze - Nawiedzone Studio. Rzeczy bezcenne - przynajmniej dla mnie. Jak dobrze, że nie wyrzucam. Uzbierało się. Postanowiłem powklejać kilka z okresu 2000 - 2003. Ciekawe czy ktoś się rozpozna.
Najbardziej po latach wzrusza kartka od ówczesnego 75-letniego Słuchacza z Chwaliszewa. Żałuję, że nie nawiązałem kontaktu, a przecież adres miałem.
Poczytajcie, zachęcam. Za czas jakiś wrzucę coś jeszcze. Nie za często, by nie zanudzić.
To oryginalne wydruki z tamtych lat ze sprzętu mojego Taty, ponieważ nie miałem wówczas własnego.










środa, 14 kwietnia 2021

SAGA "Symmetry" (2021)







SAGA
"Symmetry"
(EAR MUSIC)

***





Tym razem progresywni Kanadyjczycy postawili na przerobienie samych siebie. Jeśli więc nie policzymy trzech premierowych miniatur (dwie wariacje na gitarę akustyczną, czym "Prelude #1" oraz "Prelude #2", plus wokalno-pianistyczne "La Foret Harmonieuse"), wszystko już dobrze znamy od lat. Przy czym, grupa nie poszła na łatwiznę i oszczędziła nowych aranży największym przebojom, w rodzaju "On The Loose", "What's It Gonna Be?", "Scratching The Surface", "Don't Be Late" czy "Humble Stance", tym razem stawiając głównie na własne faworytki, a zarazem tematy mniej oczywiste, z których jedynie "Wind Him Up" należy do ich odwiecznego koncertowego katalogu.
Z anachronicznym repertuarem Sagi trudno podbijać modne kluby, ale jak się okazuje, da się zadziałać w drugą stronę. Można przejść z elektryczności na naftę, a też będzie uroczo. Ekipa Sadlera postawiła więc na czyste dźwięki. Oczyszczające. Pomimo, iż niekiedy "Symmetry" aż prosi się o zdjęcie akustycznego charakteru. Cała przestrzeń bez prądu dokuczliwie zajeżdża mi jakimś przesadnym spożywaniem chwastfoodów. I jeśli w chwastfoodzie cokolwiek uznać za chwalebne, to niezabijanie zwierząt, albowiem walory smakowe nie istnieją, a endorfiny śpią. Oczywiście płyta nie bazuje na jednolitym nylonowym akompaniamencie, są też i klarnet, i akordeon, i pianino, także skrzypce czy wiolonczela, a nawet taka perkusja bliska ludom pierwotnym, typu kopnięcia, tupanie, bądź w jej wyższym stadium korzystająca z akcesoriów kuchennych. Ciekawie zatem wypada celebrowanie 44-lecia działalności grupy, pomimo iż muzycy oficjalnie świętują czterdziestkę.

Najciekawsze fragmenty: otwierające album "Pitchman" - z francuskim akordeonem, jazzowym pianinem, nieco szalonymi skrzypcami i subtelnie naznaczonym klarnetem. Niemal baśniowe, choć w moim odczuciu nazbyt oszczędne "Images (Chapter 1)", i podobne uczucie dopadło mnie przy "Say Goodbye To Hollywood" - pomimo, iż ulokowano w tych pięciu minutach sporo grających akcesoriów, co akordeon, jazzujący bas, nawet nieco country'ująca gitara, skrzypce, natomiast całość przyjemnie sączy się leniwą, niemal nocno-klubową aurą. Wszystko fajnie, miło, grzecznie, ale rock to taka dziedzina muzycznej sztuki, kiedy raz po raz trzeba pożądnie przyłożyć. A tu nikt nikogo nie chce skaleczyć. Takie siedzenie po ciemku, o świeczce. I właśnie za sprawą awarii owej elektrowni, najmocniej ucierpiało zamykające całość "Tired World (Chapter 6)". Nawet, jeśli w finalnej części tej piosenki Saga zaserwowali okazałą skrzypcowo-gitarową rewię. 
Na szczególne wyróżnienie zasługuje nowa szata "Wind Him Up". Nietrudne zresztą było, gdyż z natury to wspaniały numer. Chodziło więc tylko o to, by niczego nie sknocić. Ale robi wrażenie opatrzona skrzypcami końcowa faza piosenki. I szacunek, że grupie koniecznie zależało na prawdziwych skrzypcach, nie na zastępczych dźwiękach jakiegoś komputerowego symulatora, hańbiącego dostojność tego salonowego instrumentu. Bo prawdziwe struny zawsze wychwycimy, podobnie jak wybrzuszenia płótna pociągniętego akwarelą. I z podobnego powodu wyleciały tu również syntezatory, ustępując miejsca analogowym brzmieniom.
"Symmetry" nie napędzi Sadze nowego elektoratu, lecz stary też nie powinien się burmuszyć. Chwała im, że zamiast świętować czterdziestkę ewentualnym kolejnym bezdusznym składakiem, muzycy postanowili zmierzyć się z własną historią, i to w niełatwych warunkach polowych.


A.M.



przegląd wydarzeń

Po odświeżeniu "Błękitnej Rapsodii" przyszedł czas na Antonina Dvoraka - jednego z inspiratorów The Moody Blues - co da się nawet jednym uchem sprawdzić na fenomenalnej płycie "Days Of Future Passed". I tej również sobie posłuchałem, pomimo iż czynię to sukcesywnie.
Smakują mi ostatnio wybrane partytury, lubię posłuchać pełnych orkiestr, najchętniej w operowych uwerturach, bądź strategicznych motywach wykwintnych symfonii. Z tej okazji nawet dokupiłem do domowej płytoteki, wydane przez Deutsche Grammophon LP maestro Karajana, z m.in. drugą częścią "Węgierskiej Rapsodii" oraz wyciągiem z "Mojej Ojczyzny" Smetany - którą obstawiam szczególnym naciskiem na znakomitą część drugą. I wolę tego typu rzeczy, niż nudnego najnowszego Jarre'a, którego "Amazonia" wzbudza we mnie senność.

6 kwietnia, według amerykańskiego kalendarza wydawniczego, stuknęła 40-tka mojej ulubionej płycie Whitesnake "Come An' Get It". I zupełnie nie obchodzi mnie, że kilka innych dzieł Białego Węża sprzedało się lepiej, a nawet w przypadku "1987" oraz "Slip Of The Tongue", dużo lepiej. Tak samo spływają po mnie opinie głębokich znawców tematu, którzy nawet machnęli jeden czy drugi w temacie grupy artykuł lub szarpnęli się na napisanie książki. Bo kiedy przed paroma dniami wyraziłem na Facebooku uwielbienie wobec tej płyty, zamiast tortu i strzelających korków szampana, nawiedziły mnie niemal same marudy - przynajmniej tak dało się odczuć w paru komentarzach. Okazało się, że kompletnie tego typu osobników (znawców!) nie kręcą czyjeś sentymenty oraz próba przywołania dawnych emocji. Szybko więc usunąłem posta, gdy tylko zaczęły pod nim dopisywać się mądrale, z przemyśleniami typu... uwaga, dosłowny cytat: "nie uważam, by Paice coś tam sensacyjnego wniósł do zespołu w temacie perkusji". O ja pierniczę, a mnie jedynie chodziło o muzykę, o uczucia, o emocje. O to, że doskonale pamiętam jej narodziny, zapach tamtej przyrody oraz bicie mego serca, gdy młode zmysły dopadały fantastyczne kawałki, jak "Lonely Days, Lonely Nights", "Hot Stuff", "Till The Day I Die" lub kapitalny singlowy killer "Don't Break My Heart Again". Szkoda więc, że w ogromnych wobec "Come An' Get It" uczuciach jestem odosobniony, nie mając z kim się za tę muzykę napić. Natomiast zaproszeni na ucztę goście rozczarowali polaczkowatym przesmradzaniem - a że, dlaczego na stole jedynie wąż maczany w kaszance, zamiast kawioru, langust i jakiegoś stuletniego winka z dobrą naklejką, które po łyknięciu nie wypali oczu. I tak też wzbiłem się na postanowienie, że moimi fascynacjami muzycznymi będę się jedynie dzielić na blogu, na który zagląda bractwo z zakonu kumatych, zaś całą tę fejsbukową zbieraninę spuszczam na drzewo. Nie ma sensu rozprawiać o muzyce w gronie ludzi, którzy prawdziwego piękna nie dostrzegą nawet pod mikroskopem. 

Przed kilkoma dniami do krainy wiecznej ciemni i głuszy odszedł ojciec mojego kumpla. Takiego jeszcze z czasów starego bloku. Lubiłem faceta, ponieważ zawsze w wymianie uprzejmości bywał naturalnie pozytywny. I takim go zapamiętam. 

Po środowym obiedzie wybieram się na szczepienie. Mają mi wkuć modernę. Żywię nadzieję przeżycia, bo jak do tej pory licho mnie do niczego nie potrzebowało.

Moje ciało uprasza się o słońce, a tu nic, wciąż tylko zimno i jeszcze zimniej. Niebawem upłynie pierwszy miesiąc wiosny, zazwyczaj pięknej pory, która w tym roku zaoferowała ledwie dwa/trzy ciepłe dni. Reszta śmierdzi zimową kichą.

Trzymam kciuki za wszystko, co lepsze.

 
A.M.

 

wtorek, 13 kwietnia 2021

LANA DEL REY "Chemtrails Over The Country Club" (2021)







LANA DEL REY
"Chemtrails Over The Country Club"
(POLYDOR)

****





Lana Del Rey wyrosła na giganta, a raczej gigantkę muzyki pop, choć w pierwotnym założeniu walczyła o prymat sceny indie. Nie sądzę jednak, by chętnie oddała osiągnięcia ostatnich lat na rzecz wierzchołków notowań list undergroundu, z czym, oprócz uznania, nadal wiązałby się pusty portfel.
Ostatnio jest bardzo aktywna. Jesienią ubiegłego roku opublikowała melorecytowany zbiór poezji "Violet Bent Backwards Over The Grass", chwilę wcześniej zrealizowała, momentami przecudowną płytę "Norman Fucking Rockwell!", na której klejnotem w koronie okazała się kompozycja "Doin' Time" - sporządzona na bazie motywu "Summertime" George'a Gershwina - a przecież jeszcze w tym roku ukaże się jej kolejne nowe dzieło. A zatem, omawiane właśnie "Chemtrails Over The Country Club", potraktujmy jako jeden z wielu przystanków na eksplodującej pomysłami ścieżce kariery Lany. Niezwykle wrażliwej artystki, której osadzone na psychodeliczno/dream/sexy/folk ogniwach śpiewanie, kołysze chyba nie tylko moimi zmysłami. Inna sprawa, nikt podobnie namiętnie nie stawia miękkich spółgłosek, typu słyszalne "cz" lub "sz", a to zaledwie jeden z kilku istotnych mikroelementów składających się na mocną Lanę.
Ponownie w obsadzie wielu muzyków, wśród których rzecz jasna najważniejszym Jack Antonoff - pianista, gitarzysta, basista, perkusista, melotronista, organista i dużo by jeszcze wymieniać. Ale Antonoff to nie tylko wieloinstrumentalista, lecz też kompozytor oraz producent. Prawa ręka Lany oraz jej złoty cień.

"Chemtrails Over The Country Club" jest spodziewanie stonowaną i subtelną płytą, wszak Lana innych nie nagrywa, ale tym razem Amerykanka weszła śmielej na samoobserwacyjne pole, nie unikając wylewnych autobiograficznych wtrętów, zarazem trzymając sztamę z kobietami, jak nigdy dotąd. Uchyla to również okładka, tkając nabywcom tej płyty radosną więź kumpelskiego oraz siostrzanego grona.
W jedenastu kompozycjach bohaterka tej płyty snuje zastanowienia nad sławą, miłością, samotnością, ale i nad bliskimi jej kobiecymi autorytetami wielu pokoleń. I pewnie dlatego, lubiąca do swego repertuaru przygarniać kompozycje obcego autorstwa Lana, tym razem w owej materii zdecydowała się na długowieczne "For Free" - Joni Mitchell. Wspomogły ją tu jeszcze Zella Day oraz Weyes Blood.
Pierwsze dwa utwory są tak piękne, że słuchałem w osłupieniu. Opatrzone zmysłowym, jakby w klimacie retro teledyskiem, jednocześnie tytułowe "Chemtrails Over The Country Club" oraz poprzedzający ją albumowy otwieracz, zaśpiewany niekiedy zachrypniętym szeptem "White Dress" - będące wspomnieniem dawnych czasów, ówczesnej dziewiętnastoletniej dziewczyny, która bosko czuła się, gdy słuchała wczesnych The White Stripes oraz Kings Of Leon. I ta zawarta w tytule "biała sukienka", jakże trafnie podkreśla niewinność tamtych lat.
Wspominałem, że dużo tu o dziewczynach. Sprawdźcie więc proszę "Breaking Up Slowly". Padnie tu nazwisko genialnej divy country, Tammy Wynette - artystki, która poza muzycznym polem wiele też na zdrowiu wycierpiała, szczególnie w drugim etapie swojego życia. Ale jest też momentami modlitewnie niosąca się piosenka "Dance Till We Die", ożywiona dopiero w końcówce, w której Lana wymienia swoje faworytki, jak Joan Baez czy przywołaną w końcowej fazie tego albumu (za sprawą "For Free") Joni Mitchell oraz FleetwoodMac'kową Stevie Nicks - ("... pójdziemy słoneczną stroną i nie przestaniemy tańczyć aż do śmierci ...").
Przyjrzyjcie się zarówno tym, jak i wszystkim pozostałym, a nieuwzględnionym w powyższym tekście piosenkom. Warto. Lana nie spuszcza z fali wznoszącej.


A.M.


SAXON "Inspirations" (2021)







SAXON
"Inspirations"
(SILVER LINING)

***




Nadal lubię ten zespół, pomimo iż w młodości kochałem. Ekipa Byforda nie nagrywa obecnie tak niesamowitych płyt, co należące do prehistorii "Wheels Of Steel" lub "Innocence Is No Excuse" (obie prawdziwymi livello inarrivabile), ale wciąż stać ją na wiele. A jednak tym razem, z założenia jest inaczej. Tak, jak po wielu latach Saxon'owania, Biff Byford zasłużył na niedawne zrealizowanie się solo ("School Of Hard Knocks"), tak też jego Saxon nareszcie zdecydowali się na cover album.

Płytę nagrano w dwanaście dni (same wokale zaledwie w pięć) w domu przyjaciela Biffa, który to dom zamiast stać przez dwa tygodnie pusty, z pożytkiem wykorzystano. Saksoni w nim zamieszkali, razem gotowali, jedli, spędzali wolny czas, a także nieźle bawili się nagrywając kompozycje ulubionych artystów, które w ich muzycznym życiu wiele znaczą/znaczyły. Sam Biff uważa zresztą, że każda z dostarczonych na "Inspirations" przeróbek jest uczuciowo i historycznie powiązana z nazwą Saxon, każda miała też za zadanie zabrzmieć po Saxońsku, bez jakichkolwiek udziwnień. Prosto, gitarowo, hardmetalowo. I można się o tym bardzo szybko przekonać, czy to biorąc pod weryfikacyjny topór LedZeppelin'owskie "Immigrant Song", Motörhead'owy klasyk "Bomber" bądź podany z entuzjazmem oryginału "Speed King" Deep Purple. Jedynym zaskoczeniem pośród usadowionej tu hard'n'heavy klasyki (a są jeszcze numery z katalogu The Rolling Stones "Paint It Black", AC/DC "Problem Child", Jimi Hendrix "Stone Free", Crow/Black Sabbath "Evil Woman", The Beatles "Paperback Writer", The Kinks "See My Friends" oraz Thin Lizzy "The Rocker") może być przeróbka "Hold The Line", Toto. Kawałek, który w pierwowzorze jest AOR'em, w szponach Saxon zaś bezkompromisowo najczystszej krwi hard rockiem. Ekipa Biffa nie zastosowała tu choćby kapki fortepianu, będącego przecież w oryginale główną siłą napędową, a mimo to wyszło nieźle. 
Panowie w formie oraz dobrych humorach. Cieszy przede wszystkim wokalna kondycja Biffa Byforda, który w dziedzinie metalowej wokalistyki wciąż jawi się gardłowym apostołem, acz, gdy mu się uważniej przyjrzeć, wizerunkiem przypomina raczej odizolowanego od wielkomiejskich nawyków osobnika, jedzącego surowe mięso oraz mieszkającego w jakimś zaszytym w lesie szałasie.
"Inspirations" nie jest albumem nadającym się do wartościowania na tle dotychczasowego dorobku grupy, a jedynie rozrywkowym skokiem w bok. Ot, odrobina szaleństwa, z nutką nostalgii w tle, co zapewne uraduje całe zwapniałe pokolenie moich równolatków. Wyszła z tego dobra zabawa na te głupie czasy. Aha, zapomniałbym, ponoć następnym krokiem Biffa ma być wspólny projekt z jego synem, Sebą. I co da się przewidzieć, zapewne również bez użycia fortepianu.


A.M.