niedziela, 11 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 11- na 12 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 11- na 12 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: ......

 

Trzecia z rzędu niedziela drugiego sezonu Aferowego lockdownu. Dla przypomnienia, pierwszy zagościł w ubiegłym roku - okres wiosna/jesień.
Wobec powyższego, najprawdopodobniej zostanie odtworzony materiał archiwalny.


 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

===================================

Nie ma tej wiosny na razie zbyt wiele. Liczę, że wkrótce się rozkręci.


piątek, 9 kwietnia 2021

błękitna rapsodia

Ledwie pół wieku żyjący fortepianista Władysław Kędra, przede wszystkim był entuzjastą Fryderyka Chopina i Ferenca Liszta, lecz również płynnie interpretował George'a Gershwina. Z zazwyczaj dualistycznego "Błękitna Rapsodia" / "Amerykanin W Paryżu", Kędra do swego repertuaru wybrał "Błękitną Rapsodię", którą poprzedził "Koncertem Fortepianowym F-Dur". Stało się tak na wydanej w 1967 roku płycie Polskich Nagrań, gdzie dodatkowo wydarzeniu towarzyszyła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej p/d Jan Krenza. Panowie mieli do siebie zaufanie, więc był to ich niepierwszy wspólny występ, także płytowy.
Warto posłuchać interpretacji "Błękitnej Rapsodii" w wykonaniu Kędry i Krenza, gdyż niewiele ustępuje urokom powszechnie najwyżej cenionego wykonania, genialnego Andre Previna. Kędra podobnie jak Previn czuł współczesnych kompozytorów, szczególnie amerykańskich, którzy do filharmonii wprowadzali pierwiastki własnej kultury, jak folk czy jazz, czyniąc z nich pełne rozmachu dzieła symfoniczne.

Wzięty tu w obroty Gershwin, stopniowo zdobywał poklask za sprawą krótkich form, ale powszechnego uznania doczekał się wraz z utworami rozwlekłymi, jak wspomniany "Koncert Fortepianowy F-dur", opera "Porgy And Bess", "Błękitna Rapsodia" czy "Amerykanin W Paryżu". Właśnie te utwory najbardziej fascynowały kolejne pokolenia pianistów oraz filharmoników, a i ja odpoczywając od radia, ostatnio dużo słucham wyraźnie eksploatowanego monofonicznego winylu Polskich Nagrań (XL 0138), który to nośnik dzięki jakości hi-fi wciąż wiele potrafi. Siła starych tłoczeń - no i uroczych okładek. W tym przypadku, także trzeszczących.
Wieczystość tej muzyki wyraziła nawet Lana Del Rey, która na niedawnej płycie "Norman Fucking Rockwell" przywołała ducha George'a Gershwina, interpretując jego "Summertime" - arię z opery "Porgy And Bess" - pod zakamuflowanym nieco tytułem "Doin' Time". Lana uczyniła z tej melodii najjaśniejszy punkt na tym - było nie było - całościowo udanym albumie.


A.M.


wtorek, 6 kwietnia 2021

Krawczyk i Malanowicz

Przygodę z muzyką rozpoczynałem od piosenek lekkich, melodyjnych, nierzadko radosnych. Kolorowały one mój młodzieńczy świat - świat beztrosk i wyzbyty poważnych obowiązków. Jako dwunastolatkowi podobali mi się, wszelacy Pussycat, Boney M., George Baker Selection, Irena Jarocka czy zmarły wczoraj Krzysztof Krawczyk. I nigdy się tego nie wyrzeknę. Dumny jestem, że nie zaczynałem od progresywnego rocka, heavy metalu, tym bardziej jazzu. Uważam, że człowiek na tak wczesnym etapie życia powinien gnać podług przynależności do fazy rozwoju w jakiej się właśnie znajduje.
Nieraz słyszałem od dumnych tatuśków, że ich dziesięcioletni syn właśnie namiętnie słucha Pink Floyd. Po pierwsze, niemożliwe, by trzecio-/czwartoklasista kumał takie granie ze wszystkimi jego przekazami, po drugie ojczulku drogi zastanów się, czy z twoją pociechą naprawdę wszystko okey.
Podobnie zawsze współczułem wszystkim tym genialnym kilkulatkom, które rozwalały międzynarodowe konkursy pianistyczne lub skrzypcowe. Tak zwane cudowne dzieci. Jakoś nigdy później nie przeczytałem nigdzie, by ci geniusze czuły szczerą radość z zaharowanego ćwiczeniami i występami dzieciństwa. Wszystkie te biedactwa bywały jedynie trybem w produkcyjnej machinie sukcesów swoich rodziców z przerośniętym ego. Dlatego nie czujcie się głupio, jeśli jako kilku- lub nastolatkowie, zamiast popierdalać godzinami po klawiaturze Chopin'owskie nokturny, woleliście podkolorować własne muzyczne szczenięce lata piosenkami Krzysztofa Krawczyka. Nie widzę w tym nic niestosownego. Zaś do nory wstydu niech zapadną się ci wszyscy, którzy zadzierali nosa i odpuścili. To oni są ubożsi o tych przynajmniej kilka/kilkanaście fajnych melodii oraz związanych z nimi pozytywnymi tekstami, które silnym i niedającym się z nikim pomylić głosem, prowadził na szczyt kulturalnej piosenki Krzysztof Krawczyk. I jestem mu za to ogromnie wdzięczny. A przede wszystkim, za płyty "Byłaś Mi Nadzieją", "Rysunek Na Szkle" oraz comebackową Trubadurów - "Trubadurzy Znowu Razem", na której nasz bohater zaśpiewał, co prawda tylko w trzech kawałkach, lecz wśród nich pojawił się słusznie osławiony "Rysunek Na Szkle". Uwielbiałem każdą z zawartych tam piosenek, czy to sporządzoną na szybsze czy wolniejsze tempo.
Gdybyście w latach 77-78, zrobili nalot na mój pokój, wielce prawdopodobnym byłoby przyłapanie mnie, jako totalnie nawiedzonego w rytmach Krawczyk'owego "Parostatka" lub "Byle Było Tak". Zarzynałem te kawałki, co w przypadku "Parostatka" stało się nawet w sensie dosłownym - jeśli spojrzycie na wybielone rowki pierwszego numeru strony B, mojego historycznego egzemplarza "Rysunek Na Szkle".
Wczoraj odwiedził mnie mój Tomek, którego podczas podwieczorku także ścięło na wieść o nagłej śmierci naszego polskiego Toma Jonesa. Bez namysłu podarowałem synciowi dwa jego winyle. Okazało się, że miałem podwójne egzemplarze "Trubadurzy Znowu Razem" oraz anglojęzyczny album Kristof "Don't Leave Me". Ucieszył się młodzieniec - "daddy, dzisiaj sobie posłucham, ale jeszcze te płyty najpierw dobrze przemyję" - odgroził się na widok rozgoszczonego tam kurzu.
Tomek nieprzerwanie rozwija się muzycznie, każdego tygodnia poszerzając gatunkowe horyzonty. Co prawda, nie jest jeszcze w pełni oddanym wielbicielem całego mojego poczetu fascynacji, ale idzie ku niemu coraz odważniej. Pomału nie wystarczają mu ci jego współcześni alternatywni, albo chyba najbardziej ukochani punkole czy core'owcy.
Na gwiazdkę podarowałem mu sześć nowiuśkich, zafoliowanych classic-rockowych winyli (upolowałem je w Media Markt, co dwa/trzy dni dokupując po kolejnym tytule), i wszystkie okazały się w dechę. Dwa razy Pink Floyd ("Meddle" oraz "Dark Side Of The Moon"), czwórka Led Zeppelin, "Ace Of Spades" Motörhead, Nick Cave "The Boatman's Call" oraz najnowsi AC/DC. Przyznacie, wstydu nie ma.
Nigdy niczego młodzianowi nie narzucałem (to był pierwszy raz), zarówno światopoglądowo, tym bardziej muzycznie, jak również przenigdy nie zachęcałem do kalkowania moich poczynań. Nie przymuszałem do wiary lub niewiary, do prawactwa czy lewactwa, słowem, do niczego. Wreszcie, nigdy nie podniosłem ręki. Nie odważyłbym się na osobę, którą kocham. Nawet w ramach drobnego klapsa. Nie i jeszcze raz nie. Od zawsze wierzyłem też w jego wrażliwość, w inteligencję, tkwiąc w przekonaniu: nigdy siłą. Dlatego potrafimy ze sobą rozmawiać, dlatego pomiędzy nami jedynie dobre emocje - co polecam wciąż wychowawczo niezdecydowanym.

Wczoraj pożegnaliśmy też Zygmunta Malanowicza. Idealnie nadającego się do ról skomplikowanych postaci aktora, który szczególnie fascynował mnie w młodości, kiedy życie wydawało się łatwiejsze, a ten facet nie wiedzieć czemu, z reguły miewał pod górkę. I wszystkie te swoje łamigłówki świetnie przenosił na ekran.
Od zawsze intrygowała mnie jego pełna mrocznych tajemnic twarz, z której wiele dało się wyczytać. Miał ten natury dar, który sprawnie podążał za aktorskim talentem.

To były miłe święta, pomimo niedobrej pogody, pomimo powyższych przykrych wydarzeń, do czego pocieszeniem dopisała się Warta, ogrywając w Zabrzu miejscowego Górnika. Pomału możemy przestać troszczyć się o utrzymanie, a nawet pomyśleć o walkę w czołówce tabeli, a w konsekwencji o europejskie puchary. Bo w sumie, czemu nie.
Mundi przygotowała tak kapitalne ciasto, że wszyscy jesteście bez szans. Do tego kaczka, żurek, moje ukochane szparagi w szynce i majonezie, no i biała kiełbasa z niesamowitym sosem majonezowo-chrzanowym, o jakim sklepy mogą tylko pomarzyć. I za wór talarów nie oddałbym kulinarnych zdolności mojej Mundi - jest prawdziwą debeściarą.


A.M.


poniedziałek, 5 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 4- na 5 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 4- na 5 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski



Druga niedziela drugiego sezonu radiowej kwarantanny. Po ubiegłorocznej półrocznej przerwie, trwa kontynuacja sprawdzonego "sukcesu" z opustoszałym studiem i całkowitym lockdownem. Serial na wysokich szczeblach cieszył się w ub. roku sporym wzięciem, liczę zatem, że początek nowego sezonu też nie rozczaruje.
Miałem świąteczną chrapkę na wspólne posłuchanie "Pasji" Petera Gabriela, także "Easter" Marillion, lecz najbliższa ku temu okazja dopiero za rok.
Pomimo radiowej absencji, przygotowałem sporo świeżego materiału. W razie, gdyby pewnego dnia Nawiedzone Studio zostało jednak wezwane do kontynuowania swej misji na żywca.


W sobotni wieczór telewizyjna jedynka nadała solidnie ponad godzinny dokument o Krzysztofie Krawczyku - "Całe Moje Życie". Obejrzałem pełną gębą. Sporo archiwalnych materiałów, w tym wspominki z koncertów sopockich, opolskich, zielonogórskich, a także te wobec amerykańskiej Polonii, do tego oryginalne materiały z licznych programów tv czy także intensywnych zagranicznych podróży - m.in. do dawnego RFN czy USA. Okiem kamery mogliśmy popatrzeć, choćby na dawny Berlin Zachodni lub Stany przełomu 70/80's. Niezwykle cenne archiwa.
W dokumencie nie zabrakło wspomnień istotnych postaci na muzycznej drodze Krzysztofa Krawczyka - m.in. Wojciecha Trzcińskiego, Piaska, Gorana Bregovica, Ryszarda Kniata, Aleksandra Maliszewskiego, Smolika, żony Artysty - Ewy, kolegów z Trubadurów i jeszcze wielu innych.
Otrzymaliśmy możliwość prześledzenia chronologicznego przebiegu wydarzeń, z którego wynikały: polska kariera, niespełniony amerykański sen, plus liczne wzloty i upadki - artystyczne, zdrowotne, duchowe.
Jako dwunasto-/trzynastolatek przepadałem za Krawczykiem. Do dzisiaj posiadam jego dwa pierwsze solowe albumy. Oba mocno zniszczone. Z początku nie potrafiłem o płyty należycie zadbać, więc "Rysunek Na Szkle" dosłownie zamęczyłem. Nie ma więc szans na posłuchanie "Parostatka" - wydłutowanego do białych, kompletnie zdartych rowków. A kupił mi tę płytę na imieniny (w 1977 lub 78 roku) - w jednej z ówczesnych księgarń - mój najlepszy w czasach podstawówki kumpel. I nie ma mowy, by o tym pamiętał. Widzicie, a ja pamiętam.

Pięknie dziękuję za świąteczną kartkę (oraz życzenia) Panu Przemkowi Górskiemu. Dostaję od niego fizyczne kartki od wielu wielu lat, tylko nie zawsze się tym chwalę. A, że w tym roku to jedyne przekazane za pośrednictwem Poczty Polskiej życzenia, tym bardziej sprawa zasługuje na wyróżnienie. Poza tym, tak oto rysuje się przepaść w kulturze pisanego słowa a inwazją niby zabawnych wierszyków oraz towarzyszących im ruchomych animacji, w tym okresie masowo podbieranych z sieci, po czym przekazywanych systemem łańcuszkowym, co zresztą każdorazowo zlewam na bruk.

Ostatnio w jednej z szaf czegoś tam szukałem, no i znalazłem nie lada zabytek - katalog wydawniczy Tonpress'owskich singli za rok 1978. Od razu może nas dopaść zastanowienie, po co wówczas było reklamować coś, co i tak na pniu było sprzedane jeszcze przed rozlokowaniem towaru na sklepowych półkach? Propaganda sukcesu nakazywała chwalipięctwo, trzeba było mieć tego ślad, na choćby targi krajowe, tym bardziej Midem. Jest tego plus, dzięki temu mamy interesujące po socjalizmie pamiątki. Znalazłem takowych jeszcze kilka, lecz nie wszystko na jeden raz.
Poniżej kilka z tym związanych ujęć. Życzę miłej lektury.

 

 




 









Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 












niedziela, 4 kwietnia 2021

święta

U mnie muzyka na dziś ...












Wszystkim życzę dobrych świąt, w zdrowiu, miłości i pokoju!
Happy Easter peace and love everybody!


A.M.


czwartek, 1 kwietnia 2021

dzisiaj retro

Czteroalbumowi Champaign fonograficznie zadebiutowali w 1981 roku, choć żywym strumieniem brzmieli disco-funkująco pod wycinek okresu 76-78, wobec dekady 70's. Naturalne bujanko oparte o sekcję gitarowo/synth/dętą, które summa summarum zrodziło się chyba tyciu za późno. W momencie publikacji było lekko nie na czasie, a mimo to singiel "How 'Bout Us" przewinął się po górnych pasmach Billboardu oraz UK Top 40. Z całą płytą było już nieco mniej odważnie, jednak głową ręczę, klubowicze tamtych lat będą pamiętać Champaign.
Na czym polega potęga dużej płyty wyjaśnia finał strony A - numer "I'm On Fire". Także albumowy singiel, choć bez większego powodzenia. Warto wymierzając w niego pociągnąć za cyngiel i docenić nie tylko chwytliwą melodię, ale też "czarną" gitarę.
Słucham tej niemiłosiernie trzeszczącej płyty, z równie zgrzytającą okładką, a dookoła zrobiło się lekko. Szybciej i wyraźniej zaczynają zakwitać stokrotki, krzewy się zazieleniają, cała przyroda eksploduje. Wiosno - witaj królowo całorocznego kalendarza.
Dzisiaj muzyczne retro. Wielogatunkowe. Chwilę wcześniej zaśpiewali Manhattan Transfer. Mistrzowie jazzowej wokalistyki, których jako młodzieniec podziwiałem z krajowej pocztówki dźwiękowej - sexy petarda "Chanson D'Amour". Jeden z nielicznych rozsławionych w świecie przebojów o miłości w wydaniu nieanglojęzycznym. 1976 rok na świecie, u nas rok później. Ale co za różnica. Chociaż, ten jeden rok na wczesnym etapie życia dużo znaczy. Bo, gdy się ma jedenaście lat a dwanaście, różnica wydaje się przeogromna. Dwunastolatkowie jedenastoletniemu smarkaczowi mogą zaproponować jedynie pozycję na bramce, ewentualnie w obronie. W futbolu podwórkowym obie te funkcje spełniają raczej ofermy, no chyba, że ktoś urodzi się Kamilem Glikiem. Dlatego dopiero po latach wiem, dlaczego przez dwie schyłkowe klasy podstawówki byłem bramkarzem, odpowiednio siódmej i ósmej B. Choć wówczas wydawało mi się, że to wyróżnienie.
Co łączy Manhattan Transfer z Beatlesami? Znajdziemy cokolwiek? Bingo, Ringo Starr - pani w czerwonym kapeluszu wygrała lutownicę. Przy czym pamiętajmy, Stanisław Bareja przestrzegał, iż kobiety w czerwonych kapeluszach zawsze są podejrzane. Nawet, jeśli w ostatniej scenie "Bruneta Wieczorową Porą", w taką postać wbiła się najprawdziwsza matka tego wybitnego w dziedzinie satyry filmowca. W dwóch kawałkach płyty "Coming Out" po garach pociągnął Ringo Starr, jednak w słusznie osławionym "Chanson D'Amour", Jim Gordon - członek Derek And The Dominos, a później wzięty sideman. I miałby facet wiele na koncie dobrych uczynków, gdyby pewnego dnia nie zaciachał własnej matki, do czego namówiła go schizofrenia. Od tamtego czasu przysługuje mu pokój ze szkocką firanką, a nam jedynie archiwalne nagrania.
Powyciągałem z gabloty wiele zapomnianych nagrań, z jeszcze bardziej pożółkłych albumowych okładek. Właśnie je sobie teraz przemiennie serwuję, i tylko żal, że pod ręką dla wzmożenia klimatu brak w szafach odpowiednich dzwonów, butów na platformach czy choćby jednej błyszczącej koszuli z szerokim kołnierzem, po której rozpięciu walnąłbym owłosionym torsem.


A.M.


dance polo

Po meczu Anglia - Polska (2:1)

Przy każdej takiej okazji liczę na cud. Nieważne, z Anglią, Niemcami czy Holandią. Łudzę się na jednorazowy zryw, na trochę więcej niż tylko wystękany remis, oczekując od najlepszych kopaczy tego czterdziestomilionowego narodu odrobiny szaleństwa. Zawsze myśląc, może akurat dzisiaj zaskoczą. Bo przecież futbol to gra, zabawa, wirtuozeria, polot - tak zapamiętałem z podwórka. Nie żadna chłodna kalkulacja, bądź chowanie głowy do nory. Wszak najlepszą obroną jest atak - tego też mnie uczono. A tu znowu porażeczka. I nic to, że słabiutka wczoraj Anglia spokojnie była na remis, a przy odrobinie wiary do puszczenia z torbami. I tak też wczoraj pomyśleli północni Macedończycy, pokonując Niemców - na wyjeździe! Można?
Najlepszym na wczoraj w ojczyźnie futbolu, zdecydowanie Sterling. Jedyny wyróżniający się. Patrzyłem z podziwem i pomyślałem, za młodziaka na swoim podwórku musiał być niezłym akrobatą, a i mistrzem w gonito.  
A nasi? No cóż, zauważyłem Krychowiaka w jezusowym uczesaniu,
który biegał, wślizgiwał się, ale niewiele z tego wynikało. O Miliku naszło mnie, facet powinien tyrać na wysokości. Rzuca tą kielnią (czytaj: z buta oraz grzywą) w przestworza i tylko jego mało atletyczna sylwetka nie pozwala mu przejście na rugby. Jedynie Moder z Jóźwiakiem uzewnętrzniają angielską myśl piłkarską, z czego ten pierwszy nawet bramkowo pozwolił sobie skorzystać. Szkoda cholerka, że Piotrek Zieliński wciąż nie może zaskoczyć. W Napoli gromi każdą obronę, a w reprezentacji jest zestresowany, usztywniony, nie potrafiąc celnie podać choćby jednej piłki.
Nie ma lekko ten nasz unarodowiony Paulo Sousa (teraz wszystko narodowe). Wypróbował jak dotąd trzy różne składy, przećwiczył wiele wariantów, a gra wciąż jedna. Nieudolna, znieruchomiała, bojaźliwa, wyzbyta wiary. Jedyny plus, mamy niezłe drugie połowy. Kto wie, gdyby były jeszcze trzecie, może gralibyśmy koncerty jak wiedeńscy Filharmonicy. Lecz póki co, konsekwentnie uprawiamy te nasze dance polo.


A.M.