środa, 7 marca 2018

nie żyje VAN McLAIN

VAN McLAIN
Dowiaduję się o śmierci Vana McLaina. Kolejnej bliskiej mi w świecie rocka postaci. Widzę, że kostusze limit się nie wyczerpuje. Jak tak dalej pójdzie, to zostaniemy skazani na słuchanie Davida Guetty, albo "talentów" Eurowizyjnych. Zresztą, jeśli już nawet w "Faktach" trąbią o jakiś czterech góralkach, które przerobiły Podsiadłę (słyszałem - to teraz takie cuś się masom podoba?), dzięki czemu po kilku dniach dochrapały się dwóch milionów wyświetleń na You Tube, to o czym my tu w ogóle mówimy. Kto w naszym kraju zna Vana McLaina? A to Drodzy Państwo znamienity człek był. Klasowy gitarzysta, producent i okazjonalnie śpiewający kompozytor, znany z amerykańskiej grupy Shooting Star.
Gitarzystę dopadła jakaś dziwna krwotoczna przypadłość; wirus zachodniego Nilu - tak się zwąca. Akurat miałem dzisiaj wizytę w rejonowej przychodni, zapytałem więc doktorkę, co to za diabelstwo? Nie znała, ale po chwili wspólnie zidentyfikowaliśmy należną wiedzę w sieci. McLain walczył z tym cholerstwem ponoć trzy lata.
Muzyk już raz uciekł spod kosy żniwiarzowi. Miało to miejsce mniej więcej przed dwoma dekady, gdy rozpoznano u niego raka przełyku. Artysta zawziął się w sobie, lekarze tym bardziej stanęli na wysokości zadania, dzięki czemu udało mu się wyjść z tamtej opresji.
SHOOTING STAR - okres LP "Burning"
McLain był niezwykle lubianą i szanowaną postacią w muzycznym środowisku. Uchodził za dobrą duszę i przeuroczego człowieka, był także bezinteresownym aktywistą (prawdziwy ostatni mohikanin), który zaszczepiał muzyczne pasje u młodych, tym samym wspomagając ambitnych twórców w swoich rodzimych stronach.
Dowodzoną przez McLaina grupę Shooting Star, nie raz posłuchaliśmy w Nawiedzonym, ostatni raz miało to miejsce w lipcu ubiegłego roku, kiedy do głosu doszły trzy kompozycje z kapitalnej płyty "Burning" (1983). Przy okazji dodam, iż Shooting Star byli pierwszym amerykańskim zespołem, któremu przyszło podpisać kontrakt z należącą do miliardera Richarda Bransona wytwórnią Virgin Records - tej od m.in. Dzwonów Rurowych Oldfielda.
Muzykę Shooting Star w latach osiemdziesiątych chętnie przygarniały amerykańskie rozgłośnie radiowe. Grupa szła łeb w łeb z takimi formacjami, co: Reo Speedwagon, Journey, Kansas, Starship czy Survivor. Notabene często prezentując do nich zbliżoną twórczość.
SHOOTING STAR - okres LP "Silent Scream"
O kalibrze popularności Artysty w naszym kraju niech uświadomi nas fakt, iż o jego śmierci, do której doszło 2 marca br., dowiedziałem się dopiero wczorajszej nocy, i to też dzięki pewnemu muzycznemu zapaleńcowi, a przy okazji Słuchaczowi mojej jak najbardziej nieskromnej audycji.
Wielka nieoszacowana strata. Żegnamy kolejną znaczącą postać w szeroko pojętej muzyce. Kogoś, kto opuszcza nas bez błysku fleszy i jupiterowych luksów.
Dzięki Van za wszystkie pozostawione muzyczne dobra, a teraz brnij do świata lepszego...





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






wtorek, 6 marca 2018

czekając na Fortune

Ucieszyłem się na wieść o nowej płycie Fortune. Co prawda, to jeszcze cały rok czekania, ale zamierzam dożyć tej pięknej chwili. Muzycy zapowiadają swój, dopiero drugi album w karierze na styczeń 2019 roku, a przypomnę, że jedyny jak dotąd ukazał się w 1985 roku, i jest jedną z najcudowniejszych płyt tego świata.
Gdy formacja ustawiła się do pozowanego zdjęcia w 2004 roku, a to z racji zbliżającego się wówczas 20-lecia albumu "Fortune", pomyślałem, że to najlepszy czas na nagranie drugiego. Niestety, skończyło się jedynie na uściskach oraz zremasterowanej wersji płyty, a także trzech dodatkowych utworach, no i jedno-klatkowym zapisem ze wspomnianej foto sesji. Ale wszyscy, którzy wierzyli, którzy czekali, już niebawem zostaną wynagrodzeni.
Szkoda jedynie, że wokalista Fortune, Larry Greene, też zamilkł od 2002 roku, a obiecywał wówczas tylko krótką przerwę. Można mu jedynie niesłowność odpuścić faktem tyrania na życie. Wiadomo, z Fortune i Harlan Cage nie da się wyżywić rodziny na lata, więc muzyk wziął się za pisanie piosenek, bądź muzyki, pod telewizyjne reklamy, jak też niszowe filmy. Niestety nie można tego nigdzie posłuchać, ponieważ mnóstwo filmów nie ma odzwierciedlenia w oficjalnych płytowych soundtrackach, przez co jedyną możliwością ich posłuchanie w strzępach podczas filmowego zapisu.
I tu muszę wtrącić... bo choć do nazwy Fortune zdecydowanie przylgnęły nazwiska Larry'ego Greene'a oraz Rogera Scotta Craiga, to oddajmy jednak prym jej filarom: perkusiście Mickowi Fortune'owi oraz gitarzyście Richardowi Fortune'owi. Inna sprawa, że ich nazwiska mają dziś znaczenie jedynie encyklopedyczne, albowiem przyćmili je swą wybitną postawą Greene oraz Craig.
FORTUNE
W minioną niedzielę przypomniałem w programie dwie piosenki: "Thrill Of It All" oraz tylko z pozoru słodkawą "Stacy". Oczywiście po kompletnym braku reakcji wnioskuję, że fakt powrotu Fortune podgrzał tylko mnie, ale przecież w Nawiedzonym Studio od zawsze dogadzam głównie sobie. Tak, jak Satriani stoi onanistą gitarowym, tak też Masłowski szlocha nad muzyczką nikogo innego nieobchodzącą. Wracając jednak do niedzielnych kawałków Fortune dodam, iż "Thrill Of It All" w latach 90's przerobiła, będąca wynikiem konsekwentnej ewolucji, ekipa Harlan Cage, na której czele stali wspomniani właśnie Larry Greene oraz Roger Scott Craig. Tak tak, to ten Roger Scott Craig, który wywodzi się z legendarnych Merseybeats oraz późniejszych, jeszcze piękniejszych Liverpool Express. Tych ostatnich też Szanownym Państwu przypomniałem dwie niedziele temu, a to z racji gustownego mini boxu, który niedawno się ukazał, a który zawiera trzy pierwsze albumy. I w zasadzie można by rzec: jedyne, gdyby nie fakt, że grupa, która się kilkanaście lat temu reaktywowała, wydała jeszcze czwarty - także zasługujący na same gloryfikacje, lecz niestety od lat nieosiągalny. Przeoczyłem jego istnienie, bowiem w tamtym czasie odnotowałem tylko fakt odrodzenia grupy oraz pokładane wówczas plany względem koncertowania, o czym w wywiadach Liverpoolczycy zapewniali. O samej premierowej płycie panowała cisza, więc o jej pojawieniu dowiedziałem się stosunkowo niedawno. Ktoś mi nawet skroił kopię, której słucham niechętnie, ponieważ należę do oryginałów. Wściekam się więc na brak prawdziwka w domowej kolekcji, tym samym również na niemożliwość zaprezentowania albumu w audycji.
HARLAN CAGE
Troszkę przeskakuję z kwiatka na kwiatek, ale z entuzjazmu mam zbyt wiele do powiedzenia, nie bardzo potrafiąc wszystko zgrabnie uporządkować... tak więc może na chwilkę zatrzymajmy się jeszcze przy Larrym Greene'ie. Muzyk zapytany w jednym z wywiadów o koncertowanie odpowiedział, że zmuszony jest do pracy studyjnej, ponieważ w obecnych czasach nie ma chętniej do współpracy z nim dużej wytwórni, którą stać byłoby na zorganizowanie mu trasy koncertowej. W tym miejscu jednak żywię nadzieję, iż powrót Fortune okaże się triumfalnym, a tym samym dojdzie do licznych występów. Oczywiście na moją Polskę nie liczę, wszak u nas muzyka odgrywa marginalną rolę. Jedynie wielkie nazwiska podgrzewają tłumy amatorów do wzięcia udziału w spektakularnych koncertach. Bo bycie na Rolling Stonesach, U2, Coldplay czy Depeche Mode, daje możliwość lansiku wśród Facebokowego bractwa. Dla takowego zazwyczaj liczą się jedynie głupawe selfie z nafaszerowanego po brzegi pseudomelomańskim stadionem, zamiast prawdziwe duchowe przeżycia. Piszę, co myślę. Jednak fakt faktem, iż nie mam zbyt dobrego zdania o towarzystwie żyjącym na pokaz. Draństwo prze cały rok nie kupi choćby jednej płyty, ale tauzena na bilet na Stonsów wykroi nawet z sąsiadującego szamba, byle tylko z owego wydarzenia wszystkim się w biurze naprzechwalać po czkawkę z nieprzetrawionej sałatki. Na szczęście Larry Greene jest ideologicznie wiarygodny i krystalicznie autentycznym Artystą. Sam też w jednym z niedawnych wywiadów powiedział, że właśnie w dzisiejszych czasach widać, kto tak naprawdę uprawia tę muzykę z potrzeby serca, a kto tylko był zwykłym cwaniaczkiem w złotodajnej dekadzie 80's. Wówczas melodyjny rock zasypywał swoimi tworami listy przebojów, a wytwórnie nie nadążały nad dotłaczaniem co ważniejszych tytułów. Chylę czoła przed Larrym i Rogerem, a już kompletnie inną sprawą pozostaje, że wielbię Larry'ego głos oraz to, co i o czym śpiewa, do nut przyjacielskiego kompana Rogera Scotta Craiga.
Postaram się niebawem wrzucić słówko o Harlan Cage, Fortune oraz Liverpool Express, ponieważ trzeba wszystkie te formacje, jak przed dekady śpiewał Marek Grechuta: ocalić od zapomnienia.







Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 5 marca 2018

BOULEVARD - "IV Luminescence" - (2017) -








BOULEVARD
"IV Luminescence"
(MELODIC ROCK RECORDS)

***1/2






Powrócili w 2014 roku, po niemal ćwierćwieczu słodkiego nicnierobienia. Przypomnę tylko młodszemu audytorium, iż mamy do czynienia z Kanadyjczykami z grupy Boulevard, którzy w latach 1988-1990, skonstruowali dwa wysokiej próby piosenkowe albumy, oprawione ramami eleganckiego rocka. Dzięki nim zaskarbili sobie sympatię w wielu zakątkach świata. Nawet w Polsce, choć nie przypominam sobie, by ktokolwiek w tamtym czasie u nas wspomagał medialnie formację Davida Forbesa i jego kolektywu. Siła muzyki przebije jednak niejedną tamę.
Obecni Boulevard działają jako sekstet, w którym tkwi aż troje muzyków najwcześniejszego składu: wokalista David Forbes, saksofonista Mark Holden oraz podśpiewujący instrumentalista klawiszowy Andrew Johns. Należy jeszcze wspomnieć znanego z drugiego longplaya "Into The Street" perkusistę Randalla Stolla. Pozostali dwaj: gitarzysta Dave Corman oraz basista Cory Curtis, to już nowe nabytki, choć bezbłędnie wkomponowane w zespołowe struktury.
Zestaw "IV Luminescence" składa się z jedenastu klawiszowo-gitarowych piosenek, niemal na każdym kroku doprawionych saksofonem. Kompozycjom blisko do estetyki Toto, także nieco późniejszych Chicago, ale też stylistycznie pokrewnych, jednak niewytłumaczalnie niewypromowanych Work Of Art, bądź Ambition. Słowem: zgrabny AOR, idealny do radia i przyjemny do codziennego użytkowania. W przypadku zaś ballad: "What I'd Give" czy "What Are You Waiting For", dający się nawet przenieść do sfery melancholii. A jednak, wcale nie ballady stanowią za wartość najwyższą "IV Luminescence". Boulevard obdarzeni są swobodą tworzenia piosenek z porywającymi refrenami i odpowiednio pod nie skrojonymi zwrotkami. Dobrym tego przykładem, choćby "I Can't Tell You Why" - gdzie niespiesznie brnąca zwrotka naturalnie przechodzi w eksplodujący refren. Zgrabnie temat rozpisano na wielogłosy oraz niemal wszędobylski saksofon. I ten sam saksofon bywa także ozdobą porywającej, a i zarazem finałowej piosenki "Don't Stop The Music" - jednej z moich albumowych faworytek. Podobnie bronią się: "Come Together", "Laugh Or Cry", bądź "Love Is A Beautiful Thing".
Ciekawą, lecz nieco odmienną od pozostałych piosenką, jest rozpoczynająca całość "Out Of The Blue". Ta na bogato zaaranżowana rzecz, ma w sobie nieco z soulu oraz jazzu, a nawet musicalu. Z tej ostatniej dziedziny, nawet najwięcej. Mogliby ją spokojnie przygarnąć legendarni Styx, którzy od zawsze ujawniali zapędy do tej nierockowej muzyki.
Udał się powrót Boulevard. Pytanie tylko, czy w dobie konkurencyjnego AOR-owego zatrzęsienia zostanie on dostrzeżony?






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





młodzi przebojowi

W trakcie sobotnio-obiedniej popołudniówki machnąłem na Canal+ sympatyczny irlandzko-brytyjski film "Młodzi przebojowi". I zacznę od tego, że bardzo polubiłem tę stację, dającą z reguły świeże filmy, zarazem nie psując ich klimatu nawałnicami reklam.
Rzecz o nastolatku, który trafia do nowej szkoły, a która to szkoła okazuje się dla niego miejscem mało przyjemnym. Kompletnie niewyrozumiali nauczyciele, wśród których prym wiedzie pewien restrykcyjny klecha. Daje on ambitnemu młodziakowi popalić, ale na szczęście nasz bohater nic sobie z niego nie robi. Niestety chłopak także nie ma najlepszych relacji z własnymi staruszkami, którzy właśnie postanawiają się rozejść, a jest to trudne, choćby z uwagi na brak rozwodów w Irlandii. Na szczęście na jego drodze pojawia się kilku ambitnych kolegów, z którymi postanawia utworzyć zespół o nazwie Sing Street. Również w tym samym momencie przed oczyma wyłania mu się pewna dziewczyna. Niestety panienka jest zajęta przez jakiegoś totalnego frajera, więc w grę wchodzi o nią walka, albo relacje przyjacielskie. A jak życie uczy, nie ma przyjaźni damsko-męskich, gdy serce bije mocniej. Albo więc wte, albo wewte. Mamy ciężkie dojrzewanie, plus miłość, która na szczęście w bajeczkach zawsze zwycięża.
Akcja rozgrywa się w latach osiemdziesiątych, a więc tym samym muzyka też odpowiednia. Nasz bohater przechodzi różne etapy fascynacji, od Duran Duran, poprzez Spandau Ballet, aż po The Cure, co znacząco wpływa na tworzoną przez niego sztukę. Fajnie pokazano, jak Conor (to jego imię) wraz z kumatym braciszkiem, wspólnie wałkują jego bogatą płytotekę. Gdy słuchają "Gold" - Spandau Ballet, od razu ekipa Conora tworzy piosenkę na jej modłę, to samo dotyczy "Manetear" - Halla i Oatesa, no i tak dalej, i tym podobnie ...
W filmie jest kilka rzeczy do zapamiętania. Dla przykładu scena, kiedy aktualny chłopak pożądanej Ann, słucha w swym kabriolecie Genesis, o czym Conor później obwieszcza bratu, a ten na to: "żadna nie pokocha faceta, który słucha Phila Collinsa". Ale bywa też poetycko: "jej oczy wyglądają jak chmury umykające za księżycem". Pojawia się oczywiście negatywna postać, starszy szkolny kolega, który najlepiej czuje się w towarzystwie uliczno-kibolskim. Zazdroszcząc Conorowi ambicji - tak jest do pewnego momentu - stara się mu zachodzić drogę, i gdy pewnego razu chce mu spuścić manto, słyszy od Conora: "nie umiesz tworzyć, potrafisz tylko psuć". To mu daje do myślenia, więc z czasem "bandziorek" (u którego w domu istna patologia) tonuje, przez co otrzymuje od ekipy Conora nawet propozycję pozostania technicznym ich grupy. On też wyrywa się ze szponów szarzyzny i braku perspektyw.
I jeszcze na koniec dwa zapamiętane cytaty: "podobałabym ci się, gdybym stała za ladą w McDonaldzie? - jeśli byś była szczęśliwa", oraz: "nigdy nie wydoroślejesz, jeśli zaraz nie dorośniesz".
Obejrzyjcie moi mili, polecam. Swobodny film, lecz z wieloma mądrymi wskazówkami, a przede wszystkim o miłości ponad stres i lądy. Bo zawsze można z nieprzychylnej Irlandii wsiąść na łajbę i popłynąć do wymarzonego Londynu. Marzenia należy spełniać, i o tym traktuje ten nieco ponad półtoragodzinny esej.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 4 marca 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 4 marca 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







JUDAS PRIEST - "Painkiller" - (1990) - w najbliższy piątek premiera nowego albumu "Firepower"
- Metal Meltdown
- Night Crawler

SVARTANATT - "Svartanatt" - (2016) - 2 marca oficjalnie, lecz de facto od 16 marca w handlu nowy album "Starry Eagle Eye"
- Demon
- Thunderbirds Whispering Wind

AXEL RUDI PELL - "Knights Call" - (2018) - oficjalna premiera 23 marca
- Wildest Dreams
- Long Live Rock

TIMO TOLKKI - "Classical Variations And Themes" - (1994) - 3 marca Artysta obchodził 52-urodziny
- Guitar Concerto - {adaptacja "Concierto De Aranjuez" Joaquina Rodrigo}
- Soldiers Prayer

STRATOVARIUS - "Destiny" - (1998) -
- Years Go By

DUKES OF THE ORIENT - "Dukes Of The Orient" - (2018) -
- Strange Days

FORTUNE - "Fortune" - (1985) - w styczniu 2019 r. nowy album Larry'ego Greene'a i jego kolegów
- Thrill Of It All
- Stacy

LIAM DAVISON - "A Treasure Of Well - Set Jewels" - (2011) - podarek od Szanownego Korfantego Bereta z okazji niedawnego Dnia Radiowca
- Emerald Eternity
- Eternally Yours
- Heading Home

BJØRN RIIS - "Coming Home" - (2018) - najnowsze wydawnictwo Norwega, tym razem mini album
- Coming Home

JONATHAN WILSON - "Rare Birds" - (2018) - współczesna folk/rock/psychodelia. Muzyk doceniony nawet przez Rogera Watersa czy Roya Harpera
- Over The Midnight
- There's A Light

MAGNUM - "On A Storyteller's Night" - (1985) - na 8 kwietnia zaplanowano koncert grupy w bydgoskiej Kuźni 
- On A Storyteller's Night
- Les Mort Dansant
- Endless Love
- Two Hearts
- The Last Dance

MAGNUM - "Chase The Dragon" - (1982) -
- The Lights Burned Out - {wersja niealbumowa, dużo piękniejsza od powszechnie znanej}

YES - "Fly From Here" - (2011) - 23 marca trafi do sprzedaży nowa edycja tego albumu, pt. "Fly From Here - Return Trip" - gdzie rolę wokalisty przejmie Trevor Horn
- Fly From Here, Pt.II - Sad Night At The Airfield

THE ROLLING STONES - "Grrr!" - (2012) - 8 lipca grupa zagra na Narodowym, ale poniższych utworów się nie spodziewajmy
- Waiting On A Friend - {oryginalnie na LP "Tattoo You", 1981}
- Don't Stop - {oryginalnie na kompilacji "Forty Licks", 2002}

BUDGIE - "In For The Kill" - (1974) - pamięci PETE'a BOOTa, zmarłego ostatnio perkusisty Budgie
- Crash Course In Brain Surgery
- Wondering What Everyone Knows

PINK FLOYD - "The Dark Side Of The Moon" - (1973) - 1 marca najlepsza płyta wszech czasów obchodziła 45-lecie
- Money
- Us And Them
- Any Colour You Like
- Brain Damage
- Eclipse

BJØRN RIIS - "Coming Home" - (2018) - najnowsze wydawnictwo Norwega, tym razem mini album
- Tonight's The Night







Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






sobota, 3 marca 2018

souvenirs

Podejrzane w kalendarium: dzisiaj mija równo 39 lat od telewizyjnej emisji serialu "Życie na gorąco". Pamięta ktoś jeszcze redaktora Maja (zagranego przez Leszka Teleszyńskiego) tropiącego hitlerowską siatkę przestępczą? To były czasy, gdy oglądała cała Polska. W tamtych realiach były w TV tylko dwa programy, więc nie było wyboru. Niedawno ktoś zasygnalizował na którymś z kanałów powtórkę serialu. Spróbowałem, ale niestety, dzisiaj nie da się już tego oglądać. Dziwne, bo polskiego Bonda, czyli porucznika Borewicza, jak najbardziej. Pomimo sztuczności i kanciatowości.
Podobno najlepszych (czytaj: najtańszych) biletów na Stonesów już nie ma. No proszę, a ja się zamartwiałem. Z własnej strony podpowiem: następnym razem trzeba by po sześćset. Trzysta dziewięćdziesiąt pięć, to jednak faktycznie zbyt tanio Szanowny Organizatorze.
Od dwóch tygodni wybieram się do fryzjera, ale dotrę do niego, gdy się ociepli. Chodzę zarośnięty, niczym człowiek buszu, lecz zanim się nie ociepli nie zmienię wizerunku.
Dostałem dużą pakę płyt. Jest w niej m.in. radosny promos, którego premiera 23 marca. Pochwaliłem się już nim chyba każdemu, lecz muzykę tylko Wy Szanowni Państwo usłyszycie jako pierwsi. Już w najbliższą niedzielę. Lecz to nie wszystko, od kilku Słuchaczy ostatnio również sypnęło podarkami. Andrzej z Zielonej Wyspy na Walentynki podesłał cudownego 7-calowego singla FM "Let Love Be The Leader" - z dwoma wersjami jednej piosenki (studyjna i koncertowa). Płytka zawiera dodatkowo pięć kartek w klimacie portfolio, z oryginalnymi autografami. Można? Można nie psuć wierzchniej okładki, tylko bazgrołki złożyć w najbardziej intymnej sferze opakowania. Do tego Pan Andrzej dorzucił cały album mojego ulubieńca Benny'ego Hilla. Płyta raczej nie do Nawiedzonego Studia, ale codziennie wpatruję się w jej okładkę, która vis a vis mego legowiska.
Od Słuchacza Szymona otrzymałem efektowny box Johna Lennona, a w nim książka z listami nieżyjącego Beatlesa, dokument DVD, dwie przypinki oraz t-shirt. Szkoda tylko, że jakaś dziecięca eLka. Dlaczego ci wszyscy wydawcy serwują na okrągło mikroskopijne rozmiary? Wreszcie, dlaczego nie mogę mieć choć jednego jakiegoś fajnego muzycznego t-shirta, z męskim 4- lub najlepiej 5 XL? Czy faceci ze 191 wzrostu i zaawansowanym brzuszkiem nie mają prawa fajnie r'n'rollowo wyglądać?
Podarków ciąg dalszy... od w miarę świeżo upieczonego Słuchacza, o pseudo-imieniu Korfanty, dostałem cd-płytę, że aż walnąłem głową w chmury. Coś, co ukazało się w 2011 roku, w ilości ledwie ośmiuset egzemplarzy, i zarazem coś, co wydawało się przepadło dla mnie bezpowrotnie. Pan Korfanty "podmaślił" się Nawiedzonemu z okazji niedawnego Dnia Radiowca.
Dbają o mnie Nawiedzeni, schlebiacie mi Kochani, dziękuję. Dobrze poczuć się potrzebnym, lubianym, choć największym skarbem wszyscy Słuchacze Nawiedzonego Studia. Dzięki nim, najbardziej nielubiana niedziela, jutrzenką stoi.
Dzisiaj 52-urodziny obchodzi Timo Tolkki - ex-gitarzysta Stratovarius, za którego przyczynkiem rozpoczęła się moja sympatia do tej fińskiej metalurgicznej machiny. Obecnie o Timie już sporo ciszej. Działa, tworzy, od lat spiera się z dotkliwą chorobą, której się nie poddaje - i tak trzymać! Wszystkiego dobrego Timo, niech się tylko dobrze dzieje!
Do usłyszenia w niedzielę....







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




czwartek, 1 marca 2018

STEVE WALSH - "Black Butterfly" - (2017) -








STEVE WALSH
"Black Butterfly"
(ESCAPE MUSIC) 

****




Najwyraźniej były wokalista oraz instrumentalista klawiszowy Kansas, zmęczył się rockiem progresywnym. Przygotował więc płytę odległą od aspiracji jego byłych zespołowych kolegów, którzy po zatrudnieniu w jego miejsce (także wokalisty i klawiszowca) Ronniego Platta, przed niespełna dwoma laty zrealizowali raczej wątpliwej jakości album "The Prelude Implicit" - co prawda z przepięknym utworem "Refugee", jednak w pozostałej warstwie ujawniający aktualną twórczą niemoc. Płyta jednak spotkała się z ciepłym przyjęciem, co już takie oczywiste w przypadku "Black Butterfly" Walsha, chyba nie będzie. Album, który w dużej mierze wypełniają utwory z pogranicza hard- oraz melodic rocka, co nie do końca zaakceptują zaprzysiężeni prog-melomani wspomnianych legendarnych Amerykanów. Ci nie znajdą tu bowiem kompozycji o ambicjach wielowątkowych, typu: "Song For America", "Hopelessly Human", "Magnum Opus", "The Pinnacle", bądź czegoś ponadczasowego, na miarę "Dust In The Wind" -  klejnotu, który na zawsze wrósł w szorstką barwę głosu Walsha. Trzeba też dostrzec, że choć Walsh na nowej płycie jest niemal wszędobylski, to jednak stać go było na zamieszczenie trzech nagrań: "Winds Of War", "Now Until Forever" oraz "Mercy On Me" , w których główną rolę wokalną pełni niespecjalnie do tej pory osławiony Pennsylwańczyk Jerome Mazza (muzyk grupy Pinnacle Point). Przy okazji muszę napomknąć, iż jako sympatykowi Brytyjczyków z FM, nie mogło mi też umknąć nazwisko Steve'a Overlanda - wokalisty mikroskopijnie u nas popularnej, a wspomnianej formacji. Overlandowi przyszło gościnie pośpiewać drugie partie wokalne. Albumowym gitarzystą zaś, uznany Tommy Denander (z grupy Radioactive), który całkiem sprawnie wybija również wspomagające Walsha klawiszowe akordy, ale przede wszystkim stoi za produkcją całego dzieła.
Album "Black Butterfly" dosłownie kipi melodyką, zgrabnością kompozycyjną i może poszczycić się mistrzostwem wykonawczym. Steve Walsh zagrał na klawiszach z młodzieńczą błyskotliwością, bez wstydu pochylając się nad retro brzmieniem- a'la epoka 80's, dzięki czemu wydobył woń z najbardziej melodyjnych czasów dla muzyki.
Płyty słucha się jednym tchem, a otwiera ją konkretny hardrockers "Born In Fire". Najlepsze jednak dopiero nadejdzie. Bo oto już następny przebojowy "The Piper", to prawdziwa kaloryczna bomba, a i także otwarcie wrót dla kilku równie efektownych melodic-rockowych piosenek, jak: "Dear Kolinda", "Tanglewood Tree", "Warsaw" (czyżby Walsh odwiedził Muzeum Powstania Warszawskiego?), "Mercy On Me" oraz skrywająca w sobie niemal stadionowy refren "Hell Or High Water". Są też dwie ballady, i obie wyborne: "Now Until Forever" ("... świat ożywa, gdy czyjeś serce śmiertelnie krwawi...") oraz "Winds Of War" ("... nie potrafię już płakać, moje łzy wyschły, wiatry wojny będą ciosem do dnia, w którym umrę...).
Dla nieugiętych prog-fanów stylu Kansas, płyta "Black Butterfly" okaże się raczej nie do przyjęcia, mnie dla odmiany ogarniając istną ciżbą przyjemności. Konserwatyści zapewne pomarudzą, iż to wtórne i dawno minione granie, ale nie przejmujmy się czczym narzekactwem, bo oto przed nami blisko godzina wciągającej i porywającej muzyki.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"