poniedziałek, 22 lutego 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 21- na 22 lutego 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 21- na 22 lutego 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Oto kolejna z audycji rozpiska. Nie powinno jej być, ponieważ rozpiski rozleniwiają, ale jest. Jest nawet w takich okolicznościach, kiedy można skonkludować, po co słuchać skoro następnego dnia wszystko da się na bazie tego spisu sprawdzić, a ewentualne dwa/trzy nieznane numery na jakimś strumieniu odsłuchać. Można, wszystko można. Szczególnie obecnie, gdy wszystko wydaje się takie proste, wręcz na wyciągnięciu dłoni. A jednak zasuwam przez cały tydzień i myślę o tej audycji, w nadziei, że ktoś na nią czeka i organizuje wobec tego wydarzenia kolejną niedzielno-poniedziałkową wieczoro-noc. I nie ma zmiłuj, jestem każdej niedzieli, bez wykrętów, bez usprawiedliwień. Nigdy o moich fm-przyjacielach nie zapominam, nie spóźniam się, wreszcie, nie odstawiam chałtur. Działam w radio studenckim, ale staram się być, i myślę jestem profesjonalistą. Wszystko, co złe, to nie ja. Bo mi zależy, bo nie potrafię mieć niczego w nosie, bo z takiej gliny mnie ulepiono. I nawet, jeśli zjechałoby mi do ostatniego Słuchacza, dojadę na tego Św. Rocha, kupię kolejną butelkę Pepsi, odłożę nawet będąc pod kreską na nocną taksówkę, odpuszczę niejedną imprezę czy przyjacielską nasiadówę przy kielichu, i przyjadę. Kurde balans przyjadę, ponieważ kocham muzykę bardziej od wlewania w gardło, także od zagranicznych wojaży, a już na pewno od leżenia odłogiem przy telewizorze. Zresztą, jak mógłbym odpuszczać audycje żyjąc w przekonaniu, iż to właśnie ja mam najlepsze płyty, i wiem, co i jak chcę z nimi zrobić i co o nich opowiedzieć. Nie przeżyłbym, gdyby o mojej muzyce, którą znam od podszewki, wypowiadałby się w moim imieniu jakiś cienias. Szczególnie z epoki Wikipedii. Dziś takich nie brakuje, którzy próbują na wyprzedażach nadrobić zgubiony czas. Ale chaotyczne i niekonsekwentne zbiory, plecione z okazji, przecen i wyprzedaży, szybko obnażają niedoskonałości. W tej zabawie chodzi o mozolne klocków układanie, a i cała sprawa rozbija się o długowieczną atmosferę. O to, by każda płyta na naszej półce naznaczona była historią, jakąś mocną kością ze szkieletu naszego życia.
Po ostatnich przeróżnych wydarzeniach miałem ochotę na negatywną audycję. Taką, która by nikomu nie podeszła, ale nawet tego nie potrafię. Dzisiaj przychodziły i wciąż jeszcze przychodzą tylko dobre słowa - i bardzo Wam za nie dziękuję! A przecież takim ELP czy King Crimson daleko do miłego przy odbiorniku biesiadowania. Przy czym trzeba zaznaczyć, nie słyszałem, by jakiś przechodzień został przygnieciony radiowym odbiornikiem w trakcie ostatniego Nawiedzonego Studia.
Pograłem Rolling Stonesów, Jimiego Hendrixa, Winwooda z Claptonem, był jeszcze najwcześniejszy Joe Cocker, a i Yes z półwiecznym "The Yes Album". Było jeszcze kilka obowiązkowych gorących nowości, wszak bez nich dzisiejszy radiowiec nie istnieje. I jestem zadowolony. Wiem, nieładnie być zadowolonym z samego siebie, ale jestem. Poszło okey. Nawet w radiowym komputerze odszukałem stronę potrzebną do nocnego pasma, bo nie ma to jak niespodzianki. Ostatnio nie ma niedzieli, by nie czyhała w tej dziedzinie na mnie jakaś łamigłówka. Ale radzę sobie. Muszę i chcę. Bo siedząc solo w radiowym studio jest mi tak strasznie dobrze. Słucham głośno muzyki, nic i nikt mnie nie rozprasza, a co jeszcze piękniejsze, niczego nie muszę. Ani popychać pierdół (na to jest czas przy wódce, nie w robocie), ani odbierać radiowego telefonu, nawet pogadać z portierem, który w sumie jest całkiem wporzo. Jest mi więc naprawdę dobrze i niech tak zostanie. Niczego nie zmieniajmy (oczywiście Majka Chaczyńska zawsze mile widziana). Kilku ludzi w ostatnim czasie nawet dostrzegło, a raczej usłyszało tę moją wolność. Pragnę w takim właśnie nastroju dalej trwać w dokonywanym dziele. A na dobitkę, pragnę też pokonywać tych wszystkich z WarszaFki panów ważnych. Tak mi dopomóż... i tak dalej, i tak dalej.

P.S. Warta ograła w Gliwicach Piast i jest coraz wyżej w tabeli - nad Lechem. Ależ Zieloni piszą piękną historię.

 



YES "The Yes Album" (1971) - 50-lecie albumu
- Starship Trooper
a) Life Seeker
b) Disillusion
c) Würm



STEVE HOWE "Love Is" (2020)
- Love Is A River



EMERSON, LAKE & POWELL "Emerson, Lake & Powell" (1986)
- Mars, The Bringer Of War



EMERSON, LAKE & PALMER "Brain Salad Surgery" (1973)
- Toccata



KING CRIMSON "Thrak" (1995)
- Dinosaur
- Radio I
- One Time
- Radio II



PASSENGER "Songs For The Drunk And Broken Hearted" (2021)
- Sword From The Stone
- Tip Of My Tongue
- Sandstorm



THE FLAMING LIPS "American Head" (2020)
- Mother Please Don't Be Sad
- When We Die When We're High
- Assassins Of Youth



YANNI "Live At The Acropolis" (1994)
- Nostalgia




YANNI "Inspirato" (2014)
- Come Un Sospiro (Like A Sigh) - {śpiew VITTORIO GRIGOLO}


HOWARD JONES "In The Running" (1992)
- Fallin' Away



STEVE HACKETT "Under A Mediterranean Sky" (2021)
- Casa Del Fauno



STEVIE NICKS "Live In Concert - The 24 Karet Gold Tour" (2021)
- Stand Back
- Edge Of Seventeen



3.2 "Third Impression" (2021)
- Missing Piece - {Alliance cover}
- A Bond Of Union



ERIC CLAPTON AND STEVE WINWOOD "Live From Madison Square Garden" (2009)
- Them Changes - {Buddy Miles cover} - {śpiew STEVE WINWOOD}
- Double Trouble - {Otis Rush cover} - {śpiew ERIC CLAPTON}



NINA SIMONE "Nina Simone Sings The Blues" (1967)
- The House Of The Rising Sun



JOE COCKER "With A Little Help From My Friends" (1969)
- Don't Let Me Be Misunderstood - {Nina Simone cover}



JOE COCKER "Joe Cocker!" (1969)
- Let It Be - {The Beatles cover}



THE ROLLING STONES "Beggars Banquet" (1968)
- Salt Of The Earth



THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE "Electric Ladyland" (1968)
- Voodoo Chile
- Rainy Day, Dreamm Away
- Still Raining, Still Dreaming



WAYNE SHORTER featuring MILTON NASCIMENTO "Native Dancer" (1975)
- Ponta De Areia



Jeszcze z soboty, 20 lutego. W poszukiwaniu  wiosny z Tomkiem Ziółkowskim ...










Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 14- na 15 lutego 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 14- na 15 lutego 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 


MICHAEL SCHENKER GROUP "Immortal" (2021)
- Sail The Darkness - {śpiew RONNIE ROMERO}
- Don't Die On Me Now - {śpiew JOE LYNN TURNER / wokalizy MICHAEL VOSS}



JOHN DIVA AND THE ROCKETS OF LOVE "American Amadeus" (2021)
- Voodoo Sex & Vampires
- Soldier Of Love



SUNSTORM "Emotional Fire" (2012)
- You Wouldn't Know Love - {Cher cover}



CREYE "II" (2021)
- Carry On
- Siberia



W.E.T. "Retransmission" (2021)
- The Moment Of Truth



ACCEPT "Too Mean To Die" (2021)
- The Undertaker



SIRENIA "Riddles, Ruins & Revelations" (2021)
- Voyage Voyage - {Desireless cover}
- December Snow
- Passing Seasons



SIRENIA "The Enigma Of Life" (2011)
- Fading Star



SIRENIA "The 13th Floor" (2009)
- Sirens Of The Seven Seas
- The Lucid Door



DAVID BOWIE "Tonight" (1984)
- Loving The Alien



BLACKFIELD "For The Music" (2020)
- After All



JOHNNY CASH "Rainbow" (1985)
- Have You Ever Seen The Rain? - {Creedence Clearwater Revival cover}



MOON MARTIN "Mystery Ticket" (1982)
- Firing Line
- Aces With You
- Deeper (Into Love)



MAX MERRITT & THE METEORS "A Little Easier" (1975)
- Wrong Turn
- Coming Back
- Slipping Away



MONRO "Monro" (1987)
- Some Girls
- Here Comes The Night
- It's You




JEFF BECK "Flash" (1985)
- Gets Us All In The End - {śpiew JIMMY HALL}
- Escape - {instrumentalny / siłą wiodącą JAN HAMMER}
- People Get Ready - {Curtis Mayfield cover} {śpiew ROD STEWART}


WALK ON FIRE "Blind Faith" (1989)
- Crime Of Loving You
- Hands Of Time
- Miracle Of Life




VIXEN "Rev It Up" (1990)
- Streets In Paradise


HEART "Heart" (1985)
- What About Love



WETTON-DOWNES "Icon Zero" (2002 / 2017)
- Walking On Air



+ utwór dodatkowy, już w ramach "Nocnika":
FALCO "Falco 3" (1985)
- Rock Me Amadeus

 

 

 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


niedziela, 14 lutego 2021

tosty z marmoladą

Walentynkowa niedziela do niczego nie zobowiązuje, a jednak polecałbym nie kręcić gałką na Kaczkowskiego, tylko skupić się na moim fm.
Torba spakowana. Obok kompaktów winyle, obok nowości starocie. Jak zawsze tylko "dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze".
Jednocześnie polecam nieprzeładowany żołądek. Tak też, dla dobrego wobec Nawiedzonego Studia samopoczucia, dzisiejsze danie kolacyjne - chrupiące gorące tosty z dżemem morelowym. Wiem, powinny być z pomarańczowym i ze skórkami, jak w jednym z odcinków kryminalnych przygód porucznika Columbo, ale spróbujcie gdzieś taki dżem kupić.


Odszedł Chick Corea - nieprzeciętnie uzdolniony, wielokrotnie statuetkowo doceniany jazzowy pianista, w swojej bogatej karierze grający z najlepszymi, co również koncertujący u nas.
Tak się złożyło, że wrodzona niedżezowość pozbawiła mnie emocjonalnego kontaktu z jego, jak i w ogóle tego typu muzyką, niemniej posiadam jednak na półce "Bitches Brew" Milesa Davisa (to chyba najbardziej skomplikowana muzyka pod moją strzechą - właśnie jej słucham), gdzie Chick Corea walczy na elektrycznym pianinie w towarzystwie drugiego mocarza - Joe Zawinula. Rzecz zdecydowanie nie do Nawiedzonego Studia, proszę więc bez obaw zasiąść przy odbiorniku.

Do usłyszenia o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl


A.M.


piątek, 12 lutego 2021

SIRENIA "Riddles, Ruins & Revelations" (2021)



 

 

SIRENIA
"Riddles, Ruins & Revelations"
(NAPALM RECORDS)

***1/2

 

 

Ten norweski, co też przynależny gotyckometalowej rodzinie, ale jednocześnie będący pod autorytarnymi rządami Mortena Velanda kwartet, dostarcza właśnie swoje dziesiąte studyjne dzieło. Jak najbardziej wobec historii Sirenii stylowe, choć ja chyba nigdy nie pozbędę się szram pozostawionych przez hiszpańską wampirzycę Ailyn, której metrykowe personalia rozciągają się niczym górski łańcuch Andów - Pilar Maria Del Carmen Monica Gimenez Garcia - a, z którą ta niegdyś fantastyczna formacja nagrała cztery albumy, w tym dwa genialne - "The 13th Floor" oraz "The Enigma Of Life". I niech w przypadku Ailyn nie oznacza to żadnej niecodziennej wokalistyki, albowiem bezsprzecznie w owej dziedzinie, wobec panującej od kilku lat w Sirenii francuskiej sopranistki Emmanuele Zoldan, pozostaje w jej cieniu niedoścignionych oktaw. A mimo wszystko... Nie muzyczne renomowane uczelnie czy nagradzane akademie, co również monstrualna rozpiętość płuc, uczynią nas wielkimi. Bo, jeśli matka natura pozbawi nas "tego czegoś", wszystko w drzazgi. Emmanuelle owszem, śpiewa lepiej niż tylko nieźle, a nawet dostrzegalnie silniej od swej iberyjskiej rywalki, lecz ma jedną zasadniczą wadę - nie wodzi na pokuszenie, nie wabi, nie kusi, nie kokietuje, wreszcie, nie straszy i nie dręczy w nocnych koszmarach (o tak, pod tym względem płocki koncert na zakończenie lata 2010 r. zrobił swoje). Nie dysponuje też, jak jej poprzedniczka, rajcownym femme fatale spojrzeniem. I co z tego, że Ailyn jedynie mięciutko i słodkawo sterowała swymi więzadłami głosowymi, skoro zionęła osobowością niepozwalającą zapaść w sen. I właśnie o to chodzi. Dlatego ostatnie dokonania tego mniej już norweskiego, a coraz bardziej międzynarodowego zespołu, bywają co najwyżej okey. Nawet, jeśli uczciwie dostrzegę, iż tym razem dzieje się znacznie lepiej, niż na dwóch albumowych poprzednikach.
Morten, jak zawsze wspomaga będącą na froncie wydarzeń wokalną divę, niekiedy gniewnym, a bywa, że i czystym głosem, jednocześnie wymyślając przeróżne metalowe melodyjki, do których dopisuje równie stosowne miłosno-mroczno-grobowe liryki. I żaden z niego metalowy straszak, a raczej błędny rycerz próbujący odnaleźć utraconą miłość w czeluściach mroku.

Mamy tu trzy porywające kompozycje, a nawet cztery, jeśli na serio potraktujemy przeuroczo sportretowany cover wielkiego niegdyś przeboju Desireless "Voyage, Voyage" ("... podróżuj w niepojętą przestrzeń miłości...") - usadowiony w miejscu należącym do części premium. Ale to tylko ciekawostka. Sądzę, że Morten Veland chętniej przyjąłby uznanie za tematy przez siebie popełnione. A na tym polu polecam kapkę gregoriańskie i niosące się przebojowo "Towards An Early Grave" ("... bądź mą piekielną miłością, aż pewnego dnia śmierć mnie uwolni..."), do tego przepojone aurą melancholii "Passing Seasons", plus temat "December Snow", o niekiedy symfonicznym rozmachu i naznaczony tęskną aurą - tutaj kilka wierszy tekstu Emmanuelle melodeklamuje najbliższej swemu sercu francuszczyzną. Rzecz z okolic, gdzie każdego dnia rządzi ciemność. I cała reszta tej płyty nawet o milimetr nie zboczy z ustalonego dla niej toru, choć na dawny czar piosenek, w rodzaju "Darkened Days To Come", "This Darkness", "Fading Star" czy "Sirens Of The Seven Seas", nie liczcie.

A.M.


czwartek, 11 lutego 2021

tłusty czwartek

Po wczorajszej chudej medialnie środzie, dzisiaj tłusty czwartek. Tak tłusty, jak roześmiane policzki wydawców TVP Info, którym wczoraj - jak nigdy - skoczyło w notowaniach. Z racji braku konkurencji każdy wynik premiował podium. Trwała więc zacięta rywalizacja pomiędzy TV Republiką a TV Trwam, choć z TVP Info nawet zakoloratkowany dobrodziej Rydzyk nie wygra. Czekam jeszcze tylko, aż komisja smoleńska oficjalnie podliczy słupki oglądalności.
Wczoraj młodzież miała szansę doświadczyć w praktyce pamiętnej niedzieli 13 grudnia, gdy nie było Teleranka, choć w tej generalnej próbie akurat wojsko pozostało w koszarach. Jednocześnie na stu kanałach czuwał miś kolabor - i to w jakości HD - a na kanałach rządowych karnawałowe szaleństwo.
Dopóki więc nie zdejmą i mnie, polecam na moim pressie opisy najnowszych płyt MSG oraz Accept, po czym konieczne ich posłuchanie. Kto wie, mogą wszak nadejść czasy, kiedy w naszych domach z głośników będziemy słuchać na przemian przemówień Kaczyńskiego i Morawieckiego. Wzorce północnokoreańskie docierają do nas szybciej niż chińska technologia, także miłego wszystkim dzisiejszego wieczoru, nie szczędźcie sobie pączków i innych słodyczy, bo gorzkość tego kraju nieraz Was jeszcze kopnie w dupę.


A.M.


MSG "Immortal" (2021)







MICHAEL SCHENKER GROUP
"Immortal"
(NUCLEAR BLAST)

****





Lekka modyfikacja składu i powrót do nazwy Michael Schenker Group. Ale przyznam, wielkiej różnicy nie widzę. To wciąż rozrośnięta personalnie formacja, z utrzymanym logo MSG, która podobnie jak na poprzednich longplayach ("Revelation" czy "Resurrection") pracuje modnym ostatnio systemem pracy zdalnej. Dotyczy to głównie metalowych psalmistów, których Schenker na swoje albumy pozyskuje z lekkością czarodziejskiej różdżki. Tym razem, w okowach fajnej militarnej albumowej okładki, wokalny prym wiodą Ralf Scheepers, Ronnie Romero, Joe Lynn Turner oraz Michael Voss. Choć, w niecodziennym finale nie zabraknie też mocarzy, którzy stanowili za żelazny skład poprzednich dwóch dzieł - Gary'ego Bardena, Dougie'ego White'a oraz Robina McAuleya. A mowa o scoverowaniu numeru "In Search Of The Peace Of Mind". Rzecz w pierwowzorze z debiutanckiego albumu Scorpions "Lonesome Crow", który co prawda wydano w 1972 roku, jednak kompozycja powstała jeszcze w roku 1970, kiedy grający w tamtej ekipie Michael Schenker miał zaledwie 15 lat. Nowa wersja nie tylko została przyozdobiona przemiennym śpiewem panów Bardena, Romero, White'a oraz McAuleya, ale jest wyraźnie dłuższa, co i doprawiona maestrią Simona Phillipsa - swoistego specjalisty w monumentalnych partiach perkusji. Tego samego faceta, którego m.in. możemy podziwiać w rewelacyjnym długasie Nazareth "Please Don't Judas Me". Ale Schenker, jako ex-wymiatacz Scorpions, UFO czy przede wszystkim właściciel loga MSG, właśnie świętuje sceniczne 50-lecie. Z automatu zależało mu więc na płycie jakby lepszej, wyróżniającej się, co jednocześnie podkreślającej odwieczną przynależność do grona pogromców gitar w bractwie dyskretnego szczęku blach. I choć "Immortal" jednak nie dyskredytuje genialnych dokonań Schenkera z czasów UFO, ani też nie przyćmiewa wielu wcześniejszych dzieł opatrzonych banderą "MSG", to mimo wszystko znajdziemy tu jednak kilka bajecznych fragmentów - m.in. otwierające całość, dobrze zatytułowane "Drilled To Kill" - faktycznie sugestywnie drylujace dziurę - wściekle ostre, a i prawie w tempie JudasPriest'owego "Painkiller". Przy czym, zainstalowana w jego schyłkowym etapie i trochę w duchu dokonań Jona Lorda sekwencja instrumentów klawiszowych, którą dostarcza Derek Sherinian, a i śpiewo-ryknięcia Ralfa Scheepersa (podobnie też Ralf dobrał się do "Devil's Daughter"), to prawdziwy widok z góry najwyższej.

SchenkerMoments albumu zarzuca z reflektora snop światła na absolutnie rewelacyjne "Sail The Darkness". Fantastyczna piosenka, spleciona z równie chwytliwą zwrotką, co "przedrefrenem" i bujającym biodra refrenem głównym. Brawa za kolejne błądzenia po gryfie szefa tej orkiestry oraz dla Ronniego Romero, który nie traci osobowości śpiewając nieco w duchu Ronniego Jamesa Dio. "Sail The Darkness" to nie tylko albumowy okaz, ale też wystawiam jego kandydaturę na przebój 2021 roku.
Pikantnie dostrojone gardło Ronniego Romero możemy także podziwiać w rozpędzonym "Knight Of The Dead". Kolejnym udanym fragmencie, z pieszczotliwie galopującymi gitarą oraz perkusją, pomimo iż w konfrontacji ze wspomnianym "Sail The Darkness", trochę bez szans.
Schenker dźwiga perfekcyjny zmysł w doborze śpiewaków, tak też w jego piosenkach nie dość, że nie ma lipy, to sprawdzić się może nawet mięciutko śpiewający lider Mad Max, Michael Voss. Nie tylko jako wokalista, ale również pełniący u boku Schenkera rolę producenta, plus albumowego inżyniera dźwięku. Jego niedezelujące gardło całkiem sprawnie wypadło w łagodniejszym heavy metalu - w rześkim i opatrzonym śpiewną gitarową solówką "The Queen Of Thorns And Roses" oraz balladzie "After The Rain". Ta druga na pewno nie jest serenadą pokroju killerowego "Try Me" czy rywalką wobec jednej z najcudowniejszych ballad wszech czasów, jaką w śpiewniku UFO "Belladonna", a jednak głowy w piach też chować nie musi.
Na koniec pozostawiłem Joe Lynn Turnera - ex-wokalnego frontmana Rainbow, Deep Purple i jeszcze paru innych mniejszych zespołów. Trochę zmienił mu się głos, a może po prostu to tylko kwestia jego realizacji? Joe zaśpiewał w fajnym "Don't Die On Me Now" - przypominającym klimat czasów pierwszych dwóch płyt MSG, oraz w murowanym kandydacie pod kolejny hit - "Sangria Morte". Joe wydaje się w nim podobnie mroczny, jak w swoim czasie Blaze Bayley u boku Iron Maiden - choć oczywiście obaj panowie dysponują inną skalą głosu, inną rozpiętością skrzydeł. Ale na spiritus movens wspomnianego "Sangria Morte" wystrzeliwują przede wszystkim sekwencyjne karabinowe przeplatanki po gryfie, którymi Schenker zaatakował nie po raz pierwszy. Bo i też z niego taki rodzaj deluxe gitarzysty, który swym talentem zaleje każdą ewentualną rysę czy inny uszczerbek, całość doprowadzając do gładkości. Słuchając jego gitary naszedł mnie przypływ szaleństwa, bez którego przecież życie nie ma sensu, a i niekiedy dopadł zapach nadchodzącej wiosny.

P.S. "Sail The Darkness", w skali od 1 do 5, otrzymuje 6.


A.M.

środa, 10 lutego 2021

ACCEPT "Too Mean To Die" (2021)




ACCEPT

"Too Mean To Die"
(NUCLEAR BLAST)

****3/4





Piąta studyjna płyta z Markiem Tornillo w roli wokalnego przywódcy Accept, konsekwentnie trzyma się zasad ukonstytuowanych jeszcze za czasów Udo Dirkschneidera. Pierwszego cudownego wyjca tej grupy, którego życiowe motto głosi: "twoje niepodłączone pod metal serce umrze". I tak też siłą rozpędu, na "Too Mean To Die" nie znajdziemy nawet jednej pozastylistycznej samowolki. No chyba, że za takową uznamy eskapady w kierunku muzyki klasycznej, do czego słabości nigdy nie krył lider grupy, zawsze po czub naostrzony gitarzysta i główny zespołowy kompozytor Wolf Hoffmann. Tym razem w owej materii, w finale albumu, a za sprawą kompozycji "Samson And Delilah", dostępujemy aż dwóch klasycyzujących smaczków - nawiązania do opery "Samson i Dalila" - Camille'a Saint-Saensa oraz do IX Symfonii Antonina Dvoraka. Jest jeszcze przyjemne wytchnienie w postaci motywu z "Ody Do Radości" L.V. Beethovena, w rozwścieczonym "Symphony Of Pain". Poza tym, cała masa niezwykle pożądanego surowego i bezkompromisowego, acz tradycyjnego heavy metalu, począwszy od polanego z wrzącego gara sosem a'la Black Sabbath/Judas Priest "Zombie Apocalypse" (uciekajcie tak szybko, jak to możliwe, ponieważ dogoni was sfora wściekłych riffów), poprzez tsunami "Too Mean To Die", jak i dzięki odpowiednio pod stadionowość nastrojonym refrenom, pachnące nutką tradycyjnych ejtisowych Accept, w przebojowo wystrzałowych numerach: "Overnight Sensation", "No Ones Master" (prawdziwe żądło!), "Sucks To Be You" bądź na pół balladzie/na pół chili "The Undertaker". Oczywiście tradycyjnej ballady też nie zabrakło. To terytorium zagospodarowało "The Best Is Yet To Come". Tytuł jakże znajomy, wszak ich ziomale ze Scorpions przed laty także opatrzyli jeden ze swych niespiesznych songów podobnie namacalnym optymistycznym sloganem. I to są dwa różne, niemające poza tytułem żadnych pokrewieństw, wspaniałe kawałki.

A zatem, na hasło: Accept - wyskakuje: żadnych zmian. Na ich posterunku nieprzerwanie wartę pełni zadziorny, niekiedy wręcz piekielny, a przy tym melodyjny heavy metal, do którego obecnie nie potrzebujemy wiz. Chociaż chociaż, pewne zmiany jednak są, otóż grupa rozrosła się do sekstetu, angażując trzeciego gitarzystę - Philipe'a Shouse'a, a i przecież na pozycji basisty nastąpiła roszada - w miejsce Petera Baltesa wskoczył Martin Motnik, który nawet swoje nazwisko dopisał do kompozycji "Sucks To Be You".
Accept to instytucja pewniak, a jej logo od lat powiewa z dumą emblematu Mercedesa. Konweniuje mi to granie, wyzbyte niedoróbek, partyzantki, brakoróbstw czy niedotlenienia. Ach, i najważniejsze, "Too Mean To Die" to najlepsza płyta Germanów od czasów "Blood Of The Nations". A może nawet i od niej lepsza. Amen.


A.M.