wtorek, 27 lutego 2024

it leads to this

Nie miałem minionej niedzieli czasu dla najnowszej muzyki The Pineapple Thief, więc może szepnę słówko na blogu, ponieważ w kolejną niedzielę, też różnie może być. Niekiedy audycja tak się układa, że wychodzi inaczej, niż sobie umyśliłem. Oto dowód niewinności, spontanicznego charakteru, nadawania na żywioł, kiedy wszystko może zdarzyć się.
"It Leads To This", tak zwie się nowa płyta Ananasowego Plądrownika. O tyle istotna, iż będzie punktem wyjścia wobec dwóch nadchodzących polskich koncertów. Wydarzą się w marcu, w Warszawie oraz Krakowie. A czemu, jak to już tradycją, nie w Poznaniu?
Osiem najnowszych piosenek, o łącznym czasie niespełna trzech kwadransów, w pełni podporządkowuje się maksymie: no music no life. Bez przecinka pomiędzy, ponieważ Anglicy starają się jak najmniej interpunkcji.

Podoba mi się ten ich rozmarzony, czasem niepokojący, a niekiedy nawet nabuzowany wypałem tłamszonych emocji prog rock. Od zawsze lubię też śpiewanie Bruce'a Soorda. Jest jakieś takie psychopatyczne, a z drugiej strony nie wyczuwam zagrożenia. Charyzmatyczny facet, któremu kibicuję od 2003 roku, kiedy zdobyłem trzecią w urobku Ananasów płytę "Variations On A Dream". Od razu mnie ujęli. Zabrzmieli niczym kuzynostwo Porcupine Tree, a z czasem dało się tych porównań dorzucić więcej. Tu trochę Radiohead, tam Coldplay, gdzieś tyciu nowszych U2, nawet spokojniejszych Smashing Pumpkins słyszę, a i naszych Riverside. Przy czym, ile by nie dorzucić etykietek, od razu wiemy, że to Pineapple Thief. Mają swój styl, taki kręgosłup nie do przetrącenia. Sprawdźcie przede wszystkim cudowną płytę "Magnolia", zanim bez pamięci poniesiecie się najgorętszej. To jest dopiero coś! Niedawno przypomniałem jej fragmenty w Nawiedzonym. Tym, którzy najwartościowszych chwil nie przesypiają.
Nie mam jeszcze faworyta na "It Leads To This". Całość wydaje się równa i udana, jednak po paru już dobrych posłuchaniach, wciąż nie znalazłem następców "Don't Tell Me", "Magnolia", "A Loneliness" czy "Bond". No, ale takie rzeczy nie powstają co dnia. Płyta gorąca, wciąż na niewydeptanej ziemi, więc póki co, na teraz stawiam na tytułowe "It Leads To This", psychodelicznego albumowego wstępniaka "Put It Right", także utrzymanego w podobnym odcieniu różu, finałowego "To Forget", oraz okraszonego ładną melodią oraz oszczędną, acz ujmującą gitarą "Now It's Yours". Zobaczymy, jak się z tego wytłumaczę po latach. Czas zweryfikuje. 

P. S. Przejrzyjcie książeczkę. Nie tylko 'na trudno' rozpisane teksty. Jak podoba się Wam, Drodzy Państwo, proces dojrzewania/starzenia wysuniętego w albumowej książeczce bohatera, o którym wraz z przewracaniem kolejnych kartek wydaje się, że coś już wiemy, a tak naprawdę dochodzimy jedynie do jego spracowanej, naznaczonej zębem czasu twarzy oraz wymownej piosenki "To Forget". Kruchość, przemijanie ...

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


Skarb

Powiedz Zulunia, dlaczego ten Twój bóg jest tak zajęty dobrocią dla innych, że nie ma czasu dla Ciebie? Dla codziennego cierpienia, o szczegółach którego, nie ma co gadać.
Dlaczego ci wszyscy cholerni bogowie, gdy są potrzebni, nigdy ich nie ma. Są tylko jakieś fatimy - miejsca zbiorowych halucynacji, lub innych w imię krzyża histerii, z których wynikają oszustwa, gwałty, podziały, wojny, morderstwa.
Powiedz Zuluńka, być może dla większości jesteś tylko zwykłym psem, jednak dla Andy'ego jesteś najcudowniejsza, najważniejsza. Prawdziwy Skarb. To informacja dla tych, którzy całe życie szukają diamentów, a i tak umrą w dziurawych portkach. Z czasem każda dyskotekowa lampa, mieniąca się nawet najznamienitszymi kolorami, zgaśnie. Stanie się czarna, wyzbyta złudzeń.
Każdy z Zulunią dzień, to zwycięstwo. 

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



poniedziałek, 26 lutego 2024

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 25 lutego 2024 / Radio 98,6 FM Poznań









"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 25 lutego 2024
(
z niedzieli na poniedziałek -- godziny nadawania:
22.00 - 2.00
)

 
98,6 FM Poznań oraz afera.com.pl
realizacja i
prowadzenie: a.m.

 


GENESIS "We Can't Dance" (1991)
-- ostatnio sporo u mnie Genesis, także samego Phila Collinsa, i pewnie na tym nie poprzestanę.
- Driving The Last Spike

NIK KERSHAW "The Collection" (1991) -- Artysta w przyszłym roku wystąpi na pięciu koncertach w naszym kraju, w tym w Poznaniu. Stanie się 11 stycznia 2025 w Sali Ziemi, w ramach trasy "the 1984 tour", o której szczegółach we wczorajszym Nawiedzonym.
- Wouldn't It Be Good - {oryginalnie na LP "Human Racing" /1984/}
- The Riddle - {oryginalnie na LP "The Riddle" /1984/}


HONEYMOON SUITE "Alive" (2024)
-- premiera! -- glam'metalowi Kanadyjczycy, których najlepsze, wczesne płyty posiadam tylko na winylach, wśród nich wyborne "The Big Prize". Rzecz czasów produkcji Bruce'a Fairbairna, a inżynierii dźwiękowej Boba Rocka. No i, kto pamięta mini akcent Iana Andersona z Jethro Tull?. Tamta płyta, oprócz super muzyki, miała też niecodzienną, spontanicznie dokonaną okładkę. A mianowicie, ze sfotografowanymi przypadkowymi nowożeńcami przy Wodospadzie Niagara, co zresztą nieźle korespondowało z nazwą zespołu, którą tłumaczymy na 'apartament dla nowożeńców' lub 'apartament na miesiąc miodowy'. Nowa płyta lepiej niż bardzo dobra. Zaskoczenie. Niczego sobie nie obiecywałem po zespole nienagrywającym nowej muzyki od szesnastu lat. Szkoda, że tak witalna twórczość pojawia się w okresie, w którym nie bardzo potrafię posłuchać jej na pełen ekran.
- Alive
- Dance Doin Me
- Afraid To Fall
- Tell Me What You Want

JACK RUSSELL / TRACII GUNS "Medusa" (2024) -- premiera! -- unia muzyków znanych z Great White oraz L.A. Guns. Niezły materiał, ale wymaga paru posłuchań. Tracii w gitarowej formie, choć niestety Jack dysponuje głosem dość oszczędnie. No, ale jesteśmy już grubo ponad trzydzieści lat po rewelacyjnym "Once Bitten", kiedy ten były singer Great White, delektował nas emocjami - że pozwolę sobie - pod młodego Roberta Planta.
- Back Into Your Arms Again
- Living A Lie


EPITAPH "History Box 1 - The Brain Years 1979-1981" (2023)
-- premiera!
na 4 CD cztery albumy - trzy studyjne, jeden koncertowy. Trzy z okresu współpracy dla Brain Records oraz jeden dla Rockport. Z uwagi na ten dla Rockport, rozszerza się czasowa przestrzeń wydawnictwa, a zatem otrzymujemy Epitaph z lat 1979-1982. Rocznika '1982' nie ujęto w tytule boxu, ponieważ wydawcy chodziło o etap dla Brain Records, przez co album dla Rockport potraktowano tylko jako bonus.
Na wczoraj fragment z CD nr 2, czyli album "See You In Alaska" /1980/. Brakowało mi go w kolekcji, więc cieszę się, że nareszcie na półce.

- Hold On - {album "See You In Alaska" /1980/}
- Bad Feeling - {album "See You In Alaska" /1980/}
- Fantasy - {album "See You In Alaska" /1980/}

MADONNA "MDNA" (2012) -- ostatnio jakoś nocą nadano w tv film "W.E. Królewski Romans". Film stworzony przez Madonnę - jej scenariusz i reżyseria. Miłosna historia w obliczu skandali i wygnania. Losy króla i kochanki. Ale co tam film, przede wszystkim arcypiękny numer "Masterpiece". Robi wrażenie na napisach końcowych, ale to już jedynie info dla tych, którzy dotrwali. Album "MDNA" daleki od moich muzycznych fascynacji, za dużo tu bitów, industrialu, dance'u i całej tej cholernej elektroniki, jednak jej subtelne oblicze w "Masterpiece", nadane przez Williama Orbita, nadspodziewanie pod podziw. 
- Masterpiece

ELTON JOHN "Honky Château" (1972) -- w pierwszych słowach "Masterpiece", Madonna śpiewa: ... gdybyś była Mona Lisą, wisiałabyś w Luwrze i każdy by przychodził ciebie zobaczyć, lecz niemożliwym byłoby ciebie ruszyć... Tego przyczyną przypomniał mi się stary dobry Elton John i jego z Bernim numer o Mona Lisie i Szalonych Kapelusznikach.
- Mona Lisas And Mad Hatters

ELTON JOHN "Reg Strikes Back" (1988) -- na tym nie koniec, szesnaście lat później Elton z Bernim dopisali Mona Lisy kontynuację i umieścili ją na tym oto albumie, tak, by zaczepił na tuż przed największym tu przebojem. Tym samym rozumiecie Drodzy Państwo, dlaczego zestawiłem obie piosenki razem.
- Mona Lisas And Mad Hatters (Part 2)
- I Don't Wanna Go On With You Like That


CHRIS REA "The Blue Cafe" (1998)
-- momentami zwyczajny, innymi razy genialny album tego rock/lekko bluesowego Anglika, o głosie papieru ściernego. Subtelne rock granie prowadzone elegancką, permanentną techniką slide, która od zawsze stanowi za logo Rei, a i rozkoszuje mymi zmysłami. Warto wspomnieć o klawiszowcu Maxie Middletonie. Mamy go tutaj w każdym skrawku dzieła. To ten facio, który z Garym Moore'em skomponował dekadę wcześniej przecudne "The Loner".
- Where Do We Go From Here?
- As Long As I Have Your Love
- The Blue Cafe

JOHN WETTON "Rock Of Faith" (2003)
- Nothing's Gonna Stand In Our Way
- A New Day

EMERSON, LAKE & POWELL "The Sprocket Sessions" (2003) -- na żywo, ale w studio. Brudnopisy, przygotowania, próby do nadchodzącej trasy z nowymi oraz starymi numerami. Dla fanów grupy rzecz bezcenna.
- Love Blind

KEITH EMERSON BAND featuring MARC BONILLA "Keith Emerson Band featuring Marc Bonilla" (2008)
- A Place To Hide
- Miles Away Pt. 3

GRAND FUNK "All The Girls In The World Beware !!!" (1974) -- w tegorocznym grudniu upłynie półwiecze albumu. Dzieła z przynajmniej paroma gigantycznie dobrymi numerami. Słuchaliśmy z japońskiego CD, za który w latach dziewięćdziesiątych zapłaciłem majątek. -- Jako kilkunastolatkowi, który zgarnął longa na jednej z wawrzynkowych giełd imponowała, oprócz muzyki, również 'muskularna' okładka. Mamy tu foto GrandFunków, tyle, że zgadzają się jedynie ich facjaty, natomiast atletyczna tężyzna pochodzi od znanych w tamtym czasie mięśniaków, m.in. od Arnolda Schwarzeneggera.
- Good & Evil
- Bad Time

TONY BANKS "Still" (1991) -- na tej solówce pianisty Genesis podziwiamy paru wokalistów/wokalistek, w tym Nika Kershawa czy Fisha. A że obaj panowie wybierają się do nas na koncerty, nie ma idealniejszej na teraz, a spajającej oba ich talenty płyty. Na wczoraj wokalnie tylko Nik Kershaw, jednak Fish... już za chwilę...
- The Final Curtain - {śpiew Nik Kershaw}

FISH "Brother 52" (1997) -- MAXI CD (czarne)
- Brother 52 (single edit)

FISH "Brother 52" (1997) -- MAXI CD (białe)
- Do Not Walk Outside This Area - {non track album} - nagranie epoki "Sunsets On Empire", wydane wtedy jedynie na tym singlu oraz japońskiej wersji albumu, którą także posiadam. Patrz niżej.

FISH "Sunsets On Empire" (1997) -- z japońca kupionego, gdy był nowością.
- Tara

FISH "Internal Exile" (1991) -- MAXI CD
- Carnival Man - {w tamtym czasie nagranie spoza albumowego CD i LP}

STEVE HACKETT "The Circus And The Nightwhale" (2024)
- Into The Nightwhale
- Wherever You Are

STEVE HACKETT "Please Don't Touch" (1978)
- Narnia - {śpiew Steve Walsh}

 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



sobota, 24 lutego 2024

klinika

Współczesna medycyna nie daje szans mojej Zuleczce, ale za to ja każdego dnia daję jej wiele miłości. Także leki, kroplówki...
Z mojej muzycznej nory uczyniłem klinikę, w której działamy - Mundi i ja. Każdy wspólny dzień to zwycięstwo.
Sorry, nie obchodzą mnie teraz inne problemy, inne psiaki, choć wszystkie je lubię, bądź lubię bardzo. W moim sercu tylko Zuleczka. Od zawsze, na zawsze.

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


czwartek, 22 lutego 2024

tango in the night

Dla mojej chorej Zuleczki ostatnimi czasy tylko ładne granko i śpiewanko. Tego powodem w mej norze zakręciło się niemało kultowych płyt. Słuchamy razem, pomimo iż Zuluńka większość przechrapuje.
Stary zachodnioniemiecki winyl Fleetwood Mac "Tango In The Night", rocznik 1987, wydanie Warner Bros. Records. Który to już z gatunku: krew, pot i łzy. Mój odwieczny egzemplarz, nie żadna taniocha okazyjnie dokupiona w necie. Płyta z historią, a przede wszystkim młodzieńczymi papilarnymi ściskami labelu, wkładki i okładki. Podkreślam niejednokrotnie, bowiem to absolutnie ważne. Egzemplarz po kimś byłby czyimś wspomnieniem/emocjami, jedynie na moim gramofonie. To tak, jakbyśmy tylko po kimś wylizali talerz, kto miał przyjemność z pełnym bukietem dania dnia.
"Tango In The Night", album naładowany singlami/przebojami, lecz to, co na singlach nie wystąpiło, i tak zabrzmiało na greatest hits. Bo oto przed nami płyta mlekiem i miodem płynąca.
Ależ kondycja, natchnienie i potężny dar umiejętności. Wykonawstwo, melodie, aranżacje, smaczki. Cudowne lata osiemdziesiąte. Działo się. Kto urodził się w sześćdziesiątym piątym wie, że wbił w najlepszy muzycznie etap ludzkości. Szczęście i zaszczyt. Moje i nie oddam.
Pamiętam, jak w polskiej telewizji wyemitowano mini zajawkę o tej płycie. Mick Fleetwood zapraszał do "Tanga" chwaląc się, iż oto grupa zrealizowała super materiał, który wkrótce trafi do sklepów, a my, fani, oszalejemy. Pomyślałem: samochwała -- jednak od tamtego dnia nie potrafiłem o całej sprawie zgubić myśli. Nie znałem release date albumu, więc wypatrywałem go przy każdej giełdowej okazji. I kiedy nastał 'ten' dzień oniemiałem, już po pierwszym posłuchaniu. Obawiałem się, iż z wrażenia serce mi wyrwie. Co piosenka, to klejnot. Jak to możliwe, dwanaście songów i ani jednego chybionego. Co tam chybionego, wszystkie genialne. Nie było mowy nawet o kilku takich sobie. Wszystko eksplozja.
Znajdźmy dzisiaj drugi taki album. Teraz zajebistą płytą bywa taka, której uda się obniżyć nasze kopary przy pięćdziesięciu procentach wściekle dobrej muzyki. Parametry obniżone, zupełnie jak dla złotych płyt.
Wiosna 1987. Spójrzmy na okładkę. Malowidło w klimacie dokonań prac malarskich mojej Babci, Stasi Masłowskiej. Kto odwiedzał Andy'ego za młodu, pamięta na ścianie obraz "Cztery pory roku". Genialny kolaż naturalnych przemian wiosny w lato, po zimę. Mam gdzieś, w szafie lub kanapie, niestety nie w miejscu dla niego przeznaczonym. Półki i regały z płytami pochłonęły każdy kąt przydatny dla pozamuzycznej normalności. A Babcia Stasia cudnie malowała. Wspomnianego obrazu zazdrościli wszyscy. Ależ niesamowite - zawsze po pierwszym kontakcie padało z ust nowych koleżanek/kolegów. A niech twoja Babcia i mnie namaluje - słyszałem nieraz. Nigdy nie było replik, jest tylko oryginał - u mnie. Szkoda, że nie na dawnym miejscu.
We Fleetwoods miał kto śpiewać, niekiedy rockowy, innymi razy przepojony liryzmem Lindsey Buckingham, z reguły anielska Christine McVie oraz pazurzasta i o głosie alkoholiczki Stevie Nicks. Karciana mocna trójka, a gdy dobijali do nich Mick Fleetwood i John McVie, wyłaniał się poker pełną gębą. Dlatego najbardziej lubię 'babski' Fleetwood Mac. Czas eleganckich, wykwintnych, wręcz szarmanckich rock piosenek, o globalnej popularności, czego nigdy nie zagwarantowałby, i tu fakt, bluesowy maestro Peter Green.
"Tango" rozeszło się w ponad piętnastu milionach nośników. Nie kliknięć w ekran czy pierdnięć myszką o blat, a piętnaście milionów ludzi wybuliło forsę na upragnioną muzykę. Ten żłob Spotify, może jedynie z zazdrości skoczyć w przepaść. Oby udanie.
Z rozbiegówki na stronie A wyłania się singlowe "Big Love", w którym na wstępie Lindsey Buckingham zapewnia: W nocy tak spokojnej wypatruję miłości. W tym domu na wzgórzu wybuduję ci królestwo ... , a potem wiemy, znamy ... "Seven Wonders", "Everywhere" ... wreszcie potykamy się o tytułowe, genialne, na pół romantyczne, pół dramatyczne "Tango In The Night". Ponownie w głównej roli Lindsey Buckingham: ... przy pełni Księżyca zabrałbym Ciebie w ciemność i zatańczył nocne tango ... Piosenka sen, piosenka marzenie, całość wcale nie w końcówce spointowana domysłem: pamiętaj, w tym śnie nie ma samotności. Nie mogło być po tym nic lepszego, od "Mystified" z głosem Christine McVie: ... otacza cię magia. Powiedz, gdzie leży twój sekret?. To tylko kilka piosenek, pozostałych posłuchajcie na własną rękę.
Album z gatunku: każdy zna. A jednak, czy w pędzie tylko za nowościami, bywa jeszcze u nas? Odwiedza niekiedy? Pytanie retoryczne, rzecz z gatunku: kiedy ostatni raz byłeś w teatrze?

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


eyes of the universe

Nasty już album Barclay James Harvest - "Eyes Of The Universe". Rocznik 1979, wydanie angielskie, wytwórnia Polydor. Z uwagi na najczęstszy, czerwony kolor nalepki oraz automatyczne skojarzenia, dawni giełdziarze nazywali tę wytwórnię Pomidor. I tak ze mną przetrwało.
Album z doby sukcesów, nawet jeśli w Polsce mniej ceniony od "Once Again" czy "Gone To Earth". Zawiera dwa zakontraktowane single: "Love On The Line" i "Capricorn", oraz kilka nieprzebojów, które na zawsze wdarły się do śpiewnika wielbicieli. Chociażby "Rock 'N' Roll Lady" czy "The Song (They Love To Sing)".
Piękna progrockowa grupa, z początku będąca nawet symphonic'rockową, ponieważ u zarania dźwigali ze sobą po koncertach orkiestrę, którą z czasem na płytach zastąpił melotron. Instrument z rzadka dziś występujący, a bez którego nie byłoby 'paru' wybitnych w rocku płyt. Oprócz BJH, parę słów w temacie zapewne chętnie dopowiedzieliby panowie z The Moody Blues.
Jako, że połowa kwartetu Lees/Holroyd/Wolstenholme/Pritchard nie żyje, skończyło się jedno z moich koncertowych marzeń, a do muzyczki Taylor Swift wciąż nie dojrzałem.
Miałem kiedyś takiego kolegę/giełdziarza, Bodziu mu było. Facio jakoś szczególniej, by nie rzec: lepiej od wszystkich wielbił Barklejów, tym samym był jedynym z dawnego Wawrzynka, z którym mogłem sobie powymieniać o grupie fascynacje na późniejszych już tylko mikro giełdach, organizowanych w studenckich Zbyszku oraz Nurcie. Miejscach zapomnianych, ale kto wie, ten wie. Nurt o mało nie poszedł w drzazgi, lecz w ostatniej chwili wzięto go pod zabytek, tym samym stanęło szansą ochrony przed buldożerami pomieszczeń winogradzkiego Radia Fan. Klimatycznej, acz mimo wszystko komercyjnej rozgłośni, której muskuły na radiowym rynku okazały się wiotkie.
Wspomniany Bodziu umarł przed kilkoma laty. W swoim mieszkaniu, podczas muzyki. Płyta, która nie posłużyła mu do końca, podobno przez wiele tygodni tkwiła w odtwarzaczu. Nikt nie miał sumienia odstawić do pudełka i na półkę.
Na zaproponowanym na dziś albumie, Barclay James Harvest wyjątkowo we trójkę, bez Woollego Wolstenholma - jednego z trojga w teamie wokalistów, co także trojga szarpidrutów i klawiszowców. Ale wiecie Szanowni Państwo, każdy Barklejowiec posiadał indywidualne umiejętności i kryteria, więc brakujące ogniwo zawsze dotkliwe. Mimo wszystko "Eyes Of The Universe" wspaniałe. Zupełnie, jak gdyby byli wszyscy. Kolejna porcja rozmarzonych, nostalgicznych rock piosenek, bez trzęsienia grzywami i skakaniem ze sceny w spocony tłum. Bo rock ma wiele oblicz. A my dzisiaj rozprawiamy o grupie, przy której wyżywamy się intelektualnie. Dlatego jest, i o miłości, i losach świata ... Troskliwie niosący się rock, jakiego dzisiaj już nawet nie reglamentują. Nie ma i nie będzie. Tylko stare płyty. Troski w nutach zapisane, niezachwiany w uprawianej sztuce etos. Od początkowego "Love On The Line" - ... czy zamierzasz na szali położyć swą miłość?... , po dopinające, czarowne i smutnawe "Play Of The World" - ... życie jest jak przemijający sen, nigdy nie jest tym, czym się wydaje ... .

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


wtorek, 20 lutego 2024

złoty flamaster

Słucham Fisha z czteropaku "Fortunes Of War". A wszystko przez wzmiankę o tym wydawnictwie w ostatnim Nawiedzonym. Dawno nie było na talerzu. To jednak cztery, a nie trzy, tym bardziej ledwie dwie płyty. Na antenie wzięło mnie pod zastanowienie. Przez lata niesłuchania boxiku kompletnie zapomniałem o jego zawartości. Systematycznie powracam do albumów, do singli jednak rzadziej. Dużo rzadziej. Choć lubię je mieć. Mamy tu zestaw czterech płyt - singli, w sensie EPek. Wszak na każdej z nich po cztery kawałki. Obowiązkowo jako pierwsze "Fortunes Of War". Wersja singlowa plus trzy koncertowe - w tym dwie akustyczne. No i, mnóstwo live'ów dookoła. I te z repertuaru Marillion, co: "Warm Wet Circles", "Kayleigh" oraz "Sugar Mice", jak i dobrobyt pierwszych solówek Fisha, m.in. "The Company", "Lady Let It Lie" czy "State Of Mind". Jednymi słowy: ciekawostki - wszystkie pod banderą "Fortunes Of War". Słuchanego w minioną niedzielę długasa, którego zaczepione w tytule 'losy wojny', niech będą przestrogą - flagi bojowe wykonane ze starych matczynych obrusów, medale wojowników z zakrętek od butelek po mleku, chusteczka do nosa służąca za bandaż tamujący krwawienie, ulice miast pustynnymi burzami, wszędzie obce kule. To są losy wojny - fortunes of war. Poruszający fragment albumu "Suits", tutaj na cztery sposoby, z jednym przesłaniem.
Przez ćwierć wieku zajmowałem się prowadzeniem sklepów z płytami. Większość była do kitu, ale ten, który miałem zaszczyt pomiędzy sierpniem 1992 a początkiem 2004, należy do najlepszych chwil mego życia. Jednocześnie był to absolutny wierzchołek repertuaru i pasji w moim Poznaniu. Dawne to jednak czasy, pamiętać może jedynie takie wapno, jak ja.
Do prowadzenia komuś biznesu dostałem wolną rękę, więc komercji tyle, ile potrzeba, resztę stanowił repertuar uznawany przeze mnie za istotny, wartościowy, dający frajdę uprawianej dziedzinie. Dlatego wykonawcy, typu: Pink Floyd, Jethro Tull, Frank Zappa czy Depeche Mode, posiadali swoje działy, w sensie półki. Systematycznie je uzupełniałem, przy czym dział "Depeche Mode", cieszył się wręcz maniakalnym powodzeniem. W czasach, kiedy fani Depeszy mogli tylko o singlach pomarzyć, ja miałem ich zawsze na full service. Dumny jestem, nie tylko z tych depeszy. Znaczył ten sklep coś na mapie Polski, ponieważ w 1993 roku, a może 1994?, wleciał w odwiedziny nawet ówczesny szef BMG na Polskę, Roman Rogowiecki. Dziad z Elbląga, a tak serio: uznany dziennikarz, krytyk, tłumacz, konferansjer i co nie tylko. Była to wizyta gospodarcza, czasu na pogaduchy więc tyle, o ile, ale zawsze wymiana uprzejmości o Aerosmith czy Huey Lewisie, czyli frajda pogadania o muzie z kimś, kto też ją kumał. Prowadzony przeze mnie sklep został wyznaczony do wizyty słynnego RoRo dobrymi wynikami współpracy, bo pochwalić się muszę, pewnego miesiąca zostałem nawet numerem jeden w Polsce!!!. Kupiłem towaru, jednocześnie umiejętnie go wśród maniaków muzyki rozprowadzając na tyle, że dobiłem pozycji lidera klientów polskiego oddziału BMG.
No więc, w tym sklepie dużo się działo, a nawet jeszcze więcej. Zanim upadłem na pysk, głównie za sprawą dumpingowej polityki Media Markt, miałem pod sobą skład towarów niekorporacyjny, wyjątkowy, z płytami sprowadzanymi m.in. ze Stanów czy Japonii. Potem zadecydowała taniocha. Ludzie woleli wydawać forsę na ilość, nie jakość. Ale zostawmy, nie czas, nie miejsce.
Jednym z setek wydawnictw, którym mogłem progrockowej klienteli zaimponować, był m.in. ten oto Fish. Trochę w lud tego albumiku rozprowadziłem i oczywiście jeden egzemplarz na domową półkę. Z reguły takich smaczków nie odpuszczałem, aczkolwiek nie dało się komasować wszystkiego. Pomimo różnych kombinacji, jakich się dopuszczałem, niekiedy wielu prezentów lub egzemplarzy promo, nie na wszystko było mnie stać. Poza tym, z czasem dokleił się do mnie 'kolega' wspólnik, taki z lepkimi łapkami. Gdy tylko sklep przepadł, przepadł i on. Na szczęście na zawsze.
Ale wróć Andy do tego Fisha, bo ciągle odbiegasz od tematu. Ano odbiegam, bo tak po prawdzie powinienem się z Wami napić i poopowiadać przy dobrym żarełku, lecz skoro to jednak niemożliwe, pocierpmy wspólnie w tym gąszczu liter.
Pewnego razu Fish zakoncertował w Poznaniu i wiadomo było, że będzie podpisywać płyty przed Okrąglakiem. Godziny urzędowania sklepu nie dały mi możliwości podskoczenia po rybią sygnaturę, pomimo iż to ledwie trzy tramwajowe przystanki. Poszedł zatem wysłannik, nie pamiętam już, kto, i zdobył dla mnie autograf. Miał być ulokowany gdzieś wewnątrz, byle nie na froncie, jednak w ferworze walki kolega ledwie się dopchał, nie było już czasu na ciaćkanie, tłumaczenie Panu Rybie, że oto tu poproszę się zaflamastrować, więc Fish chwycił drwalskimi dłońmi opakowanie i centralnie złożył na nim rękopis złotym flamastrem. Zamiast się ucieszyć, gdzieś wewnątrz przeszła mnie wściekłość. Okładka zabazgrana, jak to teraz wygląda. Naszło mnie, by w takim układzie koniecznie dokupić drugi egzemplarz, lecz nigdy do tego nie doszło. Musicie Drodzy Państwo wiedzieć, macie do czynienia z Andym, człowiekiem nie bardzo lubiącym wszelakie bazgraniny po okładkach. Nawet, jeśli nazwiska artystów elektryzują. Philowi Collinsowi dałbym po łapskach, gdyby na moich oczach dopuszczał się ręcznego manuskryptowania po którejś z jego płyt mojej kolekcji. Nie przykładam wagi do podpisów, nie zbieram ich, a jeśli jakimś trafem je posiądę, nie dbam, nie zależy mi. Plakat z autografem Maire Brennan, zdobyty w poznańskiej farze, wisi na ścianie w takim miejscu, że codziennie się o niego ocieram, przez co nieco przyblakł. Podobnie z plakatem Pendragon dotyczącym trasy "Pure". Na nim podpisy wszystkich muzyków. Też jakoś zmizerniał, ciężki jego los. Jedynie sygnaturze Johna Wettona nic nie grozi. Artysta wyraził się na bilecie po koncercie w bydgoskiej filharmonii, tym samym leżakuje w specjalnie do tego przeznaczonym albumie. Zaglądam tam rzadko, od pewnego czasu wzbogacam inny, go kontynuujący.
Pamiętajcie o nadchodzących koncertach Fisha. O jego pożegnalnej trasie. Bilety zapewne rozejdą w trymiga, nie ma co zwlekać. Kocham tego facia, jednak widziałem go z dobrych dziesięć razy, więc ten ostatni raz niech będzie dla innych.

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

poniedziałek, 19 lutego 2024

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 18 lutego 2024 / Radio 98,6 FM Poznań







"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 18 lutego 2024
(
z niedzieli na poniedziałek -- godziny nadawania:
22.00 - 2.00
)

 
98,6 FM Poznań oraz afera.com.pl
realizacja i
prowadzenie: a.m.

 

Teraz dopiero widzę, ile nie weszło. Albo ten czas tak zmyka, albo muszę przyciąć wejścia pomiędzy piosenkami. W ogóle nie ruszyłem The Vaccines. Tyle o nich przed tygodniem nagadałem, nazachwalałem, nawet rozpisałem się, a na wczoraj nawet nuty. Są jeszcze przynajmniej ze dwie/trzy piosenki, bez których ni rusz. Podobny sumienia wyrzut wobec Queen "The Game". Album, o którym zawsze się fajnie gada. Wiąże się z nim mnóstwo sytuacji, wspomnień, skojarzeń. No i, cudowny z dawnego osiedla kolega, któremu w stosownym tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym, ktoś bliski przywiózł tę płytę z Turcji. Czas wyprowadzki ze starego bloku, zamiany podstawówki na liceum, ale też zerwane za tego pczyczyną więzi z Fredziem, którego po dziś uwielbiam. Fredziu czasem nadsłuchuje moich programów i wtedy zdarza mu się szepnąć jednego czy drugiego smsa. Ostatnio coś milczy. Wnioskuję, nie słucha. Pada po całym tygodniu, bierze go w poduchę. No właśnie, na straty całe to Nawiedzone Studio. Jest tak późno, a i jeszcze później, nikt nie słucha.
Zabrakło sporo przygotowanej na wczoraj muzyki. Najwyraźniej źle obliczam czas. Tak po prawdzie, w ogóle go nie obliczam. I przy okazji zdradzę Wam sekret, nigdy nie wiem, jak audycja się ułoży. Wszystko spajam na żywo. Jeden utwór toruje drogę kolejnemu, alleluja i do przodu. Nie umiem na sztywno zaplanować, a potem, choćby nie wiem co, trzymać się szablonu. Nuda. Takie audycje bywają kanciate i tym bardziej nie należy ich słuchać. Radio musi być żywe, naturalne, spontaniczne. W przeciwnym razie dupa zbita.
Znowu deszcz. Ach, ten luty. Zmienny, niezdecydowany. Potrafi zaskoczyć, jak ze trzy dni temu, by znienacka nawrotka na ogólne brrr. Paskudny miesiąc, na dodatek w tym roku o jeden dzień za długi. Co tam pogoda, moje myśli przy Zulunii, a i dreszcz niepokoju wobec coraz realniejszej wojny. Tyle o tym ostatnio. Nabrałem przekonania, że niemal tuż tuż. Szaleniec Putin, jeśli oznajmia, że nie ruszy, że nie jest zainteresowany, dobitniej uzmysławia, że trzyma na muszce. Już w czasach zimnej wojny było blisko, ale jako młodziak wierzyłem w kilka rozsądnych garniturów, i jakoś dobrze tę wiarę ulokowałem. Historia ludzkości nie znosi próżni. Wolność nigdy nie jest dana na zawsze. Wejście Rosji na terytorium NATO, albo odwrotnie, to koniec wszystkiego. Koniec dotychczasowego porządku i rozwoju cywilizacyjnego. Kiedyś śmiano się, że ci, którzy przetrwają trzecią wojnę światową, zaczną od krzesiwa, kamieni, maczug. Chyba pomału właśnie do tego etapu docieramy.
Jak dużo nienawiści. Nie tylko w TV Republika. Spójrzmy, jak zazdrościmy, jak mało serdecznych uśmiechów czy ciepłych o nas i wobec innych myśli. Rozpanoszył się materializm i chciwość. W każdym względzie wyścig szczurów. Nie tylko kariera zawodowa. Obecne ściganki idą w, kto na lepsze wakacje, kto ma możliwości kredytowe, a kto nie, wszędzie tylko forsa, forsa... Wszystko musi się kalkulować. Nieustanne dążenie do triumfowania w gronie. Szkoda, że nikt nie bije się na muzykę. A konkretnie, na liczebność kolekcji płytowych. Wygrałbym przed wejściem na ring. Jeśli nie na ilość, na repertuar na pewno. Przynajmniej w jednym sobie przoduję. Reszta mnie nie obchodzi.
Wiecie Kochani, już dawno zauważyłem, nawet na naszej radiowej tablicy nie znajdziecie przynajmniej jednej kartki nadesłanej np. z Mazur lub znad powidzkiego jeziora. Same Hiszpanie, Portugalie i inne przylądki tyłki ogrzewające. Im dalej, tym lepiej. Dlatego, nigdy nie ośmieliłem się znad Bałtyku nadawać widokówki na naszego Rocha. W takim 'zacnym' gronie poczułbym się jak taki beniaminek. I podejrzewam, że ta machina wszędzie działa podobnie. W każdej firmie, bez wyjątku. Nikomu z dzisiejszej nowej generacji nie przyjdzie wysłać pocztówki z Olsztyna, ale już z takiej nieodległej Rygi, czemu nie. Zawsze to przecież zagranica. Poprawia ego, wzrost statusu, lepsze notowania. I choć sztuka epistolografii w obecnych realiach nie działa, akurat na listy zagraniczne wciąż obowiązuje zielone światło. Zdezaktualizowało się przedwojenne: "kogo nie stać na Krynicę, ten wyjeżdża za granicę". I oczywiście wszystkie te instagramy, bez zmian. Parcie na lajki, to jak modne drogie wino.
Nawet do kina, kto szybszy, ten lepszy. Ściganka o pokazy przedpremierowe, w trakcie których obowiązkowe błyskawiczne przechwałki w mediach społecznościowych. Jeśli zaliczyłeś bracie film dopiero trzy dni po premierze, poległeś. Nawet sztukę wartościuje się kalendarzem, nie emocjami, wrażliwością. Ale jakoś wciąż się w tym wszystkim odnajduję. Jeszcze. Sprawdziłem baterie - nadal działają.

 

GIANT ROOKS "How Have You Been?" (2024)
- Flashlights

PLAYER "Too Many Reasons" (2013)
- Kites - {Simon Dupree And The Big Sound cover}
- Baby Come Back

RAINBOW "Long Live Rock 'N' Roll" (1978)
- Rainbow Eyes

GRAND "Second To None" (2024) -- premiera!
- Crash And Burn
- Lily
- Kryptonite


STEVE HACKETT "The Circus And The Nightwhale" (2024)
-- premiera!
- Enter The Ring
- Get Me Out!
- Ghost Moon And Living Love

EMERSON, LAKE & PALMER "Love Beach" (1978)
- For You

MIKE OLDFIELD "Platinum" (1979)
- Platinum (Part Four): North Star / Platinum Finale

PENDRAGON "North Star" (2023)
- North Star (Part 3): Phoenician Skies


FISH "Suits" (1994)
-- nadal rozmawiamy o nadchodzących koncertach byłego 'wodza' Marillion, ale też na wczoraj płyta z wojennym podtekstem. W dobie szaleństw Putina, wojny na Ukrainie czy Syrii, przyda nam się, by podciągnąć morale. Już od otwierającego całość "MR 1470", Fish szachuje: "... wśród korzeni naszego rozprzestrzeniającego się drzewa genealogicznego, nauczyliśmy się kochać, zabijać i rządzić światem".
- MR 1470
- Emperor's Song
- Fortunes Of War

ART GARFUNKEL "The Art Garfunkel Album" (1984)
-- kompilacja
- Scissors Cut - {oryginalnie na LP "Scissors Cut" /1981/}
- All I Know - {oryginalnie na LP "Angel Clare" /1973/}
- Traveling Boy - {oryginalnie na LP "Angel Clare" /1973/}
- The Same Old Tears On A New Background - {oryginalnie na LP "Breakaway" /1975/}

FLEETWOOD MAC "Tango In The Night" (1987)
- Big Love
- Seven Wonders
- Tango In The Night
- Mystified

STEVIE NICKS "In Your Dreams" (2011)
- Everybody Loves You
- Italian Summer

KANSAS "Live At The Whisky" (1992)
nocny klub "Whisky A Go Go", najczęściej określany jako "Whisky", 5 kwietnia 1992, Los Angeles, California.
- The Wall
- Hold On
- Dust In The Wind

DAKOTA "Runaway" (1984)
- Runaway
- Tonight Could Last Forever

JIM PETERIK & WORLD STAGE "Roots & Shoots - Volume One" (2024)
- Last Dream Home - {feat. Don Barnes}

SIMPLE MINDS "Street Fighting Years" (1989) -- na dobranoc cudowny kawałek dla człowieka'symbolu, który nigdy nie dał się złamać.
- Mandela Day - {... wchodzące Słońce wskazuje Mandeli drogę ...}

 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(obecność nieobowiązkowa !)

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"