wtorek, 28 września 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 26- na 27 września 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 26- na 27 września 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Mój płocki Słuchacz lubi na dłużej zamilknąć, aż raptem, po jednym cicho, drugim cichutko, znienacka przechodzi do ofensywy: " Grunt to dobrze zacząć. To "Tango in the Night" wyśmienicie ustawiło całą audycję, która grała jak ta lala. The Night Flight Orchestra, w pierwszym utworze zabrzmiało jak Toto. Kącik jesienny znakomity, no i były Truskawki. Abby nigdy za wiele. Wszystko kończy Benny. Było fajnie. Dzięki.". W zasadzie, w tych paru słowach Pan Szymon skondensował przedwczorajsze nawiedzone, o którym jednak dodatkowych kilka słów zaraz, lecz póki co, w poniedziałek, 27 września, Meat Loaf ukończył 74 lata - wszystkiego najlepszego Mistrzu!
A teraz z drugiej półkuli - w niedzielę, 26 września, w wyniku stwardnienia rozsianego odszedł Alan Lancaster - basista (niekiedy także gitarzysta) wczesnych Status Quo. Usłyszymy go na wielu płytach formacji z jej najwspanialszego okresu, m.in. "Whatever You Want", "Rockin' All Over The World", "Piledriver", "Hello!", jak również na moim sentymentalnym oczku w głowie - "Never Too Late".
W Nawiedzonym dwie odmienne stylistycznie nowości - dopiero co ostatnio zrecenzowany Lindsey Buckingham "Lindsey Buckingham" oraz londyński elektroniczny duet Jungle - i ich trzeci w skromnym na razie dorobku album "Loving In Stereo". Panowie uprawiają fajny, nienaśladowczy pop, acz o zdecydowanie komercyjnym potencjale, co przecież nikomu ujmy nie przynosi. Komercja to celowanie w sukces, zaś termin "pop", wziął się od słowa "popular", a przecież bycie popularnym w muzyce to zdaje się coś, w co każdy celuje. Nawiedzone Studio okazjonalnie, choć wcale nie tak niewinnie, dokonuje wwiertów do takiej muzyczki, by nie osiadać jedynie na sprawdzonych gruntach dawnych dokonań.
Jungle tworzą wszechinstrumentaliści oraz producenci w jednym, panowie Josh Lloyd-Watson oraz Tom McFarland. Jednak branża nie używa wobec nich nazwy Jungle, ani nawet po imieniu Josh i Tom, a po prostu J&T. To ich rozpoznawalność. W tej muzyce dużo kolektywnego śpiewania. Wyjątkiem dwie kompozycje z wyodrębnionymi wokalami, w tym, z jednym niepotrzebnym rapem, czyli tzw. o jeden most za daleko. Najlepiej, gdy rap dokleja się do innych nud, w dobrze sobie znanym polu działania. Pomimo tego niewinnego zgrzytu, zakiełkowała we mnie sympatia do tej ogólnie ujmując zrelaksowanej twórczości, raczej wyzbytej londyńskiej pluchy, choć nie sądzę, by na jej punkcie oszalano nad Adriatykiem.
Spory jednorazowy "powitalny" kącik jesienny, pod nieco zmyłkowym tytułem - "Pamiętasz, była jesień". Bo o jesieni dobrze już teraz zapomnieć, a o zimie zgiń, przepadnij. O ile nastała część roku nie służy memu wiosenno-letniemu podniebieniu, o tyle jesień, jak rzadko która pora roku doczekała się wielu pięknych kompozycji. I kilka ich przedstawicielek poszło na moim fm. Obawiam się trochę, że dla takiej muzyki zbyt wielu zechce, by od teraz za oknem jak najdłużej siąpiło i smuciło. Przyznam jednak, że i mnie dobrze przysłużył się melancholijny klimat gitary Roya Buchanana bądź goth-metalowych, a od wieków już u mnie nieserwowanych Lake Of Tears. Wciąż potrafią porywać "So Fell Autumn Rain" ("spadł jesienny deszcz i zmył moje smutki, zmył cały mój ból") oraz naznaczone skrzypcami, tytułowe, i jakże inteligentnie tę porę roku podpinając pod wszystkiego kres "Forever Autumn" ("z tajemnicami deszczu i kolejnej burzy zbliża się każdego dnia - wieczna jesień"). Ale również jesiennie dali radę, folkprogrockowi Strawbs, lekko metalowi Last Autumn's Dream (w ówczesnym składzie aż troje Europe'owców), jednorazowo fascynująco nabuzowani Tolkienem Mostly Autumn, a i pojedyncze smaczki Tindersticks oraz Mercury Rev. Wielu z nich wykrzesało z siebie ogrom romantyzmu, acz w tej materii, jak zawsze niedościgniony Justin Hayward. Jego koncertowe przywołanie killer'songu "Forever Autumn", ze słynnej "Wojny Światów" Jeffa Wayne'a, nie dało szans nikomu - "... wraz ze starzeniem się roku blednie letnie słońce, nadchodzą ciemniejsze dni, a i zimowe wiatry będą jeszcze mocno chłodniejsze. Ciebie też teraz nie ma. Obserwuję, jak po jesiennym niebie ptaki odlatują na południe, i tak znikają jeden po drugim. Chciałbym polecieć z nimi ...". Ten MoodyBlues'owiec otrzymał od natury "to coś", na co inni musieliby się zaharować, a i tak wciąż tkwiliby daleko od prawdy. Mistrz posiadł głos, który niczym ząb mądrości, dla zbyt wielu obiektem marzeń.
Idąc pasmem nowej świeckiej tradycji, w oczekiwaniu na "Voyage", nie mogło zabraknąć czegoś z pola Abby. Tym razem fragment z mini musicalu "The Girl With The Golden Hair" oraz dwa wyciągi z mniej osławionych solówek Benny'ego.
O wielbicielach proga też pamiętałem - kolejna odsłona najnowszego Steve'a Hacketta, do tego jeden lekko legendarny kawałek, niemal nikomu nieznanego Colina Molda, plus koncertowe "Fugazi" Marillion, ze stosownego dla tej kompozycji czasu, a wykonania w Hammersmith Odeon. Fish stał wówczas synonimem wzorcowego progśpiewaka, z kolei jego funfle przycinali na instrumentach, niczym poddani Leonarda Bernsteina. Jakże obecnie brakuje mi "takiej" gitary Steve'a Rothery'ego. Jego dawne struny aż świszczały w powietrzu, zaś ostatnie płyty Marillion pod tym względem mocno na debecie. Chociaż kto wie, obym żałował tych słów. Niech mnie więc porządnie zleje najnowsza, coraz szybszymi krokami nadchodząca płyta lubianego zespołu.
Mini fragment, z pozoru lekkiego w odbiorze Karela Fialki, na poczet entuzjastów retro piosenek. Ten poeta czasów electro 80's niewiele nagrywał, a i jeszcze mniej wylansował, jednak jego "Hey Matthew" zna cały świat. Pod tą zgrabną melodyjką, którą niegdyś aplikowały wszystkie dyskoteki, jest jednak druga skóra: "... hej Matthew, gdy gapisz się w tv widzisz piękno czy złą bestię? Czy widzisz głód, czy widzisz ucztę? Czy w tym świecie złoczyńców widzisz zbrodnię? ...". Poczęty w Indiach, a z ojca Czecha i matki Szkotki facio, miał dość unikatowe w pop music spojrzenie na rzeczywistość. Zazwyczaj pod radiowymi melodiami słał dosadne treści, które wciąż aktualne.
Co jeszcze? Upamiętniłem zmarłego przed chwilą Steve'a Strange'a (dwa numery z jedynego longplaya No Hot Ashes), ponadto 41-rocznicę odejścia Johna Bonzo Bonhama (fajny rycerzyk z bonusowej Cody), w oczekiwaniu na przyszłoroczną Dolinę Charlotty, ustami Alice'a Coopera przywołałem ducha Stevena, a i jeszcze poszło po nutkach z wciąż gorących albumów Manic Street Preachers oraz The Night Flight Orchestra. I cieszy mnie, cieszy jak jasna cholercia, że oba znajdują uznanie u Szanownych Państwa. A nawet w ich temacie coraz częściej docierają pełne uznania sms/messengery, które jeszcze trochę, a zacznę cytować. Inna sprawa, mnie również kręcą obie te płyty. Z dodatkowym plusikiem wobec ekipy Björna Strida, na którą od pewnego czasu mam oko. Ich ostatnie albumy całkowicie bezbłędne. Niekiedy aż brakuje emocjonalnych przymiotników, bym w pełni się wobec nich wyraził.
Dobrze mi się prowadziło, nawet jeśli pomiędzy wejściami churchlałem, jak na rasowego gruźlika przystało. Tym razem już bez termosu, a z o wiele bardziej pasującą do pełnionej przeze mnie misji pepsi. I tego się trzymajmy.
Do usłyszenia ...


FLEETWOOD MAC "Tango In The Night" (1987)
- Tango In The Night

LED ZEPPELIN "Coda" (1982 / reedycja 2015)
- Baby Come On Home - {bonus track} - sesja 1968

LAST AUTUMN'S DREAM "Last Autumn's Dream" (2004)
- Doin' Time

NO HOT ASHES "No Hot Ashes" (2018)
- Glow
- Souls

ALICE COOPER "Alice Cooper Goes To Hell" (1976)
- Go To Hell
- I Never Cry

JUSTIN HAYWARD "Spirits ... Live" (2014)
- Forever Autumn

MERCURY REV "The Light In You" (2015)
- Autumn's In The Air

ROY BUCHANAN "Sweet Dreams: The Anthology" (1992) - kompilacja
- Black Autumn - {recorded July 1970 at Woodland Studios, Nashville. From the unreleased album "The Prophet"} - {kompozycja Charlie Daniels}

TINDERSTICKS "The Something Rain" (2012)
- This Fire Of Autumn

LINDSEY BUCKINGHAM "Lindsey Buckingham" (2021)
- Scream
- I Don't Mind
- On The Wrong Side

JUNGLE "Loving In Stereo" (2021)
- Dry Your Tears
- Keep Moving
- Just Fly, Don't Worry
- Goodbye My Love - {featuring PRIYA RAGU}

MANIC STREET PREACHERS "The Ultra Vivid Lament" (2021)
- Blank Diary Entry - {feat. MARK LANEGAN}

BENNY ANDERSSON BAND "Story Of A Heart" (2009)
- Story Of A Heart - {śpiew HELEN SJÖHOLM}

MOSTLY AUTUMN "Music Inspired By The Lord Of The Rings" (2001)
- Overture Forge Of Sauron
- At Last To Rivendell

LAKE OF TEARS "Forever Autumn" (1999)
- So Fell Autumn Rain
- Forever Autumn

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA "Aeromantic II" (2021)
- Burn For Me
- Moonlit Skies

ABBA "The Album" (1977)
- Thank You For The Music - {fragment z "The Girl With The Golden Hair" - Three Scenes From A Mini-Musical}
- I Wonder (Departure) - {fragment z "The Girl With The Golden Hair" - Three Scenes From A Mini-Musical}

KAREL FIALKA "Human Animal" (1988)
- Hey Matthew
- You Be The Judge

STRAWBS "Hero And Heroine" (1974)
- Autumn
a) Heroine's Theme
b) Deep Summer's Sleep
c) The Winter Long

COLIN MOLD "Now You See Me" (2014)
- My Celtic Home

MARILLION "Early Stages" - The Official Bootleg Series Box Set 1982-1987 (2008)
CD 5 - Hammersmith Odeon, 14th December 1984
- Fugazi

STEVE HACKETT "Surrender Of Silence" (2021)
- Shanghai To Samarkand

BENNY ANDERSSON "Piano" (2017)
- Thank You For The Music



























 

Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 26 września 2021

do wyprucia żył

Dzisiaj taka jesień nasączona latem. Dzień zapowiada się całkiem całkiem.
Znalazłem szesnaście orzechów, a przecież wiatru ni kołyski. Są ciężkie, nabite wodą, więc tak i tak lecą. Coraz więcej chętnych wokół tego osamotnionego, starego drzewa. Jednej z nielicznych pozostałości po dawnych winiarskich ogródkach, niekiedy na pół sadach. Wciąż te stare drzewa obfitują, choć jest ich coraz mniej, gdyż każdego roku wycinki. Lipę czy brzozę wytną, posadzą kilka w zamian, zaś za owocowe ani jednego. Tak to działa. Szkoda.


Na wczoraj przypadła 41-rocznica odejścia Johna Bonhama. Słucham więc starych poczciwych Led Zeppelin. Wciąż ich ogromnie lubię. Po latach jestem na nich nawet bardziej otwarty. Kiedyś zatrzymywałem się na połowie "Physical Graffiti", dzisiaj całość łykam bez popitki.
Bonzo zawsze w bębny walił co tchu. Do wyprucia żył. Nie było, że boli. Żadnych pościelowych akordów. Facet grał, jakby chciał poprzestawiać cały porządek świata. Inna sprawa, Led Zeppelin właśnie byli takim zespołem. Rewolucyjnym, niedoścignionym, bezbłędnym. Stojąc na skarpie historii, ktoś dawno temu wyskandował, iż po Led Zeppelin muzyka stała się już tylko gównem. Ostro, ale coś w tym jest. Pointą Led Zepps jest ich ponadczasowość.
Niebawem kolejne bluegrassowo-country'owe przytulanki w wydaniu Pana Roberta oraz Alison Krauss. Pierwsze, te z "Raising Sand", podobały mi się średnio, i teraz też na nic więcej nie liczę. Plant'cisko obecnie dopasowuje repertuar do swego obniżonego głosu - i słusznie - a i ja słucham tej twórczości niczym do miłej popołudniowej kawy z mleczkiem.
Kondycję głosu należy dostosować do wymagań natury, tak też wokalny przywódca Led Zeppelin w tej kwestii daje radę. Oczywiście płytę kupię i z własnej strony wypruję żyły, by polubić. 


Odszedł Steve Strange, perkusista niedawno wskrzeszonych No Hot Ashes oraz booking agent Coldplay, Eminema czy Queens Of The Stone Age. I tu uwaga, nie mylmy tego Steve'a Strange'a ze zmarłym w 2015 roku, o identycznej godności szefem Visage.
Pechowi ci No Hot Ashes. Grupa, która powstała w 1983 roku, latami nie mogła doczekać albumowego debiutu, pomimo iż w słusznej epoce na koncertach supportowali nawet Magnum czy Mama's Boys, a i po zreformowaniu dzielili deski z takimi Scorpions, UFO, Aerosmith czy Foreigner.
W 2018 roku nareszcie się udało. Kontrakt, płyta, spełnione marzenie, nowe nadzieje. Lecz, wydana w kwietniu 2018 roku płyta trafiła na rynek niemal w rok po śmierci ich basisty, Paula Boyda. Muzyk nie doczekał dzieła, na którym zagrał w całym jego obszarze. A to naprawdę niezły materiał. I teraz zaglądam właśnie do mego archiwum, i widzę, że tuż po jego premierze zaprezentowałem na moim fm kilka kawałków. Po tych kilku latach mój gust bezpiecznie tkwi w tej samej pozycji. Wciąż z "No Hot Ashes" najbardziej podobają mi się "Glow" oraz "Souls". Na pewno któregoś dzisiaj posłuchamy. 

Będę zaszczycony Waszą Drodzy Państwo dzisiejszą przy odbiornikach obecnością - na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl. Start o 22-giej.
Do usłyszenia ...

a.m.


sobota, 25 września 2021

LINDSEY BUCKINGHAM "Lindsey Buckingham (2021)






LINDSEY BUCKINGHAM
"Lindsey Buckingham"
(REPRISE RECORDS)

****





Przed dwoma laty, po przebytym zawale przeszedł operację serca. Pomimo wszystko trzymał się zamiaru wypełnienia zaplanowanej na kolejny rok trasy koncertowej, choć tę z racji kowidowych jednak trzeba było odwołać. Chwilę wcześniej rozstał się z żoną - matką trojga swoich dzieci - mocno przybiła go też niedawna śmierć Petera Greena, a na domiar wszystkiego, w wyniku konfliktu ze Stevie Nicks, wyrzucono go z Fleetewood Mac. Z zespołu, który był dla niego drugim domem, i który w wyniku jego absencji właśnie przesłania niepewność dalszej przyszłości ekipy Micka Fleetwooda. Sporo tego, jak na jednego człowieka. A jednak Lindsey pozbierał się, gibko rozpisał w słowach i nutach, równie zwinnie nastroił instrumenty, i oto jest nowy album, nazwany po prostu "Lindsey Buckingham". Zupełnie, jakby brak dla niego wyszukanego tytułu, tym razem miało stanowić za nowe rozdanie, nowy rozdział.
"Lindsey Buckingham" to mieszanka kalifornijskiego, słonecznego power popu, niekiedy dla równowagi skrywające pochmurne ballady, a w warstwie literackiej rozciągające na różnych polach tematy osobistych relacji, także tych rodzinnych. Co ciekawe, niektóre piosenki powstały jeszcze przed rozwodem muzyka z żoną oraz rozstaniem z Fleetwood Mac. Wychodzi na to, iż dostarczone dzieło nie uniknęło materiału proroczego, przy okazji dowodząc radości i bólom, jako czynnikom od zawsze obok siebie współistniejącym.
Jako, że z FleetwoodMac'kami Buckingham, pomimo twórczego zapału, od lat nie mógł się ufonograficznić, wreszcie wziął sprawy w swoje ręce i w stosownym dla stylu grupy nagrał płytę bez choćby jednej skazy. I to jest też w stu procentach jego płyta - maestro zaśpiewał wszystkie pierwsze, jak i backgroundowe partie wokalne, do tego zagrał na gitarach akustycznej, elektrycznej oraz gitarowym syntezatorze, ponadto na basie oraz również jego syntezatorowym odpowiedniku, także na perkusji żywej plus tej programowanej, a i całość wyprodukował. Wielozadaniowy, wszechuzdolniony człowiek, o dumnie brzmiącym nazwisku największego na świecie pałacu królewskiego.

Niecałe trzydzieści siedem minut muzyki, dziesięć piosenek, a pośród nich dwie kandydatki do przeboju roku - z wabiącymi, poruszającymi wewnętrznie melodiami, singlowe "On The Wrong Side" ("... jestem po złej stronie, z dala od litości, czekam aż nadejdzie noc, aż wzejdzie księżyc, zastanawiam się, co takiego zrobiłem, z czego nie potrafię sobie zdać sprawy ...") oraz nieodstawiające nogi "Blind Love" ("pokaż mi swoją duszę - jeśli mnie okłamywałaś, muszę wiedzieć - jeśli grałaś rolę, muszę ją zrozumieć"). Lecz równie mocno prezentują się ballady: "Time" ("... niektórzy ludzie nigdy nie umierają, a niektórzy nigdy nie żyją") oraz wieńcząca całość "Dancing". Dwa takie momenty, do których nie wstyd się przytulić. Ale też wybrane na kolejne, obok "On The Wrong Side", single: "Scream" plus "I Don't Mind" ("gdzie jest radość, tam musi być smutek - nigdy za daleko od siebie"), to kawałki o niemal ikonicznym potencjale.
Dwie powłoki. Z jednej strony na "Lindsey Buckingham" zapanowała atmosfera napiętej struny, jednak drugie, to pogodniejsze oblicze płyty, wypełniają swobodnej ręki, niemal FleetwoodMac'kowe piosenki. A to, że każdy ma wokół siebie ludzi, którzy wgryźliby się w naszą szyjną tętnicę, wiadomo nie od dziś, i Lindsey też ma tego świadomość.

a.m.


wtorek, 21 września 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 19- na 20 września 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań

 





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 19- na 20 września 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 


Tym razem Nawiedzone Studio zakatarzone. Cóż, bywa. I tak wyczyn, że pomiędzy katarami miałem niemal dwa lata względnego spokoju. Najbardziej jednak szkoda weekendowego i szykującego się atrakcyjnie wypadu do leśniczówki. Tylko strzecha, dookoła niekończący się las. Kontakt z naturą błogosławiony. A znam miejsce, przez co wiem, co straciłem. Pożegnanie lata zatem wyzbyte podziwiania leśnej zwierzyny, zaś na domowym podłogowym kocu i z doprawioną cytryną herbatą. Wierzę jednak, że na najbliższą niedzielę będę jak nowy.
Proszę spojrzeć na ostatni repertuar. Chyba nieźle, prawda? Co myślicie? Gorące albumy Steve'a Hacketta oraz Manic Street Preachers + kontynuacja paru wcześniej napoczętych nowości, a do tego obowiązkowa ostatnio nutka Abby, tym razem nawet z jedną solową ciekawostką Agnethy. U mnie Abba zawsze na tłusto, bo raz - wielbiona potrawa, a dwa - właśnie tak należy wyczekiwać upragnionej listopadowej premiery płytowej - albumu "Voyage".
Ponadto, przypomnienie starego neo proga, czyli australijskich Aragon, trochę BBC w wydaniu Roxy Music, ale i dwa kapitalne, niemal elektroniczno-rockowe petardy Demisa Roussosa. Takiego Greka mało kto zna. Choć pewnym stoi, że zatwardziałych rockmanów nawet w takim repertuarze trudno będzie do niego przekonać.
Na tym nie koniec, z racji nadchodzącego albumu Roda Stewarta, a i reaktywacji z nim Faces (co na to Rudy z Simply Red?), trochę jego odleglejszych historycznie dokonań, ale też przecież w eter poszedł dawno niesłyszany u mnie debiut Royal Huntów - z ultra starego japońskiego CD. Tutaj wtrącę, właśnie na rynek trafia kolejna reedycja tego bezbłędnego albumu. Na dodatek, w gustownym digipaku, choć bez japońskich bonusów. Nie przegapcie. Po niedawnej przecież reedycji z 2018 roku dawno nie ma śladu, i ta edycja też się wyprzeda raz dwa.
Nowi Mejdeni wciąż okay. Nawet okay bardzo bardzo. Nadal więc słucham "Senjutsu", choć już tylko selektywnie i nie z emocjami dwudziestolatka. Trochę mi smutno, że tej, jakby nie było świetnej muzyki, nie potrafię słuchać z podobną podnietą do chwil, jakie towarzyszyły mi podczas unboxingu "The Number Of The Beast". No, ale wtedy miałem siedemnaście lat, a natura tak nas zaprogramowała, by na starość delikatniej kręciło. Nawet, jeśli bardzo chcielibyśmy inaczej. Tak, jak zastygają mięśnie, a kości kruszeją, tak też spada w nas współczynnik emocjonalny. Dotyczy wszystkich, bez wyjątku. Dlatego w rocku prawo głosu mają młodzi. Również ci dzisiejsi. Nawet, kiedy muzyczni faworyci mego Tomka zupełnie, bądź prawie zupełnie mnie nie kręcą. Ostatnio podczas wizyty u jego kotów, gdy syncio po raz enty wybył w Polskę, przejrzałem po łebkach jego winylową kolekcję, kurcze - i nic dla mnie. Najlepsze w niej płyty to te, które mu podarowałem na gwiazdora. A tak, to tylko same łomoty, albo alternatywa, nawet niby atmosferyczna, lecz nie z mojej półki oczekiwań. No i popatrzcie, oboje kochamy muzykę, lecz żyjemy w odmiennych jej światach. Ale to chyba zdrowe, przynajmniej nie wyszarpujemy sobie płyt Claptona i nie doskakujemy do gardeł celem udowodnienia własnych racji, że lepsze "Backless" od "Journeyman", lub odwrotnie. Przy czym, najbardziej w takich chwilach dumny jestem, że nigdy niczego młodziakowi nie narzucałem, dając mu pełną przestrzeń wolności wyboru - muzycznej, światopoglądowej, co też w guście, słowie oraz piśmie. Tak trzeba, to zdrowe. Podobnie też podprogowo zapisane zostało w tytule najnowszej płyty szwedzkich The Night Flight Orchestra - "Aeromantic II". Tutaj także jego mityczny bohater poświęcił duszę w zamian za zdolność do latania. Bo za upragnioną wolność warto ją poświęcić. Na co komu dusza uciemiężona?
Ponieważ zaprzestałem pisania recenzji płyt, przynajmniej pozwólcie, że zarzucę słówkiem o dwóch niedzielnych premierach...

Manic Street Preachers "The Ultra Vivid Lament". Nadspodziewanie udany album, będący wypadkową fortepianu oraz akordów gitar, nierzadko ładnych popowych melodii, o typowych dla Meników wyostrzonych refrenach. Spory cień na tę płytę rzuciła niedawna utrata ojca i matki, rodzicielków Nicky'ego Wire'a - zespołowego basisty oraz pianisty. Ale jest tu też zainstalowana pewna melancholia odwołująca się do Richeya Edwardsa, dawnego gitarzysty grupy, a i symbolu Meników. Tajemniczo zaginionej postaci, której los do dzisiaj nie został wyjaśniony. Dlatego też, otwierające album "Still Snowing In Sapporo", nosi pewien posmak nostalgii do czasów, gdy jeszcze był, gdy tworzył - "Jest rok 1993. Idę sam, pada śnieg, widzę to w obiektywie kamery czując się realistycznie... - ... W moich wspomnieniach nie ma dziur, czas się zatrzymał, idealnie zamroził ...".
Meniki tym razem trochę mniej polityczni. Zdecydowanie chętniej sięgają do historii, ale wyczulają też nas ludzkość, byśmy korzystali z życia rozsądnie, umiejętnie, mądrze, z myślą o innych. Jednocześnie konkludując, że wszystko i tak przeminie, a każdy z nas jest na najlepszej drodze do upadku. I tu całkiem trafnie nasuwa się literackość chwytliwego "Orwellian" - "... żyjemy w czasach orwellowskich, w których nie da się opowiedzieć po jednej ze stron. Szaleństwa tańczą, skrywają się, zaś prawdy dzięki swym podstępom stają się kłamstwem. Gdziekolwiek nie spojrzysz, przyszłość walczy z przeszłością, a słowa ze wszystkim toczą wojnę". I choć z większości kawałków emanuje rockowa radość grania, a melodie wzajemnie wyprzedzają się w gradacji lepszości, to raczej liryka nie pozostawia złudzeń, iż ogólnie nie jest do śmiechu. Jak to u Meników, albowiem to już taki zespół, pomimo iż w tym konkretnym przypadku chodziło także o zachowanie dystansu wobec Nicky'ego Wire'a oraz czasów, w jakich żyjemy. Wszak lockdown wszystkim z nas dostarczył dodatkowego niepokoju, wciągnął w swój wir alienacji, przydając niepewności kolejnym dniom.
Jest na "The Ultra Vivid Lament" jeszcze kilka innych, równie dobrych momentów, jak choćby posępna, mroczna ballada "Blank Diary Entry" (bo pusty wpis w pamiętniku opowiada historię bolesnego z chwałą pożegnania), w którym rolę "featuring", pełni ex-śpiewak Screaming Trees, Mark Lanegan. I proszę, jak można spod chmurnej, jak noc płachty, wydobyć ładną melodię, którą przy odrobinie dobrej woli mogłoby nawet popieścić współczesne radio.
Jakże sugestywnie jawi się też finałowe "Afterending" - ze śliczną wręcz melodią. Taką trochę beztroską, jak też nieco stadionową, odświętną, a przecież Bradfield nie pozostawia złudzeń: " ... wkraczamy w noc nicości, nawet znika twój cień, rzeczywistość staje się przeprosinami i budzi katastrofę ...".
Jest też szczypta socjologii i polityki - utwór "Don't Let The Night Divide Us". Znowu fajna melodia, ale to tylko płachta, zasłona, pozory, bowiem piosenka niesie przestrogę i ostrzeżenie: niech noc nas nie podzieli, w sensie - odrzuć wszelką propagandę. Możemy użyć pokoju lub przemocy, możemy prowadzić wojnę, albo po prostu milczeć. To ostrzeżenie - nie modlitwa.
Wspaniała płyta Meników, do częstego słuchania, do pobudzania muzycznych zmysłów oraz wrażliwości, i oczywiście myślenia.
...
Steve Hackett oraz jego najnowsze "Surrender Of Silence", na którym rozciąga się kolejne pasmo miłości artysty do muzyki świata. Poprzednio ex-Genesis'owiec jasno w tej kwestii wyraził się na klasycyzującym, momentami przepięknym, a jednocześnie także tegorocznym albumie "Under A Mediterranean Sky". Tym razem Rosja, Chiny, Afryka czy Hiszpania, ale także oceaniczne głębiny plus gotyckie organy. Maestro uważa, iż na tej płycie jego gitara, kiedy trzeba krzyczy z radości, innymi razy z wściekłości, ale przede wszystkim przemierza się nad oceanami do odległych krain. I te odległe krainy, to jednocześnie same miejsca, jak i muzycy, z którymi niejednokrotnie maestro łączył się twórczo, gdy ci mieli punkty muzycznego dowodzenia w swych domach.
Hackett w albumowej przedmowie zauważa, dla tej muzyki nie potrzeba żadnych paszportów - od Uralu po dach Afryki i Himalaje. Kolejna zatem etnograficzno-geograficzno-rockowa płyta człowieka, którego brzmienie gitary bliskie nie tylko mnie, wszak każdej niedzieli jego "Sierra Quemada" stanowi za moje audycyjne intro. Fakt, chyba najdłuższe w radiowych losach tego świata, ale zdaje się nikt nie wymyślił lepszego. Konkurentami jedynie całe PinkFloyd'owskie "Dark Side Of The Moon" oraz killer'song wszech czasów - Queen "Bohemian Rhapsody". Kilka dobrodziejstw, dzięki którym bytowanie na tym łez padole, w ogóle ma sens.
Niełatwy jest ten nowy Hackett. Nie liczyłbym więc na lekkość dawnych Genesis'owskich solówek. Tym bardziej, jeśli w takim "Fox's Tango", mistrzunio śle śmiertelny ucisk w tańcu okrucieństwa, a w najwspanialszym dla mnie albumowym fragmencie - "Scorched Earth" - zadaje pytanie: jutro jest koszmarem czy snem? Ale nawet wśród takiej twórczości, Hackett znalazł sześć minut, by wyrazić się ku żonie - Jo. Bo, jak muzyk twierdzi, nie możemy ukryć się przed naszą najgłębszą potrzebą - miłością.
Wszystkie ostatnie rockowe płyty Hacketta opływały w bogactwa nastrojów oraz towarzyszącym im obfitemu instrumentarium, więc i tym razem nie mogło być inaczej. Obok - jak zawsze u mistrza - kolorytowej gitary, mrowie odpowiednio dostosowanych partii klawiszowych, okazjonalnych orkiestracji, saksofonu, skrzypiec, klarnetu oraz trochę obowiązkowych w ostatnim czasie orientalizmów.
Album wymagający przynajmniej kilku posłuchań. Niełatwy w odbiorze, no ale Hackett to też nie taki artysta, który ma nas zabawiać do tańca.
...
Myślę już nad kolejnym naszym spotkaniem. A i zarazem pragnę, by było inne w nastroju od kilku ostatnich. No i zdrowsze. Bez chusteczki oraz termosu.
Do usłyszenia ...
 

 

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA "Aeromantic II" (2021)
- Amber Through A Window
- Chardonnay Nights
- You Belong To The Night

IRON MAIDEN "Senjutsu" (2021)
- Senjutsu

ROD STEWART "When We Were The New Boys" (1998)
- Ooh La La - {Faces cover}

SLADE "You Boyz Make Big Noize" (1987)
- Ooh La La In L.A.

ROD STEWART "The Rod Stewart Sessions 1971-1998" (2009) - box kompilacja z rarytasów
- In A Broken Dream (1992) - na gitarze DAVID GILMOUR, na organach JOHN PAUL JONES, na basie NICK LOWE, na perkusji PETE THOMAS, produkcja TREVOR HORN

ALICE COOPER "Detroit Stories" (2021)
- Shut Up And Rock

ABBA "Arrival" (1976)
- Arrival

ABBA "Fernando" (1975) - singiel
- Fernando

ABBA "Waterloo" (1974)
- Dance (While The Music Still Goes On)

ROYAL HUNT "Land Of Broken Heart" (1992)
- Age Gone Wild
- Freeway Jam
- Kingdom Dark

RAY WILSON "The Weight Of Man" (2021)
- Amelia

DEMIS ROUSSOS "Attitudes" (1982)
- Follow Me
- The House Of The Rising Sun - {utwór tradycyjny}

STEVE HACKETT "Surrender Of Silence" (2021)
- Wingbeats
- Held In The Shadows
- Scorched Earth
- Esperanza

MANIC STREET PREACHERS "The Ultra Vivid Lament" (2021)
- Still Snowing In Sapporo
- Orwellian
- The Secret He Had Missed

ROXY MUSIC "Roxy Music" (1972)
- If There Is Something - {bonus track / The John Peel sessions, 4 stycznia 1972}
- Sea Breezes - {bonus track / The John Peel sessions, 4 stycznia 1972}

AGNETHA FÄLTSKOG "Agnetha Fältskog" (1968)
- Jag Var Så Kär

ARAGON "Mr. Angel" (1997)
- The Art Gallery
- The Crying Game

ARAGON "Don't Bring The Rain" (1988)
- The Crucifixion

ROD STEWART & THE FACES "Changing Faces - The Very Best Of Rod Stewart & The Faces - The Definitive Collection 1969-1974" (2003) - kompilacja
PYTHON LEE JACKSON - In A Broken Dream - {singiel 1970 / album "In A Broken Dream" 1972}





























 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"