sobota, 29 kwietnia 2023

nie żyje Helge Engelke

Znowu ze świata muzyki przykra wiadomość. Odszedł Helge Engelke. Niemal nagle. Z mediów społecznościowych wynika, że gitarzysta Fair Warning oraz Dreamtide, zmarł wczoraj w szpitalu po komplikacjach wynikających z guza okrężnicy (cóż to takiego?), którego wykryto u niego dwa dni wcześniej. Paskudna wieść i niewyobrażalna strata.
Uwielbiałem Jego brzmienie, rozpoznawalność i swobodę uprawiania hard rocka. W jego grze czuć było pasję, a i dominację w stadzie. To się nazywa charyzmą, a jest to cecha obecnie coraz rzadsza. Helge Engelke był poetą gitary elektrycznej, lubiącym wypuszczać słuchacza w nieznane. Fantastyczna postać. Nie ma już wśród nas kolejnego mojego gitarowego bohatera, ech! Z łezką w oku, choć przez moment, powspominam jego osobę w najbliższym 'nawiedzonym'. Pomimo, iż planowałem na jutro nieco inne nastroje. A tak w ogóle, przecież miało mnie nie być.

a.m. 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

prisoner of love

Dobrze ostatnio robi mi ejtisowy pop. Słucham różnej maści piosenkarzy/piosenkarek, żadnych nowych romantyków czy new wave'owców. Ich nasłuchałem się do woli. Oprócz Ultravox, oczywiście. Tych nigdy za wiele.
Ten drugi pokój, w którym znalazłem brakujące ogniwo: winyl Harry'ego Belafonte, okazał się zbawienny wobec moich aktualnych uczuć. A te sprzyjają piosenkom może nie aż tak, jak twórczość Belafonte odległymi, jednak lata osiemdziesiąte to też nie młodzieniaszki. Lubię granie z tamtymi klawiszami/gitarami, z tamtą melodyczną estetyką, z nieosiągalnymi na teraz aranżacjami oraz nielaptopową produkcją, do której przykładali się ludzie utalentowani, pełni pasji, prawdziwi misjonarze. Okay, tyrający jak najbardziej za gruby szmalec, ale przecież to zdrowe, by dobra robota bywała wolontariatem jedynie okazjonalnie, nie z zasady, by człowiek pełniący muzyczną misję otrzymywał tylko uznanie słowne, a piekarz czy cieśla forsę.
Gloria Estefan. Nie zapytam, czy pamiętacie?, bo pamiętacie na pewno, to raz, a dwa, nie lubię stawiać siebie w wyższości nad audytorium. Dlatego na dziś Gloria Estefan i jej Miami Sound Machine. Zespół, z którym ta latynoska Amerykanka, była związana na wczesnym swym etapie dziejów. I były to świetne dzieje, a jednocześnie podwaliny pod wszystkie Shakiry i tym podobnych.
Winylowe maxi 12" "Prisoner Of Love" z 1984 roku. Wydłużona wersja zgrabnego numeru przynależnego albumowi "Eyes Of Innocence". Cóż za śpiewanie. Do takich rytmów potrzebne szerokie spektrum i Gloria je ma. Poza tym, jest namiętna, ciepła, wytrawna i ma niesamowitą sekcję. Zwróćmy uwagę na syntezatory. Nawet na nich da się zdziałać więcej, niż tylko podkład. Ale ja u Glorii zawsze lubiłem gitarzystów. Miała dziewczyna do nich nosa. Tutaj krótko i konkretnie solówkuje Wesley B. Wright, ale jeśli znacie Państwo album "Anything For You" (rok wcześniej wydany pod innym tytułem i okładką), to tam grał jeszcze lepszy John De Faria. Warto na niego zwrócić uwagę, bo choć bywał zwięzły niczym Brian May, to w tej gitarze słyszałem całą roślinność i powietrze Ameryki Łacińskiej.
Maxi "Prisoner Of Love", z dwoma wersjami tytułowej piosenki. Wydłużona do sześciu- i pół minuty na stronie A, zaś na B jej instrumentalny odpowiednik, choć nie taki do końca nieśpiewany, albowiem sporo tu wokaliz zaznaczających miejsca przynależne refrenowi. Na deser "Toda Tuya", starszy numer Miami Sound Machine. Jak najbardziej roztańczone latino, acz żaden wielki przebój. W sumie niezły chwyt wytwórni Epic, by o nim przypomnieć. To maxi uruchomiło we mnie apetyt na więcej, czym prędzej więc sięgnąłem na półkę z kompaktami i już rozgrzewa się arcyprzebojowe "Cuth Both Ways". Tu na gitarze ponownie John De Faria. Już zacieram ręce.
A tak w ogóle, Gloria to ładna dziewczyna. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


piątek, 28 kwietnia 2023

z kosza za dolara

A się uśmiałem. Spójrzcie tylko Drodzy Państwo, co właśnie przed chwilą znalazłem. Jakże idealne w nawiązaniu do dzisiejszego na mojej stronie popełnionego tekstu "winylowy (ws)trend".

* RSD - czyli Record Store Day


a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


winylowy (ws)trend


Odwiedziłem kącik zapomnianych płyt i znalazłem tego Belafonte. Tak, jak przypuszczałem, musiał gdzieś być. Muszę częściej do tego drugiego pokoju zaglądać. Album "Jump Up Calypso". Muzycznie klasa, kolekcjonersko bezwartościowy. Nie jest to u nas Artysta, za którym grzebią w winylowych tabunach empikowych drożyzn. W tej obecnie monopolistycznej, jeśli chodzi o salonowe ekspozycje sieci, co płyta, to na metce sto czterdzieści, sto siedemdziesiąt lub dwieście dwadzieścia dziewięć złotych. Pogłupieli z tymi cenami. Ale wynika to z paru czynników, choćby z braku tłoczni, a przecież zleceń masa, często czas oczekiwania na realizację pół roku, albo i dłużej. Stąd m.in. te ceny. Nie tylko z uwagi na sam trend, choć wiadomo, że to on po torach ciągnie tę stal. A co będzie, gdy winyle wypadną z mody, no bo, że kiedyś wypadną pewne jak dwa razy dwa cztery. Co wtedy? Polecą na śmietnik zapomnienia? A co z tą rozpropagowaną i będącą na topie ekologią? Przecież winylowe tworzywo się nie unicestwia, większość okładek także. Nie są to żadne torebki reklamówki z sieciówek, które po dwóch latach pokruszą się w pył i inna już sprawa, iż tego łatwo elektryzującego się cholerstwa zwykłą stylonową szczotką nie zmieciemy. Kto popróbował nowych foliówek z Media Markt wie, o czym piszę. Za kolejnych trzydzieści lat przyjdzie pokolenie, które być może na bazie kolejnego trendu zgloryfikuje kompakty, albowiem kapnie się, że te nie trzeszczą, nie pierdzą, są wygodniejsze i po prostu lepiej grają! - taki fakt, choćby nie wiem, co nam wciskali ci wszyscy dobrze opłacani przez producentów sprzętu, a i dużych płyt, sprzedajni dziennikarze. Poza tym, kto ma taki sprzęt, na którym usłyszy wszystkie różnice pomiędzy 'złym' CD, a boskim winylem? Że co, że może na tych gramofonach kosztujących po dwa/trzy tysiące z przyległymi im mini wieżyczkami i kolumienkami wielkości kartonu po obuwiu, 'zgrabnie' dopasowanymi do ciasnych wnętrz Atanerów? Dla jasności, wychowałem się na winylach, nie na taśmach lub radio, jestem więc tym czarnym plackom (ostatnio notorycznie wszystkie limitowane już tylko na kolorowo) wdzięczny za pasję do nośników i nigdy tej pasji z siebie nie wyrzucę. A jednak jest coś takiego, jak zdrowy rozsądek. Kiedy obserwuję całą tę szarańczę naiwności, czuję gorąc diabelskiego kotła. Ludziom wszystko da się wmówić, jesteśmy najbardziej zmanipulowaną nacją pośród ssaków. Różni nas od braci i sióstr zwierząt zdolność mówienia i czytania, choć braku samodzielnego myślenia nie posiadamy, skoro dajemy się głupcom rządzić. Obecnie dziewięćdziesiąt procent sympatyków kolekcjonerstwa muzyki mówi jednym winylowym językiem (zwyczajni modnisie), podczas, gdy większość z nich, jeszcze przed trzema dekady tych winyli lekką ręką zrzekała się na rzecz olśniewających, wręcz sterylnych jakościowo kompaktów. Co zatem się stało? Skąd ta zmiana frontu? Okay, ja także w latach dziewięćdziesiątych podpuszczałem Słuchaczy, by powracać do winyli, ponieważ na swój sposób marzył mi się ich renesans, ale...! No właśnie, znowu jest jakieś 'ale'... ale nie kosztem lepszego CD. Winyl to duże okładki - często dzieła sztuki - nalepki, vide labele, kto nie lubi się w nie wpatrywać i wyczytywać każdej zapodanej na nich literki. Jest jeszcze celebracja z samym nastawianiem igły na rozbiegówkę lub wybraną ścieżkę - no przecież, no jasne, że to cudowne! - jednak dochodzi kurz, paprochy i mechaniczne zużycie. Tak po prawdzie, przed emisją każdej ze stron należałoby płytę przemyć, a zatem, kiedy skończy się strona A, strona B znajdująca się pod nią jest już zapaskudzona brudem osiadłym na macie talerza. A przecież nawet najlepsza igła też czyni swoje. Każdy odsłuch obniża jakość nośnika o kolejnych ułamki procentów, więc jakakolwiek igła, czy to Ortofon czy inne bóstwo, po prostu dłutować będzie w rowkach. Z czasem płyta zacznie coraz bardziej smażyć, każdy z nią kontakt nic, tylko obniżać będzie jej jakość. Nawet jeśli ta jakość w dniu zejścia z fabrycznej taśmy zapuka do nieba bram.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


środa, 26 kwietnia 2023

odszedł Harry Belafonte

Właśnie dowiedziałem się, że wczoraj umarł piosenkarz/aktor Harry Belafonte. Dożył prawie setki. Zabrakło czterech wiosen. Piękny wynik, choć nigdy nie jest dość. Ludzie i tak żyją o co najmniej pięćdziesiąt lat za krótko. W zasadzie już po pięćdziesiątce rynek pracy traktuje nas emerytalnie. Uważa się moich rówieśników za wypalonych i wypaczonych. Ziarnko w tym prawdy, acz sprawa nie dotyczy artystów, którzy z czasem nabierają szlachetnej patyny. I myślę, że piosenki Harry'ego Belafonte są właśnie wraz z upływem lat jeszcze smakowitsze. Nic nie tracąc od dni ich poczęcia.
Facet miał 'głos' i wiedział, co z nim zrobić. Nie jak tych większość ślamazar z telewizyjnych show. Gwiazdą trzeba umieć zostać. Potrafili Frank Sinatra, Andy Williams, Bobby Darin czy Nat King Cole, to i Belafonte z paluszkiem w... Pokolenie talentów śpiewania pod muchą, choć ku przewrotności śniady Belafonte wolał palmy, ciepłe plaże i swobodniejsze stroje. Inna sprawa, że do rytmów calypso garnitur pasuje dokładnie tak samo, jak mój czarny charakter do kościelnej ambony.
Posłucham dzisiaj wszystkich dwudziestu piosenek z niemieckiej kompilacji wytwórni Arcade, jedynej z nagraniami Mistrza jaką posiadam. W dodatku z modnego winylu, co czyni niemożliwe posłuchanie tego wspólnie z Szanownym Państwem w nadchodzącym 'nawiedzonym'. Może i dobrze, albowiem płyta smaży niemiłosiernie. Z taką jakością wywaliliby mnie z radia.
Wydaje mi się, że miałem jeszcze jedną Jego płytę, taką z foto popiersiem Artysty na czerwonym tle, muszę jej poszukać w drugim pokoju, do którego z rzadka zaglądam. Pochwalę się, gdy tylko wpadnie w me łapska.
Każdy zna proste, niczym 'kocham cię' piosenki Belafontego, typu "Banana Boat (Day-O)", "La Bamba" czy "Mary's Boy Child". Tę ostatnią, na równie sławną nutę przemalowali później Boney M.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

na słodko

Ostatnie miesiące Tata był leżący. Codziennie odwiedzała go pielęgniarka, ale jej pracy starczało na skrawek każdego dnia, reszta była na naszej głowie. Harowaliśmy przy Nim wraz z Mundi, ale żadne z nas nawet nie pisnęło. W kontaktach pozadomowych nikt nie wyczuł, że wszyscy mamy przejebane. My 'tyle, o ile', najbardziej Tata. Zresztą, ludzie nie lubią wysłuchiwać cudzych nieszczęść, więc trzeba z podniesioną głową. No i my ją mieliśmy. Bo to na pewno uwłaczające dla chorego, gdy mu jego bliscy podcierają tyłek, a lżej na sercu, gdy później karmią. Ja Tatę karmiłem codziennie. Cierpliwie i z czułością, choć nie ukrywam, że zwyczajne ludzkie wkurzenie też mnie sięgało, bo każdy kto miał do czynienia z podobnie chorym wie, że to wyzwanie. Ale patrzyłem Tacie w oczy, przyjmowałem na klatę jego cierpienie, pomimo iż współczucie to tylko pyłek na wietrze.
Do końca obstawałem za godnym karmieniem. Żadnego miksowania i podawania papek. Chleb pokrywałem wszystkim, co lubił - i serem, i szynką, a na wiosennie dodawałem obowiązkowo ogórka lub szczypioru, tak, aby w tych kanapkach poczuł najpiękniejszy w przyrodzie czas i aby dotykał jej Królowej. Nie uległem presji doradców: 'miksuj jedzenie, będzie mu łatwiej przełykać'. Widziałem, jak chciał gryźć ten chleb, jak się nim rozkoszował, a na deser zawsze jogurt, najlepiej serkowe danio. Tata od jakiegoś czasu miał potężne kłopoty z mówieniem, nie szło go zrozumieć, budował wyrazy niczym z Wieży Babel. Trzeba było uruchomić domysły, lecz, gdy zajadał danio, słowa okazywały się zbędne. Otwierał do nich buzię, jak pisklę do przekazywanej dzióbem matki zdobyczy. Pewnego razu, gdzieś tak po pięciu łyżkach Danio z owocem mango, zapytałem: smakuje Ci? Zachwyt sięgnął zenitu, Tata bez zająknięcia, z rozkoszą na swej wytrudzonej i wyznojowanej mękami twarzy, wypowiedział: wspaniałe! Dlatego kupowaliśmy mu te Danio. Było ich pół lodówki, przeróżne smaki, a to waniliowe, a to z kruszynkami czekolady, jeszcze z bananem, mango i truskawkami. Przepadał za każdym smakiem. Ale lubił też inne słodkie jogurty, najlepiej wymieszane z biszkoptem i bananem. Wsuwał z apetytem, miło było patrzeć. W ogóle lubił słodkie, dlatego cały barek zawalałem mu wafelkami, delicjami i czymkolwiek sobie wymarzył. Od dziecka pamiętam, że Tata miał do słodkiego słabość. W swojej inżynieryjnej aktówce zawsze coś tam miał. Lubiłem mu podkradać krówki, do których nie ukrywał szczególnej słabości. Może dlatego na swoje imieniny, gdy zapraszał liczne grono przyjaciół, stawał na wysokości zadania i robił taki tort, że...! Nigdy nie spisał jego przepisu, więc zabrał go ze sobą i już nikt nigdy nie będzie mieć rozkosznej możliwości. Wszyscy się tymi tortami zachwycali. Nigdy takich nie podawano w żadnych cukierniach, nawet tych najwytrawniejszych czy wielogwiazdkowych hotelach. Tata był łasuchem, a i spec'cukiernikiem naturszczykiem. Lubił życie na słodko. Jeszcze w ostatecznym dla niego dniu nakarmiłem Go, a raczej nie dokarmiłem przy śniadaniu na słodko.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


wtorek, 25 kwietnia 2023

pięć i pół godziny

Ostatecznie nie trafiłem do szpitala. Napiszę, w czym rzecz, ponieważ telefony się urywają, a ja na głowę dostanę, jeśli każdemu z osobna całą tę historię po raz kolejny będę opowiadać. A potem kolejny telefon, kolejnych parę smsów, i znowu, i jeszcze raz, i dopadnie mnie zmasakrowane deja vu.
Drodzy Państwo, zaplanowano mi termin przyjęcia do szpitala na wczoraj, na godzinę jedenastą. Dotarłem punktualnie, a z przyczyn obiektywnych nawet kilka minut przed. Najpierw rejestracja, a to już nie było łatwe. Panie tak zapracowane, że wzywają zainteresowanych tylko w przerwie pomiędzy pogaduszkami. Ale jakoś udało się. Schody zaczęły się później. Usiadłem grzecznie w korytarzu pośród wielu ważnych i jeszcze ważniejszych drzwi, do których wzywano wszystkich, tylko nie mnie. I tak czas sobie płynął. Z dwunastej szybko zrobiła się trzynasta, za chwilę czternasta, aż w końcu wywołano: "pan Andrzej". Okazało się, że nareszcie pobranie krwi plus wenflon, po czym znowu na korytarz. Zrobiła się piętnasta, a na nim ludzi coraz mniej. W okolicach szesnastej nie było już niemal nikogo, tylko jakaś młoda ukraińska parka, no i ja. Patrzę, idzie jakaś pani w fartuchu, więc dopytuję, co ze mną? Ona nic nie wie, więc Andy morda w kubeł. No to po chwili idzie inna pani, już w innym kolorze fartucha, więc ponawiam zapytanie, a tu znowu chybione. Zrobiła się szesnasta trzydzieści, a zatem na izbie (nie)przyjęć zaliczyłem pięć i pół godziny, i nikt mnie nie chce. Nie zastanawiając się dłużej zapukałem do drzwi, za którymi założono mi wenflon, grzecznie prosząc o jego zdjęcie. Pani uczyniła to bez zbędnych pytań. A ja bez namysłu zabrałem torbę i walizkę, wyszedłem przed szpital, zamówiłem taksówkę z kierowcą równie memejowatym, co obsługa porzuconego przeze mnie szpitala, i tak mniej więcej po dwudziestu minutach znalazłem się w domu. Zulcia chyba nigdy na powitanie nie zamerdała radośniej, więc wrosłem w przekonanie, iż była to jedyna słuszna decyzja. Taka 'słuszna' na teraz oczywiście, albowiem za chwilę zawyję z bólu i żarty się skończą. Pan doktor się poczuł i zadzwonił, gdy akurat na podstawionym pod mój nos talerzu zagościł pierwszy tego dnia posiłek. Nie chcąc utracić jego termy, przerzuciłem się z Panem doktorem na smsy, i nawet zostałem przeproszony, jednak o nowy termin będę musiał poprosić, gdy będę na siłach. A teraz na nich nie jestem. Nie chciałem iść do tego szpitala. Nie chciałem tak od razu po śmierci Taty, jednak poszedłbym, gdyby jeszcze do owej szesnastej trzydzieści o mnie zawalczono. Traktuję to jako znak. Nie chciałem, to i los mnie wysłuchał. Pójdę, gdy się ze sobą emocjonalnie uporządkuję.
W związku z powyższym, planuję stawić się w nawiedzonym w najbliższą niedzielę, na co nawet ucieszył się Krzysiek Ranus. Wczoraj przez telefon zapewnił, że pomoże zawsze, kiedy go o to poproszę, jednak czterogodzinny maraton przy mikrofonie niekoniecznie stanowi dla niego frajdę, jak dla mnie. Fakt, kocham robienie radia ponad zdrowy rozsądek i niepierwszy Krzysiek to oznajmia.

a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


poniedziałek, 24 kwietnia 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 23 kwietnia 2023 / Radio "98,6 FM Poznań" + "BLUES RANUS" (zastępstwo)







"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 23 kwietnia 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, gram do 2-giej)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

ANDY WILLIAMS "The Very Best Of" (1999)
- Music To Watch Girls By /1967/ - {Bob Crewe Generation cover}
- Speak Softly Love /1972/- {love theme from 'The Godfather'}

PETER GEE "Pilgrim" (2022)
- The Wicket Gate
- The Interpreter's House
- Pilgrim Lays Down His Burden At The Cross
- The River Of Death
- The Celestial City

ROYAL HUNT "Dystopia - Part II" (2022)
- Live Another Day
- One More  Shot

FOR ABSENT FRIENDS "Tintinnabulation" (1996)
- Father
- Ignorance

CAT STEVENS "Greatest Hits" (1975)
- Father & Son - {oryginalnie na LP "Tea For The Tillerman" /1970/}
- Oh Very Young - {oryginalnie na LP "Buddha And The Chocolate Box" /1974/}
- Sitting - {oryginalnie na LP "Catch Bull At Four" /1972/}
- Morning Has Broken - {oryginalnie na LP "Teaser And The Firecat" /1971/}

U2 "Boy" (1980)
- I Will Follow
- Twilight

SIMPLE MINDS "Once Upon A Time" (1985)
- Ghost Dancing
- I Wish You Were Here

ZIYO "Witajcie W Teatrze Cieni" (1990)
- Witajcie W Teatrze Cieni
- Nie Ma Dokąd Iść
- Bliżej Gwiazd (Wyspy)

ECHO & THE BUNNYMEN "Echo & The Bunnymen" (1987)
- The Game
- Bedbugs And Ballyhoo - {na organach Ray Manzarek}

ELOY "Performance" (1983) -- 23 czerwca nowy album Eloy "Echoes From The Past"
- Heartbeat

ELOY "Colours" (1980) -- 23 czerwca nowy album Eloy "Echoes From The Past"
- Silhouette
- Sunset

ELOY "Silent Cries And Mighty Echoes" (1979) -- 23 czerwca nowy album Eloy "Echoes From The Past"
- Mighty Echoes

TONY BANKS "Still" (1991)
- Angel Face - {śpiew Fish}
- Still It Takes My By Surprise - {śpiew Andy Taylor}
- Water Out Of Wine - {śpiew Jayney Klimek}

PATTI SMITH GROUP "Wave" (1979)
- Frederick

MATT MONRO "The Very Best Of" (1992)
- Speak Softly Love /1973/ - {theme from 'The Godfather'}
- Yesterday /1965/ - {The Beatles cover}
- Somewhere /1964/ - {from 'West Side Story'}

=============================


"BLUES RANUS" - zastępstwo
niedziela 23 kwietnia 2023 r. - godz. 21.00 - 22.00

realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

THE ALLMAN BROTHERS BAND "Seven Turns" (1990)
- True Gravity
- Seven Turns

LYNYRD SKYNYRD "Last Of A Dyin' Breed" (2012)
- Ready To Fly

LYNYRD SKYNYRD "God & Guns" (2009)
- Gifted Hands

NEIL YOUNG CRAZY HORSE "Barn" (2021)
- Canerican

NEIL YOUNG "Mirror Ball" (1995) -- album z muzykami Pearl Jam
- Throw Your Hatred Down

SANTANA "The Very Best Of Santana" (1996)
- Black Magic Woman - {Fleetwood Mac cover}
- Chill Out (Things Gonna Change) - {duet with John Lee Hooker}



Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



wiosna przebija się wszędzie


niedziela, 23 kwietnia 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 16 kwietnia 2023 / Radio "98,6 FM Poznań"


"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 16 kwietnia 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, gram do 2-giej)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
prowadzenie: Krzysztof Ranus


Program poprowadził Krzysztof Ranus, za co serdeczne dzięki!


Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


czwartek, 20 kwietnia 2023

najwyższa półka

Mój Tata nie miał ucha do muzyki. A może raczej głowy, wszak ciągle bywał pochłonięty jakimiś inżynieryjnymi wyczynami. Lubił majsterkować, budować, naprawiać, kochał innowacje, jednymi słowy, z młotkiem i piłką zawsze musiało coś się dziać. Na muzykę nie było czasu, a do pewnego momentu nie bardzo odróżniał Beatlesów od Queen, zapewne nie miał bladego pojęcia o istnieniu Pink Floyd, zaś polskie piosenki pamiętał jedynie z potańcówek, na które zabierał moją Mamę. Ale do muzyki trochę się zbliżył, gdy mocno wszedł w komputer, który uwielbiał od zarania. Czcił w nim wszystkie nowinki, technikalia, kupował fachową prasę, wgrywał nowe programy, wreszcie dopadł takiej perfekcji, że rozwiązywał każdy problem. Ileż to razy naprawiał mój sprzęt, nie mówiąc o tym, że przecież każdy z trzech mych laptopów, to były od Niego bezokazyjne podarki.
Przyszedł taki czas, kiedy Tata dostał bzika na nagrywanie różnych wydarzeń. Głównie z niwy rodzinnej, bądź przyjaciół, przy czym posiadał nieskrywaną potrzebę obdarowywania wszystkich umoczonych, tj. wciągniętych w swe filmowe kadry. Przesiadywał więc godzinami i montował te filmy, poszukiwał do nich stosownego muzycznego podkładu, no i tutaj muzyka wdała się we znaki. Ujawnił się też Taty gust, który najczęściej oscylował wokół epokowo odległych, klasowych piosenek, najlepiej amerykańskich, z takimi wykonawcami, których warunki wokalne nie pozostawiały złudzeń.

Ulubionym songiem, podkładanym zresztą pod tworzone przez Niego widea wręcz notorycznie, było "Music To Watch Girls By" Andy'ego Williamsa. Z Synciem Tomkiem mieliśmy niezły ubaw, bowiem ta, było nie było, beztroska melodyjka ("... chłopcy obserwują dziewczyny, podczas, gdy dziewczyny obserwują chłopców, którzy obserwują przechodzące dziewczyny ..."), pojawiała się niemal podczas każdej okazji wspólnego podziwiania Taty wideofonicznego dorobku.
Andy Williams, amerykański piosenkarz, nagrywający od lat pięćdziesiątych niemal do ostatnich dni, a zmarł w dwa tysiące dwunastym. Był pop-śpiewakiem tej klasy, co Paul Anka, Frank Sinatra, Perry Como, Bobby Darin, Dean Martin czy Bing Crosby. Ten ostatni, zawsze będzie mi się kojarzyć z Wujkiem Olkiem, przyjacielem Taty jeszcze z czasów studiów, a i takim na zawsze. Genialny facet. Nie był moim wujem więzów krwi, a po prostu Taty super kumplem, lecz przy okazji też i moim Ulubionym! Nazywałem Go wujem od zawsze, na zawsze. Fizjonomią przypominał Lesliego Nielsena, amerykańskiego aktora, nie tylko przeze mnie lubianego z tego powodu, bądź zagrania w dwóch odcinkach Columbo, co przede wszystkim z racji bycia zabawnym, fajtłapowatym, acz zawsze 'triumfującym' porucznikiem Frankiem Drebinem w trójpaku Nagiej Broni. Za każdym razem oglądając te filmy, dosłownie kulałem ze śmiechu, mając przed oczyma Wujka Olka, bo przecież nikt inny, to był właśnie On. Dla jasności, Wujek fajtłapą nie był, a całkiem serio meblarzem, drzewiarzem, nawet dyrektorem poważnego przedsiębiorstwa, do tego rodowitym Ślązakiem. A wspomniany Bing Crosby, to z kolei Jego śpiewający faworyt, i co już wiemy: Andy Williams Taty. Jak widzicie, jesteśmy w pokoleniu śpiewania naszych mamo-tatuśków. Jest to jednocześnie śpiewanie zaraźliwe, mnie też opanowujące. Tym bardziej, że od dzieciaka lubię Presleya, Sinatrę, Crosby'ego czy Williamsa. Bo wiecie moi Drodzy Państwo, tamte stare piosenki, w ustach przytoczonych przed chwilą wielkich głosów, przypominają o lepszym świecie. Bardziej beztroskim, jeszcze nie tak zmaterializowanym, zmanierowanym, lepiej uczesanym i ubranym, o nienagannych manierach. 

a.m. 


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


wtorek, 18 kwietnia 2023

od Ziółki

Otrzymałem od Tomka Ziółkowskiego...

"Gdy odchodzi bliski człowiek,
ten, co znał Cię od kołyski,
Który widział jak upadasz i pomagał powstać z kolan, wielokrotnie przez lat wiele,
Który dobrze Cię wychował, Który wspierał Cię w kłopotach,
Który śmiał się razem z Tobą, Wspólną łzę niejedną wylał Wiedz, że odszedł tylko ciałem, jednak zawsze będzie z Tobą.
W Twej pamięci i wspomnieniach Zawsze będzie, w każdej chwili
i ja ręczę Tobie za to.
W każdej chwili, gdy wyszepczesz po cichutku lub wykrzyczysz głośne: TATO!!!".

 

Dziękuję. 



niedziela, 16 kwietnia 2023

Tata

Umarł mój Tata. Umarł wczoraj, jakoś przed dwudziestą trzecią. Bardzo cierpiał. Szczególnie przez ostatnich kilka miesięcy. Cierpienie ograbiało go z człowieczeństwa, na które to cierpienie nie zasłużył, lecz nie mnie ustalać zasady. 
Był niesamowicie prawym, uczciwym i uczuciowym facetem. Zrobił dla mnie tak wiele, że pisania na lata.
Tata wierzył, więc i ja teraz wierzę, że dotarł tam, w co wierzył. I że jest mu szczęśliwie.
Dzisiejsze 'nawiedzone' poprowadzi Krzysiek Ranus i na pewno zrobi to znakomicie. Krzysiek miał również poprowadzić program w kolejną niedzielę, a to z uwagi na mój zaplanowany szpital, jednak zmieniły się okoliczności. Jutro zawnioskuję o zmianę terminu przyjęcia. Tym samym nasz z Krzyśkiem grafik, też może ulec zmianie. O wszystkim napiszę.
Słońca i zapachów Wiosny Państwu Szanownym życzę. Niech się tylko dobrze dzieje.
Za czas jakiś napiszę więcej, ale może nie teraz.


P.S. W załączniku jedno z wielu przypomnianych dzisiejszej nocy zdjęć. Z lat Rodziców szczęśliwości. Kiedy wszystko wschodziło i jeszcze dużo czasu do trosk. To z marca 1965 roku. Gubałówka, na siedem miesięcy przed moim przybyciem. 

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

czwartek, 13 kwietnia 2023

po przechadzce na Bułgarskiej

Biła po oczach liczba niedokładności, gorszego wybiegania, braku sprytu, pewności siebie, a w ważnych momentach konkretnych decyzji. Dziś przy Bułgarskiej nie było czasu na spokojne przyjęcie piłki i bez konsekwencji rozejrzenie się, co z nią zrobić.
Lech to na pewno mocna ekipa na Wartę, Radomiaka czy nawet niekiedy Legię. Acz, na tych ostatnich, tylko niekiedy. Jednak drużyn Rakowa, Stali czy nawet Zagłębia, w tym zestawieniu wolałbym nie uwzględniać, ponieważ ostatnio różnie bywało.
Gra polskiej drużyny w ćwierćfinale trzecich co do ważności pucharowych rozgrywek w Europie, to i tak spory zaszczyt, a i maksimum naszych możliwości. I jednocześnie sporo więcej od możliwości tego naszego full wypas narodowego kolektywu, posklejanego z bożyszczy z Napoli, Barcelony czy Juventusu.
Powracam zatem do oglądania Ekstraklasy. Odpuszczam boiska Anglii, Francji, Niemiec czy Hiszpanii. Za szybko grają. Nie nadążam. Lech także.

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"