Jakoś przed paroma dniami przysłali mi najnowszego Morrisseya - za pięćdziesiąt jeden dziewięćdziesiąt dziewięć. Czyli już wiecie, że nie Empik. Zdążyłem uważnie z pięć razy posłuchać, poczuć nastrój, a nawet wyciągnąć wnioski. Przy okazji, z góry najwyższej olewam strumieniowców, bo, o czym każdy wie, gamonie z nich niemiłosierne, skoro nie są w stanie nawet powąchać okładki, a co dopiero poryć w drukowanej literaturze. I co najlepsze, najwięcej o niekupionej muzyce mają do powiedzenia. Dlatego zachęcam, weźmy na cel - nie słuchajmy ludzi o muzyce, którzy jej nie kolekcjonują. Ich opinie warte w pył.
Morrissey to wciąż piękny, imponujący głos. Nic się nie zmieniło, a jeśli już, to niewiele. I choć nie trzeba zapominać o jego śpiewaniu służącemu niegdyś The Smiths, czasy wydają się na tyle odległe, iż nawet sędziwi górale dawno potłukli dzbany, z których się zapijali.
Morrissey to artysta w jednym, w drugim ekscentryk, i to drugie stoi kością w gardle wyzłośliwiających się na nim za przerwane lub niezrealizowane występy. Jeśli nie szanujemy czyichś zasad, won z przyjęcia. Nie przejmujmy się modą na krytykowanie Morrisseya, głupich nie brakuje. Ostatnio do tego samego hejterskiego chlewu dobili przeciwnicy Neila Younga bądź Bruce'a Springsteena - że dołączę jeszcze Roberta De Niro - ponieważ wszyscy postawili się idiocie, obecnej głowie Białego Domu. Ale głupi ma zawsze szczęście, że mu nawet ucha nie odstrzelą. Ktoś zapyta, a co w tym gronie robi Morrissey? Wszak po incydencie związanym z Notre Dame miłość do Anglii wyraził w atmosferze, którą wielu podchwyciło, jako prawicową. Jak to trzeba uważać.
Z tym live'owym Morrisseyem to trochę takie matematyczne trzydzieści pięć procent, do czterdziestu, że zaistnieje obawa o odwołanie koncertu, albowiem człek wrażliwy, a takim los przyodziewa wyczerpania lub choroby, bądź niespełnianie wymogów, jak np. nieusunięcie z lokalu produktów mięsnych. A może być po prostu zwykły kaprys, i to nawet, kiedy show wyprzedano. I bardzo dobrze, niech zawsze będzie sobą.
Morrissey wciąż niezależny i jak sam o sobie twierdzi, iż jest głównym orędownikiem wolności. Muzyk uważa, że w jego Anglii coraz bardziej depcze się swobodę wypowiedzi.
W trakcie niedawnego występu w O2 Arena, oznajmił: "to, że jestem na tej scenie jest niesamowitym wyczynem, bo jak wiecie, zazdrosne suki próbowały się mnie pozbyć". Z kolei nieco wcześniej, bodaj przed dwoma czy trzema laty, zarzucił: "jak wiecie, nikt już nie wyda mojej muzyki. Jako, że jestem głównym głosicielem niezależności, a to obecnie w Anglii jest kryminalizowane. Nie możemy w niej mówić swobodnie. Jeśli nie wierzycie, idźcie i spróbujcie, wyraźcie swoją opinię, a traficie do ciupy".
Słucham więc Morrisseya, zarówno w słowie, głosie i melodiach, a nowa płyta piękna, choć ci zgnuśniali, popieprzeni angielscy krytycy, jeszcze przed światową premierą uznali ją za rozproszony zbiór piosenek.
Na singiel wybrano numer "Amazona" - klasyk Roxy Music, który w ujęciu Morrisseya nadal brzmi jak Roxy Music. Serio, posłuchajcie. Ale na "Make-Up Is A Lie" są lepsze momenty. Na przykład utwór tytułowy, który, co prawda do utraty tchu niesie przesłanie powtarzając słowa samego tytułu, ale ostatecznie jest dla Morrisseya ważną wiadomością przekazaną przez pewną paryską poetkę.
W otwierającym zaś, a naznaczonym dobrym basem "You're Right, It's Time", bohater tej płyty śpiewa: "chcę odejść od tych, którzy całymi dniami wpatrują się w ekrany. Chcę zabrać głos i nie dać się złapać w pułapkę cenzury". Piękna melodia, przynajmniej jak dla mnie. I trochę taki nieco wyszlifowany, złagodzony styl The Smiths. Morrissey kapitalnie wyciąga, szczególnie w ostatniej minucie. Ciary!
Nie brak ballad. Weźmy zacumowane w końcówce pierwszej części płyty: "Headache" oraz "Boulevard". Ta druga wydaje się tęskna, a w konstrukcji epicka, no i znowu dramatycznie śpiewający Morrissey: "wezmę jeszcze jednego drinka - z długiej, zmrożonej szklanki - a potem zwymiotuję w lodowatej łazience, gdzieś tuż przy bulwarze". Tych wolnizn mamy więcej - takie "The Monsters Of Pig Alley" jest refleksją nad sukcesem i młodością z perspektywy wielkiego kogoś, kto kontynuował karierę do późnej starości. A ubiegające tę piosenkę, obramowane niczym modła "Many Icebergs Ago", pomaga Morrisseyowi wspomnieć dawne swe nawiedzenia, więc wyróżnia Grób Maurycego, zielonego człowieka, opuszczony zamek, ślepego żebraka, dziesięć dzwonów, Dundee Arms i inne tam...
Z pozoru opatrzone lekką, niespieszną melodią "Notre Dame" sugeruje, iż to islamscy ekstremiści spowodowali pożar w słynnej paryskiej Katedrze. I pomiędzy wierszami pada: "... Notre Dame, wiemy, kto próbował Cię zabić".
Wiele tu się dzieje, w różnych rytmach, różne treści. W "Zoom Zoom The Little Boy" jest o ratowaniu zwierząt, a w kolejnej ślicznej melodii - "Lester Bangs" - idzie o zmarłego w latach osiemdziesiątych żurnalistę, więc to taka piosenka hołd, a w tekście wyłapiemy nawet nazwę Roxy Music.
Zresztą, co tu tyle pisać, posłuchajcie tej płyty, zanim zarżną Wam na nią ochotę wszyscy ci durni i nachalnie lansujący się dziennikarze. Pamiętajmy, każdy makijaż jest kłamstwem.
andy
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub afera.com.pl
"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań) lub radiopoznan.fm























