piątek, 13 marca 2026

makijaż jest kłamstwem

Jakoś przed paroma dniami przysłali mi najnowszego Morrisseya - za pięćdziesiąt jeden dziewięćdziesiąt dziewięć. Czyli już wiecie, że nie Empik. Zdążyłem uważnie z pięć razy posłuchać, poczuć nastrój, a nawet wyciągnąć wnioski. Przy okazji, z góry najwyższej olewam strumieniowców, bo, o czym każdy wie, gamonie z nich niemiłosierne, skoro nie są w stanie nawet powąchać okładki, a co dopiero poryć w drukowanej literaturze. I co najlepsze, najwięcej o niekupionej muzyce mają do powiedzenia. Dlatego zachęcam, weźmy na cel - nie słuchajmy ludzi o muzyce, którzy jej nie kolekcjonują. Ich opinie warte w pył. 


Morrissey to wciąż piękny, imponujący głos. Nic się nie zmieniło, a jeśli już, to niewiele. I choć nie trzeba zapominać o jego śpiewaniu służącemu niegdyś The Smiths, czasy wydają się na tyle odległe, iż nawet sędziwi górale dawno potłukli dzbany, z których się zapijali.
Morrissey to artysta w jednym, w drugim ekscentryk, i to drugie stoi kością w gardle wyzłośliwiających się na nim za przerwane lub niezrealizowane występy. Jeśli nie szanujemy czyichś zasad, won z przyjęcia. Nie przejmujmy się modą na krytykowanie Morrisseya, głupich nie brakuje. Ostatnio do tego samego hejterskiego chlewu dobili przeciwnicy Neila Younga bądź Bruce'a Springsteena - że dołączę jeszcze Roberta De Niro - ponieważ wszyscy postawili się idiocie, obecnej głowie Białego Domu. Ale głupi ma zawsze szczęście, że mu nawet ucha nie odstrzelą. Ktoś zapyta, a co w tym gronie robi Morrissey? Wszak po incydencie związanym z Notre Dame miłość do Anglii wyraził w atmosferze, którą wielu podchwyciło, jako prawicową. Jak to trzeba uważać.
Z tym live'owym Morrisseyem to trochę takie matematyczne trzydzieści pięć procent, do czterdziestu, że zaistnieje obawa o odwołanie koncertu, albowiem człek wrażliwy, a takim los przyodziewa wyczerpania lub choroby, bądź niespełnianie wymogów, jak np. nieusunięcie z lokalu produktów mięsnych. A może być po prostu zwykły kaprys, i to nawet, kiedy show wyprzedano. I bardzo dobrze, niech zawsze będzie sobą.
Morrissey wciąż niezależny i jak sam o sobie twierdzi, iż jest głównym orędownikiem wolności. Muzyk uważa, że w jego Anglii coraz bardziej depcze się swobodę wypowiedzi.
W trakcie niedawnego występu w O2 Arena, oznajmił: "to, że jestem na tej scenie jest niesamowitym wyczynem, bo jak wiecie, zazdrosne suki próbowały się mnie pozbyć". Z kolei nieco wcześniej, bodaj przed dwoma czy trzema laty, zarzucił: "jak wiecie, nikt już nie wyda mojej muzyki. Jako, że jestem głównym głosicielem niezależności, a to obecnie w Anglii jest kryminalizowane. Nie możemy w niej mówić swobodnie. Jeśli nie wierzycie, idźcie i spróbujcie, wyraźcie swoją opinię, a traficie do ciupy".
Słucham więc Morrisseya, zarówno w słowie, głosie i melodiach, a nowa płyta piękna, choć ci zgnuśniali, popieprzeni angielscy krytycy, jeszcze przed światową premierą uznali ją za rozproszony zbiór piosenek.

Na singiel wybrano numer "Amazona" - klasyk Roxy Music, który w ujęciu Morrisseya nadal brzmi jak Roxy Music. Serio, posłuchajcie. Ale na "Make-Up Is A Lie" są lepsze momenty. Na przykład utwór tytułowy, który, co prawda do utraty tchu niesie przesłanie powtarzając słowa samego tytułu, ale ostatecznie jest dla Morrisseya ważną wiadomością przekazaną przez pewną paryską poetkę.
W otwierającym zaś, a naznaczonym dobrym basem "You're Right, It's Time", bohater tej płyty śpiewa: "chcę odejść od tych, którzy całymi dniami wpatrują się w ekrany. Chcę zabrać głos i nie dać się złapać w pułapkę cenzury". Piękna melodia, przynajmniej jak dla mnie. I trochę taki nieco wyszlifowany, złagodzony styl The Smiths. Morrissey kapitalnie wyciąga, szczególnie w ostatniej minucie. Ciary!
Nie brak ballad. Weźmy zacumowane w końcówce pierwszej części płyty: "Headache" oraz "Boulevard". Ta druga wydaje się tęskna, a w konstrukcji epicka, no i znowu dramatycznie śpiewający Morrissey: "wezmę jeszcze jednego drinka - z długiej, zmrożonej szklanki - a potem zwymiotuję w lodowatej łazience, gdzieś tuż przy bulwarze". Tych wolnizn mamy więcej - takie "The Monsters Of Pig Alley" jest refleksją nad sukcesem i młodością z perspektywy wielkiego kogoś, kto kontynuował karierę do późnej starości. A ubiegające tę piosenkę, obramowane niczym modła "Many Icebergs Ago", pomaga Morrisseyowi wspomnieć dawne swe nawiedzenia, więc wyróżnia Grób Maurycego, zielonego człowieka, opuszczony zamek, ślepego żebraka, dziesięć dzwonów, Dundee Arms i inne tam...
Z pozoru opatrzone lekką, niespieszną melodią "Notre Dame" sugeruje, iż to islamscy ekstremiści spowodowali pożar w słynnej paryskiej Katedrze. I pomiędzy wierszami pada: "... Notre Dame, wiemy, kto próbował Cię zabić".
Wiele tu się dzieje, w różnych rytmach, różne treści. W "Zoom Zoom The Little Boy" jest o ratowaniu zwierząt, a w kolejnej ślicznej melodii - "Lester Bangs" - idzie o zmarłego w latach osiemdziesiątych żurnalistę, więc to taka piosenka hołd, a w tekście wyłapiemy nawet nazwę Roxy Music.
Zresztą, co tu tyle pisać, posłuchajcie tej płyty, zanim zarżną Wam na nią ochotę wszyscy ci durni i nachalnie lansujący się dziennikarze. Pamiętajmy, każdy makijaż jest kłamstwem.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


falling heaven

Może coś o muzyce...

Kłania się AOR/melodicrockowy, a nawet tyciu hardrockowy, francuski klawiszowo-gitarowy kwintet Heart Line. Jego liderem - gitarzysta oraz producent Yvan Guillevic.
Znamy ich, prezentowałem fragmenty obu wcześniejszych albumów, a od roku mają już trzeci. Dobrze, że z rocznym poślizgiem łaskawie zawitał do krajowej oferty, bo stało już nade mną widmo oblizania się smakiem. Nie wiem, jakie lasy, góry i doły, morza i oceany, pokonują do nas niektóre płyty, niemniej korzystając z okazji, polecałbym wyszukiwanie elastyczniejszych przewoźników.

Heart Line zawsze grali mięciutko, być może z uwagi na ograniczonego w oktawach Emmanuela Creisa, który niekiedy brzmi jak dziewczyna. Ale lubię jego śpiewanie. Gdyby grupa nie miała ambicji niekiedy poheavymetalizować, nieźle myślę poradziłby sobie w mainstreamowych heartbreakersach. Dobrze jednak, iż Panowie mają moc, bo już tych usypiających balladek wystarczy pod jeszcze przez moment poniedziałkowe Uspokojenie.


Okładka "Falling Heaven" przedstawia grę/strzelankę bombardującą Hollywood, i to przecież wcale nie musi odbiegać od realiów. Podobne grafiki nieraz w przeszłości bywały prorocze. Z obwoluty bije więc niepokojem, z tytułów piosenek niekiedy, też - np.  "Fire In The Sky", "Falling Heaven", a może i nawet "God Has A Plan". Bo przecież nigdy nie wiadomo, co ten nam zgotuje. Przy czym, w samej muzyce nie odczuwam torped, naparzających w nasze domostwa drony, czy w ogóle brania odbiorcy tego dzieła na cel. Siłą Heart Line - piszemy ich nazwę w dwu osobnych słowach - jest przepychanie na współczesny grunt fascynacji dawnymi ekipami, typu Journey, Foreigner, Bad English czy Giant. Aczkolwiek, powiedzmy sobie szczerze, i nie wstydźmy się tego, Heart Line wobec każdego z wymienionych jest cieniutki, jak giętki drut, pomimo iż w skali ogólnej jak najbardziej sympatyczny. Słucham nawet z pierzastym podziwem, acz klasyków nie dopatrzyłem się, nie dosłyszałem, a trop się urywa. Na poprzednich dwóch albumach, też ich nie było, pomimo iż na wydanym przed trzema laty "Rock 'N' Roll Queen", przez moment błysnął utalentowany, lecz ostatecznie chyba niespełniony Patrick Rondat - koncertowy gitarzysta od Jean-Michel Jarre'a. Pamiętacie Państwo, jeszcze w czasach Radia Fan prezentowałem jego albumy. Wtedy sprowadzałem za ciężką forsę z zagranicy, ponieważ długo nie chciały do nas wbić. Ostatecznie nawet nie wiem, czy kiedykolwiek dotarły do krajowej oferty. Jak już miałem na półce, straciłem pole zainteresowania jego ewentualną nadwiślańską dystrybucją.
Fani Metallik czy innych Slejerów nie mają tu czego szukać. Dla nich ta muzyka to jak pierdnięcie muchy w napełnionej tlenem beczce. Ci Francuzi grają dla wygładzonego ucha, co nawet może dziwić, albowiem współczesne żabojady w ogóle stronią od klasycznego rocka. Na ile przyglądam się panującym w krainie znad Sekwany tendencjom, Heart Line są ewidentnym stamtąd kaprysem losu. Słuchajmy, nie zatrzymujmy się, świat jest nasz, a życie jedno.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


kolacja dla głupca

Zbliżającą Wiosnę zainicjowaliśmy z Mundi teatrem. Komercyjnym. Czyli takim ze znanymi twarzami. Wybór sztuki przypadł mnie, więc tak przeglądałem oferty, by z tymi buźkami było najatrakcyjniej. Skoro bilety po półtorej paczki od łebka, to trzeba wyssać, ile się da. -- andy, ty poznanioku, ty.
Zwróciłem się do Mundi, że jeśli zechcę przyjrzeć się tylko sztuce, jako wartości samej w sobie, czyli ambitnemu dramatowi lub innemu przyciężkiemu widowisku, nie zaś samym aktorom, zawsze mogę wbić np. do Teatru Nowego czy innego Polskiego, lub ku małym niezależnym scenom.
Obwoźne, komercyjne teatry, zazwyczaj wystawiają komedie, więc rozpoznawalne twarze plus wartka akcja, stoją gwarancją dobrej zabawy, a przecież teatr to rozrywka, wiadomo już od kilkuset lat sprzed naszej ery.
Mundi uważa, że jestem dziwny, albowiem ją zawsze interesuje sztuka, nie jedynie aktorzy. No cóż, ja jednak dostrzegam różnicę pomiędzy filmowym musicalem, a jednocześnie świetnym warsztatem, jak np. w filmie "Chicago" a rozśpiewanym krzątaniem po scenie lokalnej operetki.

"Kolacja dla głupca" - w polskiej oprawie rzecz wyreżyserowana przez Cezarego Żaka, notabene niekiedy w niej występującego - przemiennie z Michałem Zielińskim. Tym razem padło na Pana Michała, i dobrze, ponieważ Pana Czarka już na żywo całkiem niedawno miałem możliwość - i to w tandemie z Arturem Barcisiem.
A zatem, Michał Kamiński - świetny!, a tym drugim do pary w roli głównej Bartłomiej Topa. Mniejsze rólki przypadły Agnieszce Więdłosze (pamiętam ją u boku Maćka Stuhra z Planety Singli), Małgorzacie Pieczyńskiej (czyli Łapówce z Piłkarskiego Pokera) oraz aktorowi płci brzydszej, którego do wczoraj nie kojarzyłem, więc darujcie Państwo brak jego tu wyszczególnienia. 

Ubawiliśmy się, niekiedy do łez. Oboje z Mundim potrzebowaliśmy właśnie takiej rozrywki i już wypatruję kolejnej. 
A o czym? Najkrócej mówiąc, ludzie sukcesu, porządnie forsiaci, lekko zmanierowani, przemiennie w swych domach organizują zawsze we wtorki specyficzne kolacje. Polegają na tym, iż zapraszają na nie jedną nieświadomą ofermę, z której drwią, czynią polew, lecz ta osoba nie ma o niczym pojęcia. I choć nadarza się kolejna na schyłek dnia okazja kpin, tym razem nici z kolacji. Seria przeróżnych pomieszań z poplątaniem czyni wieczór wymykającym się spod kontroli. I o to chodzi. Rozkosz dla widza. Wszystko nabiera tempa, niekiedy po utratę tchu, ale spokojnie dajemy radę we wszystkim się połapać.
Polecam, kto jeszcze nie był. Bierzcie pod rękę kogo tam macie bliskiego, i.... dobrej zabawy!

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm




wtorek, 10 marca 2026

(*) Country Joe McDonald in memoriam

Jeszcze jedno in memoriam. Myślałem, że napisałem. Teraz patrzę, jednak nie.
Country Joe McDonald - wieść o jego śmierci pojawiła się w minioną niedzielę wieczorem, a de facto Artysta umarł dzień wcześniej.
Folkrockowy Amerykanin, im dawniej, tym bardziej psychodeliczny. Wokalista/gitarzysta, znany też jako członek Country Joe And The Fish. Człowiek dziejów Woodstock '69, czyli uczestnik najsłynniejszego festiwalu muzyki, pokoju i miłości.
Stał na tych samych deskach, co Joan Baez, Joe Cocker, Janis Joplin, Jimi Hendrix, Santana czy Crosby Stills Nash & Young. Nie można o lepszą rekomendację.
Wojna w Wietnamie stała brutalnością, ale i pięknem muzyki, buntu oraz nadziei. Nie liczmy jednak, że w dobie trzeciej wojny będzie choć trochę miejsca dla kolejnego piękna. Rap, drony, streamingi, ławice tatuaży, arogancki Trump oraz ogólny zanik uśmiechu, oto atrybuty dzisiejszych ulic. Nie ma piękna, najlepsze za nami.

W płytotece skromnie. Niewiele u mnie Joe'ego - jedynie winyl "Love Is A Fire" z siedemdziesiątego szóstego oraz na dwóch kompaktach mini wyciągi z Woodstock, gdzie jego dwa numery: "The Fish Cheer" i "I-Feel-Like-I'm-Fixin'-To-Die-Rag". Skromnie, ale to zawsze lepiej niż nic. No i, zero uzależnienia od streamów.

Spoczywaj Joe - na zawsze w spokoju. Niech nikt nie niepokoi Cię społeczniku, obrońco wartości, popleczniku zasłużonych wojennych weteranów. W miłości...


andy


"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


(*) Tommy DeCarlo in memoriam

Przed wczorajszym wejściem na antenę Polskiego Radia Poznań, na szybko zajrzałem do sieci, no i cios - umarł Tommy DeCarlo. Gdybym przeczytał z pół godziny wcześniej, posłuchalibyśmy. Nie miałem przy sobie z Jego głosem ani jednego kawałka, ale nic nie ucieknie.
Tommy, mój równolatek, o pięknym głosie, idealnym wobec muzyki Boston, w której to grupie przez moment występował. Dosłownie przez moment, tyci tyci, albowiem zaśpiewał w kilku kawałkach schyłkowej ich płyty - "Life, Love & Hope". Taki trochę dziwoląg album, z pozbieranych różnych sesji, także z udziałem nieżyjącego już wtedy od kilku lat Brada Delpa, którego tak swoją drogą DeCarlo zastępstwem został namaszczony.
A więc uporządkujmy, dorobek Tommy'ego nieśmiały, ledwie dostrzegalny, choć był to tak utalentowany chłopak, że należały mu się wielkie sceny i duża dyskografia. Tymczasem jedynie tylko wspomniany epizod u Boston, jeden album ze swoją formacją Decarlo oraz jeden naznaczony na okładce swoją godnością, jako Tommy DeCarlo "Dancing In The Moonlight". Ostatnie jego muzyczne słowo, wydane w dwa tysiące dwudziestym drugim. Nie mam ochoty teraz przetrząsać archiwum, niemniej ufam, że musiałem go Państwu zaprezentować. Do nagrania tej płyty namówił Tommy'ego szef Frontiers, Serafino Perugino, któremu zamarzyło się mieć w swoim katalogu album przypominający zespół od "More Than A Feeling" czy "Amanda". I ta płyta taka jest. Jest piękna. Lżejsza od najstarszych i najbardziej utytułowanych dokonań Boston, przy czym, absolutnie w klimacie. Podobne melodie, frazowanie, operowanie dramaturgią, niemal duch tamtych lat. Wspaniała muzyka i nie do uchwycenia na dzisiejszych FM.

Czuję się okropnie. Nic nie sprzyja. Umierają najlepsi, zastępców nie widzę, nie słyszę. Nikt się nie uśmiecha, nikt miłym słowem nie ujmie, a Światem rządzi idiota. Nie koniec na tym, w Polsce premierem może zostać ten przeklęty profesorek Czarnek - w jednym ciele i duchu homofob, cham, mizogin oraz niszczyciel wszelakich wartości, jakie pomału w ostatnich dwóch latach odzyskujemy, czy już odzyskaliśmy. Naprawdę chcecie takiego premiera? O takiego modlicie się przed ołtarzem oraz pójściem spać? Nie wierzę. K* nie wierzę, że ktoś taki ociera się o czyjąś Polskę marzeń. Jakim cymbałem trzeba być, jaki zryty mieć łeb, by kogoś takiego zaakceptować i desygnować do funkcji rządzenia moim krajem. Powrócą te k***y do władzy, na dodatek z kolejnymi skur*, ludźmi wyzbytymi empatii, a przy tym złodziejami. Kiedy o tym napisać, jeśli nie teraz? Nigdy nie znajdę lepszej okazji. Zaszufladkowano mnie jako pana od muzyki, który ma grać i nie gadać. Najlepiej nieszkodliwe balladki.
Przerażają mnie naloty botów piorących ludziom mózgi. Wszystko i wszystkich da się zmanipulować. Przed nami podłoże pod ostateczną zagładę, jesteśmy u progu ogólnoświatowej wojny. Putin tylko czeka, aż sami się unicestwimy z Unią, a w sukurs dookoła ogrom kurew, takich pod banderą patriotyzmu, kompletnych cymbałów, którzy sami się wepchną w ogień i siłą rozpędu wciągną nas. Połowa mojego narodu to głupcy, głupcy i jeszcze raz idioci. Jedynie tworzona artystyczna sztuka i wszelakie wartości piękna, na mocno naciągniętych szelkach podtrzymują jeszcze ten świat przed i tak nieuchronną apokalipsą.

Zapodałem na głośniki Tommy'ego DeCarlo "Dancing In The Moonlight". Rozjuszyłem się, więc muszę jakąś muzyczną ampułkę. Niech śpiewa Tommy, niech gra muzyka, andy postaraj się choć na chwilę wyciszyć, oddal od siebie złe myśli, wszelakie demony i nie dopuszczaj w swym gronie do głosu kretynów, niech ci podskoczą do pasmanterii, kupią duży zwój gumy do gaci, porządnie go naciągną i strzelą sobie w zryty łeb.

Tommy, przepraszam, że przy tak smutnej okazji, ale nigdy nie znalazłbym stosowniejszej. Na tym blogu głównie bywa o muzyce, lecz i także bywa, iż niekiedy muszę oczyścić pole. Niech się poobrażają. Nie pierwsi, nie ostatni.


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm

 

"USPOKOJENIE WIECZORNE" - program z 9 marca 2025 / Radio Poznań, 100,9 FM Poznań

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
wydanie nr 99
9 marca 2026

(poniedziałek, w godz. 22.07 - 23.00)

Polskie Radio Poznań
100,9 FM Poznań
realizacja Kuba Woźniak

prowadzenie andy

 

TOTO "Past To Present 1977 - 1990" (1990)
- Out Of Love {na 1990 rok nowa piosenka - śpiew Jean Michel Byron}

BRUCE HORNSBY & THE RANGE "Scenes From The Southside" (1988)
- The Valley Road

TOM KEIFER "The Way Life Goes" (2013)
- Ask Me Yesterday

JOHN WAITE "Figure In A Landscape" (2001)
- NYC Girl

MUMFORD & SONS "Prizefighter" (2026)
- Begin Again

NEIL YOUNG AND THE CHROME HEARTS "Talkin To The Trees" (2025)
- Bottle Of Love

JIMMY MARTIN "Kids Of The Rockin' Nation" (1994)
- No Place For Lonely Tears

DAVE MASON "Very Best Of Dave Mason" (1978)
- World In Changes {z albumu "Alone Together" /1970/}




poniedziałek, 9 marca 2026

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 8 marca 2026 / Radio Afera 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 8 marca 2026
(z niedzieli na poniedziałek,
od 22.00 do 2.00)
 
98,6 FM Poznań
oraz afera.com.pl

realizacja i prowadzenie: andy

 

DANTE FOX "Under The Seven Skies" (2007)
- Under The Seven Skies

NEAL SCHON "Late Nite" (1989)
- The Theme {na perkusji ex-Journey'owy Steve Smith}

STEVE PORCARO "The Very Day" (2026) -- premiera!
- The El
- Listen To My Heart {feat. Gardner Cole}
- Water FromThe Sky {feat. Marc Bonilla}

SCORPIONS "Lonesome Crow" (1972 /reedycja 2026) -- premiera!
- I'm Goin' Mad
- It All Depends
- Inheritance

HONEYMOON SUITE "Racing After Midnight" (1988) -- Billy Steinberg in memoriam
- Cold Look

CHINA SKY "II" (2015)
- One Life
- You're Not Alone

TRANSATLANTIC RADIO "Midnight Transmission" (2026)
- Fever Dream

ROBERTO JACKETTI AND THE SCOOTERS "Oh... Not Again" (1985)
- Tell Me
- So I Say
- Why Don't You Care Anymore
- The Factory

PAT METHENY "Side-Eye III+" (2026) -- premiera!
- Don't Look Down
- Our Old Street

DAN FOGELBERG "Exiles" (1987)
- What You're Doing
- Lonely In Love
- Seeing You Again

CHEAP TRICK "All Washed Up" (2025)
- Love Gone

PAUL McCARTNEY "Man On The Run" OST (2026)
- Live And Let Die {Rockshow}
- Band On The Run

MARIAH CAREY "Emotions" (1991)
- Make It Happen {na perkusji ex Journey'owy Steve Smith}

BARBRA STREISAND "The Secret Of Life: Partners, Volume 2" (2025)
- One Heart, One Voice {with Mariah Carey & Ariana Grande}
- Fragile {Sting cover} {with Sting}

TIM FEEHAN "Tracks I Forgot About" (2003)
- Don't Need An Invitation

JAY MILES "9 Hours" (2005)
- Everlasting Love

RPM "RPM" (1982)
- 2+2
- I Don't Feel The Same
- Firestarter
- I'm A Wreck

SHOOTING STAR "Touch Me Tonight - The Best Of Shooting Star" (1989)
- Bring It In {z albumu "Shooting Star" /1980/}
- Flesh And Blood {z albumu "Hang On For Your Life" /1981/}







"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(
obecność nieobowiązkowa !)
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze