Nie tak, że nie lubię września. Taki ze Słońcem i powyżej piętnastu - jak dzisiaj - czemu nie. Dopóki liście nie opadną, jesień potrafi być urocza, memu ciału przyjazna.
Szczególnym uczuciem darzę wszystkie wrześnie lat dziewięćdziesiątych, kiedy ciągnąłem fajny muzyczny sklep. Zresztą, wszyscy wówczas takowe mieli. Niezależne, kreatywne. Każda placówka z innej bajki. Było ciekawie, ponieważ jakikolwiek prowadzący, miewał swoje tajemnice, indywidualne źródła dostaw, pieczołowicie lepiony patent na oryginalność. Nie zachwycałem się więc jedynie prowadzonym przez siebie składem, choć ten rzecz jasna był bombowy, ale chętnie również szpiegowałem konkurencję - nierzadko dokupując do kolekcji. Wszystko spieprzyło się w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy weszli na Polskę Media Markt i ci zaczęli kosić małych, niezależnych. W muzyce zaczęło się od hitów, tytułów chodliwych, obliczonych na dużą sprzedaż. Wtedy pompowano obrzydliwe praktyki dumpingu. Klienci nie znali tych metod, więc obrywali nierzadko ciętym słowem drobni sklepikarze, odcięci od braku etyki wszelacy niezależni. Ludzie kochający muzykę i płyty, nie zaś jedynie kolejne zera na kontach bankowych. I wtedy też, jak gdyby jednego dnia, klienci również dali dupy, wnet przerzucili się z niezależności, z indywidualnych gustów, w masowe, w zapotrzebowania jednym głosem. Wszyscy w jednej chwili zaczęli poszukiwać reklamowanej nachalnie w mediach muzyki. Od tamtego momentu upadła integralność. Dlatego piękne lata handlu w moim przypadku obejmują okres 92-98. Bo tylko wtedy padały zapytania, z gatunku: "co pan poleci?". To ode mnie w dużym stopniu zależało, jaka muzyka wyląduje w domu samochodziarza, gospodyni domowej lub emeryta. Zawsze uczciwie i rzetelnie podchodziłem do sprawy, nigdy nie wciskałem niechcącego się sprzedać chłamu. W grę jedynie wchodziły albumy z twórczością, jaką szanowałem, lubiłem, często kochałem lub po prostu uważałem za wartościową. Nie było mowy, by szef/szefowa narzucili obrzydliwe praktyki nowobogackich biznesmenów. Na szczęście szefów miałem okay. Nigdy nie było żadnych nacisków, nawet sugestii. Jeśli towar zalegał, w grę wchodziły przeceny lub wyprzedaż.
No więc, wrzesień/jesień. Gdzie w tym wszystkim ona? Wrzesień to pierwszy powakacyjny miesiąc. Dni coraz krótsze, ale Słońca jeszcze co nieco, natomiast wobec muzyki pokanikułowy rozruch. Pierwsze w katalogach po wielu tygodniach atrakcyjne nowości, a i ludzie, zamiast tracić forsę na plażach, w kurortach, wreszcie mieli na muzykę. Jesień zatrzymywała ich w domach, tym samym wzmagał się apetyt na sztukę. Inna sprawa, że cieszyły małe rzeczy, drobnostki - płyta, książka, dobry obiad, fajny ciuch kupiony na ulicznym stoisku. Teraz radości dostarczają jedynie luksusy - drogie wakacje, nowe auto, dom, działka, złota biżuteria, za tysiąc euro zegarek.
Pierwsze wrześnie w sklepie na Jeżycach wspominam szczególnie, także częste wyprawy do Warszawy - celem hurtownie płytowe, w pojedynkę pociągiem (porannym Lechem), a potem spod Pałacu Kultury, obok Stadionu Polonii, tramwajem kierunek Bródno. Gdy starczyło czasu, włóczenie się po Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu, Starówce, i przeważnie odwiedziny pewnego sklepu przy Freta.
Młody byłem, sił ponad pas, jeździło się, spacerowało... Nie było kiedy obiadu zjeść. Z reguły dwa szybkie hamburgery w pewnej czerwonej budce, nieopodal Kongresowej. Pyszne były. Niby zwyczajne, ale te bułki!, te do nich wkłady! ach! Nigdy potem takich nie doświadczyłem. Wszystkie te dzisiejsze rozreklamowane hamburgerownie niech się schowają, choć na filmach instruktażowych wszystko jawi się ponętnie.
Dacie wiarę, że powrót pociągiem, bite trzy-i-pół godziny, niekiedy z pełnym pęcherzem? Dwie torby pełne płyt i obawa, że jeśli tylko spuszczę je z oka, to nikt mi nie uwierzy, a ja nie zasnąłbym, gdyby tyle dobra zakosił mi jakiś spec od okradania podróżnych. Kiedyś w tym temacie opiszę zdarzenie z Katowic, kiedy jechałem przez Kraków do Zawoi.
Wiele oddałbym za ponowne urealnienie tamtych chwil. Nie marzy mi się powrót do szkół, ponieważ wszystkich ich nie cierpiałem, przy czym powrót do młodzieńczego szaleństwa, o tak! Dawałem czadu. I tu powrót do tamtych chwil, byłby najcudowniejszym prezentem. Do początków sklepu, opatrzonego tabliczką Dąbrowskiego 46, też skórę bym z siebie zdarł. No i, ówczesne me początki z Mundi, w tym nasza zdobycz, Tomuś. Taki wtedy jeszcze rozkoszny był.
andy
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00
na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub afera.com.pl
"SOBOTNI WIECZÓR andy'ego"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań) lub radiopoznan.fm





