piątek, 26 czerwca 2026

David Clayton-Thomas in memoriam (*)

Przedwczoraj, tj. w środę, 24 czerwca, odszedł David Clayton-Thomas - wokalista Blood, Sweat & Tears. Zaśpiewał na siedmiu albumach grupy - lata 1968-1971, a potem 1975-1980. Mnóstwo świetnego śpiewania i oczywiście równie wysokich lotów kompozycji. Nagrał też masę płyt solowych, gdyby komuś było mało.
Na dzisiaj polecam drugi longplay słynnych niegdyś Bi Es En Ti, o niewyszukanym tytule "Blood, Sweat & Tears". Rzecz z sześćdziesiątego ósmego, choć często przypisywana wydawnictwu o rok późniejszemu. Nawet moje CD nie uniknęło tego rodzaju zakusu.
Grupa składała się z arcyutalentowanych ludzi i grała niesamowicie. Łączyła rock z jazzem, nie żałując pianina, organów, fletu, co i trąbek, puzonu oraz saksofonu. Sekcja waliła jak u Chase, bądź najwcześniejszych Chicago, choć przecież każdy z tych zespołów maczał giry w innym strumyku.
David śpiewał zadziornie, niekiedy okazywał wygar, niczym Cocker w ostatecznej fazie "With A Little Help From My Friends". Głos na pół histeryczny, na pół podniszczony, pod soulowy sznyt Jamesa Browna. Po prostu miód malina orzeszki. Głupio mi, albowiem ostatnio mocno o Nim na mym nawiedzonym paśmie zapominałem, ale właśnie teraz słucham i od razu notuję piosenki do najbliższego radiowego wystąpienia.

Najsłynniejszym numerem Clayton-Thomasa, bezapelacyjnie "Spinning Wheel". Rzecz stara, jak świat, a i ja też mam wrażenie, że wyssałem go wraz z wypływem wód płodowych. Dzięki temu kawałkowi Clayton zbierał plony przez całe życie, włącznie z Galerią Sław, która wobec tej kompozycji wciąż nie była metą. "Spinning Wheel" jest podług zasady, że wszystko zatoczy koło - spinning wheel. Chodzi o alegorię cykli wydarzeń, przez które w życiu przechodzimy. Nasze życie to karuzela zdarzeń, na której kucyki raz w górę, raz w dół.
Niemal cały drugi album B,S,& T składa się z przeróbek, tak więc sporo znajomych nut, czy to Al Koopera, czy też Cream, także Laury Nyro czy Brendy Holloway, jak i również na kompletnie inną modłę zinterpretowane "God Bless The Child" - z teki Billie Holiday. Clayton-Thomas wyśpiewał jakże znaną życiową prawdę, że kiedy masz Pieniądze, masz mnóstwo Przyjaciół. Tłoczą się wokół twoich drzwi. Ale poczekaj tylko, kiedy te pieniądze się skończą, wtedy skończy się wszystko. Inna sprawa, odwracając zależność, są też i ludzie kupujący naszą Przyjaźń. Inwestujący w nią. A gdy ta się skończy, wszystko wypomną, jak gdyby upominali się o czegoś zwrot. Myślę, że nie tylko ja doświadczyłem.
W każdym razie, o śpiewaniu Clayton-Thomasa wszystko już sobie wyjaśniliśmy, więc posłuchajcie Drodzy Państwo do niego wielu krótszych lub dłuższych improwizacji, oczekujących nas we wspomnianych "God Bless The Child" czy "Spinning Wheel", ale także w "Smiling Phases" (szczególnie polecam koncertową wersję z CD, w bonusowej sekcji!), "And When I Die", "You've Made Me So Verry Happy" czy "Blues - Part II", do tego wszystkiego koniecznie jeszcze autentycznie najwyższej próby, przepiękną balladę "Sometimes In Winter" - zaśpiewaną wyjątkowo przez Steve'a Katza, jej kompozytora.

David, pędź ku Gwiazdom...


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


box Kim Carnes

Pod koniec października ukaże się wielkie pudło Kim Carnes - country/folk/poprockowej Amerykanki, u nas głównie kojarzonej z hitu "Bette Davis Eyes". Nie jej autorstwa, zresztą. Piosenka należy do Jackie DeShannon i w pierwowzorze nosi się kompletnie innym nastrojem.
Box Kim Carnes opatrzono tytułem "Universal Songs: The A&M, EMI America & MCA Years". Już sam on wyjawia czego, a raczej, z jakiej epoki płyty znajdą się w tej bombonierze. A przecież, do albumów dojdą jeszcze nagrania dodatkowe, więc jeśli będzie mnie stać... szykuj się, andy.

W zestawie pojawią się m.in. mega popularne albumy: "Mistaken Identity" (to ten od "Bette Davis Eyes") czy opatrzony okładką rodem z futurystycznego "Metropolis" - "Voyeur". Będzie tam również płyta "View From The House", niedawno zaprezentowana na moim paśmie, w Sobotnim Wieczorze andy'ego. Country'owe dzieło, inne od zaproponowanych na początku dekady 80's. Rzecz nagrana w Nashville, a więc miejscu przynależnym takiej muzyce, i co tu dużo deliberować - stolicy country. Super coś, dostarczające chociażby dwie cudowne ballady; wziętą ze śpiewnika Joe Cockera "Crazy In Love" oraz namiętne, acz dotykające chciwości "Blood From The Bandit".
Ciekaw jestem, czy owe smakowite pudło dotknie polskich sklepów, a jeśli już nie tych stacjonarnych, to choć może ofert internetowych. Dystrybutor niech się wykaże, pierwszego klienta, gdyby co, już ma. 

Skoro zahaczyliśmy o "Bette Davis Eyes", rozszyfruję Państwu pierwszą linijkę tekstu, bo zawarte tam Harlow, może komuś wydać się enigmatyczne. A ja przed laty zabawiłem się, poszperałem, skrupulatnie zapisałem i schowałem do wnętrza płyty. Robię często takie notatki, potem do audycji jak znalazł.
Od brzegu piosenka idzie:
"Jej włosy są jak złoto Harlow, jej usta to słodka niespodzianka, jej dłonie nigdy nie są zimne. Ma oczy Bette Davis, włączy ci muzykę, nie będziesz się musiał zastanawiać. Jest czysta jak nowojorski śnieg...".
No więc - "złoto Harlow", odnosi się do Jean Harlow, przedwojennej aktorki, gwiazdy Hollywood, nomen omen pięknej blondynki, którą uważano za symbol sexu. Potem prym wydarła jej na zawsze Marilyn Monroe. Inna sprawa, że to różne epoki. Harlow, podobnie jak Marilyn, umarła młodo, a nawet młodziej, albowiem nie dobiła nawet trzydziestki. I choć mamy prawo jej nie pamiętać, uwierzcie, w epoce przebiła popularnością Gretę Garbo oraz Joan Crawford. O tej drugiej, kapitalny utwór spłodzili nawet Blue Öyster Cult. 

Z płyty "Mistaken Identity" antycypuje fragment z piosenki "Hit And Run", następującej tuż po osławionej Bette: "... kto jest zabójcą miłości, kto zniszczył muzykę, którą uważaliśmy za tak wyjątkową? ...".
Do usłyszenia ...

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


czwartek, 25 czerwca 2026

futbol i gastronomia za pan brat

Mundialowe pory zmagają, więc połowa imprezy przecieka mi przez palce. Ostatnio wymiękłem na jakimś meczu startującym o drugiej lub trzeciej po północy, w ostatniej chwili przed padnięciem na pysk wylogowując urządzenie. I kiedy pęcherz, gdzieś przed szóstą zbudził, jeszcze przed ponownym położeniem zechciałem sprawdzić końcowy wynik przespanej potyczki, a tu od razu wskakuje rezultat innego spotkania, ze statusem: trwa. Robi wrażenie czterdziesta minuta właśnie odbywającego się meczu w porze, o jakiej większość moich rodaków w tempie zażywa toalet, by do roboty zdążyć na czas. I tu muszę, albowiem po tego rodzaju wpisach, jak ten powyższy, zazwyczaj odzywa się jeden lub drugi mądrala, który lubi się dopowiedzieć, w rodzaju: panie andrzeju, to wynika z różnicy czasu. Naprawdę? - a ja myślałem, że Ziemia jest płaska.
To są fajne klimaty, takie nieomijające i nieprzemijające. Wystarczy, że z tego rodzaju gagatkami człowiek rozmarzenie w konwersacji zasadzi metaforą, np. ale to Słońce zachodząc pięknie styka się z Ziemią, i zaraz otrzyma rykoszetem: panie andrzeju, słońce nie dotyka ziemi, to tylko takie złudzenie.
Też tak czasem macie? Dajcie wiarę, naprawdę są takie osobniki i nie sądzę, bym tylko ja bywał nimi obdarowywany.
Abstrahując, oglądam Mundial, głównie w telewizorze, choć będąc ostatnio w gabinecie stomatologicznym, w poczekalni odpaliłem w telefonie stronę sport.tvp i przebrnąwszy przez przymus potoku reklam, nastał niezły, acz w miniscreenie obraz, więc popatrzyłem na któreś ze spotkań jeszcze za białego u nas dnia.
Generalnie trzymam za słabeuszami, za wszelkimi autsajderami, ponieważ od zawsze kibicuję słabszym. Zapewne tego powodem jestem niestrudzonym zagrzewaczem naszej kadry. 


Przejdźmy z salonu do kuchni. Z cyklu: jedzmy niezdrowo, za to smacznie.
Niedawno polecałem Chili Con Carne ze stajni JemyJemy, i oto, ostatnio, w ich dziale odkryłem kolejne fajności: sos curry oraz też sos, acz raczej gulasz - strogonow. Zawsze lubiłem nazwę strogonow. Wzbudza we mnie skojarzenia z Doktorem Żywago. Nie wiem, czemu. Poza tym, lubię tę muzykę, a niekiedy nawet na dystans starą, carską Rosję.
No więc, do tego curry polecam biały, ryżowy makaron. Nie trzeba do potrawy zbyt wielu ulepszających smak ziaren, od ręki wyłania się smakowite, a'la azjatyckie danie. Z kolei, do strogonowa Mundi dogotowała kluchy a'la śląskie, firmy Henglein. Uwaga patrioci, wrogowie Tuska - niemieckie! Paczka 400g. Rewelacja! Obiad w kilka minut. Idealna opcja na upałów czas, kiedy nikomu nie chce się wystawać przy garach.
Firma JemyJemy mocno rozszerzyła ofertę. Jeszcze przed dwoma laty mieli z pięć/siedem rodzajów zup, a teraz dochodzą sosy, i to są sosy już doprawione, przycięte na wymiar, pod wyjściowy garnitur. Strogonow rewelacyjny, smakuje restauracyjnie i nie musicie czekać na jego podanie - vide w restauracji - trzech kwadransów, że o urywającym dupę rachunku nie wspomnę.


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


ślunsko pyra

Niby drobina, ale napisać nie zaszkodzi.
Na rynek trafił kompakt Krzak "Pomarańczowy Kartofel". Dziwnie się czuję z takim tytułem, my w krainie podziemnej pomarańczy zwiemy ziemniaka/kartofla pyrą, ale że Krzaki ze Ślunska, niech więc im będzie kartofel.
GAD Records nareszcie z czymś innym od kolejnych wynalazków SBB, choć i w tym przypadku mamy tu z tak zwanym na nich akcentem, wszak w kilku numerach gościnnie wiosłuje Apostolis Antymos.
Otrzymujemy sesje radiowe z osiemdziesiątego pierwszego, i jak naklejka zapewnia - dwie ostatnie wywijanki z Janem Błędowskim, skrzypkiem najwcześniejszego wcielenia Krzaków. Grał z nimi na debiucie oraz paru singlach. 
Krzak wywodzą się z nurtu MMG, który reprezentowali wraz z Kasą Chorych, Exodusami, wczesnymi Kombi czy Mchem - choć kiedyś ktoś zapewniał, że w ich przypadku nie Mchem, a Mechem.
Na "...kartoflu" skład: Błędowski, Winder, Kawalec i Ryszka, a więc identyczny, jak na "Blues Rock Band". Płycie, którą nagrano podczas występu na żywo w siedemdziesiątym dziewiątym i na ten rocznik datuje się jej wydanie. Nie jestem tego aż tak pewien. Coś mi się przed oczyma mieni, że było z opóźnieniem, jednak trudno mi teraz po upływie tylu lat będzie dokładnie doprecyzować. Niemniej, proszę w przypadku polskiej fonografii niekoniecznie brać za dobrą monetę zapewnienia wszelakich leksykonów czy opowieści mojej maści bajkopisarzy zgredzików, albowiem za premierę danego wydawnictwa uchodziło pojawienie się okładki w oknie wystawowym. Niekiedy płyty były gotowe, ale czekano na białe, wewnętrzne koperty lub folie, oraz oczywiście same okładki. Dopiero po całości skompletowaniu płyta ruszała w obieg. A przecież starsi muszą pamiętać, że niejednokrotnie wystawano w kolejce za samą płytą, którą otrzymywało się w opakowaniu zastępczym, do tego ekspedient dostawiał kwit, dzięki któremu za czas jakiś do kompletu należała się okładka. Kiedy? - kiedy będzie, kiedy zrobią. Trzeba było cierpliwie udawać się do placówek zakupowych i się dowiadywać. Nie było internetu, nie było żadnej komunikacji, był jedynie świstek, będący przepustką do skompletowania upragnionego wydawnictwa. Niektórzy ludzie nie mieli ochoty, cierpliwości, często rezygnując z okładek. Nie chciało im się, nie zależało. Dlatego teraz, po upływie lat spotykacie na przykład w komisie jakiś Bajm w kopercie z kółeczkiem oraz dopiskiem "etykieta zastępcza" lub "opakowanie zastępcze". Z tego nawet zakpili Wały Jagiellońskie, których jeden z albumów, wydany z założenia w nieciekawej obwolucie, zatytułowano: "Etykieta Zastępcza".

Wracając do Krzak. Rozpisywać się nad "Pomarańczowym Kartoflem" nie ma co. Każdy grupę zna, tym samym wartość ich instrumentalnego rocka, przyodzianego na jazz, jazz-fusion czy blues, więc trzeba mieć, i tyle. Osobiście cieszę się z drugiej - oprócz "Paczki" - krótszej wersji wolnizny "Tajemniczy Świat Mariana" oraz rzeczy, które do dzisiaj tkwią w jednej z szaf w zapierdziałych jakościowo siódemkach. 

A tak z innej beczki, wciąż trzymam na półce, a to już cztery i pół dekady!, wystany w kolejce w deszczowy, wręcz ulewny dzień, winyl "Blues Rock Band". Powrót z tą płytą w totalnie zatłoczonym, czytaj: najebanym po menisk wypukły tramwaju, obfitującym w peleryny i parasole, a płyta zapakowana w szary papier, to był dopiero hardcore. Zapewne starsza brać pamięta, jak te dryndowate, zrupieciałe, z wajchami na ruszanie i hamowanie bimby, z wagonami niemal zbitymi z dech, szarpały na zakrętach, że o efektach ostrego ruszania i zahamowań nie wspomnę. I ta płyta dotarła do mej chałupy w stanie szling szlang, bez choćby jednego zagniotu. Bo andy wzniósł ją po bimby sufit i trzymał przez ponad kwadrans, drugą ręką pełniąc dwie funkcje - mocowanie z napierającym tłumem oraz trzymaniem poręczy. Taki wysiłek to niczym upolowanie bizona, a co poniektórzy umierają na myśl o plus czterdziestu przez parę najbliższych dni. W Kalifornii mają fahrenheity, jednak przemianowując ich jednostki na celsjusze musimy wiedzieć, iż tubylcy tamtej części świata, przy naszych plus czterdziestu, ubierają się jak my, natomiast przy plus trzydziestu zakładają kurtki. Serio! Teraz wiemy, dlaczego porucznik Columbo stale biegał w prochowcu. Zimno tam mają.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


środa, 24 czerwca 2026

the nightfly live

Jeśli na chwilę przyćmimy pamięć o Steely Dan, to najsłynniejszą płytą Donalda Fagena wystaje "The Nightfly". Przede wszystkim album z muzyką, który jednocześnie zawiera jedną z najlepszych okładek, a już na pewno najlepszą o radio oraz idei pracy didżeja.

Koncertowa wersja "The Nightfly", vide "Donald Fagen's The Nightfly Live", już takiej okładki nie dostarcza, natomiast oferuje nocny rzut na Nowy Jork oraz ramię w ramię setlistę znaną z wersji studyjnej. Złożyły się na nią występy z nowojorskich teatrów Beacon oraz Orpheum, a całość brzmi świetnie, niemal nie odstawiając stopy od o kilka dekad poprzedzającego studyjniaka.
Fagen w formie, zarówno wokalnej, co pianistycznej, a wraz z nim pokaźna sekcja, z dodatkowym pianinem, gitarą, saksofonem, trąbką, puzonem czy wspierającymi wokalami. Zarzucam podziwem, jak to możliwe, by tak perfekcyjnie w dwa tysiące dziewiętnastym, na żywo przedstawić repertuar niegdyś mozolnie dopracowywany w studio i ani krzty różnicy. Ani drobiny uszczerbku, fałszu, niedogrania czy niezrozumienia. Fagen to muzykalność we krwi, pocie i łzach, absolutny mistrz czerpania, inspirowania oraz wrzucania na własne terytorium konwencji tylko sobie znanych. Od pop rocka, poprzez funk, soul, blues, film, musical czy klasykę, aż po jazz - czyli dział muzyki, w którym instrumentaliści bezustannie się przekomarzają.
Słucham z amerykańskiego CD, które już jakiś czas temu podarował mi w fabrycznej plombie Słuchacz - dziękuję!. Długo się zbierałem, bo na wszystko musi przyjść odpowiednia pora. Słucham więc i podziwiam na nowo przyodziany dobrze od lat znany repertuar. Wspaniała płyta i nie zaszkodzi nikomu.

Tak z innej beczki, prowadząc przed laty sklep z kompaktami, nawiedzał mnie regularnie pewien jegomość, maniakalny wielbiciel talentu Fagena. Dopytywał tylko o niego. Pozostałych wykonawców namierzał w zamilczeniu, więc w żaden sposób nie dam rady ocenić jego wachlarza zainteresowań.
"panie andrzeju, co ze Steely Dan bądź Donalda Fagena ma pan na stanie?" -- rozpoczynał każdorazową wizytę. Kupiłby każdy tytuł, a przecież połączenie nawet obu wariantów nie dawało dużego pola do popisu. No przecież jasne, że taki maniak od dawna wszystko miał. Tych płyt tak na oko dziesięć, więc nie wiem, na co jeszcze liczył? A wiem, wiem - na single, najlepiej różne dziwne, niekoniecznie przeznaczone do handlu, zapewne jakieś bootlegi czy wszelakie z Fagenem i Beckerem nieprzeciętne artefakty. Nie śmieję się, rozumiem, a nawet poważam, wszak każdy po cichu lubi mieć coś, czego inni pozazdroszczą.


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


wtorek, 23 czerwca 2026

reedycja "Blue"

Nie jestem oddanym wielbicielem Joni Mitchell, jednak na wczorajszą wieść o 55-rocznicy najwyżej artystycznie wycenianego albumu "Blue", zareagowałem jego kolejnym w życiu posłuchaniem. Zniszczą mnie te media społecznościowe, codziennie o czymś przypominając, albo w ogóle uświadamiając.
Uczczenie powyższego wydarzenia zaowocuje reedycją albumu w kompakcie oraz winylu. Ja jednak zostanę przy starej edycji CD, którą posiadam na amerykańskim nośniku, dzięki mej Sisterce.

Wznowienie na kompakcie chyba niczym szczególnym nie zaskoczy. No, może poza dźwiękiem. Za to, winylowi modnisie, będą mieli pole do popisu. Otóż, wytwórnia Rhino zachęca do zakupu na własnej stronie oraz w kilku wybranych sieciach dwóch rodzajów analogów -- 180-gramowego nośnika w ściśle limitowanej edycji, bodaj 350 egzemplarzy, opatrzonego tak wieloma technicznymi parametrami, że nie sposób ich teraz przytoczyć. Oprócz tej reglamentowanej wersji, ukaże się jeszcze 5 tysięcy egzemplarzy na tradycyjnym czarnym placku - brawo!, nareszcie normalnie. Z dala od tych kolorowych paćkanin.


Przyjemna płyta, pełna uwodzicielskich pieśni, bliskich natury Joan Baez. Rzecz z okresu przemian sercowych u Joni, tym samym przemianowania jednych uczuć w drugie. I przecież - oba związki artystyczne. Do tego inspirujące wakacje na Krecie, z których zaowocowała niemal połowa repertuaru.
Dla rockowego ucha liczy się tutaj głównie piosenka "This Flight Tonight", którą dwa lata później przerobili na kompletnie inne terytorium zmysłów Nazareth. Myślę, że Joni musiała walnąć oczami zdumienia, kiedy starła nowinkę ze swym subtelnym pierwowzorem. 

Mnie Joni do końca życia wzbudzać będzie skojarzenia z angielską komedyjką sprzed circa dwóch dekad, gdzie na pewno zagrał Hugh Grant, choć reszty aktorów za nic nie pomnę. Tytuł, bodaj "To właśnie miłość" lub "To tylko miłość", czy jakoś tak. Było tam takie w fabule zdarzenie z Joni związane. Otóż, bohaterka widzi z ukrycia, jak jej luby kupuje biżuterię na eleganckim stoisku dużego towarowego składu, i ta biżuteria ląduje do gustownego prezentowego kartonika. Jest zachwycona. Wkrótce zbliża się jakaś względem niej okazja, więc liczy na podpatrzoną błyskotkę. Otrzymuje wreszcie spodziewany upominek, w niemal identycznym kartoniku, lecz po otwarciu zaskoczenie - zamiast świecidełek, jej ulubiona artystka Joni Mitchell na płycie CD. Nie pamiętam już, jaki album, jednak drogą dedukcji stawiam na "Travelogue". Obejrzę kiedyś raz jeszcze tylko dla tej sceny i upewnię, jak z moją spostrzegawczością.


andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


poniedziałek, 22 czerwca 2026

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 21 czerwca 2026 / RADIO AFERA na 98,6 FM Poznań


"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 21 czerwca 2026
(z niedzieli na poniedziałek,
od 22.00 do 2.00)
 
98,6 FM Poznań
oraz afera.com.pl

realizacja i prowadzenie: andy

 

ARGENT "Ring Of Hands" (1971) -- niedawno Rod Argent obchodził okrągłe 81-urodziny
- Lothlorien

SLADE "B-Sides" (2007) -- 2-płytowy zestaw bisajdów, a to lepsze rzeczy, niż mogłoby się powszechnie wydawać. Strony B singli zazwyczaj, zamiast pleśni w serze, oferują ser spleśniały, przy czym, nie tym razem. Gustownie ucztowaliśmy 80-tkę Noddy'ego Holdera.
- Don't Tame A Hurricane {strona B singla "My Oh My" /1983/}
- Mama Nature Is A Rocker {strona B singla "Myzsterious Mizster Jones" /1985/}
- Lay Your Love On The Line {strona B singla "Radio Wall Of Sound" /1991/}

JARED JAMES NICHOLS "Louder Than Fate" (2026) -- premiera!
- Let's Go
- Killing Time

COLOSSEUM "Break & Circuses" (1997) -- Dave Greenslade in memoriam -- płyta raczej z mizernymi notowaniami, lecz po wczoraj wyemitowanych dwóch kompozycjach stoi szansą, iż koślawe w jej temacie opinie szybko się naprostują.
- High Time
- The Other Side Of The Sky

CHICAGO "Hot Streets" (1978) -- Walter Parazaider in memoriam -- od tej płyty zawiązałem z grupą nić, a że z sentymentami nie dyskutujemy...
- Hot Streets
- The Greatest Love On Earth

BARRY MANILOW "What A Time" (2026) -- premiera! -- paskudny rak płuc wierzę, że poszedł już sobie na dobre i tyle po nim. Pomimo, iż Barry twierdzi, że wciąż nie odzyskał głosu, ja go zdecydowanie rozpoznaję, nadal lubię i słuchać będę. -- Dawniej rak płuc oznaczał wyrok. Moja Mama pracowała w szpitalu chorób płuc i gruźlicy, to o ciężkich przypadkach trochę się w naszym domu mówiło. Może nie na głos, ale ja zawsze lubiłem podsłuchiwać. Odwiedzając Mamę w szpitalu, widywałem w oknach pacjentów kurzących fajki, ludzi na ostatnich nogach, których nałóg pokonywał co dnia. -- Ale Barry nie palił od dawna. Rzucił świństwo przed dekady, więc płuca powinny się zregenerować. Ponoć potrzebują siedmiu lat. A jednak wlazło innymi drzwiami. Nie dziwi mnie, iż po pokonaniu choroby, ten wybitny piosenkarz od razu ogłosił wydanie tego oto albumu. W zasadzie, sam premierowy materiał. Brawo! Dużo piosenek, świetnie się ich słucha. No i, wciąż ten skansenowy, muzealny nastrój. Uwielbiam takie śpiewanie, aranżacje, melodie, uwodzenie...
- Another Life - 2026
- The Chosen One
- One More Chance

DIONNE WARWICK "Dionne" (1979) -- mamy tu produkcję Barry'ego Manilowa. Kapitalny album Dionne, będący jej debiutem w Arista. Wcześniej nagrywała dla Warner Bros. Nikt już dzisiaj nie tworzy tak gustownie zaaranżowanego popu, który jawi się wieczorowo i po czerwonym dywanie prowadzi do loży honorowej. -- Poszły w eter tylko trzy numery. Uwierzcie, nieźle się powstrzymywałem, albowiem to taka płyta z gatunku: od deski do deski. Chociaż, coś tutaj pomieszano z kolejnością. Głowę dałbym, że w winylu było zestawione inaczej.
- I'll Never Love This Way Again
- Deja Vu
- In Your Eyes

PETER HAMMILL "The Love Songs" (1984) -- szef VDGG pod koniec września przyjedzie do nas na dwa koncerty - Kraków i Warszawa
- The Birds {nowe ujęcie kompozycji znanej z jego debiutanckiej solówki "Fool's Mate"}

YES "Aurora" (2026)
- Love Lies Dreaming

FLASH AND THE PAN "Flash And The Pan" (1978)
- Hey St. Peter
- Man In The Middle
- Walking In The Rain

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA "Give Us The Moon" (2024)
- Way To Spend The Night

BOYS FROM HEAVEN "The Wanderer" (2026)
- Time Is On Our Side
- Till The Bitter End

SUPERTRAMP "Brother Where You Bound" (1985) -- na rynek trafiły winylowe reedycje albumów "Brother Where You Bound" oraz "Free As A Bird". Nie było ich w tym nośniku od czasu pierwszego tłoczenia. W mojej opinii nie są to szczególne wyroby tej w sumie pięknej grupy, ale w dobie winylowej ofensywy, modnisie łykną wszystko, co im podsuną pod nos. Inna sprawa, iż "Brother..." skrywa w sobie tzw. momenty.
- Cannonball
- No Inbetween
- Ever Open Door

CHICAGO TRANSIT AUTHORITY "Chicago Transit Authority" (1969) -- Walter Parazaider in memoriam
- Does Anybody Really Know What Time It Is?
- Beginnings
- South California Purples

BEN "Ben" (1971)
- The Influence
a. The Wooing Of The Child
b. The Innocence Of The Child
c. The Interest Of The Youth
d. The Involvement Of The Man
e. The Realisation
f. The Wooing Of The Man
g. The Conclusion

CLOUDS "Watercolour Days" (1971)
- Watercolour Days
- Cold Sweat
- Long Time

GROBSCHNITT "Ballermann" (1974)
- Solar-Music, Part 2

TRAFFIC "Far From Home" (1994)
- Mozambique


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl
(
obecność nieobowiązkowa !)
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze