wtorek, 14 września 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 12- na 13 września 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 12- na 13 września 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 
Nosiło mną od dawna, ale choćby najmniejszą sugestią pisnąć słowem nie mogłem. Tajemnica to tajemnica, gęba na kłódkę, dopóki nie padnie komenda: teraz, do ataku! Tak, to już pewne, dowodzona przez mojego Tomka oraz jego kumpla Bartka Agencja WiniaryBookings, właśnie ogłasza koncert Alice'a Coopera w Dolinie Charlotty. Wydarzy się w przyszłym roku, piętnastego czerwca, a więc na tuż przed wakacjami. Alicję supportować będzie były wokalista Hanoi Rocks, Michael Monroe. Zatem, całość zapowiada się smakowicie. Elektryzująca wieść i oby niejedna dobra w winiarskim obozie.
Szkoda, że chłopacy na ostatniej prostej nie sprostali MetalMind'owi i dali się wyprzedzić w wyścigu o przyszłorocznych Whitesnake z supportującymi ich na całej trasie Europe. Bywa i tak, niemniej trzymam kciuki za wypał kolejnych planów, a na horyzoncie pojawia się nieco przynęt.
Służy mi wrzesień, który swą przyjemną termą wynagradza chłodną końcówkę sierpnia. Pozwala również nie myśleć o jesieni. Fakt, o momentami pięknej porze roku, acz jedynie tylko w najwcześniejszej jej fazie. Im dalej, tym zapomnij. Zresztą, w książce Olgi Tokarczuk, którą sobie powoluśku czytam, autorka do wszystkich, tych poza wiosennoletnich pór, ma podobne odczucia: "... wyszliśmy z domu i od razu ogarnęło nas to dobrze znane zimne i wilgotne powietrze, które nam każdej zimy przypomina, że świat nie został stworzony dla Człowieka, i przynajmniej przez pół roku okazuje nam, jak bardzo jest dla nas nieprzyjazny ...".
No dobrze, my tu gadu gadu, a co w ostatnim Nawiedzonym? W programie, w którym osobiście pełnię rolę zarówno wodzireja, inspicjenta, a w doborze repertuaru nawet trochę artysty. Do tego wciąż przemiennie bywam melomanem i pasjonatem, a także dobrym wszystkiego duchem - z którego to zresztą powodu nasz radiowy odtwarzacz ostatnio nawet rzadziej przeskakuje. Dzieje się więc dużo dobrego, przynajmniej na to wskazuje także Wasza korespondencja. A przecież, z rzadka mnie nagradzacie, jak choćby Pan Marcin: "Wspaniale zbierać od siedemnastu lat płyty, Panie Andrzeju. Chętnie bym sobie wypił zdrowie z Panem za tę wspaniałą audycję.". Okazuje się, że wcale po pierwszej godzinie od północy niekonicznie chrapiecie: "Camel... jak pięknie w nocy to brzmi. Pora dnia zresztą nieważna. Dużo miłości, pozdrowienia ...". Rankiem też nieraz coś w telefonie piknie: "Było świetnie. Na całą audycję odnotowałem tylko dwa zgrzyty, w postaci dwóch artystów. Zamykająca godzina z tymi live'ami Camela cudowna. No i ten Abbowski otwieracz, fantastyczny".
Tym razem ABBA instrumentalnie. Ich "Intermezzo No. 1" doskonale spełnia rolę musicdramatycznej wklejki, pomiędzy niemal rockowym, a i stosownie zatytułowanym "Rock Me", oraz jednym z najbardziej okazałych wczesnych przebojów grupy - "I've Been Waiting For You". Oczywiście, to nie ten kaliber popularności, co ówczesne "Mamma Mia", "S.O.S." czy o niekończącym się tytule "I Do, I Do, I Do, I Do, I Do" - wszystkie wciąż z tej samej płyty - lecz "I've Been Waiting For You" lubię jakoś szczególniej, zupełnie nie bacząc, jak o niej wypowiadały się listy przebojów. Bo ja w ogóle cholernie lubię "trójkę" Abby. Może też trochę za to, że w stosownym dla niej czasie była obiektem mego pożądania, a i po części owocem zakazanym. No, może nie tyle zakazanym, co niedostępnym. Wchodząc do świata muzyki brutalnie mi tę płytę wymieciono ze wszystkich poznańskich księgarń. Mieli ją natomiast w domach niemal wszyscy inni, tylko nie ja. Pamiętam, co odwiedzałem kolegów z klasy, ich staruszkowie zawsze mieli gramofony, no i tę kuszącą Abbę. Moi staruszkowie, gdy była dla tego tytułu stosowna pora, zwyczajnie go przegapili, choć tak po prawdzie, chyba im na nim wcale nie zależało. Od zawsze woleli naszych sprawdzonych piosenkarzy, najlepiej z lokalnymi sukcesami estradowców, stąd też nie brakowało w naszym domowym gniazdku nagrań Ireny Santor lub Zdzisławy Sośnickiej. To znaczy, Mama preferowała tych wykonawców, ponieważ Tata do muzyki - odkąd pamiętam - zawsze miał i chyba nadal ma drewniane ucho. Nie odróżnia Beatlesów od Pink Floyd, o ile w ogóle wie o ich istnieniu. Warunkiem, jeśli w Głosie Wielkopolskim coś napiszą, że ten czy tamten właśnie odszedł do wiecznej krainy, wówczas przymila się i zgrywuśnie udaje, że niby wie, że niby się orientuje.
Niecierpliwie wypatruję comebacku Abby. Najpierw listopadowego "Voyage", a potem wszystkich tego albumu konsekwencji. Podnieca mnie dopracowany w szczegółach avatarowy image, pod którego peleryną przecież wciąż tkwi ta sama poczciwa "czwórca". ABBA, czyli wielka muzyczna kultura, elegancja, wyczucie melodii, rytmika, zawsze perfekcyjne wykonanie oraz uzurpacja poziomu dla innych niedostępnego.
Wraz z końcem lata uruchomiłem w sobie aplikację sentymentalną, stąd obok Abby, kolejny mój dawny bożyszcze - Demis Roussos. Jego natchnione greckim folklorem piosenki zawsze mnie urzekały, choć głównie magnetyzował głos. Taki, o oczywistej nad innymi przewadze. Można nim było góry przenosić, co też kardiolodzy zdaje się również nie mieli nic przeciwko.
Cztery gorące nowości - The Night Flight Orchestra "Aeromantic II", Devils In Heaven "Rise" oraz dwie na czarno: Jennifer Hudson "Respect" plus Leon Bridges "Gold-Digger Sound". Jak widać, pod tym względem różnie różniście. I dobrze, tak właśnie być powinno, byśmy ostatecznie nie popadli w magmę przewidywalności.
Szwedzka ekipa The Night Flight Orchestra, z kolejną kapiącą złotem, żywiołową synth'hardrockową płytą. Jak oni to robią, że bez ustanku trzyma ich ta forma. Tym razem otrzymujemy sequel wobec ubiegłorocznego "Aeromantic". I znowu ekipa Björna Strida popisowo. Nawet, jeśli ostatecznie trochę za mało skrzypiec (w tej materii brak np. kolejnego "Transmissions"), bądź jakiejś mini suitki, w rodzaju "The Last Of The Independent Romantics", co stało chlubą na jeszcze wcześniejszym albumie "Sometimes The World Ain't Enough". Zobaczcie, ile przewija się tego "romantic". Dla przypomnienia, "Aeromantic" to trochę odniesienie do grawitacji czy właśnie wbitego tu w czołową ścianę romantyzmu, ale w pierwszej linii jest to jednak mityczne stworzenie starożytnego Babilonu, które aby posiąść zdolność latania, w zamian poświęciło duszę. I na tej płycie też mamy kilka takich momentów, za które warto z niej złożyć ofiarę - "Amber Through A Window", "Midnight Marvelous", "Chardonnay Nights", "You Belong To The Night" czy "Moonlit Skies".
Coraz prężniej działająca wytwórnia AOR Heaven, właśnie opublikowała kompakt z kompletnie zapomnianą, a raczej nieprzychylności losem pozbawioną należytej sławy grupą Devils In Heaven. Ten australijski kwartet działał tak mniej więcej na przełomie 80/90's, choć ostatnie tchnienie wydał w 1998 roku. Zespół wypuścił na rynek zaledwie kilka singli, a w swej umiarkowanej sławie ograniczył się jedynie do stron rodzinnych, gdzie ponoć przykuwał niezłymi koncertami. Ale na tym jednak nie koniec. W końcu znalazł się label, który właśnie uchyla lufcik przypomnienia o tej jakże fajnej ekipie. "Rise" staje ostatecznym dziedzictwem, niemal doszczętnie wymarginalizowanej, a zasługującej na medal formacji, która jeszcze do niedawna nie miała nawet co liczyć na taki podsumowujący kompakt. Przednia rzecz, koniecznie posłuchajcie. Pełen wdzięku, niemal pięknolicy AOR/melodic hard rock, ze wznoszącymi mnie po niebiosa refrenami. Wszystko gdzieś z tajemnych archiwów, podziemnych zasobów, chwil zapomnień, lecz na szczęście wpadło w dobre ręce, dzięki czemu piosenki fachowo zremasterowano i zagwarantowano w dotarciu do każdego zakamarka świata, nawet jeśli z ewentualnej reaktywacji grupy raczej nici. Bo, o ile nieżyjącego perkusistę Phila Crothersa, dałoby się jeszcze kimś zastąpić, o tyle David Whitney ponoć całkowicie postradał głos, a z ewentualnym następcą byłaby to przecież kompletnie inna bajka.
Trochę markowego soulu/R&B nikomu nie zaszkodzi, tak też tę muzyczną warstwę zagospodarowały u mnie najnowsze płyty Leona Bridgesa oraz Jennifer Hudson. Pierwsza z nich, to nostalgiczne archeosoul, czy jak kto woli - neosoul (przeciwstawne terminy, w tym konkretnym przypadku znaczące jednak to samo), z subtelną dozą współczesnej technologii, co ze światowej popularności skutkiem uprawia młody Amerykanin, wokalista i gitarzysta Leon Bridges. Znamy go już trochę. Przed dwoma laty zaprezentowałem kilka kawałków z jego poprzedniego, a drugiego w dorobku albumu "Good Thing" - światowa premiera w 2018 roku. Ewidentnie facet nawąchał się nut Wilsona Picketta,, Billa Withersa, a nawet nieco Otisa Reddinga, choć do rozpiętości jego płuc potrzeba jeszcze trochę alkoholu i papierosów. Fantastyczne dwa numery ("Don't Worry" oraz "Blue Mesas") z albumowego zmierzchu, ale reszty też bym się nie przestraszył. Przy czym, warto mieć świadomość, iż "Gold-Diggers Sound" (tytuł płyty to hołd dla jednego ze studyjnych lokum, w których realizował się Leon) to zakrojony na szeroką skalę produkt komercyjny, którego upływający czas może przedawnić - nie tylko cenowo.
Z kolei "Respect", to soundtrack do biograficznego dramatu opartego na życiorysie Arethy Franklin, w którym Arethę zagrała Jennifer Hudson - jednocześnie śpiewając wszystkie jej piosenki plus jedną premierową. Podobnie, jak niedawno uczyniła to Andra Day - w niezłym filmie o Billie Holiday.
Do "Respect" rozpoczynano zdjęcia jeszcze za życia Arethy, a ta kibicując Jennifer była równocześnie jej mentorem oraz korektorem. Aretha jednocześnie była pod wrażeniem i w którymś momencie stwierdziła, że Jennifer jest w tej roli tak dobra, iż na pewno zgarnie Oscara. No, ale oprócz aktorstwa, Jennifer też nieźle śpiewa. Zresztą, soundtrack do "Respect" odpowiednio ją tutaj weryfikuje. Muszę dopaść ten film. Na pewno to coś dla mnie. Wypatrzę go sobie na spokojnie, bez nerwowego przebierania nogami, tym bardziej wpadaniem dupą w pokrzywy.
Mając taki czarny materiał, chyba niedziwne, że opatuliłem go kilkoma innymi murzyńskimi smaczkami - vide fragmenty albumów Sade, Al Greena oraz Randy Crawford. Widzicie Drodzy Państwo, można "murzyńskość" ująć nie czyniąc nikomu żadnej krzywdy. Można, wszystko można. Szczególnie z szacunkiem wobec jakichkolwiek odmienności. A ja ten szacunek do kolorów i dowolnych seksualności mam. Nie mam jedynie akceptacji wobec żadnej z religii, ponieważ każda z nich jest fanatyczna, głupia i niebezpieczna. A co z fanatyzmu wynika, widać od Polski wszerz i wgłąb. Jeśli niepełnosprawnego, w mowie czy piśmie, określam inwalidą lub kaleką, to nie by mu dopiec, a jedynie z racji funkcjonowania tych określeń w słowniku języka polskiego, których używam jak wielu innych dostęponych form. Poza tym, jestem faciem z odległych dość czasów, kiedy w tramwajach, tuż nieopodal stanowiska motorniczego, było siedzonko z tabliczką: "miejsce dla inwalidy". I nikim z tego powodu nie nosiło. Nikt tego nie zaklejał, nie wydrapywał innym oczu. Stało na porządku dziennym - i na liniach nocnych też - skręcone śrubami i nikomu na dupie czyrak nie wyrósł.
Szczególnie do gustu przypadła Państwu czwarta godzina Nawiedzonego - Camel, Caravan, Fantasy, Novalis. Progrockowo. Jak dawniej. Nooooo, były takie czasy, kiedy podobną muzykę prezentowałem przez cały czterogodzinny zakres. I pewnie nawet miałem lepszą słuchalność. Dziś jednak uważam, że były to złe audycje i trochę się ich obecnie wstydzę. Brakowało w nich mnie samego, na rzecz spełniania oczekiwań, a i niekiedy wymagań, jakich od dawna nie pozwalam sobie narzucać. Jeśli więc kiedykolwiek sami dobijecie do mikrofonu, nigdy nie popełnijcie podobnych błędów. Bo to też będą złe audycje. Nawiasem mówiąc, po wszystkich dwudziestu siedmiu w radio spędzonych latach, dopiero od mniej więcej roku tworzę te audycje tak, jak zawsze tego chciałem, jak pragnąłem, jak sobie na początku mej radiowej drogi wymarzyłem. Dlatego, tylko pod nimi się podpisuję. O wszystkich innych zapomnijmy.
Nie mogło zabraknąć kontynuacji płyt Cruzh, Night Ranger, Iron Maiden czy Nitrate, ale też bezbłędnego remake'u "Tea For The Tillerman 2" Cata Stevensa oraz nutka z olśniewająco cudownego albumu Raya Wilsona - tym razem tylko "Almost Famous", lecz co za perełka!. Kto wie, czy nie najbardziej udane dzieło w solowym Ray'owym dorobku. Nie odrywam uszu. Wczoraj słuchałem na zapętleniu. A przecież przed premierą "The Weight Of Man" nie obiecywałem sobie wiele. Co tam, z początku nawet zastanowienie mną kłopotało, kupić, nie kupić? Jak dobrze tak czasem dostać po nosie.
Będę zaszczycony, jeśli w najbliższą niedzielę znowu nastawicie odbiorniki na Nawiedzone Studio.
Do usłyszenia ...

 


ABBA "Abba" (1975)
- Intermezzo No. 1

IRON MAIDEN "Senjutsu" (2021)
- The Writing On The Wall
- The Time Machine

DEMIS ROUSSOS "The Complete Collection" (1992) - kompilacja
- Summerwine - {duet with NANCY BOYD} - wersja z 1986 r.

DEMIS ROUSSOS "Souvenirs" (1975)
- Winter Rains

DEMIS ROUSSOS "Forever And Ever" (1973)
- Forever And Ever

DEMIS ROUSSOS "The Complete Collection" (1992) - kompilacja
- I'll Find My Way Home - {Jon And Vangelis cover} - wersja z 1989 r.

YUSUF / CAT STEVENS "Tea For The Tillerman²" (2020)
- Wild World
- Hard Headed Woman

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA "Aeromantic II" (2021)
- Amber Through A Window
- Midnight Marvelous
- How Long

NITRATE "Renegade" (2021)
- Renegade

DEVILS IN HEAVEN "Rise" (2021)
- Liberation
- All Night

CRUZH "Tropical Thunder" (2021)
- Turn Back Time

NIGHT RANGER "ATBPO" (2021)
- Tomorrow

RANDY CRAWFORD "Abstract Emotions" (1986)
- Gettin' Away With Murder - {Patti Austin cover}

LEON BRIDGES "Gold-Diggers Sound" (2021)
- Sho Nuff
- Don't Worry - {feat. INK} - {INK, a w zasadzie ATIA "INK" BOGGS}
- Blue Mesas

AL GREEN "Don't Look Back" (1993)
- Love Is A Beautiful Thing
- Give It Everything

JENNIFER HUDSON "Respect" OST (2021)
- Chain Of Fools - {Aretha Franklin cover}
- Think - {Aretha Franklin cover}
- Spanish Harlem - {Ben E. King cover, tutaj w oparciu o wersję Arethy Franklin}
- I Say A Little Prayer - {Dionne Warwick cover, tutaj w oparciu o wersję Arethy Franklin}

SADE "Soldier Of Love" (2010)
- The Safest Place

RAY WILSON "The Weight Of Man" (2021)
- Almost Famous

CARAVAN "Caravan And The New Symphonia" (1974)
- The Love In Your Eye
a) To Catch Me A Brother
b) Subsultus
c) Debouchement
d) Tilbury Kecks

CAMEL "On The Road 1982" (1994)
- Drafted
- Lies
- Heroes

NOVALIS "Konzerte" (1977)
- Impressionen

FANTASY "Paint A Picture" (1973)
- Gnome Song

CAMEL "Camel" (1973)
- Mystic Queen
- Never Let Go

























 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 






 


niedziela, 12 września 2021

w szponach dezercji

Na tuż przed, z Ziółkiem uzgodniliśmy, jeśli jedno z nas przedwcześnie padnie, wychodzimy.
Wybraliśmy się na koncert Dezerter'ów, choć zarówno dla Tomka, jak i dla mnie, raczej to muzyka na co dzień emocjonalnie odległa. Ale, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować... Przyszło więc kolejnemu wyzwaniu stawić czoła. O co najmniej trzydzieści lat za późno - padnie zapewne niejedna sugestia - a ja myślę, że w sam raz. Poza tym, ja już w życiu byłem dezerterem. W osiemdziesiątym szóstym. I skoro o tym, ulżę sobie - pieprzyć armię, zawsze i na zawsze. A tym bardziej dawne Ludowe Wojsko Polskie, choć wojo to wojo, odwieczne nic ciekawego w śmierdzących onucach. Do dzisiaj z dumą głoszę swój przedwczesny w nim kres. Bowiem nawet służenie w marynarce wojennej chluby nie przynosi. Jednego, co wojsko uczy, to kurestwa i zdyscyplinowanego chamstwa.
Zostawmy wojo, miły obiekt wspomnień wielu w nim umoczonych, po latach z rozrzewnieniem wspominających, jak na komendy nimi poniewierano, a ostatecznie zwyczajnie zeszmacano, pozbawiając ludzkiej godności, w imię orzełka na rogatywce, który i tak w dupie ma całe do niego oddanie.
Przyznam, nie trzymam pionu, kończące się lato dało popalić. Na żywca zasmakowałem się od Zenka po Dezerter, i jakoś nic się nie kłóci. Ciekaw jestem, kto tego lata miał ciekawiej? Nie widzę, nie słyszę.
Dziedziniec Tamy otula architektura uboższej wersji modernizmu, a okolicznych budynków raczej nikt nie zamieszkuje, zatem można naparzać. A Dezerterom dwa razy nie mów. Jak przywalili tuż po dwudziestej, tak trzymali do końca. Za element balladowy można im jedynie uznać ze dwie/trzy gitarowe solówki Robala - każda trwająca nie dłużej jak siedem/osiem sekund.
Panowie przejechali się po najnowszym, mocno antysystemowym (uwaga, nie mylić tej antysystemowości z tym pisowskim dupowłazem Kukizem) albumie "Kłamstwo To Nowa Prawda" oraz po swych jarocińskich klasykach. Każdego posłuchałem z uwagą, lecz inwazja decybeli, jak też ogólna konsolidacja całej gitarowo-bas-perkusyjnej sekcji, nie dały czytelnie rozszyfrować śpiewnej i skandowanej głosem Robala liryki. Za to uważniej popatrzyłem sobie na niesamowicie bębniącego Krzysztofa Grabowskiego. Zawsze miałem na to ochotę - wreszcie się udało. Zaliczone.
Szczególnie do gustu przypadł mi fragment: "... wyobraź sobie taką sytuację, wariat dochodzi do władzy, kompletny idiota zaczyna rządzić i nie ma na to rady...", po czym "subtelny" z ust licznie przybyłej publiki skand: "jebać ich". Z cyklu, z życia wzięte. 

P.S. Słyszymy się tuż po 22-giej. Do usłyszenia na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

a.m.

_________________________
DEZERTER, dziedziniec Tamy, Poznań, sobota 11 IX 2021



sobota, 11 września 2021

czyste nogi

Olga Tokarczuk tak oto otwiera jedną ze swoich powieści: "Jestem już w takim wieku i na dodatek w takim stanie, że przed snem zawsze powinnam porządnie umyć nogi, na wypadek gdyby mnie w nocy miało zabrać pogotowie". Musicie wiedzieć, że i ja podobnie myślę. By z tego samego bądź podobnego powodu, mieć te czyste stopy, ale i niepodziurawione skarpety, jak w ogóle umyte inne tam.
Uwielbiam słuchać Olgi Tokarczuk. Lubię jej narrację, barwę głosu, inteligencję, opanowanie, płynne ważenie i poruszanie słowem, twórczą wrażliwość, wreszcie - kobiecość. Bo w byciu kobietą cecha to najważniejsza.
Jakoś niedawno Monika Olejnik pogadała z naszą noblistką i nie mogłem się oderwać. Pomyślałem wówczas, jak ja bym dobrze się poczuł w jej towarzystwie. Fajnie byłoby wypić z Panią Olgą większą kawę oraz wciągnąć po dużym ciachu - z kremem, owocem i w obowiązkowej polewie czekoladowej. Połączenie wszystkich tych elementów dodałoby dodatkowej wartości. Poza tym, nie lubię ciast suchych. Jakichkolwiek. Gębę zapychają te wszystkie placki czy babki. Bez względu na wciśnięte w nie śliwki czy jabłka. Bez popitki nie potrafię przełknąć, nie lubię więc, nie smakuje mi. Ciastko musi być radosne, a z placka liczy się tylko kruszanka, reszta do wiadra. W ciachu musi się coś dziać. Pianki, polewy, galaretki, owoce - im więcej tego wszystkiego, tym lepiej. W takich okolicznościach mózg też lepiej pracuje. Poprawia jakość konwersacji, nasuwa się więcej cenniejszych myśli, a i przyjaźniej wchłaniamy co lepsze nuty. 

a.m.

czwartek, 9 września 2021

z dolnej półki

Gol Damiana Szymańskiego zachwycający niczym kosmiczne sombrero, ale i równie pierwszorzędna asysta Lewego. Obsłużył on swego młodszego kolegę w iście monachijskim stylu. Tak też i jemu dogrywają w Bayernie. Oto równanie na sukces bez żadnych niewiadomych. Wystarczy raz a porządnie wykuć na blachę. Teraz jeszcze tylko jesienią nie wtopić z Albanią oraz Madziarami.

Odszedł Wiesław Gołas. Aktor w księgi rozdziale: widok z góry najwyższej. Z każdą taką stratą chwyta mnie coraz mocniejsze uświadomienie, odchodzą wielcy, w ich miejsce płotki.
Czterech Pancernych nigdy nie lubiłem, więc zamiast Czereśniaka, zapamiętam aktora, choćby z genialnego Kabaretu Dudek, Barejowskich "Żona dla Australijczyka", Alternatywy 4", "Poszukiwany, poszukiwana", "Nie ma róży bez ognia" czy "Brunet wieczorową porą", ale też paru innych, zazwyczaj lekkich w odbiorze filmików, typu "Dzięcioł" lub "Filip z konopi", bądź seriali "Droga" czy "Czterdziestolatek". Oczywiście było tego więcej, jednak dzisiaj stawiam na to, co memu ciału najbliższe.
Wiesław Gołas to ta sama półka znakomitości, co dla przykładu Krzysztof Kowalewski, Witold Pyrkosz, albo Bronisław Pawlik. Wymieniłem tych, których już nie ma, a których zawsze podaję za wzór. Po nich wszystkich pozostają zapisane w obiektywie niezapomniane kreacje, a i dobra pamięć.
Dzięki Panie Wiesławie. 

W miniony wtorek przed moimi domowymi oknami przykre zdarzenie. Na osiedlowym parkingu, w jednym z tam postawionych aut zmarł sąsiad z klatki obok. Niesamowita sprawa - wracaliśmy z Mundi do domu, przechodziliśmy obok feralnego fiacika, ja tylko niewinnie spojrzałem w jego kierunku, ponieważ przykuły mą uwagę zaświecone światła i brak warkotu silnika, lecz Mundi była bardziej spostrzegawcza, gdyż zauważyła siedzącego za kierownicą sąsiada, choć na myśl jej nie przyszło, że ten jest martwy. Jegomość wyglądał jakby czytał smsa. A on wsiadł, uruchomił światła, silnika nie zdążył. Umarł. Po prostu umarł. Kilka godzin później jakiś zaintrygowany przechodzień podjął próbę jego reanimacji, a wkrótce przybyli ratownicy medyczni, na wyciągniętego z auta człowieka zarzucili jedynie złocistą płachtę. Nic tam po nich. Nie było kogo ratować. A potem jeden wóz policyjny, po pewnym czasie drugi. Wreszcie po paru kwadransach dowieziono intymny wobec przykrego widoku parawan, no i jeszcze kilkugodzinne oczekiwanie na lekarza sądowego, który wykluczy ewentualny udział osób trzecich. A pomiędzy tym wszystkim, córka wraz z matką/a jego żoną, doglądały zdarzenia, trochę z domu, trochę z okolic zajścia, lecz najgorszy fakt, gdy bliska nam osoba strasznie długo i paskudnie uwłaczająco leży na ziemi pod swym domem, ponieważ w naszym Poznaniu jest tylko jeden od tego typu kwestii lekarz. Czyli taki spec medyk, dyspozycyjny na każdy w podobnej sprawie telefon. Żenujące i jeszcze bardziej smutne. 

Na inną okoliczność zostałem poproszony o kupno kartki kondolencyjnej. Taka stara forma wyrażania smutku, z racji czyjegoś zejścia - pospolicie funkcjonująca w czasach telegramów, telexów oraz listów tradycyjnych, takich kompilowanych z nieużytkowanych obecnie papeterii, a finalizowanych o kilkuzłotowej wartości znaczkiem oraz pocztowym stemplem. To zwyczaj uprawiany na długo przed dzisiejszymi electro-wiadomościami, lecz jak widać, wciąż żyją ludzie preferujący taką właśnie tradycyjną formę komunikacji. I co ciekawe, pomimo technologicznego postępu, nadal jest ona możliwa. I wiecie co Kochani, kupno kartki kondolencyjnej nie jest takie proste. Na moje zapytanie na poczcie, pani trochę się zakłopotała i nie wiedziała przez chwilę, co z sobą począć. Zanim oznajmiła, że w swojej placówce nie posiadają jednak czegoś nawet na tego wzór, dyskretnie, acz dostrzegalnie skontaktowała się wzrokiem z koleżankami, które bez wydanego dźwięku, równie czytelnie mimiką się wyraziły, na zasadzie: aleś chłopie wymyślił. Odwiedziłem więc z buta napotkany salonik prasowy, a nawet dział papierniczy pewnego znanego supermarketu (ostatecznie chyba jednak nie taki on super), i wszędzie tylko na wesoło, radośnie, balująco - kartki komunijne, rocznicowe, urodzinowe - od roczku poprzez osiemnastkę, aż do rautowego jesiennego schyłku, lecz na ostatnią drogą nic, i jeszcze raz nic. Dopiero w sympatycznej sieci "Świat Książki", jedna z odpowiednio dla tego resortu handlu obyta erudycyjnie sprzedawczyni, wskazała na jeden posiadany przez nich wzór. Fakt, też swą komercją osadzony gdzieś na "najdolniejszej" półce papierzysk, ale jednak. Jak widać, finisze nikogo nie obchodzą, wszak żyjemy w czasach młodości, glorii i chwały.

a.m.


wtorek, 7 września 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 5- na 6 września 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





 





"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 5- na 6 września 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Z treści jednego z otrzymanych wczoraj maili wynika, iż strasznie wkurzyłem pewnego Słuchacza. Ten w swej korespondencji już na samym wstępie zaatakował: "Odpuść sobie proszę komentarze nt. słuszności podziałów sanitarnych. Przyczyniasz się w ten sposób do tworzenia kolejnych pionowych podziałów społecznych, na których zarządzającym naszą rzeczywistością bardzo zależy...". --- No cóż, po pierwsze, nie miałem takiego celu --- po drugie, jeśli jednak z mojej retoryki tyle właśnie wynika, widocznie tak myślę. Nie widzę zatem powodu, bym się oszczędzał i nie prawił tego, co w sercu gra. I nikt mi kneblować ust nie będzie. Skoro pomiędzy wiersze, w opisie wydarzenia koncertowego z Dopiewa, dostrzegłem owe podziały społeczne, oznacza to, że one są i nie widzę powodu niczego zatajać. Mamy w tym kraju elitę, która doskonale daje radę we wszelkiego rodzaju manipulacjach, wyciągając do informowania narodu sfabrykowane kwestie z tłustszego kontekstu, zręcznie zacierając wszystkie inne niewygodne - dlaczego i ja miałbym się wpisywać w taki krajobraz?. Poza tym, zdecydowanie należę do grona osób, których mocno wkurzają antyszczepionkowcy, ponieważ właśnie przez nich ospale wychodzimy z tego bagna. O ile wychodzimy. A tak na marginesie szkoda, że tego typu punktatorzy, odzywają się jedynie ofensywnie. Bo, gdyby przyszło im przypadkiem zarzucić jakimś pochlebstwem, posraliby się z utraty dumy. Siedzą zatem po cichutku, w ukryciu, w swojej przyczajonej norze, bacznie obserwując wroga i tylko wyczekując jego potknięcia, po czym do ataku. Odpisałem jegomościowi, iż ten należy do typowej polaczkowatości. Do grupy osób, którym nigdy z ust nie wyrwie się moc ciepłych życzeń, choćby z racji mego 27-lecia Nawiedzonego Studia, które od przed chwilą zakończonego sierpnia nadal obchodzę.
Ale zostawmy rozeźlonego pana i zajmijmy się minioną radiową niedzielą.
Odstawiający mnie pod domową bramę taksówkarz nie mógł się nadziwić, jak to możliwe, by po Iron Maiden zagrać Abbę, i żeby nikogo nie zemdliło, nie wyrządziło krzywdy. A ja przecież na samym wstępie programu obiecałem kogel mogel. Mam do takich miksów inklinacje i chyba zdążyliśmy przywyknąć. Nie twierdzę, iż jest to odwaga godna obrońców Monte Cassino lub bitwy pod Alamo, ale nigdy nie bałem się posłuchać King Crimson "Larks' Tongues In Aspic" po chwile zakończonej emisji "Actually" Pet Shop Boys. Konstatując, żadnych w tej materii zmian nie przewiduję, a na ewentualną mą poprawę nie ma co liczyć.
Trzy gorące nowości - Iron Maiden "Senjutsu", Ray Wilson "The Weight Of Man" oraz Nitrate "Renegade". Wszystkie udane. Zresztą, nieudanych u mnie nie usłyszycie. Takowe w N.S. nie obowiązują.
"Senjutsu" to Maideni z syntezą ciężkości, melodii oraz zawiłości, co objaśniło już ich poprzednie "The Book Of Souls". Kolejny zawiły album, daleki od nostalgii lat osiemdziesiątych, dlatego nie liczyłbym na kopie "Wasted Years", "Run To The Hills", "The Trooper" bądź "Flight Of Icarus". Teraz dominują (za wyjątkiem dwóch cztero-/pięciominutowców) maratonowe piosenki, którym zawsze daleko do mety. Panuje melodyczny dynamizm, trochę bitewny, trochę złowieszczy, a niekiedy zabarwiony klimatem Wschodu. Wszystko opatulone w bombastyczny heavy metal, lirycznie epicki, a z nut i stylu nierzadko progresywny. Ogólnie udana rzecz, a trochę się obawiałem. Czas zweryfikuje moją do tego sympatię. Za lat kilka okaże się, czy na hasło "Iron Maiden", z chęcią sięgnę po "Senjutsu", czy jednak automatycznie wyciągnę z półki odwiecznie wielbione "Seventh Son Of A Seventh Son" czy "The Number Of The Beast".
Refleksyjny na "The Weight Of Man" Ray Wilson wystawia na forum publiczne świadectwo swoich ostatnich życiowych doświadczeń, jak zawsze przekonująco się do wszystkiego dośpiewując. Nie brak tu krytyki, sarkazmu, a nawet gniewu. W "Mother Earth" mieszają się lęk ze strachem, z motywacją do jedności - wszak to wyzwoliła z nas pandemia, która wielu przemeblowała życie. Z kolejnego tematycznego kowidowca, "I, Like You" (tutaj nawet na dodatkowych klawiszach RPWL'owy Yogi Lang), bije społecznymi przemianami, z kolei poczciwe "Golden Slumbers" Beatlesów ("... złote sny wypełniają twoje oczy ..."), to doskonała coda. Za lufcik niedosytu staje tu brak, konsekwentnego przecież "Carry That Weight", co domyślnie dośpiewuje wbite w tytuł albumu: "weight".
Tak przy okazji, czy zdają sobie Szanowni Państwo sprawę, iż 1 września mieliśmy 24-rocznicę "Calling All Stations"? Nad wyraz udanego albumu Genesis - niepozbawionego też mniej entuzjastycznego odbioru - a i jedynego studyjnego formacji z głosem Raya Wilsona. Mam do niego słabość, podobnie jak w ogóle do tamtych czasów, kiedy w moim sporo młodszym sercu ta konkretna muzyka robiła niemało pozytywnego zamieszania. No, a chwilę później katowicki koncert. Pierwszy w dziejach Genesis w naszym kraju. A i jeszcze dorwanie na jednej z ulic centrum miasta Tony'ego Banksa oraz ustrzelenie z nim całą naszą ekipą fotki - na tle jakiegoś sklepu z olejami samochodowymi. Do tego wszystkiego jeszcze przeciekający but, który jak żywy uaktywnił się wraz z zapanowaną tamtego dnia breją z topniejącego śniegu.
Trzecia nowość, Nitrate "Renegade", to jednocześnie trzeci album Brytyjczyków, i tak się akurat składa, iż również z trzecim w dziejach grupy wokalistą. Zmieniają go co płytę. Najpierw porządził Joss Mennen (ten od m.in. fantastycznej Zinatry), później na moment osiadł mniej rozpoznawalny Philip Lindstrand (był basistą i jednym z gitarzystów na najlepszej płycie Find Me "Dark Angel"), a teraz dobry, acz dopiero dobry od niedawna znajomy - Alexander Strandell. Ten, który chwilę wcześniej pośpiewał u szwedzkich Crowne - wystrzałowy album "Kings In The North". Tak więc grupa brytyjska, z zawsze niebrytyjskimi śpiewakami. Świetna rzecz. AOR metal dla fanów dawnych Europe czy Bon Jovi, oparty na ejtisowych wzorcach, nad którego sprawnym przebiegiem łapska trzyma założyciel grupy Nick Hogg - w jednej osobie gitarzysta oraz instrumentalista klawiszowy. Będzie tego ciąg dalszy, ponieważ nie czuję satysfakcji z ledwie dwóch zapodanych kawałków. Wręcz przeciwnie, właśnie nabieram ochoty na jeszcze.
Cały czas dodrukowuję kolejne momenty ze świetnych albumów Cruzh oraz Night Ranger. Jak widać, witalnego rocka nie brakuje. Było nie było, dzięki niemu wciąż mamy trochę słońca.
Łagodzą weselsze okoliczności, tym razem szczególniej jakby uduchowieni The Killers. Ich lider, Brandon Flowers, odważnie podążył do mrocznych zakamarków swojej młodości, spędzonych w marginalnym na mapie Nephi. Wyciągnięte z kronik jego pamięci historie nie napawają przyjemną nostalgią, przez co bardzo blisko temu dziełu do genialnej Springsteen'owskiej "Nebraski" (bez żadnych jednak do niej bezpośrednich porównań). Tę także do studia przytaśtałem na tematyczną podpórkę, choć ostatecznie, zamiast Bossa, wybrałem jego dwie piosenki w wydaniu Johnny'ego Casha. Odległe interpretacyjnie, jednak równie ujmujące. Poza tym, "Nebraskę" ma w chałupie każdy, zaś "Johnny 99" już niekoniecznie.
W oczekiwaniu na nową Abbę (a i trochę ich awatarowe koncerty) pozwoliłem sobie na nutkę wspomnień, choć kompletnie przeoczyłem opowiedzenie zdarzenia, jakie wiąże się z moją siostrą Elą oraz powrotem z wakacji w Dzierżążnie naszą starą syrenką 104. Auto dzielnie służyło, włącznie do bombowych, a wciąż jeszcze na garnuszku rodziców wakacji w Borach Tucholskich, po których powrocie maszyna dosłownie się rozkraczyła. Ledwie wróciliśmy do Poznania, auto się rozsypało. Zupełnie niczym scena z czołówki jednego z Barejowskich filmów, gdzie po apsiku pasażera malucha, rwie go na strzępy. No więc, co do Dzierżążna... Siostrzyczka miała kaseciaka - Grundig z radiem (straszne badziewie, ale wówczas niejednego top marzeń) - ale do niego posiadała też kasetę Abby "Voulez-Vouz", którą precyzyjnie zarzynaliśmy, śpiewając na całe gardło każdą z dziesięciu piosenek. Dużo miłości okazywali rodzice wytrzymując te wszystkie nasze "artystyczne" wyziewy. Do dzisiaj słuchając "Chiquitity" bądź "Kisses Of Fire", stają mi przed oczyma kadry z tamtego do domu powrotu. Cudowne chwile, jakich upływający czas na szczęście nie zamazał.
Cieszę się z nadchodzącej Abby. Zupełnie, jakbym miał być tego piątym uczestnikiem. I jeśli chcecie, pomerdam ogonem. Wieść o powrocie najlepszego w dziejach muzyki pop kwartetu, podziałała na mnie odświętnie. To jak zasiąść w loży honorowej.
Teraz chwilka lizusostwa. Niesamowita frajda Panie wyspiarski Andrzeju, otrzymany od Pana w podarku Yusuf/Cat Stevens "Tea For The Tillerman²", rewelacyjny. Cóż za fantastyczne wersje piosenek na tej zremake'owanej płycie. A już "Wild World", z genialnym klarnetem, to coś, czego nie mogę się nasłuchać. Wczoraj piosenkę zapętliłem i słuchałem przez ponad godzinę - i nadal mi mało. Brawo Yusuf/Cat, brawo Andrzej z Zielonej Wyspy, brawo dla wielkiej muzyki, brawo Ty.
Jak widzicie, Nawiedzone przebiegało na bogato, bo przecież jeszcze skromne obchody 6-rocznicy albumu Riverside "Love, Fear And The Time Machine" (w mojej opinii najlepszy!), pokoncertowe reminiscencje z Dopiewa, kontynuacja rarytasów, bądź mniejszych oczywistości z obozu Marka Knopflera, także zachęta do dokonywanych właśnie winylowych reedycji kanadyjskiej Sagi, a i na domiar dobrego rocka, bombowy gitarzysta bośniackich Divlje Jagode, Sead Lipovača - ukrywający się pod przydomkiem Zele. Na jego pierwszym solo albumie "Magic Love", maestro niekiedy pierzasty - szczególnie w instrumentalach - choć dużo częściej słusznie zadziorny, co przynosi splendor jugosłowiańskiemu heavymetalowi.
Niedawne do krainy ciemni i głuszy odejście Rona Bushy'ego, mogłem opatulić tylko jednym utworem - "In-A-Gadda-Da-Vida". Siedemnaście obłędnych psychodelic'rockowych minut, z niekiedy kanonadowym perkusyjnym popisem Bushy'ego. Utworem, który na kompaktach, winylach oraz kasetach, zamieszkuje w ponad trzydziestu milionach domów.
Zaraz po zakończonej audycji, od słuchacza Radosława, otrzymałem messengera, w którym tak oto zapisane: "Rewelacyjne zakończenie audycji tym perkusyjnym akcentem i hołdem dla Bushy'ego! Myślę, że jedno z najlepszych zamknięć audycji w historii Nawiedzonego Studia, a na pewno odkąd słucham!!! Podjarałem się jak dzieciak, naprawdę..." - pisownia oryginalna. Dziękuję w imieniu Rona oraz własnym. Jak widać, miłą korespondencję też otrzymuję.
Do usłyszenia ...

P.S. Odeszli Tomasz Knapik oraz Jean-Paul Belmondo. Obaj w swoich dyscyplinach niedoścignieni.
P.S. 2. Deep Purple harują nad nowym studio albumem. Niech harują, oby z równie dobrym - co na "Whoosh" - skutkiem. 

a.m.

 

NIGHT RANGER "ATBPO" (2021)
- Can't Afford A Hero
- Bring It All Home To Me

CRUZH "Tropical Thunder" (2021)
- Tropical Thunder
- Paralyzed

KRZYSZTOF CUGOWSKI "50/70 Moje Najważniejsze" (2020)
- Intro
- Sen O Dolinie - {Bill Withers cover}
- Młode Lwy
- Memu Miastu Na Do Widzenia

IRON MAIDEN "Senjutsu" (2021)
- Darkest Hour
- Hell On Earth

ABBA "Voulez-Vous" (1979)
- Chiquitita

ABBA "The Album" (1977)
- Move On

RAY WILSON "The Weight Of Man" (2021)
- Mother Earth
- I, Like You
- Golden Slumbers - {The Beatles cover}

SAGA "The Beginner's Guide To Throwing Shapes" (1989)
- Starting All Over

NITRATE "Renegade" (2021)
- Dangerzone
- Why Can't You Feel My Love

YUSUF / CAT STEVENS "Tea For The Tillerman²" (2020)
- Wild World
- Sad Lisa
- Father And Son

ZELE "Magic Love" (1993)
- She's Gone
- Life Story
- Maida

THE KILLERS "Pressure Machine" (2021)
- Pressure Machine

JOHNNY CASH "Johnny 99" (1983)
- Highway Patrolman - {Bruce Springsteen cover}
- Johnny 99 - {Bruce Springsteen cover}

THE NOTTING HILLBILLIES "Missing... Presumed Having A Good Time" (1990)
- Railroad Worksong
- Your Own Sweet Way
- Will You Miss Me?

DIRE STRAITS "Calling Elvis" (1991) MAXI CD
- Millionaire Blues - {nagranie spoza albumu "On Every Street"}

IRON BUTTERFLY "In-A-Gadda-Da-Vida" (1968)
- In-A-Gadda-Da-Vida

RIVERSIDE "Love, Fear And The Time Machine" (2015)
- Addicted























 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"