piątek, 17 kwietnia 2026

duszd e wyge...

Wokół węgierskich wydarzeń nie może być również cicho u mnie. Z tym, że nie od strony, iż cieszę się z politycznie urwanego łba Orbanowi - bo wiadomo, nareszcie! - lecz przy tej okazji idzie o dużo więcej. Co będzie, czas pokaże. Jedno pewne, nareszcie nie odczuwam obrzydzenia, do "Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki". Inna sprawa - nie lubię takich wmuszanych przyjaźni, ponieważ to nie historia, lecz ja decyduję o moich sympatiach. Niewiele obchodzi mnie, że w monarchiach mieliśmy wspólnych władców. Było tak dawno, że kości spopielone. Na tej podstawie, wina z Egeru nadal nie tknę, tudzież tokaju. Owszem - gulasz z mięsiwa, cebuli i papryki, jasne!. Ale i tak bliższa memu sercu Warta od Dunaju. Podobnie z muzyką, nigdy nie zamieniłbym polskiego rocka lat 70/80's na madziarskie odpowiedniki. Zgoda, mieli fajne kapele, ale czy było ich aż tyle, i koniecznie, o porównywalnej jakości? Za najlepszych uważam Locomotiv GT, Omegę, Skorpió i wczesnych Illes. A potem to już na wyrywki Bergendy, Piramis, V Moto Rock, Pandora's Box... i jeszcze po jednej, góra dwie płyty Sarolty Zalatnay czy Kati Kovacs. Wszystko. Mówiąc rzecz jasna o starych czasach, bo co dzieje się nad Balatonem obecnie, nie mam bladego pojęcia. Zaś, o Romanowskim czy Ziobrze słuchać już nie mogę. Taki z prawdziwego zdarzenia tropiciel, jak Charles Bronson, w normalnych czasach wsiadłby w awionetkę, namierzył z dachu wieżowca, po czym pierdalnął z kolta, i byłoby po sprawie. A teraz się ciaćkają, przepisami prawa zasłaniają, by tamte żołędne dupki mogły im się zaśmiewać przy każdej kolejnej wizycie ekip z kamerami prosto w twarz.
Dajmy spokój z tymi brudami, nie mam ochoty, wolę z Państwem pogadać o muzyce i całej z nią związanej otoczce.

Skorpió - w zapisie koniecznie z akcentem przy 'ó', i fonetyką: Szkorpio. Pamiętajmy, Węgrzy przewrotnie 's' wymawiają, jako 'sz', zaś 'sz', jako 's'. Można się przyzwyczaić.
Na dzisiaj trzeci album Skorpió - "Kelj Fel!". Kiedyś ktoś mi ten tytuł przetłumaczył, na "wstawaj!".
Dla fanów grupy nie jest to ich najlepszy wybryk, dla mnie jest. Może dlatego, że od niego z tą prog/hardrockową formacją rozpocząłem. Całkiem w ciemno, jako siódmo- czy ósmoklasista (bardziej siódmo), kupiłem w pewnej księgarni, nawet chyba pamiętam, jakiej, ale, że nie mam stuprocentowej pamięci, niech będzie, że 'w pewnej'. Spodobała mi się okładka. Od razu przyszło skojarzenie z niemieckimi Scorpions, lecz błędem było podążać tym tropem. To dwa odrębne światy. I mentalne, i muzyczne. A jeszcze bariera językowa. Nie każdy dawał radę przekopywać się przez te wszystkie czechosłowacko-madziarskie rocki, ponieważ fonetyka ich języków, w stosunku do anglo-amerykańskich wykonawców, śmieszyła. Za ruskie nawet się nie zabierałem, do dzisiaj mam alergię, i przyznaję, słuchając zabużańskich grup językowych włącza się we mnie ostatni nerw.
Ale gadamy o Skorpió, więc trzymaj się toru, andy. No więc, wszyscy wtedy zapewniali, jaki to Skorpió mieli genialny debiut - "A Rohanas" - natomiast jego zdobycie graniczyło ze świętym graalem. Jedynie na giełdach, a tam ludzie chcieli za tę płytę, jak za każdą zachodnią. Odkładałem na potem, ponieważ za ciężki szmal wolałem Elektryków, Zeppów czy Ejsów, a nie węgierski egeszmege rock, a i tak w skali ogólnej - ledwie to poprawny zespół. No właśnie, takie gadanie, a jednak z czasem zabujałem się w "Kejl Fel!", więc chyba lepszy, niż tylko poprawny. Przez lata masakrycznie zjechałem winylowy nośnik, że teraz właśnie sprawdzam, jak zuchwale trzeszczy. Ledwie muzyka przebija się przez wyraźnie uwypuklone płonie ognisko w lesie.
Kto ma i zna, jakie rodzi mu się pierwsze skojarzenie? No jasne, że 'duszd e wyge, duszd e wyge mar...'. Całość tak właśnie się zaczyna. I tak to do dzisiaj słyszę, a zapisuje się, jak będzie poniżej, i zapewne wymawia dużo inaczej. Nieważne. Kocham ten fragment. Ciary przebiegają, gdy pierwsze szumy i zgrzyty mocno wysłużonej płyty przełamuje wnet wyłaniający się skand względem utworu "Döntsd El Végre Már". I jeszcze muska mnie po latach przyjemnym wietrzykiem ich dawny wizerunek. Kurcze, te okulary, ale mnie wówczas brało w śmiech. Grube, ciemne szkła, które za nic nie pasowały do pstrokatego nieco wizerunku grupy, do kiepskiej mody, niewysokiej klasy odzienia, a pewnie im wydawało się, że są boscy. No więc, jeden na czerwono, drugi żółto-miodowo, trzeci w zgniłej zieli, a czwarty w białym podkoszulku. Amerykańscy styliści nie dopuściliby przed obiektyw.
Dobrze, że Węgrzy mieli taki zwyczaj, iż pod węgierskimi tytułami piosenek dodawali angielskie translejty. Nikt nie rozszyfrowałby tych hieroglifów. Za wyjątkiem nieżyjącego Jana Nowickiego, który węgierski perfekt. Stąd też udział Aktora w wielu tamtejszych produkcjach. Podobno, włącznie z teatrem.
I taka ciekawostka - na "Kejl Fel!" przybył do Skorpió perkusista Gabor Nemeth - a w zasadzie Nemeth Gabor, albowiem u nich najpierw dają nazwisko, potem imię - który w dwudziestym pierwszym wieku był członkiem naszych SBB i wystąpił na paru płytach.
I nie narzekajmy, my jednak dbamy o nasze dziedzictwo, natomiast Węgrzy chyba mają w pompie. Poza reedycjami Omeg, inne zespoły są totalnie zaniedbane w kompaktach. Wiele spłycono do składanek, ale żeby od razu całe albumy... Tym sposobem, do dzisiaj nie ma na cd "Kejl Fel!". Przynajmniej ja nie spotkałem. Wiem jedynie, że ruskie wydali po piracku (oni to zawsze...), lecz to się nie liczy. Także, Panie Peterze Madjarze, bierz się Pan za narodowe dziedzictwo swego kraju, uchowaj kulturę od zapomnienia, wszak nie tylko chlebem i wodą człowiek żyje.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


czwartek, 16 kwietnia 2026

a moment of forever

Na ostatniej giełdzie płytowej, na kompakcie wyrwałem z jednej z wielu skrzyń Krisa Krstoffersona "A Moment Of Forever". Płyta z dziewięćdziesiątego piątego. Nigdy nie miałem. Warto grzebać. Jegomość z Katowic skrywa w swych handlowych zbiorach tego rodzaju smaczki. Lecz niemal nikt, poza mną, nie wyda za nie złamanego centa. Nie czuję więc presji, by na giełdy wbijać tuż po otwarciu bram. Najczęściej przysłuchując się zapytaniom zainteresowanych, słyszę o metallikach, tupakach czy innych wuTangklanach, a dziewczyny najczęściej wyszukują dżeziku lub soundtracków. Uwierzcie, nikt nie poszukuje Krisa Kristoffersona. Wynika z tego, że nie mam co marzyć o podążaniu za trendami. Ten etap dawno za mną, jestem zgred i nic, tylko za chwilę kiełki plus niegazowana nałęczowianka.
Kris Kristofferson, zmarły przed dwoma laty country'owiec. Gigantycznie dobry, a dla świata absolutny top. Było nie było, jeden z czworga Rozbójników - obok Johnny'ego Casha, Waylona Jenningsa i Williego Nelsona. Lecz Kris nie tylko piosenkarzem był, co również aktorem. I jako dzieciak pamiętam trailerowe plakaty w zagranicznych pismach zachęcające do filmu "Narodziny Gwiazdy" (u boku Barbry Streisand), a na "Konwoju" zagościłem, gdy był filmu czas. Wyemitowano go m.in. w jednym z moich preferowanych kin, kiedy odbywałem przymus siódmej- lub ósmej klasy podstawówki. Wtedy obraz odebrałem, na zasadzie: o jacież pierdzielę

Od lat mam na półce Kristoffersona winyl "The Silver Tongued Devil And I". Stara płyta. Dokładnie, z siedemdziesiątego pierwszego. Super fota Krisa na tamtejszej okładce. Zagram kiedyś w Aferze. Ale, póki co, trzymajmy się najnowszej zdobyczy - "A Moment Of Forever". Tytuł przetłumaczyłem sobie, na "chwilę, która trwa wiecznie". No dalej, angliści, korygujcie. Przecież zawsze się czegoś przyczepicie.

Producentem płyty Don Was - facio od m.in. płyt Michaela McDonalda, Boba Segera, Boba Dylana czy weźmy jeszcze Glenna Freya. Nie ma co wymieniać, macie jego nazwisko na wielu płytach, przejrzyjcie je tylko.
Wśród muzyków kilka mocnych nazwisk, chociażby: Jim Keltner, Benmont Tench czy David Campbell. Ale nazwiska nie grają - głosi stara prawda. No więc, słuchajmy. Przekonajmy się, co przynosi nam czternastoutworowy repertuar tego obecnie już ponad trzydziestoletniego albumu. Supremacja wolnizn, ale i kilka ożywionych, również.
Kris to tego rodzaju nudziarz, który nie zanudza. Przeciwnie, mnie wręcz uruchamia, pobudza, zachęca do łapania melodii w komitywie z ciekawymi testami. Aby nie omawiać całej, gwarantuję, dobrze już posłuchanej płyty, polecę na dziś poruszającą, czterominutową balladę. No coś tak absolutnie pięknego, oderwać się nie sposób. Chyba ze dwa tuziny przeleciała się po moim pokoju. A w sumie to ponury, o ślicznej melodii song, którego Kris podrasował stosowną dramaturgią. Rzecz o niejakim Casey'im czy Caseyu (nie wiem, jak odmienić), który żyje na stacjach metra, gdzie codziennie towarzyszy mu zatrute powietrze, swąd brudu i śmieci, upokarza brak Słońca, nawet deszczu, a jego codziennymi dźwiękami jedynie odgłosy łańcuchów przy obrotowych bramkach. No i, jeszcze coś - lustrzane odbicie innych samotników. Wspaniała piosenka. Z gatunku: skarby ziemi naszej

P.S. A tak z innej beczki - wiecie, że w marcu przyszłego roku w Poznaniu, w Tamie, zagra Michael Schenker? Nie wiedzieliście? Nie mogliście. Podaję jako pierwszy. Swego rodzaju premia. Ode mnie na przedmajówkowy czas.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


percepcja i obiektywizm

Ludzkie skupienie jest żadne, dlatego od dawna nie tworzy się dzieł, w których do najlepszego fragmentu należy pokonywać góry, lasy, doły. Jeśli nie ma strzału w środek tarczy w pierwszych piętnastu minutach, płyta do kosza. Doszło do nas to, o czym maniacy opowiadali andy'emu w giełdowych kuluarach, kiedy byłem jeszcze muzycznym pacholęciem. Już wtedy objawiano, iż amerykański didżej przesłuchuje z longplaya jedynie po łebkach pierwsze trzy piosenki, i jeśli wśród nich nie znajduje kandydata na hit, płytą można zabijać muchy. Dlatego mało kto niegdyś ryzykował najlepszy song zakotwiczyć na pozycji np. numer cztery, albo gdzieś na bisajdzie. Teraz wiemy, z jakiego powodu "Hotel California" zaczyna się od "Hotelu California", a Alice'a Cooper "Trash" od "Poison". To tylko dwa niewinne przykłady z płyt dwóch różnych epok. Inna sprawa - najlepszych.
Podobnie jest z radiem, w sensie - z prezentacją albumów na wieczornych pasmach FM, bo tylko na nich można sobie jeszcze na więcej pozwolić. Dajcie wiarę, nie lada sztuką wyciągnąć z półki od deski do deski perfekcyjny album i zapodawać z niego maksymalnie trzy/cztery piosenki, koniecznie na tyle interesujące, by nie zanudziły słuchacza. Trzeba mu przy takiej dawce zaoferować odpowiednią otoczkę, by słuchający nie przerzucił się na inne pasmo lub całkowicie zrezygnował z radia obcowaniem. A przecież żal, by ze znakomitego albumu, na którym, dajmy na to - z dziesięć killerów - zaprezentować jeden. To takie absolutne nic. Wyzbyte oprawy, spłycone do pośpiechu, artystycznie zdehumanizowane, ograbione z dobrego smaku, nawet swego rodzaju ceremoniału.
Każdego tygodnia, zestawiając propozycje do kolejnych audycji gryzę się, co wyrzucić, co pozostawić. Niekiedy po latach przeglądam niewyrzucone zapiski i łapię się za głowę, jak to możliwe, że pominąłem jeden czy drugi utwór z płyty, którą wręcz wielbię. Jeśli w eter poszły trzy mocarze, a siedem nie, dla odbiorcy rysuje się przekaz: aaa, czyli te trzy lubi, a tamte uważa za słabsze. Tymczasem rolą prezentera jest dokonać wyboru. Nawet przy subiektywnej, pełnej do czegoś sympatii, musi on przedstawić album w miarę obiektywnie. I dla przykładu, na dynamicznym dziele, z jedną dajmy na to balladą, kiedy akurat ta ballada ustępowałaby wszystkim pozostałym tempom, powinien zrezygnować z jednego dynamitu na rzecz właśnie tego jednego heartbreakersa, by uwypuklić wszystkie możliwe walory. Chyba, że ballada okazałby się wyjątkowo miernej urody, wówczas wiadomo - nic na siłę.
Męczyło mnie, musiałem napisać. Słuchacz powinien wiedzieć, jak muszę się naharować, byśmy ze wspólnego słuchania mieli obopólną satysfakcję.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


wywalili Jagodę

Jestem rozzłoszczony - by nie rzec: wkur****y - wywaleniem Wojciecha Jagody z Canal+ Sport. Dla mnie to absolutnie barwny i super inteligentny komentator. Jakże inny od tych wszystkich nudziarzy, którzy bez nawalanki w nieustannym maglowaniu statystyk nie są w stanie porządnie zrelacjonować meczu.
Okay, być może metafora, jaką Pan Wojtek użył podczas komentowania meczu Widzewa z Termaliką nie poszła w zgodzie z tą dzisiejszą cholerną poprawnością ("ależ silny fizycznie jest Kamil Zapolnik. Odbijają się od niego piłkarze Widzewa Łódź, jak dzieci od rozpędzonego pociągu. Naprawdę, nie wygląda na aż tak silnego"), ale na tym polega urok gadania na żywo. Przecież nikogo personalnie nie dotknął, nikomu też zębów nie wybił. Ale zawsze jakaś szumowina się o bzdurę doczepi. Nigdy nie doceni całokształtu działalności takiego człowieka, tylko jeden mały błąd - i po nim. Zobaczcie, jak dzisiaj przy mikrofonie trzeba uważać. Jak niewiele potrzeba, by komuś odebrać miłość do wykonywanego zawodu. I zapewne teraz w miejsce Wojciecha Jagody wskoczy jakiś współczesny niedouk, z brakiem historycznej wiedzy lub inny pozbawiony pasji banał w gębie, który zamęczy widza nadmiarem truizmów i statystyk.
Nawet najnudniejszy mecz skomentowany przez Wojciecha Jagodę nabierał kolorytu, właśnie dzięki jego metaforom, co i lekkością oratorską oraz potężną wiedzą. To, czego inni nie zapodaliby bez pomocy promptera, Jagoda miał w małym palcu. Dla mnie był numerem jeden w nadawaniu z boisk Ekstraklasy. Kiedyś jeszcze uwielbiałem Rafała Wolskiego, ale ten na własną prośbę przeszedł do płatnego i tylko w internecie Viaplay, więc zniknął mi z oczu.
Wojciech Jagoda nie ma za dużo fanów, ponieważ nie kochają go kibole. A nie kochają, gdyż bije ich intelektualnie. Stąd nie spodziewam się nadmiernej ilości listów w jego obronie.
A tak z innej beczki - pamiętaj, jeśli w jakiejś profesji jesteś zbyt dobry, już paru słabiaków czeka na twoje miejsce.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm



środa, 15 kwietnia 2026

a w tegorocznej Galerii Sław ...

Niezmiernie ucieszyła mnie wieść o tegorocznym wstąpieniu do Galerii R'N'R Sław m.in. Phila Collinsa oraz Iron Maiden. Oczywiście gratulację chuchając też w stronę podwójnego aktu Joy Division/New Order, co i Sade, Oasis czy młodo zmarłego Luthera Vandrossa. Jest jeszcze nie z mojej półki emocji, soul-raperka Queen Latifah, więc jako, że kobieta, wysubtelnieję, ale jest jeszcze w dostąpieniu tego zaszczytu pewien raper, którego totalnie w dupie mam.

Wyciągam z półki Iron Maiden "The Number Of The Beast". Nigdy nie zapomnę "The Prisoner" u Tomka Goehsa - na jego ledwie dychającym szpulowcu. Wówczas przez chwilę myślałem, iż to pierwszy z nowej płyty Maidenów numer. Na dodatek - z nowym głosem. Dopiero, gdy po niedługim czasie wyciągnąłem z Wawrzynka nowiuśki winyl, zdziwiłem się, że w albumowej kolejności to dopiero kawałek numero tre.
Niezapomniany, złowieszczo niosący się wstęp: ... we want information, information, information, who are you? Jestem nowym numerem dwa. Kim jest numer jeden? Jesteś numerem sześć. - Nie jesteś numerem, jesteś wolnym człowiekiem! ... Narracji dokonał Patrick McGoohan. Ale nie osobiście, lecz na podstawie wyciętych ścieżek z jego głosem z serialu nomen omen "The Prisoner", a konkretnie z epizodu "Number Six" - vide six, six, six, the number of the beast, co tym bardziej mocuje majdenową sztangę.
Patrick McGoohan - jeden z moich najulubieńszych antybohaterów kilku wydań Columbo. Jego skrzypliwy, zniszczony głos, obłędny!
Z tym dogadaniem z McGoohanem fajna historia. Otóż, menedżer Mejdenów, Rod Smallwood, w imieniu grupy zadzwonił do Aktora z prośbą o użyczenie, po czym w słuchawce usłyszał: "Przypomnij nazwę? Powiadasz, że to zespół rockowy? - zrób to !!!".

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


hope and fury

Kilka słów, nie żadna tam recenzja. Recenzje pisywano niegdyś w Non Stopie lub Magazynie Muzycznym, potem to już tylko jakieś małolaty piździbączki, więc szkoda czasu na przepisywaczy po anglo-amerykańskiej prasie.

Niespełna trzydzieści pięć minut trwa najnowsza płyta Joe Jacksona - "Hope And Fury". Tytuł oznacza Nadzieję i Furię lub Nadzieję i Wściekłość, jednocześnie wydając się ironią do Krainy Nadziei i Chwały. I choć Joe Jackson jest Anglikiem, wyraźnie w muzyce ukochał Amerykę, dzielnie dzieląc serce pomiędzy Portsmouth a Nowy Jork. Na dowód, niech posłuży wydany w 1982 roku album "Night And Day", właśnie hołdujący Nowy Jork oraz Cole Portera. Tak swoją drogą, to właśnie tam mamy kapitalny numer "Steppin' Out", który odnoszę wrażenie, że poznałem, zanim jeszcze powstał. Jako młodzian wielokrotnie przymierzałem się do opatrzonej nim płyty, na której zdobycie ostatecznie nieco lat zeszło.
Ten zawsze elegancki, acz na swój sposób subtelnie ekstrawagancki facio, jest niezłym wokalistą, przy czym jeszcze lepszym pianistą, co i saksofonistą. I teraz wiemy, skąd w jego nurcie popular, tyle jazzu. Dorzucę do tej rekomendacji okładkę niedawno u mnie przypomnianej płyty "Body And Soul", na której Joe imituje Sonny'ego Rollinsa, w zasadzie, z dowolnej płyty, ale tutaj konkretnie kłania się album "Sonny Rollins, Vol. 2" z pięćdziesiątego siódmego. Tak swoją drogą, nigdy nie widziałem innych okładek Sonny'ego Rollinsa, niż z jego sylwetką w przeróżnych konfiguracjach w ujęciach z saksofonem.
"Hope And Fury" jawi się ciekawymi melodiami, rytmami, zagrywkami, funkowym groovem oraz nieszablonowymi tekstami - takimi w epickiej, narratorskiej konwencji, czyli pełnymi historiami, nie do zacytowania w wyrwaniu z kontekstu.
Jeśli tu i teraz mam postawić na jeden utwór, niech będzie pięcio-i-półminutowe "End Of The Pier". Przekrój stulecia angielskiej klasy robotniczej, swego rodzaju kontrast od początku lat dwudziestych minionego stulecia, aż po czasy pandemii. Do tego świetna melodia, choć nieco za długa jak na dzisiejsze standardy radiowe. No chyba, że w późnowieczornych pasmach.
Inne tu dobre: "I'm Not Sorry", "Made God Laugh", "Fabulous People", "After All This Time" oraz "See You In September". Jest w czym powybrzydzać.
Płyta dla wyrobionego ucha. Wciąż ufam, że nie brak dla tego rodzaju rytmów amatorów.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


wtorek, 14 kwietnia 2026

(*) Maire Brennan in memoriam

Przykro usłyszeć o śmierci Maire Brennan. Kompletnie niespodziewana, druzgocąca dzisiejsza wieść.
Szalenie babeczkę lubiłem, a w zasadzie - lubię nadal. Nic co piękne, niech nie ulega przedawnieniu.
I choć jestem od wczoraj do kitu, nie mogę pozostać w milczeniu wobec tak bliskiej memu sercu Artystki.
Znam jej wszystkie, albo prawie wszystkie płyty, i kiedy w nie wchodzę, nie odrywam uszu. Byłem na dwóch występach, w jakże różnych, acz godnych dla tej muzyki miejscach. Najpierw w poznańskiej Farze, a wiele lat później w Auli UAM. Oba koncerty cudowne, ale ze względu na kilka okoliczności, zapamiętam przede wszystkim ten pierwszy. Wokalistka Clannad w kościele, w miejscu dla wielu moich rodaków uduchowionym i mistycznym, podobnie jak natchniona twórczość wykonawczyni hitu z Robin Hooda. Chciałbym, by nie tylko z tamtą ścieżką dźwiękową, była kojarzona ta nad wyraz wrażliwa i piękna persona.
Było w moje imieniny, smagany śniegiem mróz na dworze i równie siarczyście w nieogrzewanej świątyni, a Maire z jedynie narzuconą na nagich ramionach chustą w rozległy haft. Publiczność w szalikach, kurtkach, rękawicach, a Ona rozpalona w swej twórczości i tylko para z ust. I jeszcze w tym ziąbie nie zabrakło sił na pokoncertowe autografy - na specjalnie przygotowanych do tego celu mini plakatach. Jeden z nich w mojej kolekcji, od lat zdobiący ścianę w kąciku pod niedopompowanym sterowcem, z napisem "Led Zeppelin". Nigdy nie zapomnę, jak po złożeniu podpisu, Maire wyciągnęła do mnie dłoń, z pierzastą delikatnością wypowiadając: "merry christmas". Tak, i to są moje chwile szczęścia, o których wspominam w dniu, w którym nikomu nie jest do śmiechu.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR ANDY'EGO"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm