niedziela, 15 marca 2026

nadchodzi "closer to the sun"

Na najbliższy piątek, 20 marca, wyznaczono termin uwolnienia z magazynów (takiej terminologii premier płytowych używają Amerykanie) nowego albumu Tyketto - "Closer To The Sun". Okładka wręcz heavy, więc, czyżby jakieś zaskoczenia? Chętnie przyjmę album na klatę, o ile uda mi się do niego dotrzeć. Wyda go Silver Lining Music, czyli firma od nowszych albumów Motörhead bądź Saxon. Tamte trafiły do nas, to i może najnowsi Tyketto?

Obecni Tyketto to już całkiem inny team, niż ten z debiutanckiego, najbardziej rozpoznawalnego albumu "Don't Come Easy", ale przecież lider ten sam - Danny Vaughn. Niewiele brakowało, a byłbym na jego występie. Planowano go niegdyś na artystę wspierającego Asię w Berlinie, lecz z nieznanych powodów nie stanął na scenicznych deskach. Podobnie było z The Darkness, którzy wypadli przed Meat Loafem -  ostatecznie jednym z najważniejszych wydarzeń, w których jako widz/podziwiacz uczestniczyłem.

Nowojorscy Tyketto mają markowego lidera - wspomnianego Danny'ego Vaughna - a w nim gnieździ się niezły wokalista, jeszcze lepszy gitarzysta, głównie nieelektryczny, a przy tym okazjonalny harmonijkarz. Bo, choć Danny uprawia melodyjne, naznaczone odpowiednim, nierzadko szorstkim ładunkiem piosenki, to wyrósł na fascynacjach blues/folkrockowych.
Dzisiaj tego rodzaju płyty, w sensie stylistycznym, jak "Don't Come Easy", częściej powstają w Europie, jednak wcześniej duchem i ciałem przynależały do Kalifornii, a jeszcze wcześniej do Stanu Nowy Jork. A więc, Danny Vaughn ma takie granie we krwi.
Należy wiedzieć, iż Tyketto, gwoli skrupulatności, wyłaniali się w New Jersey, a więc w stolicy Bon Jovi, a jednak ostatecznie leksykony uznają grupę za nowojorską.
"Don't Come Easy" to, że tak powiem - kultowy album. Nie lubię słowa kultowy, ale przynajmniej nie wkurza mnie, jak ikoniczny.
W 1991 roku grupa nie była z takim graniem innowacyjna, tym bardziej, iż za chwilę grunge miał wszystkich tym podobnych zmieść na dobre. Ale Tyketto mieli styl, ładunek i potencjał, i nawet mieścili się nieco w nurtach wielbicieli robali i zaśmieconych ulic.

Producentem Richie Zito - facio od m.in. Bad English, Winger, Cheap Trick, Heart, The Cult i wielu innych. Nadał tej muzyce świeże brzmienie, nie gubiąc blues/hardrockowych korzeni. Pomimo, iż ten blues najbardziej wydobywał się z petardowych gitarowych solówek Brooke'a St. Jamesa. Co się z nim stało? Zniknął na dobre. Pewnie teraz skopuje pod groźbą przydomowy ogródek i klepie po dupach wnuki. Nuda, jak w muzeum.
Zawsze miło posłuchać "Forever Young", "Wings" czy "Standing Alone" - nigdy się nie znudzą. Dobre czasy. Trochę odległe, lecz zważywszy na moją metrykę, niemal na wyciągnięcie dłoni.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


(*) Mike Vernon in memoriam

Jeszcze jedno zaległe in memoriam. Jak mi się tej rubryki nie chce ciągnąć, a z drugiej strony czuję powołanie, no i, ktoś musi robić takie rzeczy. Bywa, że niekiedy odpuszczam i nie piszę, ale w tym konkretnym przypadku dopuściłbym się swego rodzaju zbrodni. Poza tym, miałem w pamiętniku telefonu zapisane, więc niniejszym..
Mike Vernon in memoriam. Pożegnaliśmy tego klasowego, i że tak to ujmę - historycznego producenta, wraz z początkiem marca. Gigant, jedna z najważniejszych w dziejach muzyki postaci, człowiek mający własne studio, sprzęt, otoczenie, odpowiedzialny za ostateczny szlif wielu znaczących wobec bluesa albumów, choć nie tylko bluesa. Produkował Johna Mayalla, Ten Years After, Savoy Brown, Livin' Blues czy dawnych Fleetwood Mac, ale i Davida Bowiego czy progowych Focus. Wszechstronny, czyli wnikliwy, inteligentny, otwartych granic maestro.
W jego utworzonym wraz z bratem studio powstało wiele znanych numerów, które nagrywali m.in. Kajagoogoo, Status Quo, Radiohead, Cutting Crew, Beverley Craven czy Gerry Rafferty - jego największy hit "Baker Street".
Mike, pędź ku Gwiazdom ...

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm

(*) Phil Campbell in memoriam

Po komplikacjach związanych z poważną operacją, skutkującą intensywną terapią, umarł Phil Campbell. Solidnie ładujący na gitarze riffy i solówki były Motörhead'owiec, a po śmierci Lemmy'ego skupiający się na swojej grupie Phil Campbell And The Bastard Sons. I to właśnie z nimi 2 grudnia ubiegłego, dwa tysiące dwudziestego piątego, wystąpił w Poznaniu, a ostatecznie wtedy na dwóch polskich koncertach. Oba występy zorganizowali WiniaryBookings, agencja, w której m.in. pasją oraz zaangażowaniem umoczony mój jednorodny.
Pod linkiem kilka wtedy zapisanych słów o tamtym występie:
https://blognawiedzonego.blogspot.com/2025/12/phil-campbell-and-bastard-sons-wtorek-2.html

Phil Campbell objął gitarę w ekipie Lemmy'ego (we are the road crew!) od płyty "Orgasmatron", a przypomnę, na wcześniejszej - "Another Perfect Day" - funkcję tę sprawował znany z Thin Lizzy Brian Robertson.
Phil oficjalnie do Motörhead został wciągnięty w osiemdziesiątym czwartym i był z nimi do końca.

Pędź ku Gwiazdom, Brachu ...

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


sobota, 14 marca 2026

amazona

Na bazie najnowszej płyty Morrisseya "Make-up Is A Lie", w odtwarzaczu "Amazona" Roxy Music. A jeśli "Amazona", to oczywiście album "Stranded". Inny niż pierwsze dwa, ale też kapitalny. W zasadzie - jeden z najlepszych u Roxy.


Z tą płytą jest tak:
a) najbardziej popularne - "Street Life"
b) najpiękniejsze - "A Song For Europe"
c) a na okładce modelka Playboya - Marilyn Cole, która do momentu zdjęciowej sesji nie miała zielonego pojęcia o Roxy Music. -- Pamiętajmy, Bryan Ferry miał i pewnie nadal wyraża słabość wobec ładnych dziewczyn. I gdyby Roxy wciąż działali i nagrywali płyty, zapewne bez zatrzymanki mielibyśmy ekscytujące okładki. Nawet, jeśli ową serię zakłóciło w osiemdziesiątym drugim "Avalon"

Podoba mi się "Amazona" w ujęciu Morrisseya, ale wiadomo, pierwowzór zawsze będzie punktem wyjścia, do którego będziemy się odnosić.
"Amazona" to egzotyczne miejsce, do którego bohater tej piosenki obiecuje zabrać swą wybrankę serca (... w Amazonii wszystko jest piękne, chodź maleńka, weź mnie za rękę ...). Inna sprawa, iż Amazona może budzić skojarzenia z Amazonką, a raczej Amazonkami, które pojawiły się jako wojowniczki w mitologii greckiej. 

Tytuł płyty "Stranded", oznacza "opuszczona", choć patrząc na okładkę nasuwa się uwięziona w dziczy, unieruchomiona, zgwałcona, porzucona, niechciana, aż wreszcie - pozbawiona życia.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


piątek, 13 marca 2026

makijaż jest kłamstwem

Jakoś przed paroma dniami przysłali mi najnowszego Morrisseya - za pięćdziesiąt jeden dziewięćdziesiąt dziewięć. Czyli już wiecie, że nie Empik. Zdążyłem uważnie z pięć razy posłuchać, poczuć nastrój, a nawet wyciągnąć wnioski. Przy okazji, z góry najwyższej olewam strumieniowców, bo, o czym każdy wie, gamonie z nich niemiłosierne, skoro nie są w stanie nawet powąchać okładki, a co dopiero poryć w drukowanej literaturze. I co najlepsze, najwięcej o niekupionej muzyce mają do powiedzenia. Dlatego zachęcam, weźmy na cel - nie słuchajmy ludzi o muzyce, którzy jej nie kolekcjonują. Ich opinie warte w pył. 


Morrissey to wciąż piękny, imponujący głos. Nic się nie zmieniło, a jeśli już, to niewiele. I choć nie trzeba zapominać o jego śpiewaniu służącemu niegdyś The Smiths, czasy wydają się na tyle odległe, iż nawet sędziwi górale dawno potłukli dzbany, z których się zapijali.
Morrissey to artysta w jednym, w drugim ekscentryk, i to drugie stoi kością w gardle wyzłośliwiających się na nim za przerwane lub niezrealizowane występy. Jeśli nie szanujemy czyichś zasad, won z przyjęcia. Nie przejmujmy się modą na krytykowanie Morrisseya, głupich nie brakuje. Ostatnio do tego samego hejterskiego chlewu dobili przeciwnicy Neila Younga bądź Bruce'a Springsteena - że dołączę jeszcze Roberta De Niro - ponieważ wszyscy postawili się idiocie, obecnej głowie Białego Domu. Ale głupi ma zawsze szczęście, że mu nawet ucha nie odstrzelą. Ktoś zapyta, a co w tym gronie robi Morrissey? Wszak po incydencie związanym z Notre Dame miłość do Anglii wyraził w atmosferze, którą wielu podchwyciło, jako prawicową. Jak to trzeba uważać.
Z tym live'owym Morrisseyem to trochę takie matematyczne trzydzieści pięć procent, do czterdziestu, że zaistnieje obawa o odwołanie koncertu, albowiem człek wrażliwy, a takim los przyodziewa wyczerpania lub choroby, bądź niespełnianie wymogów, jak np. nieusunięcie z lokalu produktów mięsnych. A może być po prostu zwykły kaprys, i to nawet, kiedy show wyprzedano. I bardzo dobrze, niech zawsze będzie sobą.
Morrissey wciąż niezależny i jak sam o sobie twierdzi, iż jest głównym orędownikiem wolności. Muzyk uważa, że w jego Anglii coraz bardziej depcze się swobodę wypowiedzi.
W trakcie niedawnego występu w O2 Arena, oznajmił: "to, że jestem na tej scenie jest niesamowitym wyczynem, bo jak wiecie, zazdrosne suki próbowały się mnie pozbyć". Z kolei nieco wcześniej, bodaj przed dwoma czy trzema laty, zarzucił: "jak wiecie, nikt już nie wyda mojej muzyki. Jako, że jestem głównym głosicielem niezależności, a to obecnie w Anglii jest kryminalizowane. Nie możemy w niej mówić swobodnie. Jeśli nie wierzycie, idźcie i spróbujcie, wyraźcie swoją opinię, a traficie do ciupy".
Słucham więc Morrisseya, zarówno w słowie, głosie i melodiach, a nowa płyta piękna, choć ci zgnuśniali, popieprzeni angielscy krytycy, jeszcze przed światową premierą uznali ją za rozproszony zbiór piosenek.

Na singiel wybrano numer "Amazona" - klasyk Roxy Music, który w ujęciu Morrisseya nadal brzmi jak Roxy Music. Serio, posłuchajcie. Ale na "Make-Up Is A Lie" są lepsze momenty. Na przykład utwór tytułowy, który, co prawda do utraty tchu niesie przesłanie powtarzając słowa samego tytułu, ale ostatecznie jest dla Morrisseya ważną wiadomością przekazaną przez pewną paryską poetkę.
W otwierającym zaś, a naznaczonym dobrym basem "You're Right, It's Time", bohater tej płyty śpiewa: "chcę odejść od tych, którzy całymi dniami wpatrują się w ekrany. Chcę zabrać głos i nie dać się złapać w pułapkę cenzury". Piękna melodia, przynajmniej jak dla mnie. I trochę taki nieco wyszlifowany, złagodzony styl The Smiths. Morrissey kapitalnie wyciąga, szczególnie w ostatniej minucie. Ciary!
Nie brak ballad. Weźmy zacumowane w końcówce pierwszej części płyty: "Headache" oraz "Boulevard". Ta druga wydaje się tęskna, a w konstrukcji epicka, no i znowu dramatycznie śpiewający Morrissey: "wezmę jeszcze jednego drinka - z długiej, zmrożonej szklanki - a potem zwymiotuję w lodowatej łazience, gdzieś tuż przy bulwarze". Tych wolnizn mamy więcej - takie "The Monsters Of Pig Alley" jest refleksją nad sukcesem i młodością z perspektywy wielkiego kogoś, kto kontynuował karierę do późnej starości. A ubiegające tę piosenkę, obramowane niczym modła "Many Icebergs Ago", pomaga Morrisseyowi wspomnieć dawne swe nawiedzenia, więc wyróżnia Grób Maurycego, zielonego człowieka, opuszczony zamek, ślepego żebraka, dziesięć dzwonów, Dundee Arms i inne tam...
Z pozoru opatrzone lekką, niespieszną melodią "Notre Dame" sugeruje, iż to islamscy ekstremiści spowodowali pożar w słynnej paryskiej Katedrze. I pomiędzy wierszami pada: "... Notre Dame, wiemy, kto próbował Cię zabić".
Wiele tu się dzieje, w różnych rytmach, różne treści. W "Zoom Zoom The Little Boy" jest o ratowaniu zwierząt, a w kolejnej ślicznej melodii - "Lester Bangs" - idzie o zmarłego w latach osiemdziesiątych żurnalistę, więc to taka piosenka hołd, a w tekście wyłapiemy nawet nazwę Roxy Music.
Zresztą, co tu tyle pisać, posłuchajcie tej płyty, zanim zarżną Wam na nią ochotę wszyscy ci durni i nachalnie lansujący się dziennikarze. Pamiętajmy, każdy makijaż jest kłamstwem.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


falling heaven

Może coś o muzyce...

Kłania się AOR/melodicrockowy, a nawet tyciu hardrockowy, francuski klawiszowo-gitarowy kwintet Heart Line. Jego liderem - gitarzysta oraz producent Yvan Guillevic.
Znamy ich, prezentowałem fragmenty obu wcześniejszych albumów, a od roku mają już trzeci. Dobrze, że z rocznym poślizgiem łaskawie zawitał do krajowej oferty, bo stało już nade mną widmo oblizania się smakiem. Nie wiem, jakie lasy, góry i doły, morza i oceany, pokonują do nas niektóre płyty, niemniej korzystając z okazji, polecałbym wyszukiwanie elastyczniejszych przewoźników.

Heart Line zawsze grali mięciutko, być może z uwagi na ograniczonego w oktawach Emmanuela Creisa, który niekiedy brzmi jak dziewczyna. Ale lubię jego śpiewanie. Gdyby grupa nie miała ambicji niekiedy poheavymetalizować, nieźle myślę poradziłby sobie w mainstreamowych heartbreakersach. Dobrze jednak, iż Panowie mają moc, bo już tych usypiających balladek wystarczy pod jeszcze przez moment poniedziałkowe Uspokojenie.


Okładka "Falling Heaven" przedstawia grę/strzelankę bombardującą Hollywood, i to przecież wcale nie musi odbiegać od realiów. Podobne grafiki nieraz w przeszłości bywały prorocze. Z obwoluty bije więc niepokojem, z tytułów piosenek niekiedy, też - np.  "Fire In The Sky", "Falling Heaven", a może i nawet "God Has A Plan". Bo przecież nigdy nie wiadomo, co ten nam zgotuje. Przy czym, w samej muzyce nie odczuwam torped, naparzających w nasze domostwa drony, czy w ogóle brania odbiorcy tego dzieła na cel. Siłą Heart Line - piszemy ich nazwę w dwu osobnych słowach - jest przepychanie na współczesny grunt fascynacji dawnymi ekipami, typu Journey, Foreigner, Bad English czy Giant. Aczkolwiek, powiedzmy sobie szczerze, i nie wstydźmy się tego, Heart Line wobec każdego z wymienionych jest cieniutki, jak giętki drut, pomimo iż w skali ogólnej jak najbardziej sympatyczny. Słucham nawet z pierzastym podziwem, acz klasyków nie dopatrzyłem się, nie dosłyszałem, a trop się urywa. Na poprzednich dwóch albumach, też ich nie było, pomimo iż na wydanym przed trzema laty "Rock 'N' Roll Queen", przez moment błysnął utalentowany, lecz ostatecznie chyba niespełniony Patrick Rondat - koncertowy gitarzysta od Jean-Michel Jarre'a. Pamiętacie Państwo, jeszcze w czasach Radia Fan prezentowałem jego albumy. Wtedy sprowadzałem za ciężką forsę z zagranicy, ponieważ długo nie chciały do nas wbić. Ostatecznie nawet nie wiem, czy kiedykolwiek dotarły do krajowej oferty. Jak już miałem na półce, straciłem pole zainteresowania jego ewentualną nadwiślańską dystrybucją.
Fani Metallik czy innych Slejerów nie mają tu czego szukać. Dla nich ta muzyka to jak pierdnięcie muchy w napełnionej tlenem beczce. Ci Francuzi grają dla wygładzonego ucha, co nawet może dziwić, albowiem współczesne żabojady w ogóle stronią od klasycznego rocka. Na ile przyglądam się panującym w krainie znad Sekwany tendencjom, Heart Line są ewidentnym stamtąd kaprysem losu. Słuchajmy, nie zatrzymujmy się, świat jest nasz, a życie jedno.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


kolacja dla głupca

Zbliżającą Wiosnę zainicjowaliśmy z Mundi teatrem. Komercyjnym. Czyli takim ze znanymi twarzami. Wybór sztuki przypadł mnie, więc tak przeglądałem oferty, by z tymi buźkami było najatrakcyjniej. Skoro bilety po półtorej paczki od łebka, to trzeba wyssać, ile się da. -- andy, ty poznanioku, ty.
Zwróciłem się do Mundi, że jeśli zechcę przyjrzeć się tylko sztuce, jako wartości samej w sobie, czyli ambitnemu dramatowi lub innemu przyciężkiemu widowisku, nie zaś samym aktorom, zawsze mogę wbić np. do Teatru Nowego czy innego Polskiego, lub ku małym niezależnym scenom.
Obwoźne, komercyjne teatry, zazwyczaj wystawiają komedie, więc rozpoznawalne twarze plus wartka akcja, stoją gwarancją dobrej zabawy, a przecież teatr to rozrywka, wiadomo już od kilkuset lat sprzed naszej ery.
Mundi uważa, że jestem dziwny, albowiem ją zawsze interesuje sztuka, nie jedynie aktorzy. No cóż, ja jednak dostrzegam różnicę pomiędzy filmowym musicalem, a jednocześnie świetnym warsztatem, jak np. w filmie "Chicago" a rozśpiewanym krzątaniem po scenie lokalnej operetki.

"Kolacja dla głupca" - w polskiej oprawie rzecz wyreżyserowana przez Cezarego Żaka, notabene niekiedy w niej występującego - przemiennie z Michałem Zielińskim. Tym razem padło na Pana Michała, i dobrze, ponieważ Pana Czarka już na żywo całkiem niedawno miałem możliwość - i to w tandemie z Arturem Barcisiem.
A zatem, Michał Kamiński - świetny!, a tym drugim do pary w roli głównej Bartłomiej Topa. Mniejsze rólki przypadły Agnieszce Więdłosze (pamiętam ją u boku Maćka Stuhra z Planety Singli), Małgorzacie Pieczyńskiej (czyli Łapówce z Piłkarskiego Pokera) oraz aktorowi płci brzydszej, którego do wczoraj nie kojarzyłem, więc darujcie Państwo brak jego tu wyszczególnienia. 

Ubawiliśmy się, niekiedy do łez. Oboje z Mundim potrzebowaliśmy właśnie takiej rozrywki i już wypatruję kolejnej. 
A o czym? Najkrócej mówiąc, ludzie sukcesu, porządnie forsiaci, lekko zmanierowani, przemiennie w swych domach organizują zawsze we wtorki specyficzne kolacje. Polegają na tym, iż zapraszają na nie jedną nieświadomą ofermę, z której drwią, czynią polew, lecz ta osoba nie ma o niczym pojęcia. I choć nadarza się kolejna na schyłek dnia okazja kpin, tym razem nici z kolacji. Seria przeróżnych pomieszań z poplątaniem czyni wieczór wymykającym się spod kontroli. I o to chodzi. Rozkosz dla widza. Wszystko nabiera tempa, niekiedy po utratę tchu, ale spokojnie dajemy radę we wszystkim się połapać.
Polecam, kto jeszcze nie był. Bierzcie pod rękę kogo tam macie bliskiego, i.... dobrej zabawy!

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"USPOKOJENIE WIECZORNE"
w każdy poniedziałek od 22.07 do 23.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm