piątek, 27 stycznia 2023

Louis De Funes - to już czterdzieści lat

Dzisiaj mija czterdzieści lat, jak pożegnaliśmy Louisa De Funesa. Najukochańszego komika, dostarczyciela największych chichów'śmichów, jakich doświadczyłem. 

Kocham. Na zawsze w mym sercu. ♥️  

a.m.

środa, 25 stycznia 2023

live it up

By nie było, że 'cudze chwalicie...' , u nas też wydano winyl z Crosbym. A konkretnie, Crosby Stills & Nash "Live It Up". To albumowy następca "American Dream". Niestety sporo mu ustępujący. Ale i tak fajnie, że Polskie Nagrania 'Muza' zlicencjonowały gorący wówczas album, w przynależnym mu 1990 roku. Światowo. Byliśmy już wtedy po paru strzałach wydanych w dniach interkontynentalnych premier, np. AC/DC "The Razors Edge" lub Madonna "I'm Breathless", więc czemu znowu nie zaszaleć?
Zawsze mnie jednak dziwiło, czy licencję na "Live It Up" zakupiliśmy w ciemno, czy może jednak wcześniej ktoś ważny wysłuchał albumowych próbek podrzuconych przez Atlantic, zanim wyłożył konkretny szmal. Ale Andy nie narzekaj, przecież super fajnie, gdy na płytowej nalepce, przy jej uproszczonej kolorystycznie kopii, widnieje numer katalogowy: SX 2939, a na rewersie okładki, w górnym prawym rogu dopisek: "Polskie Nagrania", a więc w głośnym domyśle: made in Poland. Poza tym, mamy tu piękną balladę "Arrows" - tak się akurat składa, zaśpiewaną przez Crosby'ego. Duchowa uczta, szczególnie, gdy z bólem jąder przebrniemy przez zrytmizowane na calypso "(Got To Keep) Open". Taki koszmarek, zaraz na wstępie strony B. Że też dał się w nim na taki gościniec namówić sam Bruce Hornsby - pianino i akordeon.
Obok przywołanego właśnie Hornsby'ego, mamy na tej płycie jeszcze paru innych tuzów, czyli selektywne wyczyny ex-Byrds'owego Rogera McGuinna, Lelanda Sklara, Branforda Marsalisa, J.D. Southera, czy i tak niedającego zaradzić skocznemu średniakowi "Straight Line", Petera Framptona.
Jako, że mam przebojową duszę, od zawsze podobał mi się tytułowy "Live It Up", choć kompletnie miał się nijak do stylu tria. To coś, jak refren u Eagles do "Heartache Tonight". Ręce w górę i szalejcie stadiony, jednak najczęściej skupieni na powolnym, emocjonalnym śpiewaniu swoich bohaterów fani CSN, musieli zazgrzytać zębami. Takie rozczarowanie rekompensowały im, umiejscowione jeszcze na tej samej stronie, po trochu wbite w "If Anybody Had A Heart" i główny wokal Nasha, harmonie pozostałej dwójki, co przede wszystkim końcowe na 'A', a dopieszczone głosem Crosby'ego i takim ala 'Stingowym' saksofonem Branforda Marsalisa, ogólnie szykowne "Yours And Mine".
Po zreasumowaniu "Live It Up" to całkowity zanik ideowego hipisostwa i w dwóch/trzecich wygwizdowo. No i jeszcze ta okładka. Teraz wiem, dlaczego nie wypatrywałem nigdy przyjaźniejszego wobec radia odpowiednika kompaktowego.

a.m. 



wind on the water

David Crosby jako artysta, wspaniały / lecz jako kompan, ciężka sprawa. Trudny, kłótliwy, często arogancki wobec zespołowych kolegów, a jeszcze pogmatwany życiorys: alkohol, narkotyki, kilkumiesięczna odsiadka... A ja nierzadko lubię takich ludzi. Porywczych, szczerych w emocjach. Bywają autentyczni, prawdziwi, nieugłaskani. Nie lubię za to tych wszystkich kanalii, co za plecami... Najbardziej nie lubię, gdy mnie oceniają w ciemno, bez żadnej o mnie wiedzy. I gdy podpisują grupowe wyroki, jak stado baranów, z argumentacją: ponieważ zrobili to inni. Ktoś, kto tak nas wyrokuje, kuśtyka etycznie i moralnie. David Crosby być może nie zawsze bywał wygodny, bowiem gryzł szczerością, niczym te paskudne, przywożone za PRL-u z Turcji swetry.
Na dzisiaj album Crosby & Nash "Wind On The Water". Rocznik 1975. Drugi w ich wspólnym dorobku, na cztery sporządzone. Pierwsze trzy, to lata siedemdziesiąte, czwarty: już w nowych czasach.
Po słynnej trasie Crosby'ego, Stillsa, Nasha i Younga z 1974 roku, grupa usiłowała zebrać się na nagranie nowego materiału, ale nic nie wychodziło, tak też ekipa rozbiła się na dwa obozy. I tak, w 1975 roku wspólny album sporządzili David Crosby i Graham Nash; to właśnie ten, który mamy przed nosem, zaś w następnym, 1976 roku, Stephen Stills z Neilem Youngiem zaprezentowali się jako The Stills-Young Band. W 1977 ponownie płyta z szyldem CSN, lecz już bez Younga, który dobijał do nich tylko okazjonalnie. I pewnie nie mielibyśmy go na CSNY "American Dream", gdyby nie przyrzeczenie, jakie Young dał Crosby'emu, że gdy ten odstawi prochy i nieco się uporządkuje, nagra z wszystkimi chłopakami kolejną płytę. Świetną, ogromnie lubię, lecz o niej innym razem.
Na "Wind On The Water" przemiennie w wokalach liderują Crosby i Nash, lecz i tak każdy z nich śpiewa we wszystkich piosenkach. I to słychać. Crosby i Nash nawet w 'background vocals' duszą trele jak na pierwszym planie.
Polecam szczególnie dwa utwory:
1) skomponowaną i zaśpiewaną przez Crosby'ego balladę "Carry Me", odnoszącą się m.in. do śmierci jego matki: "... moja Mama leżała tam w białej pościeli i czekała na śmierć...".
2) zamykający pierwszą stronę albumu, ekspresyjny, z pazurem kawałek "Love Work Out". Tym razem główny wokal nadawał Graham Nash, a Crosby 'tylko' w tle. Płynie tu sugestia, by żyć pełnią, zanim umrzemy. Dotyczy to głównie miłości, której nie wolno chować za chmury.
Cały album trzyma fason najlepszych dokonań CSN, a jeśli lubicie oderwane od ziemi smucenie Crosby'ego, koniecznie jeszcze ballada "Homeward Through The Haze"

a.m.

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

poniedziałek, 23 stycznia 2023

"NAWIEDZONE STUDIO" - program z 22 stycznia 2023 / Radio "98,6 FM Poznań"








"NAWIEDZONE STUDIO"
wydanie z 22 stycznia 2023
(
z niedzieli na poniedziałek, start godz. 22.00, zamknięcie bram 2.00)
 
98,6 FM Poznań oraz w sieci
realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 
ROD STEWART "Storyteller - The Complete Anthology 1964-1990" (1989) -- bez zadzierania nosa stoję przekonaniem: lepiej rozpocząć się nie dało. Oto najpiękniej wykonane w dziejach muzyki "People Get Ready", zaś usadowiona w jego końcówce solówka Jeffa Becka, od morza nie da się odepchnąć. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem do tego teledysk, właśnie ten moment zacisnął me serce. Wówczas byłem nawet przekonany, że piękniejszej gitary nigdy już nie usłyszę. Tylko niewiele się pomyliłem.
- People Get Ready - {with Jeff Beck} - {oryginalnie na albumie: Jeff Beck "Flash" /1985/} - {The Impressions cover - z młodziutkim jeszcze Curtisem Mayfieldem w składzie}

PAUL RODGERS "Muddy Water Blues - A Tribute To Muddy Waters" (1993) -- pierwszorzędnie zaśpiewany album frontmana Free oraz Bad Company, z rock'bluesami śpiewnika Muddy'ego Watersa - choć mamy tu nie tylko jego kompozycje. A jeszcze jacy goście, m.in. David Gilmour, Brian May czy właśnie Jeff Beck. Ogromna klasa wykonawcza. Rodgers jawi się białoskórym sukcesorem wielkiego Muddy'ego i aż niewiarygodne, że od chwili premiery tej płyty upłynęło trzydzieści lat.
- Good Morning Little School Girl (Part 1) - {with Jeff Beck} - {Sonny Boy Williamson cover}
- I Just Want To Make Love To You - {with Jeff Beck} - {Muddy Waters cover / kompozycja Willie Dixon}

HUEY LEWIS & THE NEWS "Four Chords & Several Years Ago" (1994) -- uwielbiam głos tego faceta, podobnie jak jego rhythm'n'bluesowo/rock'n'rollową 'orkiestrę', grającą ze swingującą lekkością. To prawdziwe 'i'm over the moon'  moich zmysłów, co jednocześnie najlepsza muzyka rozrywkowa, jaką każdy może mieć na półce. No dobrze, akurat ten cover album być może nie ma siły genialnego "Sports" czy tyciu mu ustępującego "Fore", jednak to nadal nie w ciemię bita muzyka, jaka w Polsce nigdy nie powstanie. Prawdziwe livello inarrivabile! Jedynie smuci, iż za sprawą szwankującego słuchu, obecne zdrowie Huey Lewisa przypomina dyndające na rdzewiejących zawiasach okna. Najlepszości Mistrzu!
- Good Morning Little School Girl - {Sonny Boy Williamson cover}
- (She's) Some Kind Of Wonderful - {Soul Brothers Six cover}

ALVIN LEE "RX5" (1981) -- za miesiąc i dwa tygodnie, konkretnie 6 marca, wybije dzwon pamięci Alvina Lee. To już dziesięć lat. Wspominam mistrza gitary, niegdyś przecież najszybszego na świecie. Ale wczoraj nie "I'm Going Home" czy jacykolwiek inni Ten Years After, a spory fragment niezłego dzieła solo (acz z gatunku: 'solo, but not alone'), mocno w personaliach obsadzonego, z m.in. pianistą Joe Cockera, Chrisem Staintonem, co też Steve'em Gouldem, niegdyś wokalistą Rare Bird, jednocześnie ich basistą, a potem także gitarzystą. Momentami Alvin wskrzesza dawniejszy płomień i znowu bywa w transie. Jego gitary słucha się na cały ekran. Boskie, po prostu.
- Hang On
- Can't Stop
- Nutbush City Limits - {Ike & Tina Turner cover}
- Rock-N-Roll Guitar Picker- {"... zawsze chciałem być rock'n'rollowym gitarzystą. Ta muzyka mnie kręci i podnosi na duchu. Chcę ją grać aż do śmierci"}

TINA TURNER "What's Love Got To Do With It" (1993) -- rzecz do biograficznego filmu o Tinie. -- Niezła przeróbka "Nutbush City Limits" w wydaniu Alvina Lee natchnęła mnie do odmłodzonej wersji tego przeboju, tutaj z 1993 roku (oryginał dwadzieścia lat wcześniej), a przywołanej na potrzeby owego filmu. Na tym nie koniec, albowiem w eter poszły jeszcze dwa inne numery Tiny z jej wspólnego śpiewnika z byłym partnerem (damskim bokserem!) Ike'iem. I oba nieźle pokołysały soul/rhythm'n'bluesowym feelingiem. Tak swoją drogą, manipulatorscy ci wydawcy z EMI Records, wszak wymyślili soundtrack, którego dwie/trzecie stanowią numery premierowe lub nawet, jeśli stare, to w nowych odsłonach. Co z automatu czyni płytę nie do odpuszczenia.
- Nutbush City Limits (1993 version)
- A Fool In Love - {Ike & Tina Turner cover} - (1993 version)
- It's Gonna Work Out Fine - {Ike & Tina Turner cover} - (1993 version)

KISS "Alive II" (1977) -- według winylu: trzy strony 'live' + jedna (ta ostatnia) studyjna. I my właśnie wczoraj z tej ostatniej. Bardzo lubię wczesnych Kiss. Szczególnie, gdy śpiewa Paul Stanley. Zresztą Paul, to w ogóle mój ulubiony 'całowniś'. Numer "Any Way You Want It" Stanley zaśpiewał w duecie z Gene'em Simmonsem, a tego drugiego też przecież lubię, bo ja w ogóle lubię Kiss. Jak fajnie więc przypominać tak antyczne kawałki. Dziś już klasyki rocka, choć kiedyś była to niezła metalowa zadyma, nawet jeśli niekoniecznie tej sławy, co "Detroit Rock City", "I Stole Your Love" bądź "Hard Luck Woman".
- All American Man
- Any Way You Want It - {The Dave Clark Five cover}

ALDO NOVA "Blood On The Bricks" (1991) -- jakoś ostatnio o Nim wspominałem. Już wiem, to było przy okazji prezentacji fragmentu z "Blaze Of Glory" Jona Bon Joviego. Notabene, dobrego kumpla Aldo Novy, a jednocześnie wraz z nim producenta tej oto płyty. Nie pojmuję, dlaczego ten tak niecodziennie przebierający po gryfie Kanadyjczyk, z biblijną potęgą umiejętności, u nas bywa rozpoznawalny jedynie środowiskowo. Podejrzewam, że nawet fani Celine Dion wytrzeszczą oczy, gdy pewnego dnia zobaczą nazwisko Aldo Novy na liście płac na kilku jej albumach. -- Aldo to wciąż renomowany gitarzysta, czasem klawiszowiec, ostatnio częściej kompozytor, w początkach kariery dobijał do bram hard'n'heavy, by z czasem objawić swe umiejętności na rozleglejszych terytoriach. Ale tu mamy jeszcze ten klasowy, na obecne myślenie wręcz starożytni metal, któremu jedynie brakuje mumii i piramid.
- Touch Of Madness

ALDO NOVA "Aldo Nova" (1982) -- pełen sukcesów albumowy debiut Aldo Novy, tylko w samych Stanach sprzedany w dwóch milionach egzemplarzy. Nie żadne kliknięcia czy inne pierdnięcia myszką o blat, a dwie wytłoczone spod matryc bańki winyli oraz kaset. W ten sposób niegdyś wyrażano szacunek wobec sztuki. I co, chyba nieźle zabrzmiał mój amerykański 1st press z kompaktu? Wskaźniki na konsolecie waliły o strop, jak przy współczesnych albumach. Świetne granie i mięciutkie śpiewanie. Aldo nie ma wielkiego głosu, jednak ten idealnie zazębia się z pełnym wigoru, acz filigranowym metalem. Cały album spontaniczny i szalony, niczym pierwsza miłość. Nie potrafiłbym żyć bez tej muzyki. No chyba, że kupiłbym dom na Marsie.
- Fantasy - {"... życie to tylko fantazja, zapomnij więc o wszystkim, co widzisz..."}
- Hot Love

JOHN WAITE "Rover's Return" (1987) -- parę kawałków tej płyty zamienia wodę w wino. Ich potencjałem tematy miłosne, zupełnie, jak gdyby świat obok nie istniał. Pierwszy numer wyprodukował Desmond Child. Ale nawet, gdybym tego nie napisał, każdy usłyszy. Śpiewanie Waite'a należy do najbardziej rozpoznawalnych. Natura obdarzyła go wadą, którą mistrzunio przekuł w zaletę. Chodzi o niezależne od niego akcentowanie spółgłosek "ef" i "es", które dla Waite'a stanowią za oralne linie papilarne. Poza tym, jest on wokalnym właścicielem dwóch obłędnych piosenek The Babys ("I Love How You Love Me" / "Over And Over"), wydanych niegdyś przez nasz Tonpress, a których ilość  odtworzeń w moim dawnym pokoiku na Boninie, to jak rozwinąć metrówkę stąd po Karpaty. -- "Rover's Return" to album dla wielbicieli AOR/rocka w duchu Van Stephensona, Johna Parra czy Meat Loafa okolic "Blind Before I Stop".
- These Times Are Hard For Lovers
- Act Of Love
- Wild One

RIVERSIDE "Id.entity" (2023) -- oto mamy pierwszą tegoroczną nówkę nierdzewkę. I od razu z górnej półki, albowiem najnowsi Riverside świetni. Zarówno muzyka, co też okładka autorstwa Jarka Kubickiego (jakże w duchu Travisa Smitha) - włącznie z ilustracjami w książeczce. W ogóle, cóż za wydanie! Gruby, a wręcz roztyty digibook, do którego dorzucono plakat z powiększoną okładką, w dodatku podpisaną przez wszystkich muzyków. Inteligentne. Proszę, jak się chce, nie trzeba mazać po okładkach. Jestem na tak. Jeśli podpisy, to właśnie w takiej formie. Zawsze serce podchodzi mi do gardła, gdy widzę ludzi podsuwających się do podpisywania, często okazałych edycji... no i co z tego, że nawet najwspanialszym artystom, skoro nawet ci bezlitośnie dla obwolut własnej twórczości, biorą za flamaster i bezrefleksyjnie bazgrzą. Wszyscy po łapskach! -- Riverside nie nagrywają o kwiatkach czy innych roślinkach, ich rock od zawsze z działu intelektualnego, z nierzadko trudnymi do opanowania tytułami oraz niesionymi treściami. Najnowsze "Id.entity" odnosi się do tożsamości, czyli do tego, kim jesteśmy, szczególnie w dobie internetu, korporacji, a co za tym idzie, w czasach utraty cech indywidualnych na rzecz tabelkowego myślenia. To epoka szkoleń, umysłowych treningów oraz dostosowywanie jednostek pod jeden żołądek. I tak mniej więcej dzieje się na tej płycie. Utwór "Big Tech Brother" odczytuję jako ostrzeżenie przed dopadającą nas inwigilacją, która dzięki postępującej technologii ma coraz mocniejsze wobec nas narzędzia. Z kolei "Friend Of Foe?", to jakby smutny efekt takich działań. Proszę zwrócić uwagę na popowe klawisze we "Friend Or Foe?". Lekkie, powiewne, jakże kontrastujące z wcale niesłodką muzyką Mariusza Dudy i jego kompanii. Super płyta. Od razu wiadomo, że nigdy nie przepadnie.
- Friend Or Foe? 
- Big Tech Brother

DAVID CROSBY "For Free" (2021) -- umarł David Crosby. Kilka w Jego temacie myśli wyraziłem niedawno, tak też polecam się kilka kartek wstecz. -- Nieoszacowana strata. Dopiero za czas jakiś tak naprawdę to odczujemy. W chwili, kiedy pustka, głód, cisza, aż wreszcie zatęsknimy za nowymi piosenkami właściciela tak obłędnie pięknego głosu. Ale pozostaną jedynie wspomnienia oraz właśnie 'ten' głos zapisany na dawnych i dawniejszych płytach CSN, CSNY, The Byrds, CPR bądź solowych. -- "For Free" to ostatnie słowo Crosby'ego, z okładką-prezentem od Joan Baez oraz jakże uczuciową produkcją jego syna, Jamesa Raymonda - notabene muzyka wspólnego z Crosbym bandu CPR.
- River Rise - {feat. Michael McDonald}

DAVID CROSBY "Thousand Roads" (1993) -- wspaniała płyta, niestety zbyt słabo sprzedana, jeszcze gorzej wypromowana. Największy sukces przypadł piosence "Hero", wykonanej do spółki z Philem Collinsem. Dlatego N.S. postanowiło nieco ten błąd zatuszować, emitując pełnej krasy balladę autorstwa Marca Cohna (tego od "Walking On Memphis") "Old Soldier", gdzie jej sprawca zagrał na pianinie, zaś na harmonijce stary funfel Crosby'ego z CSN, Graham Nash: "... życie nauczyło cię gorzkich porażek i słodkich zwycięstw...".
- Old Soldier

CROSBY, STILLS & NASH "After The Storm" (1994) -- przepadam za tym albumem, znanym raczej tak sobie, a pochodzącym z epoki grunge'u, z której to zresztą ci legendarni muzycy niczego sobie nie robili. Gorzej było z ich, w tym przypadku 'odczepieńcem' Neilem Youngiem, który przez moment wdał się jednak we 'flanelowe' naparzanie z Pearl Jam'ami. Pozostawmy jednak incydent bez komentarza oraz czynności prokuratorskich. -- Na "After The Storm" supremacja wspaniałego śpiewania, z charakterystycznymi wielogłosami, czystymi jak łza harmoniami oraz country/folk/rockową, nigdy niezłamaną przysięgą.
- Camera
- It Won't Go Away
- In My Life - {The Beatles cover}

CHRISTOPHER CROSS "The Cafe Carlyle Sessions" (2008) -- ten album to spektakl. Ma atmosferę klubową, pomimo iż wytworzoną w studio. Powstał za namową paru osób, w dodatku w okresie, kiedy Cross stracił ochotę na dalsze profesjonalne muzykowanie. Nowe wersje dawnych przebojów brzmią fantastycznie. Kto wie, być może to w ogóle najlepszy jego album. Niekiedy kołacze we mnie takie przekonanie. Nie mogę się nasłuchać tych wszystkich piano/saksofonowych solówek. Coś fantastycznego. Oczywiście tylko gwoli rzetelności dodam, iż głos głównego sprawcy tego czynu, niesie się elegancją smokingu.
- Never Be The Same
- Arthur's Theme

SAXON "Destiny" (1988) -- wielkie nieba, jak ja lubię tę płytę, a i w ogóle na ślepo kocham starych Saxon. Przez cały czas szukam pretekstu, by ich wspólnie z Szanownym Państwem od czasu do czasu posłuchać. Te produkcje dla EMI, być może i na dzisiaj zbytnio wygładzone, ale dla mnie wciąż brzmią aktualnie. Wiem, że obecnie Biff i jego kompania ostro naparzają i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby dzisiaj tych 'rozjuszonych dżentelmenów' dawne płyty zawstydzały. Spokojnie Panie Biff, ja to Pana uwielbiam, i za "Carpe Diem", i "Broken Heroes", i zapewniam, kupię każdą kolejną Pańską płytę. -- Cover Christophera Crossa obłędny, przy okazji uchwycający Saxon w ich ówczesnym najlepszym wydaniu. Za "I Can't Wait Anymore" też dam się pokroić. Za zwrotki, refren oraz gitarowe solo. Szczególnie za wstęp do niego. Gigantycznie dobry pomysł, a jeszcze lepsze wykonanie. Całe "Destiny" to prawdziwa dzida, a i obecnie niezwykle cenne archiwa świata, jakiego już nie ma.
- Ride Like The Wind - {Christopher Cross cover}
- I Can't Wait Anymore

CHRISTOPHER CROSS "Take Me As I Am" (2017) -- ostatnie jak dotąd dokonanie Crossa i od razu wyczuwalna woń dobrej muzyki. Zupełnie tak dobrej, jak choćby albumowy debiut z 1979 roku, do której okładka "Take Me As I Am" puszcza swe oko. Brak znaków upływu czasu. Piosenki równie dobre, co każdy kęs dawnej osobowości. Po nosie dostali ci, którzy ongiś wbili Crossa w szelki. Ten ma się świetnie i ta płyta tego dowodem. Lider "Take Me As I Am" udowadnia, że wciąż tkwią w nim naładowane baterie. Pełna mądrych tekstów i jazz/pop/rockowych piosenek, elegancka płyta, przy której da się nawet urządzić wykwintne plażowe party.
- Take Me As I Am

ROD STEWART "Camouflage" (1984) -- pod koniec naszego spotkania powrót do gitary Jeffa Becka, a jednocześnie okazja, by zajrzeć do kilku dawno nie prezentowanych albumów. I ponownie Rod Stewart, choć tym razem na rok przed "People Get Ready", tego z płyty Jeffa Becka, od czego zaczęło się Nawiedzone Studio. -- "Camouflage" to najmniej uznany (i najsłabiej sprzedany) w klawiszowo-pop/rockowej trylogii album Szkota - znacznie ustępujący jakości wcześniejszemu "Body Wishes" oraz wydanemu w 1986 roku "Every Beat Of My Heart". Stewart trochę przydołował wydojonym z emocji coverem Free "All Right Now". Taki tam z tego po latach zakalec, a raczej wypadły z ładnego obrazka puzzle, który niepotrzebnie zraził do Mistrza przynajmniej kilku jego ówczesnych wielbicieli. A szkoda, gdyż parę innych numerów, jak wczorajsze dwa z Jeffem Beckiem, ujmy nie przynoszą.
- Can We Still Be Friends - {na gitarze Jeff Beck} - {Todd Rundgren cover}
- Bad For You - {na gitarze Jeff Beck}

KATE BUSH "The Red Shoes" (1993) -- gwiazdorsko obsadzone Kaśki 'czerwone pantofelki', z paroma mocarzami w składzie, choćby Eric Clapton, Nigel Kennedy, Michael Kamen, Gary Brooker czy właśnie Jeff Beck. Świetna płyta, taka niejednoznaczna, nie od razu wpadająca w ucho, lecz, gdy połkniemy haczyk, będzie z nami na wieki. Rzecz o tancerce/baletnicy posiadającej ogromny talent, mocno nadużywany przez jej promotora, jednak prowadzący do mistrzostwa. Retorycznie o umieraniu za sztukę wartej umierania. Kto mógł to piękniej zaśpiewać? Do tego niesamowity Jeff Beck, szczególnie powalający w końcówce "You're The One". Muzyka pachnąca kobietą w stroju wieczorowym.
- You're The One - {na gitarze Jeff Beck}

ROACHFORD "Permanent Shade Of Blue" (1994) -- do poduszki ciekawostka. Tym razem nieco inny Jeff Beck. Już nie tak pieszczotliwy i na pewno nie z pierwszego planu, za to nowoczesny i zdecydowanie modern'rockowy, pomimo popowego charakteru tego albumu. Andrew Roachford nie był jeszcze wokalistą Mike & The Mechanics, ale na pewno Mike Rutherford już mu się przyglądał. Wokalnie i instrumentalnie górna półka, sama jednak kompozycja to raczej drugi garnitur. Chyba najmniej efektowna moja dobranocka, ale czego nie zrobi się dla takiego gitarzysty, jakim Jeff Beck.
- Emergency - {na gitarze Jeff Beck}

Do usłyszenia ...




Andrzej Masłowski 
"NAWIEDZONE STUDIO"

w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


niedziela, 22 stycznia 2023

lek na całe zło

Ufam, iż wieść o mojej nominacji do 'osobowości roku' w plebiscycie Głosu Wlkp. rozchodzi się podobnym rytmem, co wypunktowane ubiegłoroczne grzeszki, a i gratulacji nie będzie końca.
Nawiedzone Studio wciąż w dobrej formie. Powinno się nią dzisiejszego wieczoru udowodnić.
Ratujmy muzykę przed rapem i kaskadą farmaceutów. Na dziesięć reklam w tv, osiem to tabletki, różne mniej lub bardziej podejrzane kremy, maści, żele, krople, syropy czy cudotwórcze prochy. Zastanawia mnie, co będzie, gdy już wszystkie ampułki wypróbujemy? Agencje reklamowe popadną w bezrobocie. No bo, gdzie się na ekranach tv podziały te wszystkie proszki do prania, najnowsze volkswageny czy gumy do żucia? Poznikały z ekranu w zamian za środki do wyleczenia od nich uzależnień. Teraz reklamują, jak spokojnie spać, chudnąć, trzymać cholesterol, walczyć z nosowym nieżytem lub usprawnić wacka, by ten mógł do pięciu godzin po zażyciu. I teraz wiem, dlaczego w nieodległej aptece zawsze obleganych jest wszystkich pięć kasowych stanowisk obsługi - z non stop zabieganymi paniami magisterkami.
Jakoś jesienią mój doktor przypisał mi pewną maść. Taką nie z półki, a na specjalne żądanie. I wiedzcie, że w aptekach, tego typu zlecenia, to raj wyśniony. Zamawiasz bratku w ciemno, nie dopytując ceny, wszak tkwisz w poczuciu ufności, że masz do czynienia, z bądź co bądź, hipokratesową przyzwoitością. Niestety to czyste patafiaństwo i już wpadłeś w matnię. Mamy kolejnego naiwniaka - zdają się zacierać na ciebie rączki. Na szczęście Andy nie cielę, więc przed zamówieniem zapytał o szacunkowy koszt? Pani w białym fartuszku wyceniła specyfik na circa pięćdziesiąt złotych. Okay, zaakceptowane, informacja: odbiór w poniedziałek - zamówienie z poprzedzającego go piątku. Kiedy w poweekendowy poniedziałek zgłosiłem się po odbiór, przy okienku była już inna pani, także w nienagannie uprasowanym białym fartuszku. I jak to w aptekach, wszystko kulturalnie, cicho, niemal w atmosferze szeptu, pani tup tup na zaplecze, przynosi okrągłe pudełko, wielkości kremu nivea, z załączoną kartką (opis zawartości plus cena), a całość przeplatana gumką recepturką. Jeszcze się z portfelem nie rozsiadłem, a już padło we mnie milutkim, stosownym do tego typu placówek głosikiem: 'czy jest pan świadomy ceny?' Z dużą dozą pewności odpowiedziałem, że tak, albowiem koleżanka dzisiejszej pani magister w miniony piątek uświadomiła. -- 'Aha, okay, zatem poproszę sto dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt'. Auć! Tego nie przewidziałem. Okazało się, że cena prognozowana na wartość pięćdziesięciu złotych, może być bliska owych stu dwudziestu dziewięciu złotych i dziewięćdziesięciu groszy. Andy za lek podziękował, nie dał się sfrajerzyć, i jak widzicie: przeżył. 

Gram dzisiaj od 22-giej na 98,6 FM Poznań oraz afera.com.pl
Do usłyszenia ...

a.m.


"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

piątek, 20 stycznia 2023

nominacja

Nie bardzo wiem, czy mi wypada, ale co tam, zaryzykuję. Nominację do 'osobowości roku' otrzymałem - z Głosu Wielkopolskiego. O cie pieruna, wszystkiego bym się spodziewał...


nie żyje David Crosby

Odszedł David Crosby. Miał przepiękny głos, ale i nieźle pogmatwany życiorys. Idealny do zekranizowania. Tabloidy zapewne zapamiętają go za szereg grzeszków (wszystkie zresztą odsiedziane lub 'odkaucjowane'), a ja za muzykę. Muszę jednak o te grzeszki zahaczyć, bowiem 'dzięki' nim zbyt szybko się z nami rozstał. -- W latach dziewięćdziesiątych przeszedł (sfinansowany przez Phila Collinsa) przeszczep wątroby, będący wynikiem złego prowadzenia się. Latami nadużywane alkohol i narkotyki zrujnowały Crosby'emu nie tylko wątrobę, co także serce, pozostawiając w 'prezencie' cukrzycę. Tabletki nie wystarczały, Maestro musiał dozować insulinę, a reszta organizmu na agrafkach.
Crosby był też właścicielem niełatwego charakteru, co i niepoprawnym romantykiem. Cechy niezjednujące przyjaciół, choć z szansą na życie wartościowe. Był też zapalonym żeglarzem, dużą część życia spędzając na łodzi, gdzie sporo komponował, jednymi słowy: łapiąc natchnienie wraz z kierunkiem wiatru, pokonując burze, sztormy plus inne przeciwności.
Promując ostatni, wydany w 2021 roku album "For Free" mówił, że jest wdzięczny za każdy dzień, który dostaje. Dzięki temu może tworzyć, a przecież świat potrzebuje muzyki. Przypomina mi się ballada "Old Soldier", autorstwa Marca Cohna (tego od "Walking On Memphis"), którą na płycie "Thousand Roads" (na niej "Hero" z Philem Collinsem) Crosby wraz z udziałem właśnie Cohna (który zagrał na pianinie), a i starego kumpla, Grahama Nasha - grającego na harmonijce, niemal autobiograficznie wyśpiewał: "życie nauczyło cię gorzkich porażek i słodkich zwycięstw". Dużo tych nawiasów, ale czasem tak trzeba.

Chyba nie ma tematów, których by przez sześć dekad działalności Crosby w swoich piosenkach nie omówił - od polityki po miłość. Na dziś może niech jednak coś z ostatniego albumu "For Free". Płyta zaczyna się cudnym numerem "River Rise", będącym przejmującym listem do rodzinnej Kalifornii, a zaśpiewanym do spółki z Michaelem McDonaldem. Niesamowicie mieszają się tutaj słodki głos Crosby'ego wraz z soulowym McDonalda, a do tego ten wszędobylski, smutny fortepian. --
-- Inaczej patrzę na Crosby'ego, niż nakazują leksykony. One zapewne podsuną Szanownym Państwu pierwszych pięć płyt The Byrds, do tego post'Woodstockowe "Déjà Vu" - Crosby'ego, Stillsa, Nasha i Younga. Piękna płyta. A jakże. Uwielbiam. Ale przecież nie tylko ona. Polecam też kilka późniejszych, jak "American Dream" lub nagrane bez Younga "After The Storm". Warto nie patrzeć na daty, a na muzykę. Z tymi datami zawsze mieli problem starsi ode mnie Wawrzynkowicze, i do dzisiaj ich w tym stanie widuję. Nic się nie zmienili. Co po 1973 roku, to szajs. Im bliżej Woodstocku, tym lepiej. A skoro tak, to przecież "After The Storm" też z rocznika woodstockowego - choć tego następnego, już z 1994. Fakt, dymili tam inni, z Red Hotami, Metalliką czy Nine Inch Nails na czele, i jeszcze tym okropieństwem: Porno For Pyros. Dlatego, jak dobrze, że w tym tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym honoru bronili Joe Cocker, na jeden album reaktywowani Traffic, czy właśnie Crosby, Stills & Nash.
Pogram Państwu trochę takiej muzyki. Mniej oczywistej. Odpuścimy "Déja Vu" czy live'owe "4 Way Street". Każdy zna i ma na półce. Miejcie Drodzy moi czuja na najbliższą niedzielę. A przecież nie wyczerpaliśmy jeszcze in memoriam wobec Jeffa Becka. I może na razie na nim oraz Crosbym poprzestańmy. Inni niech się nie spieszą. 

a.m.

 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl

 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"