czwartek, 4 marca 2021

ALICE COOPER "Detroit Stories" (2021)


 

 

 

ALICE COOPER
"Detroit Stories"
(EDEL)

*****

 

 

Urodzony w Detroit Alice Cooper swą najnowszą płytę poświęca miastu, w którym spędził najlepsze lata młodości i wciąż pamięta jego demograficzną potęgę, jak też świetnie funkcjonujące fabryki, m.in. Chevroleta czy Forda, ale przede wszystkim silną przynależność tego regionu Stanów do rock/rock'n'rolla. Zanim Detroit popadło w ruin niełaskę, z dumą mocny przemysł podpierali też rock-artyści, jak Suzi Quatro, Ted Nugent czy Bob Seger, ale pierwszorzędnie prowadziły się także czarne rytmy przynależne wytwórni Motown, jak te w wydaniu potęg The Temptations, The Four Tops czy The Supremes. Należało o tym wspomnieć, gdyż wszystkie te echa wypływają z "Detroit Stories". Alicja zadbał nie tylko o makijaż, melonik oraz przynależną mu od zawsze rock'n'rollową horror-teatralność, ale i dorzucił po szczypcie bluesa czy nawet soulu. Ten ostatni odczyn najlepiej uwidacznia się w kawałku - o tematycznie ograbionej z oszczędności striptizerce - "1000 $ High Heel Shoes" - podrajcowanym organami, dęciakami i trochę retro soul-jazzową murzyńską gitarą, taką jeszcze z czasów nieafroamerykańskich, a do całości soul chórkami legendarnych Sister Sledge. Dziewczyn umownie reprezentujących tu label Motown, choć nagrywających i związanych przecież z Cotillion Records.
Ponownie za realizatorską konsoletą Bob Ezrin. Fakt ten stanął mechanizmem oraz gwarancją pieszczotliwego zadbania o każdy detal. Było nie było, dawne doświadczenia u boku Alicji czy Pink Floyd nie poszły w zapomnienie.

Za albumowy otwieracz posłużyło scoverowanie Velvet Underground w kawałku "Rock & Roll". Z jedną tylko różnicą, otóż z oryginalnego tekstu wypadła stacja radiowa z Nowego Jorku, a w jej miejsce wskoczyła z oczywistego w tym wypadku Detroit. Tutaj także rock miesza się z soulem, czemu ewidentnie przysłużyły się przefajnie wbite w czerń chórki. Po chwili kolejne rockowe wiercenie. Toksycznie samcze, naznaczone punkiem "Go Man Go", uwidaczniające niewymuszoną witalną moc. A potem dochodzi kolejny cover, tym razem na półwyskandowane "Our Love Will Change The World" - z objęć Detroitczyków Outrageous Cherry. Koniecznie do wspólnego stadionowego pośpiewania. Sprawdzimy jego moc, gdy te stadiony otworzą.
Alice Cooper zdominował nowy album własnym śpiewnikiem, ale niekiedy też gustownie zabawił się przeróbkami wybranych ziomków. Oprócz zatem zaciągnięcia na ruszt wspomnianego numeru Outrageous Cherry, sięgnął też po zrytmizowany hałas punk-garażowych MC 5 "Sister Anne" oraz zakończył album całkiem chrapliwym psychodelicznym bluesem Boba Segera "East Side Story". Ale w materii bluesa warto oddać tu prym bezdomnym romantykom, w powolnym, motorycznym i ciężkawym "Drunk And In Love" - przyozdobionym gitarowym graniem Joe Bonamassy, ale i namiętnymi muśnięciami szefa tej płyty o harmonijkę. Poza tym, dużo jednak dynamicznego muzykowania, jak w nabuzowanym rock'n'rollowym metalem "Detroit City 2021", wydanym na jednym z trzech dotąd singli - "Social Debris", zbiorowo wyskandowanym, niekiedy nawet wyrapowanym "I Hate You" czy tryskającym lepiej niż z Fontanny Di Trevi r'n'rollem "Hail Mary". Kolejna słabość Alicji do rapu marginalnie ujawnia się w wyskandowanym "Independence Dave". Ale żadne z tego wkurzające hiphopowanie, gdyby w tym momencie przygniotła nas nuta zwątpienia.
Alicja bawi się wybornie, nieprzerwanie, przez bite pięćdziesiąt minut trwania tej płyty. I, o ile niektóre przesłania można potraktować z oka przymrużeniem, o tyle pełen pasji w zapobieganiu samobójstwom, śpiewno-melodeklamowany song "Hanging On By A Thread (Don't Give Up)", to już sprawa jak najbardziej serio.
W jednej z istoty tego albumu, a jednocześnie złowieszczo nastrojonym "Wonderful World", Alicja trafnie sugeruje: "świat byłby cudowny, gdyby wszyscy byli tacy jak ja". I podobnie pozytywnie odbieram (znowu) gitarowo ożywione "Shut Up And Rock" - z perkusyjnym udziałem Larry'ego Mullena Jr. z U2. Bo i cała ta płyta aż krztusi się, by w końcu wrzasnąć: zamknij się i baw się dobrze.
Jak zawsze kapitalny i nigdy w swym entuzjazmie niegasnący Alice Cooper. Chyba niejeden chciałby mieć jego szklaną kulę. Long live Alice!


A.M.

 

środa, 3 marca 2021

kapuśniak

Za dzieciaka nie znosiłem. Kapucha w zupie, co to jest? - głosem buntownika reagowałem. Ale zmieniło się, ja też się zmieniłem. Dzisiaj kapuśniak może być, a gdy zabiera się za niego moja Mundi, padam do jej stóp. Jej wyczyn przypomina wiosnę w najlepszym wydaniu. Z tym, że te wylewności niech pozostaną między nami, nie chcę, by zadzierała nosa. Dzisiejszy kapuśniak mega power rock'n'roll. Danie dnia, z cyklu: szef kuchni poleca.
Wraz z upływem lat zmiany postępują w guście, myśleniu, ocenie rzeczywistości, lecz te smakowe należą do jakoś szczególnie mnie interesujących. Na ich podstawie łatwiej zaakceptować całą resztę. Nie tylko siwiznę i grubiznę, ale też wchodzenie w obszar muzyki, jakiej się kiedyś nie tykało.
Idąc za głosem przemian, nigdy nie lubiłem krupniku (wyjątkiem ten czterdziestoprocentowy), podobnie jak do teraz nie znoszę bananów, agrestu, a nawet słodkawych, choć i tak zawsze kwaśnych porzeczek, za to od zawsze wielbię szpinak, brukselkę, kalafior i brokuły. Te ostatnie najlepiej w asyście sosu czosnkowego. Z kolei, kalafior z majonezem, brukselkę w tartej bułce i najlepiej zapiekaną w serze, a szpinak to już w każdej postaci. Może być siekany, nie musi. Pamiętam, jak w pewnej nieistniejącej już pizzerii, do której zachodziłem co piątek, właściciel nie mógł pojąć, jak można do podstępnej papryczkowej pizzy domawiać niemałą miseczkę szpinaku na ciepło, na dodatek z ozdobnym pomidorem w czubie dania. Zwyczaj się przyjął, więc po pewnym czasie wystarczyło tylko się przywitać i zarzucić pewniacko niczym do jakiegoś znajomego barmana w amerykańskim filmie: "to, co zwykle" - i działało. Działało do czasu, gdy pewnego dnia, zamiast upragnionej pizzy ze szpinakiem, powitał mnie widok lubianego, a raptem kompletnie zrujnowanego lokalu, który maślił ślepia pod inną działalność.


A.M.

wtorek, 2 marca 2021

STEVIE NICKS "Live In Concert - The 24 Karat Gold Tour" (2021)



 


STEVIE NICKS
"Live In Concert - The 24 Karat Gold Tour"
(BMG)

****

 

 

W czasach koncertowej izolacji cieszy każdy wobec publiczności zapisany na płycie występ. Nawet taki, w którym trochę nas tu i ówdzie wydawcy płytowi pooszukują, bowiem żaden z tego show jednego wieczoru, a jedynie zgrabny miks spośród bogatego na mapie tournee. I tak właśnie mogłyby się też sprawy mieć przy dwupłytowym (a nawet trzy, wszak do 2 CD audio, otrzymujemy jeszcze całość na wizyjnym DVD) "Live In Concert - The 24 Karat Gold Tour" - wydawnictwie firmowanym nazwiskiem wciąż niesamowitej Stevie Nicks. Jednak pomimo ewidentnej w tej kwestii bookletowej dezinformacji, jest to najprawdopodobniej jeden występ, żaden miks spośród wielu dokonanych na tej trasie, a o to snułem obawy przed jego obejrzeniem. Mimo wszystko potępiam edytorski kamuflaż w tej sprawie. Myślę, że tak uznana firma, jak BMG, powinna czuć zobowiązanie, by do proponowanych przez siebie oficjalnych wydawnictw dostarczać niezbędne informacje. Nie po to wydajemy stówę, by poprzez efektowny digipak obcować z wydawnictwem, które pod tym względem rozsiewa atmosferę jakiegoś bootlegu. Ze słów bogato przemawiającej Stevie na szczęście co nieco wynika, nie tylko łatwo domyślny fakt obcowania z jednym pełnowymiarowym występem spośród blisko trzydziestu na trasie "The 24 Karat Gold Tour". Stevie lubi pogadać, nie dusi się z intymnymi opowieściami kryjącymi się pod powiekami zaprezentowanych piosenek, co znacząco wzbogaca sferę lubianej dotąd muzyki. A zatem, it's a trip, it's a journey... - idąc za słownym pociągnięciem gwiazdy tego wieczoru, zwiastującym dobrą zabawę.
Stevie wciąż włada cudownie zabrudzonym, półhisterycznym, a nawet jakby z lekka alkoholowym głosem, od którego nie sposób się uwolnić. I jest w formie. Nie wiem, jak ona to robi, ale śpiewa fantastycznie. Nie czuć upływającego czasu, nie czuć przepaści pomiędzy multiplatynowym albumem "Rumours" (1977) a pełnej dynamitu Stevie na koncertowych deskach cztery dekady później. I jak zawsze babeczka bywa podobnie rozgadana co rozśpiewana. Kipiąca entuzjazmem w czerni dama, wciąż o bujnych włosach i repertuarem spoza namacalnej wyobraźnią stratosfery.

Siedemnaście krótszych bądź dłuższych kawałków, będących wyrazem wspomnień, jak i aktualnego repertuaru. Zarówno spięte jednym potokiem w programie tego koncertu FleetwoodMac'kowe "Rhiannon" i "Landslide" ("... czasem, gdy lawina spraw spadnie na nas ...") czy osadzone we wcześniejszej fazie występu "Gypsy" oraz absolutny klejnot śpiewnika Fleetwoodów, jakim sprzedane w kilkudziesięciomilionowym nakładzie, a tutaj rozciągnięte nawet do niepojętych rozmiarów "Gold Dust Woman". Jednak o wiele mocniej obciążoną szalą ta z wyciągiem solowego repertuaru Stevie, gdzie m.in. doskonałe wersje klasycznych "If Anyone Falls", a jednocześnie arcyprzebojowych "Stand Back" oraz pokaźnie tu wydłużone, a w rzeczy samej zbudowane na charakterystycznym zapętlonym gitarowym akordzie "Edge Of Seventeen" (mieli z czego podbierać Survivor do "Eye Of The Tiger"), co też wbitych w jeden ogródek, a instynktownie nastrojem scalonych "Wild Heart" z "Bella Donną", czy całkiem sympatycznie jawiącego się wielkiego przeboju 1981 roku, czym "Stop Draggin' My Heart Around" - w epoce wykonywane z Tomem Pettym, a obecnie z zespołowym kompanem, dośpiewującym gitarzystą Waddym Wachtelem. Nie zabraknie też nowszych piosenek, które najpiękniej reprezentują namiętne ballady, jak rozwlekła, delikatna i fortepianowa "Moonlight (A Vampire's Dream)" czy pełna niebanalnych westchnień "If You Were My Love".
Pełen magii wieczór, który warto było w zależności od niesionego rytmu wystać lub wytańczyć. Dorzucę korzystając z okazji, Stevie to także jeden z ważnych punktów na mojej mapie pożądanych koncertowych atrakcji. Kto wie, może kiedyś się ziści. 

A.M.


TINDERSTICKS "Distractions" (2021)






TINDERSTICKS

"Distractions"
(LUCKY DOG)

***2/3





Słuchając kolejnej posępnej, a jednocześnie najnowszej płyty Tindersticks, niepierwszy już raz naszła mnie kłopocząca ciekawość, jakim to pod koniec lat siedemdziesiątych musiał być punkrockowcem Stuart Staples. Bo i też każdy uważny odbiorca zauważy jego ciągoty ku tamtej estetyce także na wciąż jeszcze gorącym "Distractions". Nawet, jeśli na kanwie doprawionej tu krajobrazami ambient twórczości nie znajdziemy oczywistych skandów dawnej anarchii.
Staples to artysta myślący wizualnie, działający trochę instynktownie, ale też poszukujący przygód, pomimo iż nigdy na siłę. To one przychodzą do niego, on zaś jest zdania, iż w jego repertuarze piosenki tworzą się same, nigdy odwrotnie. Staples jest także muzykiem niezwykle skoncentrowanym, pracującym z dala od chaosu, w atmosferze skupienia dającej mu zrozumienie własnych myśli. I tak mnie przy okazji nachodzi, szkoda, iż wydane w skromnej rozkładanej tekturce CD nie zawiera pomocy naukowych, w postaci wydrukowanych tekstów. Sprawa wydałaby się przydatna szczególnie w momentach, kiedy Staples pomrukuje zrozumiale już tylko względem samego siebie.
"Distractions" to zestaw siedmiu różnokształtnych kompozycji, choć niemal kolektywnie nawigowanych na tym samym morzu muzyki.

Pierwsze dwa utwory na pewno nie dla każdego. Nawet dla dotychczasowych zadeklarowanych sympatyków talentu Staplesa. Sprawa dotyczy 11-minutowego "Man Alone (Can't Stop The Fadin')" - rzecz z perkusyjnym automatem, monolitycznym basem, z przemiennym śpiewem oraz melorecytacją, gdzie pod koniec jest już niezwykle psychodelicznie. Podobnie sprawy mają się w o połowę krótszym "I Imagine You", osadzonym na eterycznym podkładzie, niekiedy dźwiękowych plamach, na których tle Staples jakby od niechcenia melorecytuje (podobnie, jak w finałowym półtasiemcu "The Bough Bends" - tu nawet mamy ciężkie, choć trochę wytłumione, duszne gitary). A wszystko wydaje się jeszcze posępniejsze, jeszcze dotkliwiej minorowe, niż nawet z pozoru malownicze fiordy zmrożonej Norwegii. I spod takiego krajobrazu wzbija się również fortepianowe, francuskojęzyczne, a już na pewno żałobne "Tue-Moi" ("zabij mnie").
Trochę innego kolorytu dostarczają aż trzy niepodtrzymywane kompozytorską sztalugą Staplesa covery. NeilYoung'owskie "A Man Needs A Maid" - jakby spod gazów pijanej twórczości Toma Waitsa, acz z mrokiem ostatnich dokonań Nicka Cave'a. Z kolei, "You'll Have To Scream Louder" niekiedy zdecydowanie punkujących Television Personalities, wydaje się już tylko o połowę mniej hałaśliwe wobec oryginału. Najciekawiej z owej trylogii wypadła przeróbka "Lady With The Braid" - amerykańskiej śpiewającej poetki, a prywatnie żony słynnego pianisty Andre Previna, zmarłej niemal dekadę temu Dory Previn. Z uroczo w pierwowzorze płynącej ballady, Staples wydobył najmroczniejsze instynkty. Wyszło całkiem zgrabne alternative, które zdecydowanie skierowałbym pod nocne strzechy ambitniejszych radiowych pasm fm. Bo i też będzie z tego na przyszłość niezłe o albumie wspomnień echo, gdy przypadkiem natrafimy na okładkę tej właśnie płyty podczas przeprowadzanych reminiscencji.
Fanów twórczości Stuarta Staplesa nie trzeba zachęcać, ani zniechęcać, oni i tak zadbają, by ta płyta zagrzała miejsce na ich półce z muzycznymi zdobyczami, jednak nowowstępujących do armii Tindersticks przestrzegam, iż to twórczość niełatwa, wymagająca zaangażowania, co w chaotycznej rzeczywistości wydaje się nie lada wyzwaniem.


A.M.


PASSENGER "Songs For The Drunk And Broken Hearted" (2021)

 


 

 

 

PASSENGER
"Songs For The Drunk And Broken Hearted"
(BLACK CROW RECORDS)

****

 


Pod nazwą Passenger skrywa się nieco sentymentalny 37-latek Michael David Rosenberg. Ten angielski wokalista, gitarzysta oraz kompozytor, pomimo iż tworzy na gruncie indie, od dawna odnosi niemałe sukcesy komercyjne, a jego najnowszy i trochę znamionujący smutek album, o wiele mówiącym tytule "Piosenki Dla Pijanych i Ze Złamanym Sercem", zapewne chętnie przygarną zbolałe dusze, a może i nawet sercowi lodołamacze. Bo i piosenki z tego 36-minutowego albumu są dokładnie tak melancholijne, jak ten okładkowy klaun, który alkoholem dopija smutki, choć zza pleców jego wymiętolonej koszuli wyłaniają się wesołe kolorowe baloniki. Czyżby kolejny przedstawiciel korporacyjnego świata, na co dzień grający wobec swej klienteli szczęśliwego błazna, a który nie bardzo potrafi poukładać własne sprawy? Może zatem na odtrutkę wystarczy ta właśnie muzyka.
W delikatnych piosenkach z "Songs For ..." nie brak zamyślonej liryki, jak również niesionego subtelnym głosem, acz w sumie ponurego śpiewu. Ewidentnie zadaniem tej płyty jest rzucenie słuchacza na kolana smutku. Tym samym pojawiło się coś, przy czym każdemu z nas wolno się trochę powzruszać. Ciepłe, nieciężkie, lekkie w warstwie melodycznej granie, doprawione stylistyczną folk-balladą, na której czar pracują gitara akustyczna, fortepian, smyczki, a niekiedy nawet melotron, trąbka czy szlachetne wobec rocka Hammondy. Tak, rocka, bowiem to jednak muzyka z tej właśnie dziedziny, pomimo iż nie ma tu rozwalania sprzęgniętych gitar czy innych scenicznych fajerwerków. Natomiast w miejsce tego typu atrakcji, sentymentalny Rosenberg zadbał, aby okładki do płytowych nośników fizycznych powstały ze zrecyklingowanych surowców, a każdy sprzedany taki egzemplarz zaowocował jednym posadzonym drzewem - w ramach uzupełniania flory drzewnej, która od ludzkości każdego dnia nieźle obrywa po nosie.

I jeszcze ciekawostka dla tych, których zaintryguje, co też skrywa dwupłytowa wersja limitowana. Otóż, dodatkowy dysk zawiera dokładnie te same piosenki, tyle, że podane w jeszcze oszczędniejszych, akustycznych wersjach, do tego zainstalowane w odwrotnej kolejności w stosunku do podstawowego albumu. Takie jego lustrzane odbicie, a więc tym razem słuchamy od końca do początku.
Ten szczerze urzekający, a i dobrze wypoziomowany album, mimo wszystko zawiera jednak kilka wyróżniających się piosenek - jak wzbogacone smykami oraz trąbką skrzydłówką, a przede wszystkim chwytające za mięsień sercowy "Sandstorm", bądź opatrzony w swym tytule bolącym i zdruzgotanym sercem song "Nothing Aches Like A Broken Heart", który jednocześnie dostarcza przychylne mym uszom zaoceaniczne country gitarowe brzmienia. Poza tym, nie uwierzę, że nie zadumacie się u boku "Sword From The Sun", "Tip Of My Tongue" bądź "The Way That I Love You". Przy czym pamiętajmy, muzyka tylko niekiedy bywa rejestracją rzeczywistości, a więc głowa do góry!

P.S. Na rewersie okładki wydrukowane 2020, ponieważ okładki zostały przygotowane przed kilkoma miesiącami. Wydawca planował dużo wcześniejszą premierę tego albumu, który ostatecznie trafił do handlu 8 stycznia obowiązującego właśnie roku, a w Polsce jeszcze tydzień później.


A.M.


poniedziałek, 1 marca 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 28 lutego na 1 marca 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 28 lutego na 1 marca 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Na samą myśl o marcu poczułem lekkość, i myślę, że wczoraj (no i dzisiaj też przecież) było to słychać. Świetne samopoczucie zaowocowało jeszcze lepszą muzyką, więc chyba nie straciliśmy czasu.
Gorące albumy Alice'a Coopera, Dona Aireya, Joela Hoekstry oraz świetnego duetu Smith & Burrows, były osią naszego kolejnego niedzielo-poniedziałkowego spotkania. I choć nowości na nawiedzonym blacie było dużo więcej, celowo przysknerzyłem, by nas nie zdominowały. Wszak moja odwieczna maksyma: "nie wszystko, co nowe, złotem świeci", wciąż aktualna.
Rok nam się porządnie rozkręcił. Tych nowych płyt jest bardzo dużo. Strasznie dużo. Za dużo. Wszyscy zalockdownowani, nikt nie gra koncertów, więc powstają albumy. A przecież nie może być tak, że będziemy słuchać tylko nowości, zapominając o dobrach dawno, bądź jeszcze dawniej dokonanych. W tym naszym pospiesznym świecie wielu radiowych prezenterów, walcząc o prymat, prześciga się jeden z drugim, i nic, tylko nowości i nowości. Każdy chce być tym pierwszym, najlepszym, a najlepszym przecież, kiedy najszybszym. Taką politykę uskutecznia obecnie wielu uznanych radiowców, często zagubionych, wciąż zachłannych na sławę, kompletnie zapominając o muzyce, o sztuce, o pięknie tej całej zabawy. Dlatego u mnie nigdy do tego nie dojdzie. Wczorajsze Nawiedzone też mogło przez bite cztery godziny podążać pod dyktando najgorętszych albumów, bo tyle ich się w 2021 już nazbierało, ale nie, nie, i raz jeszcze nie. Przez takie nieopamiętanie nie byłoby miejsca na Andreasa Vollenweidera, Jean-Michel Jarre'a czy ideologicznych, acz w sumie popowych Latin Quarter. Nie mógłbym przywołać nut wspomnień 25-letniej wytwórni Frontiers czy również zaserwować trzech bombowych numerów z killerowego albumu wokalisty Axe, Bobby'ego Bartha. A przecież jeszcze polski kącik "Szanujmy wspomnienia, czyli cudze chwalicie swego nie znacie", w którym dawna funk-jazzująca Ewa Bem czy Grażyna Łobaszewska - notabene w świetnym kawałku "Lubię Smutek Pustych Plaż". Grażynę Łobaszewską zobaczyłem pierwszy raz i zapamiętałem na resztą życia. Opole 77, oglądałem jej krótki występ na żywo, i już jako dwunastolatek pomyślałem, kurcze, ciekawa wokalistka. Trudna, nieoczywista, nie żadna putu putu, ups ups, a z głosem i z taką twarzą, która także muzycznie się wyraża. Dopiero po latach odkryłem Ergo Band, które tak naprawdę wykluło się już w okresie wspomnianego Opola, no ale byłem zbyt młodym człowiekiem, by tak od początku wszystko skrupulatnie prześledzić. Poza tym, w tym tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym siódmym bardziej jednak byłem pod wrażeniem Ireny Jarockiej i Anny Jantar. Obie były takie pozytywne, lekkie, powiewne, a przecież także śpiewały o sprawach ważnych, choć prostszym, bardziej komunikatywnym językiem. Natomiast Łobaszewska miała taki zadzior i pewien brud w głosie, który załapałem na nieco późniejszym etapie melomańskiego żywota. Podobnie było z Ewą Bem, której jako dzieciak nie znosiłem. Ale to też ewoluowało. Gdy tylko przeszedłem przez tych wszystkich chrypiących, zakurzonych, opijaczonych w głosie wokalistów, z Joe Cockerem, Bonnie Tyler i Rodem Stewartem na czele, wtedy wreszcie pojąłem Ewę Bem. Fajną babkę, oryginalną artystkę, no ale co ja będę Państwu pisać, sami wiecie.
Tak trochę abstrahując od Nawiedzonego Studio, słyszeliście Kochani, że Lana Lane jest w ciąży z nowym albumem? Na razie to tylko embrion, ale pod koniec roku będzie mieć swoją okładkę i więcej braciszków na trackliście. Cieszę się, już teraz podkopuję ze zniecierpliwienia sąsiadujący strop. Ostatnia płyta Lany ukazała się w 2012 roku, i tak się na dobitkę złożyło, że przed kilkoma tygodniami na moim fm poszedł z niej jeden kawałek. Ma się nosa. Właśnie robię przejażdżkę po jej wszystkich albumach, co zapewne zaowocuje czymś w najbliższą niedzielę.
Reasumując, myślę kolejne udane Nawiedzone. Ponownie nieskromnie wyrażam zadowolenie, a co jeszcze na plus, wczoraj żadnych systemowych w komputerze niespodzianek. Jedynie tylko musiałem podbić kaloryfer. U nas w radio widać tylko ja taki zmarzluch, innym wystarcza kurek skręcony na zero. No cóż, ja dla przekory zawsze kręcę do oporu skali ciepła. Taka konstrukcja - ciepłolubny. Jedynie zimna Pepsi. O tak. Wczoraj o smaku mango. Świetna, a marudzą, że ble.
Wypatrujmy cieplejszych dni. A tymczasem, do usłyszenia, pa pa ...


JOEL HOEKSTRA'S 13 "Running Games" (2021)
- I'm Gonna Lose It
- Hard To Say Goodbye



WHITESNAKE "The Purple Album" (2015)
- Lady Double Dealer - {gitarowe solo JOEL HOEKSTRA}



ON THE RISE "Dream Zone" (2009)
- Dream Zone



ALICE COOPER "Detroit Stories" (2021)
- Rock & Roll - {The Velvet Underground cover}
- Go Man Go (album version)
- Our Love Will Change The World - {Outrageous Cherry cover}
- 1000 $ High Heel Shoes



BLACK SABBATH "Technical Ecstasy" (1976)
- It's Alright - {śpiew BILL WARD}



JOHN DIVA AND THE ROCKETS OF LOVE "American Amadeus" (2021)
- American Amadeus
- Champagne On Mars



DON AIREY AND FRIENDS "Live In Hamburg" (2021)
- Still Got The Blues - {Gary Moore cover}



EWA BEM / BEMIBEK / BEMIBEM "Złota Kolekcja - Gram O Wszystko / Podaruj Mi Trochę Słońca" (2008) - kompilacja
- Nie Bójmy Się Wiosny - {oryginalnie na LP Bemibem "Bemowe Frazy", 1974}
- Podaruj Mi Trochę Słońca - {oryginalnie na LP Bemibem "Bemowe Frazy", 1974}
- Gajor Dziuni - {Bemibek, 1978 Polskie Radio}



LATIN QUARTER "Modern Times" (1986)
- Radio Africa
- Cora
- Thin White Duke



SMITH & BURROWS "Only Smith & Burrows Is Good Enough" (2021)
- All The Best Moves
- Buccaneer Rum Jum



PASSENGER "Songs For The Drunk And Brokenn Hearted" (2021)
- The Way That I Love You
- Nothing Aches Like A Broken Heart



GRAŻYNA ŁOBASZEWSKA "Złota Kolekcja - Czas Nas Uczy Pogody" (2000) - kompilacja
- Lubię Smutek Pustych Plaż - {1978 Polskie Radio}



ANDREAS VOLLENWEIDER "White Winds" (1984)
- The Glass Hall (Choose The Crystal)
a) The Play Of The Five Balls
b) The Five Planets
c) Canopy Choir



ANDREAS VOLLENWEIDER "Down To The Moon" (1986)
- Down To The Moon
- Moon Dance



JEAN MICHEL JARRE "Chronologie" (1993)
- Chronologie part 2
- Chronologie part 4



3.2 "Third Impression" (2021)
- What Side You're On



BOBBY BARTH "Two Hearts - One Beat" (1986)
- Don't Come To Me - {Eddie Schwartz cover}
- Stop (In The Name Of Love) - {The Supremes cover}
- I Don't Want To Be Alone Tonight



STEVIE NICKS "Live In Concert - The 24 Karat Gold Tour" (2021)
- Stop Draggin' My Heart Around



DEEP PURPLE "Slaves And Masters" (1990)
- Love Conquers All

 


 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 



niedziela, 28 lutego 2021

o 22-giej polecam się na moim fm

Trzy teksty jednego dnia nie zdarzają się często. Ale dzisiaj, na zakończenie lutego, w oczekiwaniu na marzec, na pomału pachnący wiosną marzec, czemu by nie. Nieważne, że dzisiaj zimno, szaro, posępnie, ale nadzieje za sprawą ostatnich kilku cudownie ciepłych dni rozbudzone.
Dziś niedziela, a więc dzień radiowy. Jestem pełen optymizmu, że posłuchamy wspólnie muzyki przeze mnie zaproponowanej - o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl - i że będzie to spotkanie "live". Bo tylko ono ma sens. Nagrywanie moich audycji i odtwarzanie za białego dnia to coś, co smakuje niczym zakrapiany w ogródku wieczoro-nocny grill na z założenia lekkie śniadanie. Nie róbcie tego proszę. Nie róbcie przenigdy. Zgaga murowana. Jeden raz w tygodniu, na te niewinne cztery godziny każdy może się zebrać. Czymże te cztery godzinki w ramach ogarniającego nas wszechświata. A rock'n'roll nie przyjmuje tanich wytłumaczeń. Śpiewek zgredów szukających wymówek, a przede wszystkim przecinania na skróty drogi łatwizn.
Przygotowałem materiału na dziesięć, dwanaście, może nawet piętnaście godzin, z czego większość i tak przyjdzie wyciąć. A myślałem i zapisywałem do radiowego zeszytu każdy rodzący pomysł kończącego tygodnia, i myślę, że uzbierało się całkiem całkiem. Bo tak się składa, że o Nawiedzonym Studio myślę, żyję nim i nigdy nie chodzę na wagary - ale o tym przecież od dawna dobrze wiecie. I podobną parabolą lotu myślę również o takich Słuchaczach. Bo na takich zależy mi przede wszystkim. A nie zależy na niesłuchaczach. Nigdy nie zależało. Ani trochę. Nie uczestniczą w moim życiu, a ja nie uczestniczę w ich - nawet jeśli czasem przy jednej czy drugiej okoliczności szklanice przechylimy. Dawno wyrosłem z tych wszystkich nieuczestniczących, omijających moje wartości, pasje, sensy życia, wreszcie - miłości. 

Do usłyszenia ....


A.M.