wtorek, 31 stycznia 2017

nie żyje JOHN WETTON (12.VI.1949 - 31.I.2017)

Wtorek 31 stycznia, okolice południa, otrzymuję wiadomość o śmierci Johna Wettona, lecz nigdzie w internecie nie znajduję potwierdzenia. Niestety wkrótce niemal lawinowo zapycha się moja sms-owa skrzynka, a i na Facebooku cała masa udostępnień z pojawiających się publikacji. To prawda. Kolejny cios dla fanów muzyki, i kolejne bolesne pożegnanie.
Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po Geoffie Nichollsie, a tu opuszcza mnie (nas) jeden z najcudowniejszych ludzi rocka. Uroczy człowiek, wielka osobowość, a przy tym doskonały basista i wokalista. Z mojego absolutnego topu wielbionych głosów.
Gdyby mi przyszło nakreślić top 10 najlepszych wokalistów wszech czasów, bez wątpienia John Wetton znajdowałby w nim zaszczytne wysokie miejsce. Kto wie, być może pierwsze. Choć to samo zapewne powiedziałem po niedawnej śmierci Grega Lake'a - innego wielkiego śpiewającego basisty.
Odpuszczę czcze frazesy, że wszyscy nas opuszczają, itd... Sam już tego słuchać nie potrafię. Szczególnie złoszczą mnie spostrzeżenia, w rodzaju: "to normalne, musisz się Andrzej przyzwyczaić, że coraz częściej będą cię opuszczać twoi ulubieńcy". Do niczego nie muszę się przyzwyczajać i na nic godzić. Ciągle żywię nadzieję na długie zdrowie dla mych ulubieńców, nie myśląc ni trochę o pożegnaniach. Bo, czy 67 lat jest wystarczającym wiekiem do umierania? No proszę tylko pomyśleć. Tym bardziej, iż podobno żyjemy w dobie wydłużania się średniej życia.
David Bowie, Glenn Frey, Lemmy, George Michael, Rick Parfitt, Greg Lake, Keith Emerson - to tylko kilku muzyków, których straciliśmy w niewielkim odstępie czasu. A jeszcze nie tak dawno temu ich wszystkich razem mieliśmy. Niektórzy chorowali, ale zawsze była nadzieja, inni tryskali zdrowiem, lecz los przeciął nić życia w jednej chwili.
tak jawi się dzisiejszy FB profil Asii
John Wetton chorował, o czym wiedzieliśmy wszyscy, ale nikt nie wierzył w najgorsze. Niestety ten nietuzinkowy Artysta, obdarzony mocnym i ciepłym głosem, nie zdołał pokonać raka jelita grubego. Kolejnego paskudztwa, na którego moc nie wynaleziono złotego środka.
Niedawno John Wetton odwiedził nasz kraj, wraz z kolegami z legendarnej grupy UK. Podobno wypadli pięknie, choć jemu samemu niełatwo ponoć przychodziło tryskanie sceniczną radością. Ale tryskał, bo to cały John Wetton. Pozytywny, dobroduszny, miły, ciepły człowiek. I taki też Artysta.
Na szczęście mnie też udało się posłuchać Johna Wettona na żywo. Dokładnie 12 maja 1998 roku w bydgoskiej Filharmonii. W moim pamiątkowym koncertowym klaserze zapisałem: "Byłem ponownie w Bydgoszczy, w tej samej Filharmonii Pomorskiej, co w ubiegłym roku na Porcupine Tree. John Wetton trochę przytył, ale głosu nie stracił, choć ten dopiero był klarowny w drugiej części koncertu. Zaśpiewał niemal wszystko. Utwory z repertuaru Asia, King Crimson, UK, a także solowe. Dobił wszystkich pełną wersją "Starless" - z repertuaru King Crimson". Niewiele zanotowałem, ale wystarczająco, by sobie sporo przypomnieć. Pozostałą resztę musiały zachować w pamięci szare komórki. A te właśnie przypomniały o drżącym i chwiejącym głosie na samym początku występu, jak też wzruszenie Wettona, gdy szybko dostrzegł, ile On i jego muzyka dla nas znaczą. Był taki moment, gdy wyczuwało się, że Gwieździe tamtego wieczoru puściła łezka. Nam zgromadzonym, także.
Po występie Maestro rozdawał autografy, Odważyłem się i poprosiłem na koncertowym bilecie także dla siebie. Proszę spojrzeć, jak zręcznie się podpisał. Ile trzeba było mieć w sobie dobrego taktu, szacunku dla własnej osoby i wrażliwości, by w najlepszym miejscu tego niewielkiego blankietu znaleźć idealne miejsce do złożenia autografu.
Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałem Jego głos. Ale musiało to być w okolicach 1978-79 roku, ponieważ gdy wpadła w moje ręce świeżutka niegdyś "Danger Money" (1979), znałem już TEN GŁOS, a samo nazwisko traktowałem na zasadzie "stary dobry znajomy".
Jak na umysł czternastolatka muzyka z "Danger Money" wydawała mi się nieco trudna, skomplikowana, lecz "Rendezvous 6:02" pokochałem od ręki. Cały album doceniłem troszkę później, gdzieś w okolicach debiutu Asii, a więc roku 1982. Z kolei "jedynką" pop/progresywnej Asii zachwycałem się po niebiosa. Płyta od razu okazała się kolejną życiówką. Ta miłość przetrwała do teraz. Myślę, że gdyby ilość jej emisji na moim gramofonie mogła wydawać certyfikaty, to zyskałaby Status wielokrotnej Platyny. Zresztą, tylko w samych Stanach Zjednoczonych kupiło ten album ponad cztery miliony posiadaczy dobrego gustu, a więc tym samym już choćby tylko za Wielką Wodą czterokrotna Platyna.
Kolejne płyty Asii: "Alpha" i "Astra", podobały mi się nieco mniej. Z tym, że "Alphie" niewiele brakowało do potęgi debiutu. Bardzo ucieszyła mnie reaktywacja zespołu z Wettonem w 2008 r., choć Johna Payne'a zdołałem już szczerze polubić. Byłem także niegdyś na jego koncercie, a konkretnie Asii, gdy to On przewodniczył wokalnie w tej pięknej grupie.
Znacie Drodzy Państwo płytę "XXX"? Jeśli nie, to nadróbcie to szybko, dopóki płyta osiągalna. Zakupcie koniecznie bogatszą limitowaną wersję. Zdajcie się na mnie, nie na ratingi internetowego bezguścia. Tamci ludzie, którym ta płyta za nic nie wchodzi, mają najzwyczajniej problem ze sobą, bądź Bozinka odpuściła im dobrego smaku.
John Wetton współpracował na tak wielu gruntach, że nie sposób policzyć. Największe uznanie zdobył dzięki King Crimson, Asia czy UK, ale proszę nie zapominać o znaczących epizodach na troszkę mniej popularnych albumach grup Uriah Heep ("Return To Fantasy" i "High And Mighty") oraz Wishbone Ash ("Number The Brave"). Jak też uznanych formacji: Family czy Roxy Music, bądź zupełnie u nas nieznanych Mogul Thrash (ich jedyny LP z 1971 świetny - przed laty prezentowany w Nawiedzonym). Można tak jeszcze sporo wyliczać.
Nasz bohater również popracował ambitnie nad piosenkami podpisanymi własnym nazwiskiem. Polecam gorąco przynajmniej kilka uroczych płyt, jak moja ulubiona "Battle Lines" czy równie udane: "Rock Of Faith" oraz "Arkangel". To samo należy dostrzec w krótkotrwałym projekcie z zespołowym kolegą z Asii, Geoffem Downesem - jako Wetton/Downes. Wszystkie trzy studyjne płyty wspaniałe.
Wetton na wybranych CD


O czym powyżej - lubię, uwielbiam, kocham.
Pod koniec lutego ukaże się podwójny CD wraz z DVD Asii. Z nieodległego koncertu w Bułgarii. Będzie to pierwsze tego typu wydawnictwo po nie tak dawnych roszadach składu, w których Steve'a Howe'a zastąpił ambitny młodzieniec Sam Coulson.
To będą ostatnie chwile z Johnem Wettonem. Rzecz do posłuchania i obejrzenia. Proszę nie przeoczyć. Więcej okazji nie będzie.
John Wetton zrobił tak wiele dla muzyki, i tyle dla mnie. Gdyby ktoś zapytał, ile Artysta musiał liczyć wiosen, odparłbym: sto pięćdziesiąt. A On z całym dorobkiem pomieścił się w ledwie sześćdziesięciu siedmiu. Tylko piętnastu ponad to, co życiu ukradłem ja sam.
Siedzę, słucham "Battle Lines", i ryczę. Jak jakaś mazgaja. I wcale mi nie wstyd. Bo jest za kogo łzy przelewać.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






nie żyje JOHN WETTON





Drodzy Państwo, właśnie się dowiaduję o śmierci Johna Wettona. Jestem wstrząśnięty i poruszony. Napiszę kilka słów późnym wieczorem....






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


SMOKIE - "Greatest Hits" - (1977 / reedycja 2017) -








SMOKIE
"Greatest Hits"


(SONY MUSIC)

- oryginalna wersja *****
- kompaktowa reedycja Sony Music zakrawa o kryminał 




Jedna z najważniejszych płyt mego życia, o ile nie najważniejsza. Od niej jako 13-latek rozpocząłem kupowanie zachodnich albumów i poznawanie muzyki spoza rodzimego podwórka. A że Smokie okazali się przy okazji moją pierwszą miłością, chyba dodawać nie muszę.
W epoce za marzenie czyniła świeżutka "Bright Lights & Back Alleys", lecz niestety nie starczyło na nią funduszy, pomimo dwóch tygodni tyrania przy zbieraniu truskawek. Zadowoliłem się więc wydaną w tym samym czasie 10-utworową kompilacją "Greatest Hits" - podsumowującą pierwszy i najlepszy okres grupy - za lata 1975-77. Do tej pory nigdy tego tytułu nie wznowiono na CD. Z początkiem 2017 roku, a więc w zasadzie po bitych 40 latach wreszcie trafia w ręce współczesnych kolekcjonerów płyt. Specjalnie podkreśliłem "kolekcjonerów", albowiem wszystkie zawarte tu piosenki od dawna można posiąść na regularnych i dostępnych katalogowych albumach, bądź przeróżnych kompilacjach. Mowa więc o takim kompakcie do kolekcji. Dla okładki, dla wspomnień, po prostu na półkę.
Na początku 2016 roku Sony Music dokonała reedycji schyłkowych dzieł Smokie - z okresu wokalnego panowania Chrisa Normana (od "The Other Side Of The Road" po "Midnight Delight"), by w drugiej części tego samego roku wznowić pozostałe, tj. wszystkie wcześniejsze - czytaj: najlepsze (od "Pass It Around" aż po "The Montreux Album"). Teraz koncern Sony Music zabrał się za składanki, a więc za omawianą "Greatest Hits" oraz późniejszą fajną, lecz dużo mniej istotną dla sprawy "Greatest Hits II". Przy czym należy dodać, iż "Greatest Hits" ukazało się w ramach reedycji już w roku ubiegłym, lecz tylko w formie podwójnego kolorowego winylu. Również z dodatkowymi utworami. I w tym problem. Zamiast się cieszyć, odczuwam spore rozczarowanie. Bo niby to ta sama składanka, zgadza się okładka, czcionka, zdjęcia..., a jednak wydawca poupychał więcej dodatków, niż stanowi skromny lecz absolutnie doskonały i wystarczający set podstawowy. Nie było by w tych bonusach nawet niczego niestosownego, gdyby nie fakt dokonania totalnego mysz maszu. Owszem, otrzymujemy "tych" dziesięć piosenek, lecz tylko pierwsze trzy stanowią za zgodną kolejność z oryginałem, później następuje chaos i bałagan w jednym. Istny skandal. Sprofanowanie wspaniałej niegdyś kompilacji, o której od dawna marzyłem, a teraz by jej posłuchać w oryginalnym kształcie muszę chwycić za pilota i zaprogramować, co należy.
"Greatest Hits" z 10 nagrań urosło do 22, a pomiędzy wpleciono inne kawałki, na szczęście z Chrisem Normanem. W tym także kompozycje znane z okresu wokalnego panowania Alana Bartona, choć uwaga!!! - tutaj we wcześniejszych wersjach, zaśpiewanych jeszcze przez Chrisa Normana w roku 1982, a więc w absolutnie schyłkowym czasie dla jego losów w Smokie. Co można uznać za swego rodzaju smaczek i dorzucić in plus. Tylko z lekka ratując omawiane wydawnictwo przed całkowitą kompromitacją. A skoro wspomniałem już Alana Bartona... cóż, był to dużo lepszy wokalista od obecnego wydzierusa Mike'a Crafta, który stanowi za kompletne nieporozumienie. Craft ma głos podobny do prujących się gaci. Niestety wspomniany Barton zbyt długo sobie nie pośpiewał, ginąc w wieku ledwie 42 lat w samochodowym wypadku.
Pomimo mrugnięcia oczkiem w stronę łowców unikatów nadal uparcie sprzeciwiam się wszczepieniu do pierwszej oficjalnej zespołowej kompilacji nawet rarytasowych wersji piosenek, jak: "Looking Daggers", "Rock Away Your Teardrops" czy "Hearts Need Company". Można było bez problemu znaleźć dla nich miejsce na wielu wcześniejszych płytach.
Skoro mowa o ciekawostkach, być może komuś spodobają się wokalne możliwości basisty Terry'ego Uttleya (jedynego oryginalnego muzyka współczesnych Smokie), który rolę głównego śpiewaka pełnił w przeciętnych "Number On My Wall" (oryginalnie na LP "Midnight Delight") oraz "I'm In Love With You" (LP "Solid Ground"). Z tym, że żadne to unikaty. Znają je wszyscy posiadacze wspomnianych albumów.
Nie znajduję słów rozgoryczenia. Na usta ciśnie się tylko jedno słowo - głupota. Do tej pory opublikowano tuziny przeróżnych zestawów przebojów, do których wszystkie dodatkowe piosenki tego zbioru pasowałyby idealnie. Wystarczy choćby wspomnieć o niedawnej dwupłytowej "Gold 1975-2015" - z racji 40-lecia grupy. Widać wytwórnia jest małej wiary względem zespołowych fanów, wątpiąc czy ci zakupiliby "Greatest Hits" w oryginalnym skromnym formacie 10-utworowym. Moim zdaniem na pewno o wiele chętniej, zamiast tego sztucznie nadmuchanego balonu. Płyta całkowicie straciła z dawnego uroku. Jakże pięknie słuchało się klimatycznie zestawionych piosenek, począwszy od: "Lay Back In The Arms Of Someone", z tuż po niej "Something's Been Making Me Blue", poprzez "If You Think You Know How To Love Me", "I'll Meet You At Midnight", "Living Next Door To Alice", aż po cudowny finałowy "Wild Wild Angels". Jakim to trzeba być bezgustownym ignorantem, by pomiędzy takie cudeńka wcisnąć kompletnie niepasujące, w dodatku średniej miary piosenki.
Żal, jeszcze raz żal. Klasyczne "Greatest Hits" niby nareszcie jest, a jakoby nadal nie było. Wciąż w takim bądź razie pozostaje na pocieszenie wysłużony pierwotny winyl, albo każdorazowe cierpliwe programowanie właściwej kolejności z omówionego CD.
Pomysłodawcom łapska poucinać.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 30 stycznia 2017

niedziela dla nas

Przed tygodniem wrzuciłem audycyjną rozpiskę na Facebookową tablicę. Jeden ze znajomych skomentował: "Coraz mniej subtelnej muzyki art-rockowej na rzecz.... powiedzmy najlepszej muzyki... wiem, że nie jestem tym co wie, co jest najlepsze w muzyce, ale kiedyś w tych audycjach jednak czułem, że grane jest coś naprawdę wyjątkowego. Lepiej zagrać coś dobrego, niż nowość, tylko dlatego, że nią jest.. oczywiście to tak ogólnie, a nie tylko o ostatniej". W dalszym toku dyskusji okazało się, że ów "Słuchacz" jednak w ogóle nie słucha Nawiedzonego Studia, ponieważ nie ma na to czasu, bądź najzwyczajniej w świecie tnie o tej godzinie komara. On po prostu tylko miał ochotę tak po polsku ponarzekać. Lubimy sobie pomarudzić, już choćby tylko z samego założenia, ponieważ nie może być zbyt dobrze. Zmiękła znajomkowi rurka, gdy w odpowiedzi zarzuciłem takie nazwy, jak: Rush, Rick Wakeman, Budgie, Supertramp, Wishbone Ash, Marc Almond, Steve Hackett z Chrisem Squirem, Britta Phillips, David Bowie, Starship, Fleetwood Mac, The Jayhawks, Dare, Genesis, White Lies, Sophie Ellis Bextor, black metalowi i wypruci z emocji Magnum, David Bowie z Bingiem Crosbym, Elvis Presley, Joe Dassin, Kiss, Status Quo,... Sugerując, iż to tylko naparstek możliwości z ostatnich trzech/czterech niedziel. Szybko temat ugrzązł. Okazało się, że wytrąciłem wszelakie niepoparte niczym argumenty. 
No właśnie, odnoszę wrażenie, że najbardziej krytykującymi bywają "nieSłuchacze". Albo zagubieni, albo kto wie - zazdrośnicy, choć najczęściej ofiarami stają się amatorzy nocnego wstawania do roboty - o piątej/szóstej rano. Katastrofa, co za idiota wymyślił tak brutalne przerywanie najpiękniejszej fazy snu. Nie dziwię się, że później ludziska wnerwione, to i głupoty wygadują. Tak po prawdzie, tych ostatnich żałuję najbardziej. Wszak ich brak przy odbiornikach odczuwam równie boleśnie. Czasem słyszę: "Andrzej, zmień godziny nadawania, a będę słuchać". I tu zaznacza się problem. Mógłbym zamienić cztery godziny z niedzieli na poniedziałek na lepszy dzień i porę nadawania, lecz audycja siłą ducha musiałaby ulec znacznemu czasowemu uszczupleniu. Żaden radiowy szef nie da Masłowskiemu tak sporego antenowego czasu w najlepszej porze nadawania. Z muzyką, która nie udźwignie komercyjnego ciężaru czasu antenowego. Poza tym, są jeszcze inni. Dlatego w tym miejscu temat się urywa. 
Nikomu nie oddam Nawiedzonego, mozolnie budowanego od 23 lat. Audycji, która wrosła w niedzielę, niczym ksiądz w zbieranie kolędowych kopert. Poza tym, dla chcącego nic trudnego. Dzisiejsze dobrodziejstwa technologiczne pozwalają na zarejestrowanie każdej audycji i odsłuchanie o dowolnej porze dnia lub nocy. Kto chce, da radę. Inni będą marudzić, narzekać, bo zawsze będzie nie to, nie tamto.. 
Tak wrosłem w te niedzielne wieczory, że nie wyobrażam sobie inaczej. Zakładam, że nie tylko ja. Założę się, że gdybym przeniósł audycję na inną porę, to wytkniętym malkontentom także by to nie odpowiadało. Bo, albo znów byłby maruderek w robocie, albo właśnie by ją odsypiał, a później żona wywaliłaby kapciusia do sklepu po pyry i marchew, by na nadchodzący obiad znowu nie było z paczki. Że nie wspomnę o niezapowiedzianej wizycie ukochanej teściowej na czterogodzinną kawusię. Jak ona sucha, taki też przytaśtany w gościnę placek z kruszanką. A ja jadam tylko z kremem i owocem.
Nawiedzone Studio jest audycją dla ludzi z ikrą i jajcami. Dla kochających życie i muzykę. Najpiękniejszą. Bez względu na mnogość decybeli, bądź jej odcieni delikatności. A ta bywa różna różnista, jak nasze życie. Jak moje nastroje, które miewam - a co! 
Ostatnio więcej hałasuję, choć przecież często popadam w tygodnie pełne melancholii. Wówczas odkrywam drugie lico, to znowu bractwo dyskretnego szczęku blach upomina się o swoje. Trudno wszystkim naraz dogodzić, najlepiej więc nie opuszczać, słuchać sumiennie, by z zaproponowanej całości wyłowić coś dla siebie. 
Podoba mi się nowa płyta Jacka Russella i jego Great White "He Saw It Comin' ". Może nie na miarę "Once Bitten" czy "...Twice Shy", ale głosu facet nie stracił nic a nic. Bardzo go lubię. Z Russella to taki rock'n'rollowy romantyk, a i babski uwodziciel. I tego mu trochę zazdraszczam. Głosu - rzecz jasna :-)
Nie wiem, dlaczego wczoraj zapodałem jedynie "Blame It On The Night". Gdybym w tym momencie prowadził Nawiedzone, od ręki wypuściłbym w eter ze cztery/pięć numerów. Z obowiązkowym "She Moves Me". Jejciu, jaki to fajny kawałek. Zagrany na kompletnym luzie. Troszkę funkujący i z bardzo miłymi gitarowymi akordami. Russell chyba się dobrze podczas realizacji tego albumu bawił. To słychać. A jeszcze w drugiej części "She Moves Me" wdaje się w niewinne i absolutnie niewkurzające rapowanie. Nie znoszę określenia "bujający kawałek", ale ten naprawdę takowym jest. Hit, że hej! Tylko kto to dzisiaj wsadzi na top listy? Chyba tylko taki szaleniec, jak ja.
A co do naszych niedziel... Niebiesko Czarni mieli niegdyś taki przebój, którego refren niósł się: "...ale za to niedziela, ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas...".





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 29 stycznia 2017 - Radio "Afera", Poznań 98,6 FM




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 29 stycznia 2017 - godz.22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






RATT - "Invasion Of Your Privacy" - (1985) -
- You're In Love

STEPHEN PEARCY - "Smash" - (1985) -
- Rain

CETI - "Snakes Of Eden" - (2016) -
- Lady From The Dark
- Fire & Tears - {utwór dodatkowy - anglojęzyczna wersja "Ogień i Łzy"}

TURBO - "Smak Ciszy" - {1985} - 
- Już Nie Z Tobą

===============================
===============================



GEOFF NICHOLLS
(28.II.1948 - 28.I.2017)

kącik poświęcony Artyście



BLACK SABBATH featuring TONY IOMMI - "Seventh Star" - (1986) -
- No Stranger To Love

BLACK SABBATH - "Tyr" - (1990) -
- Odin's Court
- Valhalla

BLACK SABBATH - "Cross Purposes" - (1994) -
- Dying For Love

===============================
===============================
KROKUS - "Big Rocks" - (2017) -
- N.I.B. - {Black Sabbath cover}
- Tie Your Mother Down - {Queen cover}
- The House Of The Rising Sun - {traditional - na bazie The Animals cover}

SMOKIE - "Greatest Hits" - (1977 / reedycja 2017) - kompilacja
- Lay Back In The Arms Of Someone - {singiel 1977}
- Something's Been Making Me Blue - {LP "Midnight Cafe" 1976}
- Changing All The Time - {LP "Changing All The Time" 1975}

PRIDE OF LIONS - "Fearless" - (2017) -
- Fearless

JACK RUSSELL'S GREAT WHITE - "He Saw It Comin' " - (2017) -
- Blame It On The Night

KISS - "Crazy Nights" - (1987) -
- Reason To Live

MAGNUM - "The Valley Of Tears - The Ballads" - (2017) -
- Back In Your Arms Again - {newly re-recorded}
- Putting Things In Place - {remixed, remastered}

WISHBONE ASH - "Live Dates 2" - (1980) -
- Goodbye Baby Hello Friend
- No Easy Road

===============================
===============================



BUTCH TRUCKS
(11.V.1947 - 24.I.2017)

kącik poświęcony Artyście


THE ALLMAN BROTHERS BAND - "Seven Turns" - (1990) -
- Gambler's Roll
- True Gravity

===============================
===============================

SARACEN - "Redemption" - (2014) -
- Rocamadour
- Reacher
- Give Me A Sign

MIKE OLDFIELD - "Return To Ommadawn" - (2017) -
- Return To Ommadawn Pt.1

MARILLION - "Marbles In The Park" - (2017) -
- Marbles I
- Genie
- Don't Hurt Yourself

STRANGEWAYS - "Age Of Reason" - (2011) -
- Call


===============================
===============================

"NOCNIK"....



Pierwsze trzy kawałki "Nocnika" wyszło spod gustu oraz kompaktów realizującego Tomka. Oto, co nastąpiło:

KINGS OF LEON - "Walls" - (2016) -
- Conversation Piece

ASIA - "XXX" - (2012) -
- Bury Me In Willow

ALICE COOPER - "Trash" - (1989) -
- Only My Heart Talkin'


....po nich już tylko automat dobierał repertuar do białego rana....

...dziękujemy za uwagę...

... do usłyszenia!




Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







niedziela, 29 stycznia 2017

WISHBONE ASH - Poznań - CK Zamek, 28.01.2017






WISHBONE ASH (+ support STEVE HILL oraz LIZARD)
sobota 28 stycznia 2017
Poznań, CK Zamek



Być może jeszcze jestem pod wpływem, albo kto wie, możliwe iż wraz z biegiem lat wyzbyłem się obiektywnej drobinki krytycyzmu - sam już nie wiem, ale wczorajsi Wishbone Ash byli rewelacyjni! Dużo dużo lepsi, niż przed niemal równo trzema laty w niefunkcjonującym już Eskulapie (a wówczas przecież też mi się podobali). Jestem pod takim wrażeniem, że nawet nie wiem, co Państwu napisać. Bo choć nie zagrali "Persephone", "Goodbye Baby Hello Friend", "Everybody Needs A Friend", "Lady Whisky", "Valediction" czy "Faith, Hope And Love", to zaoferowanym repertuarem i wykonawstwem po prostu pozamiatali. Jeśli komukolwiek przyszłaby ochota na ewentualne malkontenctwo, to niech od razu rezerwuje działkę na księżycu.
w pałacowych murach
Andy Powell na swej charakterystycznej spiczastej, niczym pioruny gitarze (podobny kształt podebrał od niego później Rudolf Schenker), wyczarował wraz z Muddym Manninenem potężną garść przepięknych zagrywek i solówek, niczym za dawnych czasów, kiedy to wdawał się w podobne dialogi gitarowe z Tedem Turnerem.
I kto by uwierzył, że ten 67-letni dżentelmen wciąż tak pięknie śpiewa. W zasadzie identycznie, jak na klasycznych wczesnych albumach. Pozwalając się jedynie gdzieniegdzie wokalnie wspomagać przez basistę Boba Skeata - duch dawnych dwugłosowych harmonii.
Opisywanie towarzyszących mi emocji jest niemożliwe. To było circa dwugodzinne obcowanie z uwielbianą sztuką, która nic a nic się nie zestarzała. Bo ta muzyka nigdy nie ulegnie korozji.
Żałuję tylko, że nie zabrałem ze sobą worka pieniędzy. Co za płyty na zespołowym stoisku!. Serce się kraja, że miałem ze sobą ledwie stówę. Wystarczyło tylko na przepięknie wydaną limitowaną wersję podwójnego "Live Dates II". Jedynego brakującego ogniwa do zespolenia domowej kolekcji poszukiwanych płyt. To w ogóle album, który najdłużej nie chciał się wznowić. Tryby dopiero pękły kilka lat temu, ale i tak nigdzie go nie spotkałem. I dobrze, ponieważ teraz mam jeszcze piękniejszą edycję - z idealną repliką okładki, cudowne pradawne winylowe labele, nawet wkładki z logo MCA. Na to trzeba było wyłożyć osiem dych, a więc tym samym koniec forsy. A na stoisku jeszcze podobnie wydany pierwszy podwójniak "Live Dates", genialna czwórka "Wishbone Four", mnóstwo koncertówek, jedno-, dwu-, a nawet czteropłytowych. Istny ból głowy. Wykupiłbym przynajmniej połowę stolika. A już nie wspominam o albumach obu supportów: grupy Lizard (winyl i CD) oraz heavy-bluesującego Steve'a Hilla (do wyboru trzy CD + winyl, który wkrótce ze stolika zniknął, a sam artysta wziął flamaster i wykreślił jego obecność z kartki).
moja wejściówka/prasówka + nabyty w pełnej okazałości Live Dates II
Na Lizard nie dotarłem, za to od początku prześledziłem występ Steve'a Hilla. Ambitnego młodego kanadyjskiego gitarzysty. Szkoda, że Artysta zmuszony został do występu stricte solowego, przez co naparzał nogą w werbel, jak i w talerze, oraz rżnął po strunach co rusz zmienianych modeli gitar. Warsztatowo i wirtuozersko na wysokim poziomie, repertuarowo niekoniecznie, choć przy nutach Led Zeppelin poderwał pod koniec występu pokaźnie zgromadzoną publikę. Myślę, że facet sporo zyska, gdy skompletuje pełną rockową sekcję. To monotonne walenie po garach troszkę męczące, choć doceniam jego wkład w całokształt.
Wracając do Wishbone Ash... Tym razem miałem miejsce siedzące. Niemal na samej górze, a to dzięki szwagrowi, który przybył odpowiednio wcześniej. Zajął, poinformował, przywołał 50-plus-starca... Także, dzięki Rafaello.
stojak i walizka z płytami Wishbone Ash
Ładnie zrealizowano całość Łyszbonom. Światła czy dźwięk - cacy. Publiki też nie najmniej. Myślę, że muzycy musieli być zadowoleni z frekwencji. Siedzące zapełnione - włącznie ze schodami, a na parkiecie w trzech/czwartych też jakby ciasnota. Miło się poczułem. Obawiałem się pustek, tym bardziej, że przed trzema laty nie było pod tym względem aż tak dobrze.
Dawno nie śledziłem losów koncertu ze smartfonem, zapisując utwór po utworze. Wczoraj po dłuższym czasie do tego doszło, dzięki czemu mam dla Państwa kompletny spis nagrań. Oto on:
"Bona Fide" - a więc weszli instrumentalnie
"Eyes Wide Open"
"You See Red"
"Front Page News"
"The Spirit Flies Free"
"The King Will Come"
"Warrior"
"Throw Down The Sword"
"Rock'n'Roll Widow"
"Take It Back"
"Way Down South"
"In Crisis"
"Open Road"
"Deep Blues"
"Jailbait"
"Blowin' Free"
na bis:
"Phoenix"
Zagrali niemal całego Argusa, na bis cudowna wersja Feniksa, troszkę rzeczy późniejszych, ale też wielbione przeze mnie "Front Page News" i "Rock'n'Roll Widow" - rzecz o wdowie po zastrzelonym rock'n'rollowcu. Zresztą wykaz mówi sam za siebie.
Za bilet nie płaciłem. Ten załatwił mi nieoceniony radiowy kolega Maciek Madejski (polecam jego artykuły i wywiady na Fabryce Zespołów), który Masłowskiego zarekomendował organizatorowi koncertu, dzięki czemu dostałem plakietkę akredytacyjną i już nie po raz pierwszy zaoszczędzona forsa mogła pójść na płytę. Koncert otrzymałem w ramach podarku za poświęcenie życia dla muzyki. Dzięki Maciek!
Mam nadzieję, że doktor Alzheimer nie wymaże z czasem z pamięci tego wieczoru. 





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



 
walizka skarbów



stoisko handlowe Steve'a Hilla
na scenie Steve Hill




sobota, 28 stycznia 2017

CETI - Poznań - CK Zamek, 27.01.2017



CETI (+ support WILCZY PAJĄK)
Poznań, CK Zamek
piątek 27 stycznia 2017



Na wczorajsze Ceti udałem się połowicznie w ciemno. Nie znając ni fragmentu z najnowszej "Snakes Of Eden" przynajmniej wyczekiwała mnie nuta niepewności. I chyba dobrze się stało. Dzięki temu koncert okazał się w sporej części niespodzianką. Poznawać nowe kompozycje w wersjach na żywo to swoisty smaczek. Czasem dobrze udać się na czyiś występ będąc nieoklejony wiedzą. Nie ma to jak element zaskoczenia. Chyba nie żałuję, że z takim opóźnieniem przymierzę się do "Snakes Of Eden". Czy zawsze trzeba wystawać z frontowego rzędu? Z jakiej paki. Bo co, bo jestem radiowcem, to już nie da się posłuchać nowości z trzymiesięcznym opóźnieniem? Przypomnijmy czasy, kiedy to bywało normalne. Przecież większość najwspanialszych płyt tego świata poznawałem ze sporym poślizgiem. Kto z nas był na bieżąco w latach 70/80-tych. Tylko bogacze lub inni uprzywilejowani. Ewentualnie przegrywający muzę z radia na taśmy - eee tam!
Jeszcze słówko usprawiedliwienia... Otóż, gdy "Snakes Of Eden" było nowością, ucięliśmy sobie z Grzesiem Kupczykiem telefoniczną pogawędkę, która obiecała spotkanie przy szklaneczce. Grzesiu powiedział, jak się zobaczymy dostaniesz ode mnie płytę, mam specjalnie dla ciebie. Nie kupowałem zatem, bo skoro dostanę, to dostanę. Jednak życie tak się potoczyło, że spotkać się nie udało. Każdy zalatany, a później święta, Sylwester, itd...itd... Czas przeleciał, a ja zasypany nowościami już nawet nie szukałem kolejnych. Wszak jestem tylko człowiekiem, który musi spokojnie, rzetelnie, po kolei.... Nie da się wszystkiego jednym ciągiem przesłuchać, od razu polubić, czy
pokochać.... I tak przeleciał ten kwartał, aż tu nagle koncert. Inicjujący nową trasę. Pierwsze co zrobiłem, to przed jego rozpoczęciem kupiłem zaległą płytę, plus okazjonalnego singla, by po występie znowu się nie rozczarować wymiecionym sprzed nosa towarem. Jak to było w przypadku niedawnego koncertu Ten Years After w kinie Apollo. Chciałem nowych Ceti nabyć kilka dni temu w Saturnie, lecz w dziale metalowym pod literką "c", tylko poprzedni "Brutus Syndrome" oraz podwójna kompilacja.
Spóźniłem się na supportującego Wilczego Pająka, ale załapałem się jeszcze na ostatnie trzy kawałki. Grupa okrojona o wokalistę, który z uwagi na rodzinne zdarzenie losowe nie mógł wczoraj wystąpić. Jego rolę przejęli przemiennie panowie gitarzyści. Jednak mą uwagę przykuła niesamowicie fajnie grająca perkusistka. Blond-włosa Artystka waliła po bębnach zawodowo. Obserwowałem kobietkę z podziwem. Tym bardziej, że jej zestaw ustawiono u brzegu po prawej stronie sceny. Można było z uwagą zarzucić okiem na jej muskularne walenie i przyjemne zagrywkowe fajerwerki. Co za niesamowita babka!
A Ceti....? Ceti w formie. Wypoczęci, rześcy, pełni polotu. Wyszli na scenę gorąco przyjęci, i tak też ruszyli do boju. W pierwszej odsłonie posypało się całkiem sporo nieznanych mi kompozycji. Tych ze "Snakes Of Eden". Towarzyszący mi stary kompan Waldo, tylko uświadamiał do ucha, co i jak. Jeden numer rozpoczynał się niczym "Children Of The Damned" Ironów, i jak się dowiedziałem, ten zwie się "Lady From The Dark". Choć to dopiero zweryfikuję ze świeżo zakupionego CD. Zapamiętałem jeszcze z nowego dzieła świetny kawałek - "2027". Inne też wpadały w ucho, lecz tytułów teraz nie pomnę, wkrótce je rozszyfruję na albumie.
Było jeszcze m.in "Fight To Kill" z poprzedniego Brutusa, a i pod koniec występu fantastyczna wersja "Lamiastrata", przy której Grześ Kupczyk zapowiedział tegoroczną reedycję całego albumu. Ponoć będzie piękna, bo jak zarzucił: "będziecie zaskoczeni". Mam rzecz jasna wysłużoną starą, ale najnowszą nabędę obowiązkowo. 
Zagrali jeszcze "Ogień i Łzy" - z bardzo przeze mnie lubianej jedynki "Czarna Róża", plus wiele innych wspaniałości, w tym niespodzianek. Szczególnie z naciskiem na dwa klasyki Turbo. Najpierw "Już Nie z Tobą" - ze "Smaku Ciszy", a w późniejszej fazie show jeszcze "Dorosłe Dzieci".
Był wspólny śpiew, ożyły wspomnienia, niejedna łza w oku się zakręciła. Ach, zapomniałbym... towarzyszyły całości jeszcze solowe popisy. Najdłuższy w wydaniu bębniącego Mucka, ale i konkretny w wydaniu basisty Tomka, którego energia nosi po przestworzach. Również zgrabny w objęciach gitarzysty Bartka. Szkoda, że Marysia Wietrzykowska nie wdała się w jakiś trans - chętnie bym nastawił uszu. Liczę na to w przyszłości. 
Wszystkie dotychczasowe koncerty Ceti bardzo mi się podobały, ale ten wczorajszy chyba naj naj naj!






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


"... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


======================================
======================================

poniżej WILCZY PAJĄK :