czwartek, 29 kwietnia 2021

apetyt na destrukcję

Jak dziś pamiętam debiut Guns N' Roses. Byłem u kolegi, lekko popołudniową porą słuchaliśmy kilku płyt, a potem radia. Właśnie rozpoczęła się jakaś metalowa audycja (chyba "Muzyka młodych"), a prowadzący zapowiedział mocno wyczekiwane nadanie w całości "Appetite For Destruction". Wiedziałem już o tej płycie, zdążyłem o niej wcześniej poczytać, zanim nadano ją z rocznym poślizgiem względem światowej premiery. Ale nie tylko u nas tak się zadziało, cały świat dał przysłowiowej dupy. Z początku nie wróżono płycie sukcesu. Krytycy odnosili się powściągliwie, co w ich przypadku akurat tradycją. Zawsze przesz byli i będą głusi. Typowe wyzbyte przeżywania sztuki gryzipióry, jakich nie brak również w niemal wszystkich współczesnych redakcjach. Dopiero jeden musi się wyłamać, ruszyć z kopyta, by wszystkie ospałe cielę na niedzielę zmieniły punkt widzenia i wreszcie dostrzegły prawdziwość artystycznych intencji. W przypadku "Appetite..." na pewno Gunsom pomogły udane koncerty. Gdyby nie one, skończyliby w dziale "przepadli z kretesem".
Ależ Geffen Records mieli nosa. Teraz to wiemy. Nosa miał też, a może przede wszystkim Mike Clink. Dotąd pracujący tylko z najlepszymi, lecz nawet z nimi nie produkujący albumów, jak leci. Facet selekcjonował tylko tematy najwartościowsze, zanim dopisywał do nich własne nazwisko. Clink na "Appetite ..." odwalił kawał solidnej roboty, jednak co musiał czuć, gdy z początku to granie mało kogo brało.

Moje pierwsze zetknięcie z "Appetite..." było elektryzujące. Chodziłem przez kilka dni zamroczony i o innej muzyce nawet nie chciałem słyszeć. Kilku dawnym kamratom entuzjastycznie i z uporem maniaka polecałem Gunsów, lecz nie było łatwo o ich uznanie. Dopiero, gdy płyta ruszyła na listy przebojów, a w niektórych handlowych składach zaczęło brakować pierwszego nakładu dali wiarę, że to jednak nie przelewki.
GNR od początku byli dla mnie tym, co w r'n'rollu cenię - luz, inteligencja, umiejętności, repertuar plus dobry wizerunek. Ten ostatni, im niegrzeczniejszy, tym lepszy. Dlatego też zawsze lubiłem wszelakich pijusów i wstrzykujących, typu The Rolling Stones czy Aerosmith. Naturalnych obdarciuchów, pomimo iż jednak obsypanych brokatem. I nasi bohaterowie też zdali się idealnie pasować do tej rodziny.
Płytę kupiłem niemal od razu, gdy jeszcze sprzedawano jej nieocenzurowaną okładkową wersję. I z dumą trzymam ten egzemplarz po dziś. Jest to zarazem świadectwo autentyczności oraz mojej od początku wiary w zespół. Inna sprawa, uwielbiam właśnie tę pierwszą "gwałcicielską" okładkę, jakże fajniejszą od tej z czaszkami na a'la celtyckim krzyżu. Nie pojmuję, dlaczego tę pierwszą ocenzurowano. Gunsi wcale nie popierali gwałtów, ani nie demonstrowali lubieżności, była to tylko forma przenośni. Pod poniżoną i zgwałconą istotą Gunsi usytuowali nas wszystkich, jako ofiary podlegające systemowi. I ten usatysfakcjonowany robot stanowił za alegorię kurwy. Istoty całkowicie popsutej, która rżnęła co i kogo popadnie.
Dopiero niedawno dokupiłem reedycyjny podwójny kompakt "Appetite For Destruction". Wydano go przed trzema laty, jednak w momencie wznowienia nie miałem ochoty, najprawdopodobniej będąc pod chwilowym wpływem innego grania. I powiem Wam, z wielką frajdą powróciłem do tej muzyki. Odkrywam ją na nowo, choć wszystko mam doskonale zapamiętane i nie wymsknie mi się nawet ćwierć nuty.
Z dodatków zawartych na pozaprogramowym drugim CD, podniecająco zadziałały na mnie wczesne wersje "Welcome To The Jungle", "Night Train" oraz mojego pupilka "Out Ta Get Me". Podobnie jak również tych kilka live'ów oraz ciekawostek z przyssanych do albumu EPek bądź singli.
Niesamowite, po trzydziestu czterech latach nie ma tu starzyzn, niedoróbek, rzeczy zbędnych, jest za to siła heavy rock'n'rolla, i co należy również oddać sprawiedliwości, nikt już dzisiaj nie wspina się na podobnie łajdacki wysoki poziom. Jedna płyta, dwie gitary Slasha i Stradlina, które mają więcej do powiedzenia, niż wszystkie razem wzięte z ostatniego dwudziestolecia. No i szelmowski Axl. Niesforny i przesiąknięty ulicą młodzian, któremu natura podarowała najidealniej rozstrojony głos.
Dziewczyny, ręka do góry, która nie miała nad łóżkiem ładnej buźki Axla? Jakaż tam ona ładna - no właśnie. Ładną to ma Ed Sheeran, i choćby z tego powodu do rockowej gwardii nie wstąpi nawet, gdy wykuje i z pamięci wyrecytuje wszystkie petardy Beatlesów. Dla mnie zawsze będzie ładnie uczesanym dostawcą bezpiecznych i nieszkodliwych piosenek. Takich, których odbiorcami dziewczęta i chłopcy z dobrych domów. Ed do r'n'rollowej rodziny nie pasuje, ponieważ rock'n'rollem rządzą wagary, ucieczki z domów, niesforność, wczesne popalanie i pociąganie, a przede wszystkim bunt. I to trzeba mieć w sercu, ale i także wyryte na twarzy. Bo i też nikt nie zastąpi Roberta Planta, Keitha Richardsa czy Stevena Tylera. Dżentelmenów, których facjaty przypominają oblicza solidnie zużytych dziwek. Ach, zapomniałbym jeszcze o Micku Jaggerze. Bezkonkurencyjnej w tej materii postaci, albowiem Mick historycznie miał tylko jednego konkurenta - Casanovę. I tak właśnie wygląda różnica pomiędzy autentycznością a plagiatem. A w życiu niedobrze być podróbą, o czym doskonale wiedzieli też Gunsi. A nie wiedzą na pewno polscy rockmani, na których słuchanie - z nielicznymi wyjątkami - szkoda czasu.


A.M.


niedziela, 25 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 25- na 26 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 25- na 26 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: ......

 

 


Piąta z rzędu niedziela w drugim sezonie lockdownu Afery - pierwsza taka sytuacja potrwała pół roku i przypadła na okres wiosna-jesień 2020.
Dzisiejsze Nawiedzone Studio, o ile zostanie wyemitowane, jedynie z archiwum.

 

 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 



odeszła MILVA (17 VII 1939 - 23 IV 2021)

Odeszła Milva - włoska aktorka i piosenkarka, słynna rudowłosa La Rossa. U nas raczej osławiona marginalnie, pomimo iż w wielu miejscach świata artystyczna potentatka.
Na muzycznym polu Milva realizowała się m.in. z Ennio Morricone, Francisem Lai'em (kompozytorem od m.in. "Love Story" bądź prezentowanego niegdyś w N.S. "Bilitis") czy Vangelisem. I właśnie z tym ostatnim, fragmenty niemieckojęzycznego albumu "Ich Hab' Keine Angst", zaprezentowałem w 2013 roku. Niemal równocześnie ten sam album ukazał się w wersji francuskojęzycznej, jednak nigdy do niego nie dotarłem. Podobnie, jak do jej wersji kapitalnego numeru duetu Jon And Vangelis "I'll Find My Way Home". To pokazuje, jak wciąż wiele przede mną. Bo przecież nie ma w tej zabawie nic wspanialszego, jak nieprzerwane poszerzanie horyzontów, zbiorów, umacnianie pasji. Znając wszystko, bylibyśmy skapciali i nieszczęśliwi. 
Jeśli kiedyś nastąpi czas powrotu na moje fm, posłuchamy czegoś z tej konkretnej Milvy.


A.M.


piątek, 23 kwietnia 2021

wizyta w filharmonii

W katalogu Mystic Production właśnie pojawił się nowy solo album Mariusza Dudy "Claustrophobic Universe". I uwaga - na kasecie. Nie na kompakcie czy winylu, a na tym durnym nośniku, jakim kaseta. Pogłupieli z przywoływaniem do życia tego flaka w łamliwym plastiku. Nośnika, którego współczesnymi odbiorcami zazwyczaj wszyscy ci zapuszczeni brodacze, w retro dresikach adidasa, jeżdżący po naszych chodnikach akumulatorowymi hulajnogami. Palą z siebie podobnych głupów, jak ja niegdyś na lekcjach matmy. Jeszcze trochę, a wrócimy do naftowych latarń, aut na korbę oraz kapeluszy i obcisłych kamizelek okresu prohibicji.
Kasety jedynie dla modnisi, wszak nośnik niesłuchalny. Zawsze szumiący, falujący i wkręcający się. Moi kumple w dawnych czasach nigdy nie mogli doczyścić głowic, uregulować fiksujących wałków i co nie tylko. Zawsze magnetofony płatały juble, niszcząc wszystko, co się do nich wsadzało.
Na rzecz kaset kompakty pomału idą w odstawkę, ponieważ wyrosło nam głuche społeczeństwo, któremu wiele da się wmówić. Ludzie, którzy nie słyszą na winylach trzasków, a zamiast dobrego rocka słuchają w nadmiarze cepowatych rapowanych rymów.

Z innej beczki... Środa, 21 kwietnia. Oglądam mecz Jagiellonii z mielecką Stalą. Z komentatorskiej pary, Wojciech Jagoda próbuje podkreślić dobre tempo spotkania, więc w pewnym momencie zarzuca: "... to coś zupełnie innego niż wizyta w filharmonii. Siedzisz cztery godziny, patrzysz na zegarek, a tu dopiero upłynął kwadrans.". No ma się tę miłość do muzyki Panie Jagoda. 


Zasłuchuję się głośnym debiutem Celeste. Ta neosoulowa Brytyjka, poczęta pod promieniami słońca Kalifornii, być może nie jest drugą Niną Simone, ale śpiewa rewelacyjnie. Dziewczyna ma 27 lat, a więc dokładnie tyle, ile ja miałem rozpoczynając najpiękniejszą zawodową przygodę.
Koniecznie polecam deluksową wersję albumu "Not Your Muse". Jest tu aż 21 piosenek, a więc o 9 więcej niż w wersji standard. Zazwyczaj w bonusach rządzą namiętne ballady. Takie soul/jazz/bluesowe, podszyte pianinem, smyczkami, niekiedy dęciakami, ale też czarną gitarą, także w podobnym duchu chórkami oraz jeszcze paroma innymi, równie efektownymi składnikami.
Na czoło płyty wybijają się roztańczone fragmenty, jak "Tonight Tonight", "Tell Me Something I Don't Know" bądź singlowe i jednocześnie kapitalne "Stop This Flame". Posłuchajcie, cóż tam wyprawiają dęciaki, bas, niekiedy też kontrabas, melotron, organy, rozbujane gitary, no i oczywiście górujący nad tym wszystkim mocny, niekiedy na półhisteryczny, przyjemnie zabrudzony głos Celeste. Dorzućmy jeszcze dla efektu całego wydarzenia niesamowity przedpotopowy soulowy nastrój, gdzie nie mieszają żadne sample, a wibrują szlachetne prawdziwe instrumenty.
A propos Niny Simone, o której wspomniałem. Warto zauważyć, że piosenka "Stop This Flame" wywodzi się właśnie z jej śpiewnika. Tyle, że Nina wykonywała ją w wolniejszej tonacji i pod tyciu innym tytułem.
Nie dziwi mnie nominacja Celeste do tegorocznych Brit Awards oraz do Oscara za filmową piosenkę "Hear My Voice" - rzecz z "Procesu Siódemki z Chicago". Aby jednak jej posłuchać, trzeba dołożyć parę złotych i kupić wersję deluxe. Polecam, nie przegapcie tematu. Czasem warto na chwilę zdjąć nogę z rocka.


A.M.


czwartek, 22 kwietnia 2021

Elton w Tower Records

Ze sporym rajcem obejrzałem wrzucony do sieci filmik z 1976 roku przedstawiający buszującego w płytach Eltona Johna w sieciówce Tower Records na Sunset Strip. 29-latek, wówczas jeszcze nie sir, był u szczytu sławy, więc dla tamtego sklepu wizyta takiej postaci musiała być niezwykle prestiżowa. Przy czym należy podkreślić, do Tower Records co rusz dobijały jakieś gwiazdy, czy to na zakupy, czy też celem promocji zagrania w jego wnętrzach mini recitalu.
Elton biega po półkach z winylami w dresiku, w asyście kogoś ważnego (pan w garniturku żuje gumę i tylko dorzuca kolejne przekazywane mu okładki), kto ciągnie za nim kartony z upolowanymi zdobyczami. Maestro tylko cmoka w ustach długopis i co wyłowi płytę, zrealizowany cel wykreśla z bogatego spisu.
Mnóstwo znajomych okładek, m.in. ówczesne nowości: Lynyrd Skynyrd "Nuthin' Fancy", King Crimson "USA", Elliott Murphy "Lost Generation", David Bowie "Young Americans" czy Manfred Mann's Earth Band "The Good Earth", ale też i nieco starsze, acz wciąż aktualne tytuły, jak Graham Nash "Wild Tales", Premiata Forneria Marconi "Photos Of Ghosts", Mott The Hoople "All The Young Dudes" czy kompilacyjne "This Is The Moody Blues". Cena jednego albumu - 4,66 $. To mniej więcej odpowiednik dzisiejszych piętnastu dolarów.
Pojawia się też specjalna wysepka z kilkoma warstwami aktualnego albumu Eltona Johna "Captain Fantastic And The Brown Dirt Cowboy". Najprawdopodobniej zamówionego w tak potężnej ilości, by połechtać samemu Eltonowi. Cena specjalna - 3,99 $.
Nie jest to mimo wszystko najlepsza wizytówka Eltona. Niezbyt korzystnie kamera go prezentuje. Tamtego dnia mistrzunio był raczej ponury, jakiś taki mało sympatyczny, a nawet wytwarzający wokół siebie atmosferę kogoś ważnego, lekko nadętego. A jednak warto zobaczyć. Polecam szczególnie wszystkim, którzy dotąd nie widzieli prawdziwego sklepu płytowego. Tym bardziej, że u nas nigdy takiego nie mieliśmy. Co tam takiego, nawet jednej dziesiątej tego namiastki, a co dopiero myśleć o tak przestrzennym buldożerze. Nawet w złotym dla polskiego show businessu okresie (lata 1991-1998) te nasze sklepiki, bądź wyodrębnione muzyczne działy, wyglądały bardzo ubogo w stosunku do prawdziwych mocarstw, jakimi HMV, WOM lub Tower Records. Z kolei, wspomnienia z okresu prosperujących u nas winyli (lata 70/80's), przywołują w mej pamięci kadry biedniutkich księgarń, oferujących nadmiary wytłoczonych orkiestr wojskowych, zespołów pieśni i tańca, dzieł sakralnych, bądź ogromu nikomu niepotrzebnych i w świecie anonimowych piosenkarzy. Co lepsi z tych socjalistycznych estradowców bywali triumfatorami kilku popularnych w Bloku Wschodnim festiwali, pozostali tylko pożerali cenny surowiec, z którego można było wytłoczyć wiele kapitalnych licencji, a przy braku chęci na ich pozyskanie, pouprawiać złodziejstwo, którego w tamtych realiach i tak nie wyegzekwowałoby żadne CBS, EMI czy Warner.
Czar przefajnych dawnych sklepów zamaszyście powierzchniowych wychodzi z polecanego przeze mnie filmiku, jakże kompletnie innych w nastroju od nawet próbujących ratować ich atmosferę dzisiejszych second handów. Zazwyczaj niestety cieniutkich i bez klimatu.


A.M.


środa, 21 kwietnia 2021

odszedł JIM STEINMAN (1 XI 1947 - 19 IV 2021)

Z przykrością dotarła do mnie wieść o śmierci Jima Steinmana. Nadwornego niegdyś kompozytora Meat Loafa i jednocześnie twórcy wielu genialnych piosenek, jak też operatywnego producenta oraz biegłego pianisty w jednym.
Nie ma takich parametrów, którymi dałoby się zmierzyć wartość tej fantastycznej wobec muzyki postaci. A jednocześnie jednej z najcenniejszych, jaką miałem zaszczyt podziwiać.
To On stoi za największymi sukcesami mego pupila, wokalnego numero uno - Meat Loafa, a szczególnie za wspólnie popełnioną płytą "Bat Out Of Hell", na której poza rewelacyjnym Klopsikiem, wypromowało się jeszcze przynajmniej kilku innych muzyków, jak co prawda już wcześniej znani, lecz po tej płycie jakby trochę bardziej: gitarzysta Todd Rundgren czy wokalistka Ellen Foley. Sprzedaż 50 milionów egzemplarzy też mówi sama za siebie. To obecnie 3 miejsce na liście wszech czasów w dziedzinie sprzedaży albumów. I są to fizyczne nośniki, nie żadne śmieszne, nic niewarte jutjubowe kliknięcia. Jakaś totalna ściema w pomiarze sukcesu, jaką obecnie stosuje się do obliczeń wartości muzyki.
Oczywiście Jim Steinman to nie tylko Meat Loaf, choć prawdą, że obaj panowie nie mogli bez siebie żyć. Na polu artystycznej separacji nigdy żadnemu z nich nie szło równie dobrze. Dlatego ponowne, choć chwilowe połączenie sił na początku lat dziewięćdziesiątych, było im tak bardzo potrzebne. Kolejny fantastyczny nietoperz - "Bat Out Of Hell II" - tylko pokazał, kto rządzi w świecie piosenek - piosenek przez duże "P".
Pomiędzy wierszami Steinman też nagrywał solo, założył również sympatyczny femme projekt Pandora's Box, nagrywał z Bonnie Tyler, nawet z The Sisters Of Mercy, a w latach późniejszych kilka nut z Celine Dion, a jednak przy tym, czego dokonał z Meat Loafem, były to tylko płotki.
Rękę Steinmana zawsze wyczuwaliśmy. Jego charakterystyczne pianino, musicalowa przestrzeń, bogactwo i rozmach, wszystkie te składniki zgrabnie nacechowywały każdą piosenkę do Meat Loafowej potęgi. Nawet jeśli w nich niekiedy brakowało głosu debeściarskiego Klopsika.
Posiadam w chałupie wszystkie płyty popełnione ręką Jima Steinmana i pewnie niejedną z nich przedstawiałem w moim 27-letnim obecnie Nawiedzonym Studio. Licho jednak raczy pamiętać, kiedy był ten pierwszy, a kiedy ostatni raz. I myślę, że byłaby jeszcze niejedna szansa posłuchania wspólnie tej muzyki. Jest jednak jeden warunek - powrót do radia. Jeśli uda się do niego powrócić jeszcze tej wiosny, wiele wciąż będzie przed nami dobrego. Jeśli jednak lockdown przedłuży się, a radio zechce dopuścić mnie do mikrofonu najwcześniej jesienią, ja już do niego nie wrócę.
Nie każdemu musi podobać się mocno teatralny czy wręcz musicalowy rozmach Steinmana, nie każdy musi przed jego talentem padać do stóp, ale od każdego wymagam, by u Steinmana docenić tę jego broadwayowską wrażliwość. Przy okazji mocno żałuję, że na domiar jego wielkiego w świecie uznania, w Polsce mistrzunio nigdy nie został należycie dostrzeżony. Nigdy nie słyszę popełnionych jego ręką piosenek, czy to w naszym radio bądź telewizji, nie towarzyszą mi również w taksówkach, sklepach, na bazarach, nawet w domach moich muzycznych kumpli, którzy do końca swych dni będą klękać jedynie przed Sabbathami, Zeppelinami lub sentymentalnymi płytowymi licencjami Tonpressu, Wifonu oraz Muzy. I tylko niekiedy udawać, że lubią coś jeszcze. Słabe i smutne, ponieważ nigdy nie miałem i nie mam do dzisiaj z kim posłuchać, z kim poprzeżywać tej muzyki. Ale nigdy nie brakowało też wokół mnie ludzi, którzy wiedząc jak ją kocham, lubili prosto w twarz umniejszać jej znaczenie, nierzadko wręcz starać się obrzydzić. Niekiedy nie sposób było wręcz opędzić się od kąśliwych uwag w temacie Meat Loafa, tym samym śpiewanych przez niego piosenek z katalogu Jima Steinmana. I wiecie co, powiem Wam coś - chrzańcie się.
Inna sprawa, iż dobry pop oraz ogólnie rock, umierają. Pomału odchodzą, w zasadzie nie budząc jakiejkolwiek podniety u większości dzisiejszej dzieciarni. Nie jest im w świecie obecnych plejstejszynowych rozrywek do niczego potrzebny. Dla nich Jimi Hendrix lub Eddie Van Halen to tylko sympatyczni kosmici, zaś na koncerty rockowe jeśli docierają, to jedynie w asyście swoich tatuśków, którzy zabierają gówniażerkę niczym do skansenu. Śmiem nawet przypuszczać, że tak na tę dziedzinę sztuki pomału wszyscy ogłuchliśmy, iż gdyby dzisiaj narodził się nowy Hendrix, zapewne grywałby koncerty w średnio utytułowanych klubach, głównie dla dziadków z kufelkami. Dla wyłysiałych dżentelmenów, z konieczną kitką, jedynym ostałym i "zgrabnie" splecionym owłosieniem, na których to panów niedających się wymodelować bębnach ponaciągane t'shirty z coraz bardziej zapominanymi gitarowymi herosami. Smutna prawda, ale prawda. Dzisiaj rockiem oraz archeo popem podnieca się już tylko emerytura. Młodzi do takiej muzyczki mają co najwyżej stosunek kawiarniany. Dlatego Steinman tak boleśnie odchodzi w czasach ogólnego tumiwisizmu, zamiast w glorii chwale.
Na jego pomnik w kraju rozciągającym się od Odry po Nysę Łużycką też bym raczej nie liczył - u nas jedynie święci lub cierpiący.
Dzięki Jim. Wulkan Twego talentu nie musiał wybuchnąć, bym poczuł jego potęgę. Byłeś i wciąż jesteś widokiem z góry najwyższej. Nigdy nie zapomnę. Panta rei.

A.M.


Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/wiadomosci/news-jim-steinman-nie-zyje-legendarny-kompozytor-mial-73-lata,nId,5181577#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

Na liście bestsellerów wszech czasów zajmuje trzecie miejsce, ustępując tylko "Thrillerowi" Michaela Jacksona i "Back in Black" AC/DC.

Steinman stworzył i wyprodukował wielki przebój "Total Eclipse of the Heart" zaśpiewany przez Bonnie Tyler. Na koncie ma również hity wykonywane przez m.in. Barry'ego Manilowa ("Read 'Em and Weep"), Air Supply ("Making Love Out of Nothing At All"), The Sisters of Mercy ("This Corrosion" i "More"), Boyzone ("No Matter What") i Celine Dion ("It's All Coming Back to Me Now" to cover, który w oryginale wykonywała stworzona przez Steinmana żeńska grupa Pandora's Box).



Czytaj więcej na https://muzyka.interia.pl/wiadomosci/news-jim-steinman-nie-zyje-legendarny-kompozytor-mial-73-lata,nId,5181577#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefoxSteinman stworzył i wyprodukował wielki przebój "Total Eclipse of the Heart" zaśpiewany przez Bonnie Tyler. Na koncie ma również hity wykonywane przez m.in. Barry'ego Manilowa ("Read 'Em and Weep"), Air Supply ("Making Love Out of Nothing At All"), The Sisters of Mercy ("This Corrosion" i "More"), Boyzone ("No Matter What") i Celine Dion ("It's All Coming Back to Me Now" to cover, który w oryginale wykonywała stworzona przez Steinmana żeńska grupa Pandora's Box).

niedziela, 18 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18- na 19 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 18- na 19 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: ......

 

 

Dzisiejsze wydanie N.S. prawdopodobnie z przepastnego archiwum.
Czwarta z rzędu niedziela w drugim sezonie lockdownu Afery - pierwszy, trwający pół roku, mieliśmy w okresie wiosna/jesień 2020.








 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 


sobota, 17 kwietnia 2021

ludzie (pamiątki) pisali

Nowy sezon, nowe siły, tak też moja Sisterka podesłała kilkanaście t'shirtów. I tylko jedno jakieś reggae nietrafione. Barwy Jamajki kłócą się z położeniem geograficznym moich muzycznych fascynacji, więc ciuch na straty, ale chętnie zamienię się na jakąś gustowną powagę. Na przykład, na Herberta Von Karajana lub Janusza Maksymiuka. To by dopiero było coś. Ale ale, uwaga, rozmiar pięć XL. Z dziewiarstwa chłopięcego dawno wyrosłem, a nie ma nic gorszego, jak obcisłe ciuchy.
Niech już się rozkręca ta wiosna. Tym bardziej, że majówkę towarzysko mam zaklepaną, i Wy Kochani również, przy odrobinie rozsądku, nie dajcie się jej pozbawić. Korzystajmy z łask natury. Nie wystarczy wiosna w sercu, trzeba jej cieleśnie zasmakować. A nikomu szczęścia od biurowych jarzeniówek nie przybędzie .

Znalazłem nieco historycznej korespondencji, na linii Słuchacze - Nawiedzone Studio. Rzeczy bezcenne - przynajmniej dla mnie. Jak dobrze, że nie wyrzucam. Uzbierało się. Postanowiłem powklejać kilka z okresu 2000 - 2003. Ciekawe czy ktoś się rozpozna.
Najbardziej po latach wzrusza kartka od ówczesnego 75-letniego Słuchacza z Chwaliszewa. Żałuję, że nie nawiązałem kontaktu, a przecież adres miałem.
Poczytajcie, zachęcam. Za czas jakiś wrzucę coś jeszcze. Nie za często, by nie zanudzić.
To oryginalne wydruki z tamtych lat ze sprzętu mojego Taty, ponieważ nie miałem wówczas własnego.










środa, 14 kwietnia 2021

SAGA "Symmetry" (2021)







SAGA
"Symmetry"
(EAR MUSIC)

***





Tym razem progresywni Kanadyjczycy postawili na przerobienie samych siebie. Jeśli więc nie policzymy trzech premierowych miniatur (dwie wariacje na gitarę akustyczną, czym "Prelude #1" oraz "Prelude #2", plus wokalno-pianistyczne "La Foret Harmonieuse"), wszystko już dobrze znamy od lat. Przy czym, grupa nie poszła na łatwiznę i oszczędziła nowych aranży największym przebojom, w rodzaju "On The Loose", "What's It Gonna Be?", "Scratching The Surface", "Don't Be Late" czy "Humble Stance", tym razem stawiając głównie na własne faworytki, a zarazem tematy mniej oczywiste, z których jedynie "Wind Him Up" należy do ich odwiecznego koncertowego katalogu.
Z anachronicznym repertuarem Sagi trudno podbijać modne kluby, ale jak się okazuje, da się zadziałać w drugą stronę. Można przejść z elektryczności na naftę, a też będzie uroczo. Ekipa Sadlera postawiła więc na czyste dźwięki. Oczyszczające. Pomimo, iż niekiedy "Symmetry" aż prosi się o zdjęcie akustycznego charakteru. Cała przestrzeń bez prądu dokuczliwie zajeżdża mi jakimś przesadnym spożywaniem chwastfoodów. I jeśli w chwastfoodzie cokolwiek uznać za chwalebne, to niezabijanie zwierząt, albowiem walory smakowe nie istnieją, a endorfiny śpią. Oczywiście płyta nie bazuje na jednolitym nylonowym akompaniamencie, są też i klarnet, i akordeon, i pianino, także skrzypce czy wiolonczela, a nawet taka perkusja bliska ludom pierwotnym, typu kopnięcia, tupanie, bądź w jej wyższym stadium korzystająca z akcesoriów kuchennych. Ciekawie zatem wypada celebrowanie 44-lecia działalności grupy, pomimo iż muzycy oficjalnie świętują czterdziestkę.

Najciekawsze fragmenty: otwierające album "Pitchman" - z francuskim akordeonem, jazzowym pianinem, nieco szalonymi skrzypcami i subtelnie naznaczonym klarnetem. Niemal baśniowe, choć w moim odczuciu nazbyt oszczędne "Images (Chapter 1)", i podobne uczucie dopadło mnie przy "Say Goodbye To Hollywood" - pomimo, iż ulokowano w tych pięciu minutach sporo grających akcesoriów, co akordeon, jazzujący bas, nawet nieco country'ująca gitara, skrzypce, natomiast całość przyjemnie sączy się leniwą, niemal nocno-klubową aurą. Wszystko fajnie, miło, grzecznie, ale rock to taka dziedzina muzycznej sztuki, kiedy raz po raz trzeba pożądnie przyłożyć. A tu nikt nikogo nie chce skaleczyć. Takie siedzenie po ciemku, o świeczce. I właśnie za sprawą awarii owej elektrowni, najmocniej ucierpiało zamykające całość "Tired World (Chapter 6)". Nawet, jeśli w finalnej części tej piosenki Saga zaserwowali okazałą skrzypcowo-gitarową rewię. 
Na szczególne wyróżnienie zasługuje nowa szata "Wind Him Up". Nietrudne zresztą było, gdyż z natury to wspaniały numer. Chodziło więc tylko o to, by niczego nie sknocić. Ale robi wrażenie opatrzona skrzypcami końcowa faza piosenki. I szacunek, że grupie koniecznie zależało na prawdziwych skrzypcach, nie na zastępczych dźwiękach jakiegoś komputerowego symulatora, hańbiącego dostojność tego salonowego instrumentu. Bo prawdziwe struny zawsze wychwycimy, podobnie jak wybrzuszenia płótna pociągniętego akwarelą. I z podobnego powodu wyleciały tu również syntezatory, ustępując miejsca analogowym brzmieniom.
"Symmetry" nie napędzi Sadze nowego elektoratu, lecz stary też nie powinien się burmuszyć. Chwała im, że zamiast świętować czterdziestkę ewentualnym kolejnym bezdusznym składakiem, muzycy postanowili zmierzyć się z własną historią, i to w niełatwych warunkach polowych.


A.M.



przegląd wydarzeń

Po odświeżeniu "Błękitnej Rapsodii" przyszedł czas na Antonina Dvoraka - jednego z inspiratorów The Moody Blues - co da się nawet jednym uchem sprawdzić na fenomenalnej płycie "Days Of Future Passed". I tej również sobie posłuchałem, pomimo iż czynię to sukcesywnie.
Smakują mi ostatnio wybrane partytury, lubię posłuchać pełnych orkiestr, najchętniej w operowych uwerturach, bądź strategicznych motywach wykwintnych symfonii. Z tej okazji nawet dokupiłem do domowej płytoteki, wydane przez Deutsche Grammophon LP maestro Karajana, z m.in. drugą częścią "Węgierskiej Rapsodii" oraz wyciągiem z "Mojej Ojczyzny" Smetany - którą obstawiam szczególnym naciskiem na znakomitą część drugą. I wolę tego typu rzeczy, niż nudnego najnowszego Jarre'a, którego "Amazonia" wzbudza we mnie senność.

6 kwietnia, według amerykańskiego kalendarza wydawniczego, stuknęła 40-tka mojej ulubionej płycie Whitesnake "Come An' Get It". I zupełnie nie obchodzi mnie, że kilka innych dzieł Białego Węża sprzedało się lepiej, a nawet w przypadku "1987" oraz "Slip Of The Tongue", dużo lepiej. Tak samo spływają po mnie opinie głębokich znawców tematu, którzy nawet machnęli jeden czy drugi w temacie grupy artykuł lub szarpnęli się na napisanie książki. Bo kiedy przed paroma dniami wyraziłem na Facebooku uwielbienie wobec tej płyty, zamiast tortu i strzelających korków szampana, nawiedziły mnie niemal same marudy - przynajmniej tak dało się odczuć w paru komentarzach. Okazało się, że kompletnie tego typu osobników (znawców!) nie kręcą czyjeś sentymenty oraz próba przywołania dawnych emocji. Szybko więc usunąłem posta, gdy tylko zaczęły pod nim dopisywać się mądrale, z przemyśleniami typu... uwaga, dosłowny cytat: "nie uważam, by Paice coś tam sensacyjnego wniósł do zespołu w temacie perkusji". O ja pierniczę, a mnie jedynie chodziło o muzykę, o uczucia, o emocje. O to, że doskonale pamiętam jej narodziny, zapach tamtej przyrody oraz bicie mego serca, gdy młode zmysły dopadały fantastyczne kawałki, jak "Lonely Days, Lonely Nights", "Hot Stuff", "Till The Day I Die" lub kapitalny singlowy killer "Don't Break My Heart Again". Szkoda więc, że w ogromnych wobec "Come An' Get It" uczuciach jestem odosobniony, nie mając z kim się za tę muzykę napić. Natomiast zaproszeni na ucztę goście rozczarowali polaczkowatym przesmradzaniem - a że, dlaczego na stole jedynie wąż maczany w kaszance, zamiast kawioru, langust i jakiegoś stuletniego winka z dobrą naklejką, które po łyknięciu nie wypali oczu. I tak też wzbiłem się na postanowienie, że moimi fascynacjami muzycznymi będę się jedynie dzielić na blogu, na który zagląda bractwo z zakonu kumatych, zaś całą tę fejsbukową zbieraninę spuszczam na drzewo. Nie ma sensu rozprawiać o muzyce w gronie ludzi, którzy prawdziwego piękna nie dostrzegą nawet pod mikroskopem. 

Przed kilkoma dniami do krainy wiecznej ciemni i głuszy odszedł ojciec mojego kumpla. Takiego jeszcze z czasów starego bloku. Lubiłem faceta, ponieważ zawsze w wymianie uprzejmości bywał naturalnie pozytywny. I takim go zapamiętam. 

Po środowym obiedzie wybieram się na szczepienie. Mają mi wkuć modernę. Żywię nadzieję przeżycia, bo jak do tej pory licho mnie do niczego nie potrzebowało.

Moje ciało uprasza się o słońce, a tu nic, wciąż tylko zimno i jeszcze zimniej. Niebawem upłynie pierwszy miesiąc wiosny, zazwyczaj pięknej pory, która w tym roku zaoferowała ledwie dwa/trzy ciepłe dni. Reszta śmierdzi zimową kichą.

Trzymam kciuki za wszystko, co lepsze.

 
A.M.

 

wtorek, 13 kwietnia 2021

LANA DEL REY "Chemtrails Over The Country Club" (2021)







LANA DEL REY
"Chemtrails Over The Country Club"
(POLYDOR)

****





Lana Del Rey wyrosła na giganta, a raczej gigantkę muzyki pop, choć w pierwotnym założeniu walczyła o prymat sceny indie. Nie sądzę jednak, by chętnie oddała osiągnięcia ostatnich lat na rzecz wierzchołków notowań list undergroundu, z czym, oprócz uznania, nadal wiązałby się pusty portfel.
Ostatnio jest bardzo aktywna. Jesienią ubiegłego roku opublikowała melorecytowany zbiór poezji "Violet Bent Backwards Over The Grass", chwilę wcześniej zrealizowała, momentami przecudowną płytę "Norman Fucking Rockwell!", na której klejnotem w koronie okazała się kompozycja "Doin' Time" - sporządzona na bazie motywu "Summertime" George'a Gershwina - a przecież jeszcze w tym roku ukaże się jej kolejne nowe dzieło. A zatem, omawiane właśnie "Chemtrails Over The Country Club", potraktujmy jako jeden z wielu przystanków na eksplodującej pomysłami ścieżce kariery Lany. Niezwykle wrażliwej artystki, której osadzone na psychodeliczno/dream/sexy/folk ogniwach śpiewanie, kołysze chyba nie tylko moimi zmysłami. Inna sprawa, nikt podobnie namiętnie nie stawia miękkich spółgłosek, typu słyszalne "cz" lub "sz", a to zaledwie jeden z kilku istotnych mikroelementów składających się na mocną Lanę.
Ponownie w obsadzie wielu muzyków, wśród których rzecz jasna najważniejszym Jack Antonoff - pianista, gitarzysta, basista, perkusista, melotronista, organista i dużo by jeszcze wymieniać. Ale Antonoff to nie tylko wieloinstrumentalista, lecz też kompozytor oraz producent. Prawa ręka Lany oraz jej złoty cień.

"Chemtrails Over The Country Club" jest spodziewanie stonowaną i subtelną płytą, wszak Lana innych nie nagrywa, ale tym razem Amerykanka weszła śmielej na samoobserwacyjne pole, nie unikając wylewnych autobiograficznych wtrętów, zarazem trzymając sztamę z kobietami, jak nigdy dotąd. Uchyla to również okładka, tkając nabywcom tej płyty radosną więź kumpelskiego oraz siostrzanego grona.
W jedenastu kompozycjach bohaterka tej płyty snuje zastanowienia nad sławą, miłością, samotnością, ale i nad bliskimi jej kobiecymi autorytetami wielu pokoleń. I pewnie dlatego, lubiąca do swego repertuaru przygarniać kompozycje obcego autorstwa Lana, tym razem w owej materii zdecydowała się na długowieczne "For Free" - Joni Mitchell. Wspomogły ją tu jeszcze Zella Day oraz Weyes Blood.
Pierwsze dwa utwory są tak piękne, że słuchałem w osłupieniu. Opatrzone zmysłowym, jakby w klimacie retro teledyskiem, jednocześnie tytułowe "Chemtrails Over The Country Club" oraz poprzedzający ją albumowy otwieracz, zaśpiewany niekiedy zachrypniętym szeptem "White Dress" - będące wspomnieniem dawnych czasów, ówczesnej dziewiętnastoletniej dziewczyny, która bosko czuła się, gdy słuchała wczesnych The White Stripes oraz Kings Of Leon. I ta zawarta w tytule "biała sukienka", jakże trafnie podkreśla niewinność tamtych lat.
Wspominałem, że dużo tu o dziewczynach. Sprawdźcie więc proszę "Breaking Up Slowly". Padnie tu nazwisko genialnej divy country, Tammy Wynette - artystki, która poza muzycznym polem wiele też na zdrowiu wycierpiała, szczególnie w drugim etapie swojego życia. Ale jest też momentami modlitewnie niosąca się piosenka "Dance Till We Die", ożywiona dopiero w końcówce, w której Lana wymienia swoje faworytki, jak Joan Baez czy przywołaną w końcowej fazie tego albumu (za sprawą "For Free") Joni Mitchell oraz FleetwoodMac'kową Stevie Nicks - ("... pójdziemy słoneczną stroną i nie przestaniemy tańczyć aż do śmierci ...").
Przyjrzyjcie się zarówno tym, jak i wszystkim pozostałym, a nieuwzględnionym w powyższym tekście piosenkom. Warto. Lana nie spuszcza z fali wznoszącej.


A.M.


SAXON "Inspirations" (2021)







SAXON
"Inspirations"
(SILVER LINING)

***




Nadal lubię ten zespół, pomimo iż w młodości kochałem. Ekipa Byforda nie nagrywa obecnie tak niesamowitych płyt, co należące do prehistorii "Wheels Of Steel" lub "Innocence Is No Excuse" (obie prawdziwymi livello inarrivabile), ale wciąż stać ją na wiele. A jednak tym razem, z założenia jest inaczej. Tak, jak po wielu latach Saxon'owania, Biff Byford zasłużył na niedawne zrealizowanie się solo ("School Of Hard Knocks"), tak też jego Saxon nareszcie zdecydowali się na cover album.

Płytę nagrano w dwanaście dni (same wokale zaledwie w pięć) w domu przyjaciela Biffa, który to dom zamiast stać przez dwa tygodnie pusty, z pożytkiem wykorzystano. Saksoni w nim zamieszkali, razem gotowali, jedli, spędzali wolny czas, a także nieźle bawili się nagrywając kompozycje ulubionych artystów, które w ich muzycznym życiu wiele znaczą/znaczyły. Sam Biff uważa zresztą, że każda z dostarczonych na "Inspirations" przeróbek jest uczuciowo i historycznie powiązana z nazwą Saxon, każda miała też za zadanie zabrzmieć po Saxońsku, bez jakichkolwiek udziwnień. Prosto, gitarowo, hardmetalowo. I można się o tym bardzo szybko przekonać, czy to biorąc pod weryfikacyjny topór LedZeppelin'owskie "Immigrant Song", Motörhead'owy klasyk "Bomber" bądź podany z entuzjazmem oryginału "Speed King" Deep Purple. Jedynym zaskoczeniem pośród usadowionej tu hard'n'heavy klasyki (a są jeszcze numery z katalogu The Rolling Stones "Paint It Black", AC/DC "Problem Child", Jimi Hendrix "Stone Free", Crow/Black Sabbath "Evil Woman", The Beatles "Paperback Writer", The Kinks "See My Friends" oraz Thin Lizzy "The Rocker") może być przeróbka "Hold The Line", Toto. Kawałek, który w pierwowzorze jest AOR'em, w szponach Saxon zaś bezkompromisowo najczystszej krwi hard rockiem. Ekipa Biffa nie zastosowała tu choćby kapki fortepianu, będącego przecież w oryginale główną siłą napędową, a mimo to wyszło nieźle. 
Panowie w formie oraz dobrych humorach. Cieszy przede wszystkim wokalna kondycja Biffa Byforda, który w dziedzinie metalowej wokalistyki wciąż jawi się gardłowym apostołem, acz, gdy mu się uważniej przyjrzeć, wizerunkiem przypomina raczej odizolowanego od wielkomiejskich nawyków osobnika, jedzącego surowe mięso oraz mieszkającego w jakimś zaszytym w lesie szałasie.
"Inspirations" nie jest albumem nadającym się do wartościowania na tle dotychczasowego dorobku grupy, a jedynie rozrywkowym skokiem w bok. Ot, odrobina szaleństwa, z nutką nostalgii w tle, co zapewne uraduje całe zwapniałe pokolenie moich równolatków. Wyszła z tego dobra zabawa na te głupie czasy. Aha, zapomniałbym, ponoć następnym krokiem Biffa ma być wspólny projekt z jego synem, Sebą. I co da się przewidzieć, zapewne również bez użycia fortepianu.


A.M.



niedziela, 11 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 11- na 12 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 11- na 12 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: ......

 

Trzecia z rzędu niedziela drugiego sezonu Aferowego lockdownu. Dla przypomnienia, pierwszy zagościł w ubiegłym roku - okres wiosna/jesień.
Wobec powyższego, najprawdopodobniej zostanie odtworzony materiał archiwalny.


 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 

===================================

Nie ma tej wiosny na razie zbyt wiele. Liczę, że wkrótce się rozkręci.


piątek, 9 kwietnia 2021

błękitna rapsodia

Ledwie pół wieku żyjący fortepianista Władysław Kędra, przede wszystkim był entuzjastą Fryderyka Chopina i Ferenca Liszta, lecz również płynnie interpretował George'a Gershwina. Z zazwyczaj dualistycznego "Błękitna Rapsodia" / "Amerykanin W Paryżu", Kędra do swego repertuaru wybrał "Błękitną Rapsodię", którą poprzedził "Koncertem Fortepianowym F-Dur". Stało się tak na wydanej w 1967 roku płycie Polskich Nagrań, gdzie dodatkowo wydarzeniu towarzyszyła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Narodowej p/d Jan Krenza. Panowie mieli do siebie zaufanie, więc był to ich niepierwszy wspólny występ, także płytowy.
Warto posłuchać interpretacji "Błękitnej Rapsodii" w wykonaniu Kędry i Krenza, gdyż niewiele ustępuje urokom powszechnie najwyżej cenionego wykonania, genialnego Andre Previna. Kędra podobnie jak Previn czuł współczesnych kompozytorów, szczególnie amerykańskich, którzy do filharmonii wprowadzali pierwiastki własnej kultury, jak folk czy jazz, czyniąc z nich pełne rozmachu dzieła symfoniczne.

Wzięty tu w obroty Gershwin, stopniowo zdobywał poklask za sprawą krótkich form, ale powszechnego uznania doczekał się wraz z utworami rozwlekłymi, jak wspomniany "Koncert Fortepianowy F-dur", opera "Porgy And Bess", "Błękitna Rapsodia" czy "Amerykanin W Paryżu". Właśnie te utwory najbardziej fascynowały kolejne pokolenia pianistów oraz filharmoników, a i ja odpoczywając od radia, ostatnio dużo słucham wyraźnie eksploatowanego monofonicznego winylu Polskich Nagrań (XL 0138), który to nośnik dzięki jakości hi-fi wciąż wiele potrafi. Siła starych tłoczeń - no i uroczych okładek. W tym przypadku, także trzeszczących.
Wieczystość tej muzyki wyraziła nawet Lana Del Rey, która na niedawnej płycie "Norman Fucking Rockwell" przywołała ducha George'a Gershwina, interpretując jego "Summertime" - arię z opery "Porgy And Bess" - pod zakamuflowanym nieco tytułem "Doin' Time". Lana uczyniła z tej melodii najjaśniejszy punkt na tym - było nie było - całościowo udanym albumie.


A.M.


wtorek, 6 kwietnia 2021

Krawczyk i Malanowicz

Przygodę z muzyką rozpoczynałem od piosenek lekkich, melodyjnych, nierzadko radosnych. Kolorowały one mój młodzieńczy świat - świat beztrosk i wyzbyty poważnych obowiązków. Jako dwunastolatkowi podobali mi się, wszelacy Pussycat, Boney M., George Baker Selection, Irena Jarocka czy zmarły wczoraj Krzysztof Krawczyk. I nigdy się tego nie wyrzeknę. Dumny jestem, że nie zaczynałem od progresywnego rocka, heavy metalu, tym bardziej jazzu. Uważam, że człowiek na tak wczesnym etapie życia powinien gnać podług przynależności do fazy rozwoju w jakiej się właśnie znajduje.
Nieraz słyszałem od dumnych tatuśków, że ich dziesięcioletni syn właśnie namiętnie słucha Pink Floyd. Po pierwsze, niemożliwe, by trzecio-/czwartoklasista kumał takie granie ze wszystkimi jego przekazami, po drugie ojczulku drogi zastanów się, czy z twoją pociechą naprawdę wszystko okey.
Podobnie zawsze współczułem wszystkim tym genialnym kilkulatkom, które rozwalały międzynarodowe konkursy pianistyczne lub skrzypcowe. Tak zwane cudowne dzieci. Jakoś nigdy później nie przeczytałem nigdzie, by ci geniusze czuły szczerą radość z zaharowanego ćwiczeniami i występami dzieciństwa. Wszystkie te biedactwa bywały jedynie trybem w produkcyjnej machinie sukcesów swoich rodziców z przerośniętym ego. Dlatego nie czujcie się głupio, jeśli jako kilku- lub nastolatkowie, zamiast popierdalać godzinami po klawiaturze Chopin'owskie nokturny, woleliście podkolorować własne muzyczne szczenięce lata piosenkami Krzysztofa Krawczyka. Nie widzę w tym nic niestosownego. Zaś do nory wstydu niech zapadną się ci wszyscy, którzy zadzierali nosa i odpuścili. To oni są ubożsi o tych przynajmniej kilka/kilkanaście fajnych melodii oraz związanych z nimi pozytywnymi tekstami, które silnym i niedającym się z nikim pomylić głosem, prowadził na szczyt kulturalnej piosenki Krzysztof Krawczyk. I jestem mu za to ogromnie wdzięczny. A przede wszystkim, za płyty "Byłaś Mi Nadzieją", "Rysunek Na Szkle" oraz comebackową Trubadurów - "Trubadurzy Znowu Razem", na której nasz bohater zaśpiewał, co prawda tylko w trzech kawałkach, lecz wśród nich pojawił się słusznie osławiony "Rysunek Na Szkle". Uwielbiałem każdą z zawartych tam piosenek, czy to sporządzoną na szybsze czy wolniejsze tempo.
Gdybyście w latach 77-78, zrobili nalot na mój pokój, wielce prawdopodobnym byłoby przyłapanie mnie, jako totalnie nawiedzonego w rytmach Krawczyk'owego "Parostatka" lub "Byle Było Tak". Zarzynałem te kawałki, co w przypadku "Parostatka" stało się nawet w sensie dosłownym - jeśli spojrzycie na wybielone rowki pierwszego numeru strony B, mojego historycznego egzemplarza "Rysunek Na Szkle".
Wczoraj odwiedził mnie mój Tomek, którego podczas podwieczorku także ścięło na wieść o nagłej śmierci naszego polskiego Toma Jonesa. Bez namysłu podarowałem synciowi dwa jego winyle. Okazało się, że miałem podwójne egzemplarze "Trubadurzy Znowu Razem" oraz anglojęzyczny album Kristof "Don't Leave Me". Ucieszył się młodzieniec - "daddy, dzisiaj sobie posłucham, ale jeszcze te płyty najpierw dobrze przemyję" - odgroził się na widok rozgoszczonego tam kurzu.
Tomek nieprzerwanie rozwija się muzycznie, każdego tygodnia poszerzając gatunkowe horyzonty. Co prawda, nie jest jeszcze w pełni oddanym wielbicielem całego mojego poczetu fascynacji, ale idzie ku niemu coraz odważniej. Pomału nie wystarczają mu ci jego współcześni alternatywni, albo chyba najbardziej ukochani punkole czy core'owcy.
Na gwiazdkę podarowałem mu sześć nowiuśkich, zafoliowanych classic-rockowych winyli (upolowałem je w Media Markt, co dwa/trzy dni dokupując po kolejnym tytule), i wszystkie okazały się w dechę. Dwa razy Pink Floyd ("Meddle" oraz "Dark Side Of The Moon"), czwórka Led Zeppelin, "Ace Of Spades" Motörhead, Nick Cave "The Boatman's Call" oraz najnowsi AC/DC. Przyznacie, wstydu nie ma.
Nigdy niczego młodzianowi nie narzucałem (to był pierwszy raz), zarówno światopoglądowo, tym bardziej muzycznie, jak również przenigdy nie zachęcałem do kalkowania moich poczynań. Nie przymuszałem do wiary lub niewiary, do prawactwa czy lewactwa, słowem, do niczego. Wreszcie, nigdy nie podniosłem ręki. Nie odważyłbym się na osobę, którą kocham. Nawet w ramach drobnego klapsa. Nie i jeszcze raz nie. Od zawsze wierzyłem też w jego wrażliwość, w inteligencję, tkwiąc w przekonaniu: nigdy siłą. Dlatego potrafimy ze sobą rozmawiać, dlatego pomiędzy nami jedynie dobre emocje - co polecam wciąż wychowawczo niezdecydowanym.

Wczoraj pożegnaliśmy też Zygmunta Malanowicza. Idealnie nadającego się do ról skomplikowanych postaci aktora, który szczególnie fascynował mnie w młodości, kiedy życie wydawało się łatwiejsze, a ten facet nie wiedzieć czemu, z reguły miewał pod górkę. I wszystkie te swoje łamigłówki świetnie przenosił na ekran.
Od zawsze intrygowała mnie jego pełna mrocznych tajemnic twarz, z której wiele dało się wyczytać. Miał ten natury dar, który sprawnie podążał za aktorskim talentem.

To były miłe święta, pomimo niedobrej pogody, pomimo powyższych przykrych wydarzeń, do czego pocieszeniem dopisała się Warta, ogrywając w Zabrzu miejscowego Górnika. Pomału możemy przestać troszczyć się o utrzymanie, a nawet pomyśleć o walkę w czołówce tabeli, a w konsekwencji o europejskie puchary. Bo w sumie, czemu nie.
Mundi przygotowała tak kapitalne ciasto, że wszyscy jesteście bez szans. Do tego kaczka, żurek, moje ukochane szparagi w szynce i majonezie, no i biała kiełbasa z niesamowitym sosem majonezowo-chrzanowym, o jakim sklepy mogą tylko pomarzyć. I za wór talarów nie oddałbym kulinarnych zdolności mojej Mundi - jest prawdziwą debeściarą.


A.M.


poniedziałek, 5 kwietnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 4- na 5 kwietnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 4- na 5 kwietnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski



Druga niedziela drugiego sezonu radiowej kwarantanny. Po ubiegłorocznej półrocznej przerwie, trwa kontynuacja sprawdzonego "sukcesu" z opustoszałym studiem i całkowitym lockdownem. Serial na wysokich szczeblach cieszył się w ub. roku sporym wzięciem, liczę zatem, że początek nowego sezonu też nie rozczaruje.
Miałem świąteczną chrapkę na wspólne posłuchanie "Pasji" Petera Gabriela, także "Easter" Marillion, lecz najbliższa ku temu okazja dopiero za rok.
Pomimo radiowej absencji, przygotowałem sporo świeżego materiału. W razie, gdyby pewnego dnia Nawiedzone Studio zostało jednak wezwane do kontynuowania swej misji na żywca.


W sobotni wieczór telewizyjna jedynka nadała solidnie ponad godzinny dokument o Krzysztofie Krawczyku - "Całe Moje Życie". Obejrzałem pełną gębą. Sporo archiwalnych materiałów, w tym wspominki z koncertów sopockich, opolskich, zielonogórskich, a także te wobec amerykańskiej Polonii, do tego oryginalne materiały z licznych programów tv czy także intensywnych zagranicznych podróży - m.in. do dawnego RFN czy USA. Okiem kamery mogliśmy popatrzeć, choćby na dawny Berlin Zachodni lub Stany przełomu 70/80's. Niezwykle cenne archiwa.
W dokumencie nie zabrakło wspomnień istotnych postaci na muzycznej drodze Krzysztofa Krawczyka - m.in. Wojciecha Trzcińskiego, Piaska, Gorana Bregovica, Ryszarda Kniata, Aleksandra Maliszewskiego, Smolika, żony Artysty - Ewy, kolegów z Trubadurów i jeszcze wielu innych.
Otrzymaliśmy możliwość prześledzenia chronologicznego przebiegu wydarzeń, z którego wynikały: polska kariera, niespełniony amerykański sen, plus liczne wzloty i upadki - artystyczne, zdrowotne, duchowe.
Jako dwunasto-/trzynastolatek przepadałem za Krawczykiem. Do dzisiaj posiadam jego dwa pierwsze solowe albumy. Oba mocno zniszczone. Z początku nie potrafiłem o płyty należycie zadbać, więc "Rysunek Na Szkle" dosłownie zamęczyłem. Nie ma więc szans na posłuchanie "Parostatka" - wydłutowanego do białych, kompletnie zdartych rowków. A kupił mi tę płytę na imieniny (w 1977 lub 78 roku) - w jednej z ówczesnych księgarń - mój najlepszy w czasach podstawówki kumpel. I nie ma mowy, by o tym pamiętał. Widzicie, a ja pamiętam.

Pięknie dziękuję za świąteczną kartkę (oraz życzenia) Panu Przemkowi Górskiemu. Dostaję od niego fizyczne kartki od wielu wielu lat, tylko nie zawsze się tym chwalę. A, że w tym roku to jedyne przekazane za pośrednictwem Poczty Polskiej życzenia, tym bardziej sprawa zasługuje na wyróżnienie. Poza tym, tak oto rysuje się przepaść w kulturze pisanego słowa a inwazją niby zabawnych wierszyków oraz towarzyszących im ruchomych animacji, w tym okresie masowo podbieranych z sieci, po czym przekazywanych systemem łańcuszkowym, co zresztą każdorazowo zlewam na bruk.

Ostatnio w jednej z szaf czegoś tam szukałem, no i znalazłem nie lada zabytek - katalog wydawniczy Tonpress'owskich singli za rok 1978. Od razu może nas dopaść zastanowienie, po co wówczas było reklamować coś, co i tak na pniu było sprzedane jeszcze przed rozlokowaniem towaru na sklepowych półkach? Propaganda sukcesu nakazywała chwalipięctwo, trzeba było mieć tego ślad, na choćby targi krajowe, tym bardziej Midem. Jest tego plus, dzięki temu mamy interesujące po socjalizmie pamiątki. Znalazłem takowych jeszcze kilka, lecz nie wszystko na jeden raz.
Poniżej kilka z tym związanych ujęć. Życzę miłej lektury.

 

 




 









Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"