środa, 30 września 2026

żyć i umrzeć w lej ej

"Żyć i umrzeć w Los Angeles" to epoka kaset video. Na jeszcze trochę, zanim kupiłem magnetowid Samsunga w osiemdziesiątym dziewiątym. Może i późno, za to sprzęt z Pewexu, to raz, a dwa - był magnetowidem, a nie jedynie samą wideoodtwarzarką, czyli posiadał też funkcję nagrywania. Jeśli więc ktoś miał coś ciekawego do skopiowania, przychodził do mnie, podłączał się i piratował. Wtedy nie byłem jeszcze w tej materii nazbyt surowy. Wkroczyliśmy w etap życia jeszcze sympatycznego andy'ego, który wszystkich lubił - z wzajemnością, zresztą, z tego, co czułem.
Na wiele nowości, które nie docierały do kin, chodziło się na seanse wideo, które zazwyczaj odbywały się w akademickich klubach. Mały telewizorek i pokaźne rzędy krzeseł, zaduch, brak kroniki filmowej, zaś sama jakość serwowanych taśm, niekiedy uwłaczająca. Ale nikt nie marudził, choć było drożej i mniej komfortowo niż np. w Wildzie czy Rialto, choć w sercu największy sentyment skrywam do Bałtyku. Tak a propos, kto pamięta kultową już obecnie buzię blondwłosej Pani bileterki z tamtego nieistniejącego już kina? Mam wrażenie, że wszyscy. A niegdyś wielu z nas często o niej mówiło. Była znakiem rozpoznawczym Kina Bałtyk. To teraz trzymajcie się - ta Pani żyje! Wciąż ma się nieźle, choć jest już babciunią, myślę tak w okolicach dziewięćdziesiątki, z przechyłem na dziewięćdziesiąt plus. Mieszka na moim osiedlu i często Ją widuję, bodaj z wnusią, tak mi przystaje na oko. Spacerują, niekiedy ławeczkują. Pewnego razu, gdzieś przed trzema/czterema laty zaczepiłem, ukłoniłem się ze zwyczajowym dzień dobry, wtem obie Panie zdumione, więc szybko zwróciłem się do Pani niegdyś blond, obecnie posrebrzałej: pragnę pozdrowić, wszak przez całe me młodzieńcze życie przedzierała mi Pani bilety na najlepsze filmy. -- Uśmiechnęła się i z serdecznością odrzekła: co zrobić. Ale to tylko taka dygresja, bez bezpośredniego związku z Żyć i umrzeć w Los Angeles". No więc, ten konkretny film miałem sposobność z kasety. Możliwe, że u kogoś w chałupie, jak to bywało po chwilę wcześniejszym wzięciu na dobę z wypożyczalni. Coś mi jednak świta, że musiało być w Zbyszku, a konkretnie w jednej z tamtejszych piwnicznych sal. Nie upieram się, nie pamiętam, zbyt wiele czasu upłynęło. Niech się więc teraz do wspomnień dostosuje muzyka, bo filmu za nic już nie pamiętam, natomiast CD właśnie zapodałem po mej norze. Grupa Wang Chung. Zawsze ich lubiłem, choć w radio raczej nie gram. Soundtrack do "To Live And Die In L.A." zawiera osiem numerów, z podziałem cztery na cztery. Pierwsza część to piosenki, na drugiej instrumentalne. Tę muzykę mega lubił William Friedkin - reżyser, twórca tego filmu, a jednocześnie facet od Egzorcysty, z muzyką kilku ludzi, ale głównym motywem w wydaniu Mike'a Oldfielda, czy Ceny Strachu z muzyką Tangerine Dream. I ta muzyka z Ceny Strachu (The Sorcerer) trzymała cały obraz w napięciu. Jakie to ważne, bo gdyby dzisiaj do niego podłożono bity albo afroamerykańskie gdekanie, uff, aż strach pomyśleć.
Mieli Wang Chung talent do piosenek, w ogóle do muzyki. Panowie Jack Hues i Nick Feldman grali kompletnie inaczej, niż Depeche Mode, Talk Talk czy OMD, choć lubiła ich często ta sama publika. Mieli taką wartość samą w sobie, ponieważ nikt nie konstruował na niwie popu podobnej dramaturgii, co oni. Byli inni od wszystkiego, więc przetrwali niejedną nawałnicę przemian i nigdy nie podlegali trendom.

andy

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań (Radio Afera) lub
afera.com.pl 

"SOBOTNI WIECZÓR andy'ego"
w prawie każdą sobotę od 23.00 do 1.00
na 100,9 FM Poznań (Polskie Radio Poznań)
lub radiopoznan.fm


UWAGA! -- proszę kliknąć w zdjęcie, aby ujrzeć je bez zniekształceń !