niedziela, 16 lutego 2020

MAGNUM - "The Serpent Rings" - (2020) - / BRITISH LION - "The Burning" - (2020) -









MAGNUM
"The Serpent Rings"
(STEAMHAMMER)

****





BRITISH LION
"The Burning"
(PARLOPHONE)

***4/5






Spod okładek Rodneya Matthewsa, opatrzonych charakterystycznym logo grupy Magnum, od lat tryska spodziewanym hard rockiem, do którego nuty układa i gitarę stroi Tony Clarkin. Gdyby nie jego talent, nie byłoby tego zespołu, a wówczas na nic lubiany głos Boba Catleya. Clarkin, jako niekwestionowany zespołowy filar, od jego zarania powierza swe kompozycyjne usługi pod głosowe struny Catleya, i niech nikt nie próbuje tego zmieniać. Resztę bandu stanowią trzej inni, jak najbardziej istotni, acz co pewien czas wymienni muzycy. I tak też właśnie, na najnowszym "The Serpent Rings", w roli basisty staje, nie jakiś tam beniaminek, a stary wyjadacz Dennis Ward (ex-Pink Cream 69, Khymera, Place Vendome czy Sunstorm). Przyszło mu zastąpić wieloletniego Ala Barrowa, lecz z tego powodu nie ześlizgnął mu się z basowej struny palec nawet o kapkę. Chcącego usunąć się w cień Ala Barrowa mogliśmy podziwiać podczas bydgoskiego koncertu Magnum w kwietniu 2018 roku. Pierwszego występu grupy wobec polskiej historii, jedynego w ogóle, i sądząc po "powalającej" frekwencji, najprawdopodobniej ostatniego.
"The Serpent Rings" nie przynosi rewolucyjnych niespodzianek. A nawet niespodzianek jakichkolwiek. To nadal klasyczni Magnum. W całym swym dostojeństwie i uczciwości. Nie zmieniły się zatem nic a nic sprawdzone charakterystyki brzmienia, zawiązane przed czterema dekady struktury, jak też wiodące prym gitary Tony'ego Clarkina, któremu zręcznie asystują, niekiedy coraz śmielsze klawiszowe eskapady Ricka Bentona. Nie zmienia się też głos Boba Catleya, bo i w zasadzie na szczęście nie zmienia się nic. I dobrze, i bardzo dobrze. Od razu wiemy, że to Magnum, że to taki jedyny w swoim rodzaju niepowtarzalny zespół, i że nie ma takiego drugiego i nigdy nie będzie. Chociaż, tym razem trafiła się pewna aranżacyjna niespodzianka; otóż, w "House Of Kings" pojawia się jazzowe pianino oraz równie mało rockowe dęciaki. Smakowicie wypadł ów eksperyment i na przyszłość proszę o więcej. Pozostałe kompozycje opierają się jednak na charakterystycznie plecionych gitarowych akordach, niekiedy kunsztownych progresywnych solach, z którymi ochoczo fraternizują się równie dobre pianistyczne zagrywki. Sądzę, że wielbicielom grupy wyjaśniać niczego nie muszę, a ewentualni nowowstępujący do Armii Magnum, zamiast przedzierać się przez stertę właśnie tworzonej przeze mnie makulatury, niech tą muzyką przeczyszczą uszy.
Znajdziemy tu dużo świetnych momentów, zaś za wykładnię wysokiej jakości nagromadzonych piosenek, niech zaświadczą takie: "The Archway Of Tears" - z przepięknymi akcentami pianina oraz równie ponętną gitarą!, do tego nieodstające, a i z równie obłędnym gitarowym solo, tytułowe "The Serpent Rings", czy podobnież udane "Madman Or Messiah" bądź "Man".

Drugi album British Lion - ekipy dowodzonej przez IronMaiden'owskiego basistę, Steve'a Harrisa -  powstał po siedmiu latach od debiutanckiego "British Lion". Z tym, że tamto dzieło szef firmował własnym nazwiskiem, tymczasem zaczerpnięty z niego tytuł posłużył właśnie dla nazwy całego zespołu. Panowie uprawiają hard 'n' heavy, na szczęście w żaden sposób nie imitując dokonań Żelaznej Dziewicy, pomimo iż trudno nie dostrzec charakterystycznych perkusyjnych szarż czy impulsywnych czterostrunowych przeplatanek Pana Stefka, które dzielnie stają wobec absolutnie rzetelnego rzemiosła dwojga gitarzystów - Davida Hawkinsa oraz Graeme'a Lesliego.
Trudno przewidzieć datę ważności dla tej muzyki, jednak niemal pewnym wydaje się ograniczony zasięg jej odbiorców. Nie ma tu przynajmniej jednego potencjalnego hitu, takiego o stadionowym rozmachu, co z góry wbija całą tę robotę do działu metal-ciekawostek. Zapewne niezbyt duży nakład omawianej płyty leniwie wyczerpie się gdzieś do okolic roku 2025, po czym z automatu wejdzie w sferę unikatowości, a za kolejnych pięć lat - z racji braku perspektyw na reedycję - będzie można pomnożyć dzisiejszą inwestycję na internetowych aukcjach razy trzy. Warto więc zainwestować w tę muzykę. Warto, bo przede wszystkim jest ona naprawdę niczego sobie. Co z tego, że Richard Taylor nie jest kolejnym Bruce'em Dickinsonem, a w jedenastu dostarczonych, zazwyczaj 5/6-minutowych kawałkach (wśród najlepszych: "Lightning", "Land Of The Perfect People", "Spit Fire" oraz "Native Son"), nie doszukamy się nawet jednej znajomej z chwalebnej Harris'owej przeszłości nutki. Zamiast więc oczekiwać kolejnych "Run To The Hills", "Wasted Years" czy "Can I Play With Madness", nastawmy się na nową jakość, którą British Lion - przy skrzętnym omijaniu sfery plagiatowości - etycznie wypracowali.
"The Burning" oferuje rzemiosło wysokiej próby. Na pewno niewyrastające nad poziomy wirtuozerii, olśnień czy oczekiwanych we współczesnym muzycznym marazmie rewolucji, a mimo to muzyka British Lion robi niezły przeciąg. I o to chodzi.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 14 lutego 2020

w rzeczywistości i jej oderwaniu

we wczorajszym obiektywie
Piękne w minioną środę pożegnanie Romualda Lipko. Łamiący głos Budkowego Tomka Zeliszewskiego wyrażał wieloletnią przyjaźń pomiędzy oboma muzykami. Inna sprawa, tyle warte twe życie, ile nad grobem łez.

Burke Shelley w środku

Smucą wieści z obozu Budgie. Pogorszył się stan zdrowia Burke'a Shelleya, i w zasadzie lider Papużek nadaje się pilnie pod nóż. Jednak nic z tego. Zlokalizowany u niego kolejny tętniak nie zrobił na basiście/wokaliście Budgie odpowiedniego wrażenia, skoro z obawy o ewentualne uszkodzenie kręgosłupa, a w konsekwencji inwalidztwo (wiem, dzisiaj mawiamy niepełnosprawność), odmówił operacji. Oto, co Burke odpowiedział lekarzom: „Lekarze poinformowali mnie, że mam kolejnego tętniaka. Krytycznego, tym razem w wyższej aorcie. Jest tam od ponad sześciu miesięcy. Powiedzieli, że muszą go operować natychmiast, lecz powiedziałem: nie. W przyszłym miesiącu obchodzić będę 70-urodziny, chcę więc żyć tym, co mi jeszcze pozostało, a nie zostać kaleką. Wierzę w Boga i nie martwię się o to, dokąd zmierzam. Pójdę, kiedy On zdecyduje mnie zabrać, a tymczasem będę kontynuować to, co chcę. Proste.".


Zmarł amerykański pianista jazzowy Lyle Mays. Muzyk obozu Pata Metheny'ego, którego lubię, jak też samego Maysa, który fantastycznie zagrał na wielu płytach Pata. Wystarczy wspomnieć kompozycję "San Lorenzo" - z pierwszego LP Metheny'ego "Pat Metheny Group" (1978). Chyba nie ma osoby w okolicach mego rocznika, która nie kojarzyłaby tego 10-minutowego tematu. W latach osiemdziesiątych jego początek wykorzystano do zajawki "Wieczoru Płytowego" - audycji nadawanej w II programie PR, w każdą niedzielę o 21.20. Czyste piractwo, ale wówczas prawo zezwalało na emitowanie całych płyt. Piękne pianino Maysa było swego rodzaju wizytówką niedzielnych wieczorów, i tak też kojarzy mi się ten utwór do teraz. Ale, w ogóle płyta wspaniała. Mamy jeszcze na niej, m.in. "Phase Dance" - utwór wizytówka ekipy Pat Metheny Group, który grupa latami grywała na swych koncertach, jak też hołd za życia złożony basiście Weather Report, Jaco Pastoriusowi. A to za sprawą odpowiednio zatytułowanego, 5,5-minutowego "Jaco". Przypomnę, Jaco Pastoriusa pobito na śmierć w 1987 roku, a stało się to po jednym z występów, kiedy muzyk postanowił dokończyć dzień w jednym z klubów, w którym wdał się w bójkę, i oberwał tak, że pomimo długiego szpitalnego leczenia, zmarł. Jaco był zawadiaką, zaczepnikiem, choć na scenie grał z wyczuciem, elegancko i nastrojowo.
Lyle'a Maysa usłyszymy na wielu płytach Pata, lecz ja szczególnym sentymentem darzę "Secret Story" (1992). Słuchałem jej niegdyś codziennie, i to przez wiele tygodni. Lyle zagrał tu w dwóch nagraniach - "Facing West" oraz "Sunlight". Czyste piękno. Kto do tej pory nie miał okazji, polecam nadrobić. Płyta nieustannie w handlu dostępna, a nawet przed laty ukazała się kolejna jej edycja, wzbogacona o kilka nagrań. Ja cały czas jednak pielęgnuję tę pierwszą - i niech tak zostanie. 
Ogromna strata dla muzyki. Kolejne paskudne choróbsko silniejsze od kruchego ludzkiego organizmu. 

Z wieści radośniejszych... Swoje 70-tki ukończyli Steve Hackett oraz Peter Gabriel. Ex-Genesis'owy Stefek w minioną środę, zaś jego dawny zespołowy kolega Piotr, dzień później. Obu Panom Nawiedzone Studio życzy piękniejszej rzeczywistości od skrywanych marzeń. 

Wczoraj 50-tkę świętował albumowy debiut Black Sabbath "Black Sabbath". Minionej niedzieli posłuchaliśmy z niego "Evil Woman", ale niewykluczone, że nie uniknę poprawin.

Na koniec, transkrypcja niesamowitej Oscarowej mowy Joaquina Phoenixa, którą najlepiej posłuchać wraz z kilkoma wplecionymi filmikami: „ ... myślę, że zostaliśmy za bardzo oderwani od świata przyrody i patrzymy na niego jedynie z własnej perspektywy - żyjąc w przekonaniu, że jesteśmy w centrum wszechświata. Wchodzimy do świata przyrody i plądrujemy go bez względu na jego zasady oraz dostępne zasoby. Czujemy się uprawnieni do sztucznego zapłodnienia krowy, a gdy ta urodzi młode, kradniemy je, chociaż jej cierpienia i bólu nie da się nie zauważyć. Następnie zabieramy mleko, które jest przeznaczone dla jej cielęcia i wlewamy je do naszej kawy oraz płatków... i myślę, że boimy się coś w sobie zmienić, bo wydaje nam się, że musimy coś poświęcić, z czegoś zrezygnować... ”.

Patrząc na ten świat, a najczęściej na najbardziej interesujące mnie polskie podwórko, wiele dostrzegam, choć coraz mniej pisuję. Dlaczego? Bo mnie też zawsze jakaś wesz zaatakuje. Ale powiem Wam Kochani, nie wolno milczeć. Nie wolno dawać przyzwolenia złu - jakiemukolwiek. Na znęcanie się nad zwierzętami, na panoszący hejt, na wszechobecną agresję, często o nuklearnej sile rażenia. Jakim prawem uzurpujemy sobie kierowanie losem zwierząt? Nie ma na to zgody. Mojej. Nie ma też zgody na niszczenie demokracji oraz coraz agresywniejszą dewastację sądów. Musimy iść dalej niż nienadążające za przyzwoitością mózgi Joachima, Zbigniewa, Mariusza czy Adriana. I nie uśmiechajmy się równie żałośnie, co Mateusz, jak też nie dłubmy w nosie środkowym palcem, co Joanna, której natura pryszcza z przeznaczeniem na zad kapryśnie wybrukowała na jej twarzy. Pamiętajmy zarazem, zło zawsze do nas wróci.
Mówcie, skandujcie, buntujcie się. Nie dajcie sobie zamknąć ust. Najgorsze te wszystkie milczki. Ich obojętność czyni jeszcze więcej szkód, ponieważ po cichu dają przyzwolenie złu. Szanuję nieobojętność. Świadczy ona o tym, że mamy jajca. Tchórze jedynie dokładają cegieł kapitałowi zła. 


wczorajsza jubilatka



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 11 lutego 2020

REVOLUTION SAINTS - "Rise" - (2020) -









REVOLUTION SAINTS
"Rise"
(FRONTIERS)

***




Ekipa dowodzona przez byłego - od lat czynnie śpiewającego - perkusistę Journey czy Bad English, a aktualnie równocześnie bębniącego w odmiennych stylistycznie The Dead Daisies, Deena Castronovo, zaliczyła świetny start (debiutancki album z 2015 roku palce lizać), po czym, z co dwuletnią systematycznością zaczęła obniżać loty. Znamy syndrom "dwójek", czyli boleści drugich albumów, które nie potrafią utrzymać potęgi wysokolotnych debiutów. Rewolucyjni Świętoszkowie też wpadli w te sidła. Choć przyznam, że na poprzednim "Light In The Dark" kilka kawałków wciąż broniło honoru grupy, stojąc na straży jej wysokich możliwości. I o umiejętnościach poszczególnych muzyków też nie ma co deliberować, wszak sami z nich perfekt wyjadacze (gitarzysta Doug Aldrich - dotąd m.in. w Dio czy Whitesnake, oraz  basista Jack Blades - znany z Bad English, a przede wszystkim jeden z filarów Night Ranger), sprawa raczej rozbija się o zmęczenie materiału. Nie ma też mowy o odejściu od witalnego, pomimo iż nieco zmiękczonego hard rocka, wszak to też wydaje się niezagrożone. Po prostu skończyły się kompozycje, ciekawe pomysły, wywietrzały patenty na atrakcyjniejsze melodie. Na trzecim "Rise" wiele cierpi i nic nie potrafi przebić wyrosłego muru niemocy. Oby tylko niemocy chwilowej, bowiem wciąż w nich wierzę. Jednocześnie uspokajam, najprawdopodobniej mówimy o chwilowym kryzysie, nie o wiarołomstwie. Tak po prawdzie, broni się tutaj tylko jedna piosenka - "Talk To Me". Jedyna mająca potencjał i jakąś świeżość. Być może jej wyjątkowości przysłużyła się mało rozpoznawalna, acz temperamentna Luna Akire, której asystujący śpiew wobec Deena Castronovo dodał jakiegoś
swoistego uroku. Chce się tego posłuchać raz, drugi, trzeci... a i czwarty też nie zaszkodzi. Widzę nawet tę melodię w galerii najlepszych zdobyczy Castronovo ostatnich lat. A to już coś. Dobry z tego punkt zaczepiania, dający pewną nadzieję, a i niepozwalający odpuszczać słabiej na dzień dzisiejszy prezentującym się pozostałym nagromadzonym tu songom, spośród których na odrobinę uwagi zasługują jeszcze: "When The Heartache Has Gone", "Price We Pay" oraz "Coming Home". To jednak zbyt mało. Myślałem, że nawet gdy dopadnie ich niemoc, skrywają większe rezerwy bogactwa. Jest jeszcze niecodziennej urody ballada "Eyes Of A Child". Krótka, nieco minorowa, z pianinem, gitarą akustyczną, smyczkami i odpowiednio skrojonym pod wytworzoną atmosferę solennym śpiewem Deena - zdaje się, chyba naprawdę to jego głos. Występująca pod nr 5 piosenka "Closer", już tylko zwyczajnie dobra, a więcej w zakresie ballad na "Rise" nie napotkamy.
Albumowy tytuł "Rise" najprawdopodobniej odnosi się do otrzepania z kurzu problemów, jakich Castronovo narobił w ostatnim czasie na gruncie prywatnym. Teraz muzykowi potrzebne będzie jeszcze "rise again" - takie w zakresie atrakcyjności kolejnego repertuaru, na który liczę za około dwa lata. Tymczasem, nie kopmy opon z wściekłości, bo jak głosi klasyk: jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie.

P.S. Na plus wychodzi także ładna okładka.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




BLIND EGO - "Preaching To The Choir" - (2020) -









BLIND EGO
"Preaching To The Choir"
(GENTLE ART OF MUSIC)

***





Pragnienie pozyskania osobistej przestrzeni oraz ucieczka od podstawowych zajęć w RPWL dopomogło niegdyś Kallemu Wallnerowi - gitarzyście tej grupy - w utworzeniu alternatywnego Blind Ego. Muzyk potrzebował nowego pola manewru, narzucenia własnej intensywności, by po kres swych dni nie tkwić w zespole, któremu przypisuje się jednoznaczną rolę spadkobierców Pink Floyd.
Czwarty studio album - "Preaching To The Choir" - przynosi porcję muzyki na tyle niejednoznacznej, iż trudno podczepić jej wymiar pod konkretny dział. Pewne też, iż "Preaching To The Choir" nie ma zbyt wiele wspólnego ze wspomnianymi RPWL, a jeszcze bardziej z Pink Floyd czy całą neo-prog otoczką, ubitą z piany dokonań Marillion lub Camel - gdyby ktoś takiego grania tutaj się spodziewał. Nie oznacza jednak, że sympatycy przed chwilą wymienionych grup, nie docenią i nie przygarną wysiłku Blind Ego. Pomimo, iż gitary Kallego Wallnera oraz Juliana Kellnera, z zasady bywają ostrzejsze i brudniejsze, a ich atmosfera trafnie współgra z przybrudzonym głosem Scotta Balabana. Dlatego nie szukajmy na tej płycie choćby jednego czystego dźwięku. W swoim czasie niejaki John Mitchell (muzyk m.in. Areny czy It Bites) próbował podobnego prog rocka w skonstruowanym przez siebie The Urbane, lecz to już czasy zamierzchłe, a on sam szybko pojął, że takie granie tłumów nie przyciąga.
Otwierające płytę pięcio- i półminutowe "Massive" balansuje pomiędzy heavy metalem a niefiligranowym, wręcz szorstkim prog-rockiem. Ale da się też dostrzec szczątkowe sympatyzowanie z Tool, Dream Theater czy schyłkowymi Rush. Inna sprawa, że bez ambicji dorównywania ich maestrii. I już od tego momentu wiemy, czego spodziewać się na pozostałym terytorium albumu. Nie znajdziemy tu baśniowej aury, ani też wirtuozerskich manewrów, gdyż całość aspiruje ku prostszym i czytelniejszym formom. Tytułowe "Preaching To The Choir" również wydaje się tworem z tego samego ciasta. I dopiero wybrane na singiel "Burning Alive" afiszuje się nieco swobodniejszą, na pół/radiową melodią. Co nie oznacza, że i jej refren nie ma ochoty w przestrzeń wystrzelić. Takiej mniej więcej aktywności spodziewajmy się aż po finałowe, najdłuższe w zestawie, wielowątkowe, ośmio- i półminutowe "The Pulse". Zawarto tu całkiem interesującą elektroniczną pointę, na której tle Kalle Wallner czyni delikatne gitarowe fuzy, i jest to najbardziej melancholijny albumowy fragment. Przy czym dodam, iż osobiście bardziej przekonały mnie dwie inne, znacznie prostsze piosenki, co przebojowa "In Exile" oraz jej albumowa sąsiadka, dla odmiany nastrojowa "Heading For The Stars".
Album "Preaching To The Choir" niczego w nas nie odmieni. Nie wstrząśnie, nie zakołysze, nie przytłoczy, chyba też i nie rozweseli, choć można go posłuchać więcej niż raz. Szczególnie, gdy zapragniemy na moment odstawić pieszczotliwe gitarowe solówki, których nadmiar na wielu płytach neo-prog-konkurentów niejednokrotnie stanowi za kwintesencję uprawianego stylu.
Nie znajdziemy tu pór roku, tym bardziej kolorów na nadchodzącą wiosnę. Ta muzyka, choć może nie tak makabryczna, jak albumowa okładka, najlepiej jednak czuje się w barwach sepii.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 10 lutego 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 9 na 10 lutego 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 9 na 10 lutego 2020 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski





Program w dużym stopniu pamięci Romualda Lipko (poprawnie Lipki, ale gorzej brzmi), a także kilka słów w temacie berlińskiego koncertu Keane. Poza gorącym albumem Marc'ka Almonda "Chaos And A Dancing Star", nie było atmosfery na posłuchanie więcej nowości. Część z nich przedstawię za tydzień, a w kolejnych tygodniach wszystko nadrobimy. Dla sympatyków Eagles pojawi się piękny reedycyjny album spowinowaconego z grupą muzyka, warto więc teraz zakasać apetyt.





CHASING THE MONSOON - "No Ordinary World" - (2019) - muzyka z tego albumu działa na mnie oczyszczająco. Przepraszam, jeśli kogoś męczą cotygodniowe do niego wyprawy. Nie wpłynie to jednak na moje dalsze postępowanie. Trudno postawić coś tak niezwykłego przedwcześnie na półce zapomnienia, tym bardziej, że w tej twórczości wszystko żyje. Słuchając głosu Lisy Fury, bądź jazz-bluesowego gitarzysty Iana Simmonsa czuję, że przemierzam najskrytsze zakątki Zielonej Wyspy, a niekiedy też wbijam do afrykańskich tropików.
- No Ordinary World

PENDRAGON - "Love Over Fear" - (2020) - na nowej płycie Pendragon aż roi się od porywających kompozycji, jednak "Afraid Of Everything" podoba mi się jakoś najszczególniej. Dlatego nadal muszą poczekać niezaprezentowane dotąd "Everything", "Starfish And The Moon" czy "Soul And The Sea". Na pewno o nich nie zapomnę, tymczasem pragnę, by o "Afraid Of Everything" dowiedział się cały świat. Pamiętajcie Drodzy Państwo o poznańskim koncercie. Nie przegapcie wydarzenia. Przypomnę, 11 marca w klubie "Blue Note". Będzie baśniowo, i tym razem ta baśniowość w oceanicznym świecie. Nada nam się jeszcze szczypta brit-folku, o ile Pendragon zechcą zagrać "360 Degrees". Cudna muzyka, cudna grupa, na koncercie nie może być inaczej.
- Afraid Of Everything

MARC ALMOND - "Chaos And A Dancing Star" - (2020) - momentami najnowszy Marc Almond genialny! Myślę, że wczorajszymi trzema numerami tego dowiodłem. Nadspodziewanie dużo gitary, jak na Artystę wyrosłego z objęć syntezatorów. Ale Almond to wielka postać. W swym muzycznym życiu posmakował chyba wszystkiego, nie boi się zatem nowych wyzwań, a we wszystkich czuje się jak ryba w wodzie. Słuchając tej płyty, widzę Almonda jako zwycięzcę w błysku fleszy oraz scenicznych jupiterów, siedzącego przy lśniącym czarnym fortepianie, przyodzianego w jakąś ekstrawagancką, a nawet ekscentryczną kreację. W takiej otoczce zawsze najlepiej smakuje jego twórczość. Do tego jeszcze kieliszek półsłodkiego wina, jeśli ktoś lubi.
- Black Sunrise
- Dust
- Lord Of Misrule - {feat. IAN ANDERSON}

DOWNES BRAIDE ASSOCIATION - DBA³ - "Skyscraper Souls" - (2017) - tutaj Marc Almond tylko gościnnie i zaledwie w jednej kompozycji. Jego współpracownik Christopher Braide (znany już z płyt "Shadows And Reflection" oraz "The Velvet Trail") od kilku dobrych lat równocześnie działa na niwie synth-prog'rocka - z ex-klawiszowcem Buggles, a też i grupy Yes - Geoffreyem Downesem, czego efektem dwa ostatnie znakomite albumy pod szyldem Downes Braide Association - pierwszego wciąż nie znam. Braide wykazał wiele wyczucia powierzając zaśpiewanie Almondowi nastrojowego "Skin Deep". Okazuje się, że gdyby byłemu muzykowi duetu Soft Cell przyszło zrealizować całą prog'rockową płytę, też nie byłoby najmniejszego problemu.
- Skin Deep - {featuring MARC ALMOND}

DOWNES BRAIDE ASSOCIATION - "Suburban Ghosts" - (2015) - mniej więcej przed dwoma/trzema laty miałem kompletnego bzika na punkcie tej płyty. Odkryłem ją ze sporym poślizgiem, ale czy ze wszystkim zawsze należy być na bieżąco? Lubię niespodzianki, szczególnie takie. Dają mi niekiedy więcej frajdy niż skrupulatne krok po kroku śledzenie każdego z moich ulubieńców. Przeraża mnie niekiedy u niektórych taka "wszystkowiedza". Mam takiego - spoza gremium Słuchaczy - znajomego, który niezwykle się niektórymi wykonawcami ekscytuje, przy czym nieźle spina. Nie można z nim nawet wymienić myśli czy pobujać po muzycznych obłokach, gdyż zawsze na każdego coś ma. Od razu zarzuci wszech wiedzą i nie ma mowy o najmniejszej zwykłej ludzkiej pomyłce. Nachodzi mnie wówczas pytanie, które pada w jednej ze scen filmu "Vinci": "czy nadmiar inteligencji czasem pani nie męczy?".
- One Of The Few
- Time Goes Fast

KEANE - "Under The Iron Sea" - (2006) - koncert Keane niedawno opisałem tak szeroko, że już nic dodać, nic ująć. Ale musiałem jeszcze trochę pograć muzyki, wszak ona najważniejsza. Z Tomkiem wróciliśmy z Berlina wniebowzięci, szkoda tylko, że mój były (ale nadal przesz okazjonalny) realizator, skrywa tak wielkiego cykora przed mikrofonowym sitkiem. Wspólna relacja byłaby żywsza i barwniejsza, ale jak to względem mundurowych mawiamy: na władzę nie poradzę. W codziennym życiu Tomek to przecież twardy facet, któremu mało kto podskoczy. Twardy, jak twardy, lecz przy takiej muzyce wyraźnie łagodnieje, co też i mnie się udziela. Keane zaprezentowali w Berlinie dobrą połowę tego albumu, a że "Nothing In My Way" wyjątkowo lubię ...
- Nothing In My Way

KEANE - "Strangeland" - (2012) - koniecznie trzeba mieć limitowaną, 16-utworową edycję. Niech nikogo nie skusi łatwo dostępna, acz brutalnie okrojona wersja z 12-piosenkami "Strangeland". Nie znajdziecie na niej nagrania tytułowego, które stoi tutaj absolutnym numero uno. Oczywiście cała płyta świetna, ale nie pozwólcie się ograbić z czterech smakowitych dodatków.
- Silenced By The Night
- Disconnected
- Strangeland

KEANE - "Night Train" - (2010) - ten mini album to taki trochę wybryk grupy ku nowocześniejszym rytmom. Nic one formacji nie dały, ale taka była potrzeba chwili. Wszyscy szybko zapomnieliśmy o tym niefortunnym zestawie piosenek, i w zasadzie całość wydaje się do kosza, gdyby nie finałowe "My Shadow". A tak się składa, prawdziwy z tego diament. Nie można odpuścić. I Keane też o tym wiedzą, dlatego grają tę piosenkę na aktualnej trasie "Cause And Effect tour". 
- My Shadow

BUDKA SUFLERA - "Przechodniem Byłem Między Wami" - (1976) - od tej płyty poznałem Budkę. Był rok 1978, miałem trzynaście lat, i pewnego dnia wziąłem ze sobą sześćdziesiąt pięć złotych, poszedłem do osiedlowej księgarni i postawiłem na nieznany mi dotąd rodzimy rock band. Wkrótce się dowiedziałem, że Budkę już otoczono estymą, a przecież był to wciąż młody zespół. Tego albumu wytłoczono za dużo. Producent zdając sobie sprawę z ogromnego popytu na ich o dwa lata wcześniejszy debiut zaryzykował, i się przeliczył. Płyta kurzyła się we wszystkich oknach wystawowych dawnych księgarń, jak też zajmowała spore obszary zainstalowanych w nich półek. Mnie się od razu spodobali, pomimo iż z początku wielu znawców próbowało mi "drugą" Budkę obrzydzić. Padały sugestie, rodzaju: "Cień Wielkiej Góry" to dopiero coś, a "Przechodniem..." to czysta lipa. Oczywiście "jedynka" Budki faktycznie cacy, lecz "dwójeczka" też niczego sobie. Miło było zagrać wczoraj "Pieśń Niepokorną", czyli utwór, od którego zacząłem przygodę z Lublinianami.
- Pieśń Niepokorna

BUDKA SUFLERA - "Underground" - (1993) - kompilacja rarytasów. Nierówny klimat, jak to na tego typu wydawnictwach, za to ciekawostek sporo. Nadałem dwie powszechnie znane kompozycje, pomimo iż w mniej oczywistych wersjach. Singlowe "Z Dalekich Wypraw", to mini wyciąg z "Cienia Wielkiej Góry". Nagranie, które dopadłem wówczas na małej płytce, i które zaostrzało mój apetyt na cały album. Niestety, wydany w ledwie 60-tysięcznym nakładzie, choć potrzeby rynkowe były trzy/czterokrotnie większe. Ponoć płytę ze sklepów wymieciono w dwa dni, a ja miałem nadzieję zdobyć ją jako smarkacz z kilkuletnim poślizgiem. Z kolei, heavy rockowa wersja - z Cugowskim na wokalu - "Memu Miastu Na Do Widzenia", to prawdziwy muzyczny Dreamliner. I pomyśleć, że takie Antyradio z założenia nie gra Budki Suflera. Smutna radiostacyjka, intensywnie rżnąca muzę z komputera, bo namacalne kupowanie płyt zrujnowałoby ich budżet w sezon. Kolejna antymisyjna stacyjka, złożona z samych zgrywusów, której się wiele wydaje, i jeszcze śmią się nazywać radiem. Kijem bym nie tknął. 
- Z Dalekich Wypraw - {marzec 1975}
- Memu Miastu Na Do Widzenia - {listopad 1974}

BUDKA SUFLERA - "Ona Przyszła Prosto Z Chmur" - (1980) - kapitalna rzecz. Już z Romkiem Czystawem na wokalu. Pamiętam, jak wielu osobników w tamtych latach smędziło, że to już nie ten wokal, bo Cugowski to prawdziwy drapacz chmur, o operowych możliwościach, a tu teraz jakiś facecik, o nieśmiało zachrypniętym głosiku. Z czasem oszczędzono Czystawa, albowiem obroniły go świetne kompozycje Lipko, które śpiewający Pan Romuald zapodał z ogromnym uczuciem, a do tego przecież nie potrzeba scenicznych XVII- lub XVIII-wiecznych operowych dramatów rodem ze słonecznej Italii. "Ona Przyszła Prosto Z Chmur" jest albumem kompletnym, takim do słuchania w całości. Z żalem więc wybrałem tylko dwa fragmenty, rezygnując z wszystkich pozostałych, lecz ramy czasowe jednej audycji zawsze bywają ograniczone. Satysfakcjonujące, że poszło w eter "Sekret". Kocham ten kawałek. Zawsze mnie wzrusza, wczoraj nie inaczej.
- Archipelag
- Sekret

ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Serce" - (1989) - kapitalna pop płyta jednej z najlepszych wokalistek krajowej sceny. Album w niedużym nakładzie ukazał się na przełomie systemowych dziejów. Wówczas byliśmy już jedną stopą w wymarzonym zachodnim świecie, więc wielu z nas nie miało najmniejszej ochoty na kolejną polską produkcję, w dodatku jakiejś tam niemłodej już piosenkarki. A tu niespodzianka, spośród dziewięciu, aż osiem piosenek sprokurował Romuald Lipko, a jeszcze w sekcję wbił swoich kolegów z Budki, nadając całości odpowiedniego nastroju. Powstała okazała kolekcja piosenek, w dodatku piosenek genialnie zaśpiewanych! Szczególnie albumowa strona A świeciła pełnym blaskiem. Ok, żaden z tego rock, świadom jestem, iż obrońcy gitar z zasady nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Ich strata.
- Życie Od Nowa
- Powiedz Mi Panie
- Obca Gra

ZDZISŁAWA SOŚNICKA - "Tańcz Choćby Płonął Świat" - (2015) - tutaj Romuald Lipko skomponował "zaledwie" połowę albumu, natomiast całość wyprodukował. Liczono na sukces, bo i promocja nie kulała, jednak ostatecznie obyło się bez fajerwerków. Szkoda, bo przecież płyta dobra. Inne to już jednak czasy i inny odbiorca, choć klasa kompozytorska Pana Budkowego wciąż ta sama. Tytułowa piosenka przeurocza. Lekka, szarmancka, no i z tym jedynym w swoim rodzaju feelingiem lidera Budki. Z zamkniętymi oczyma słuchacz wie, że to on. Nikt inny w tym gatunku nie miał "takiego" błysku i "tej" swobody. Świetne, choć to też nie dla Slayer'owców.
- Tańcz, Choćby Płonął Świat

BUDKA SUFLERA - "Za Ostatni Grosz" - (1982) - moje pokolenie uwielbiało ten album. Tytuł, projekt graficzny okładki, jak i sam przeznaczony dla tego produktu papier, idealnie odzwierciedlały miernotę czasów PRL. Klimat końca Stanu Wojennego, pustki na sklepowych półkach, szare ulice, brak perspektyw na godną egzystencję... Wszystko to słyszało się w tych piosenkach. Piosenkach, które ku przewrotności zagrano na dużym luzie. Budka miała fajny dystans do otaczającej nas rzeczywistości, choć w tekstach biła prostym przekazem, śląc trafne refleksje i spostrzeżenia. Młodsze pokolenie może słuchać obecnie tego tylko pod kątem klasy kompozytorskiej oraz bezbłędnego wykonania, natomiast grzybki z okolic mego rocznika poczują właściwy zapach tamtych kwiatów, wspomną wówczas panującą modę, fryzury, ale i zaniedbane kamienice, wyboiste chodniki, plus ocet i musztardę jako najważniejszy produkt wszystkich spożywczaków, bo w sklepach "minsnych" tylko gołe haki i niezliczone metraże wolnej przestrzeni.
- Nie Taki Znów Wolny

ANNA JANTAR - "Anna Jantar" - (1980) - czwarty w dorobku i jednocześnie ostatni album Poznanianki, z jakże symboliczną piosenką, zamykającą całą jej karierę. Piosenkę w nuty zaopatrzył Romuald Lipko, a akompaniującą sekcję stanowiła Budka Suflera. Pan Romuald dostarczył Ani Jantar dwie piosenki, jedną Zbigniew Hołdys, oprócz nich pojawiło się jeszcze kilku innych kompozytorów, w tym były wybranek serca piosenkarki, Jarosław Kukulski. Wówczas ich związek mocno się posypał, pomimo iż legalnie trwał. Podobno Anna Jantar po powrocie z USA miała przerwać tę nić, jednak z racji przebiegu zdarzeń, nie zdążyło do tego dojść.
- Nic Nie Może Wiecznie Trwać

URSZULA - "Urszula" - (1983) - uroczy solowy debiut Urszuli Kasprzak. Ulki dźwigającej skojarzeniowe nazwisko z marką znanych radiomagnetofonów. W tamtym czasie płyta wydawała się bardzo nowoczesna, dziś jednak trąci myszką, ale posłuchać wciąż miło. Bardzo lubię "Dmuchawce, Latawce, Wiatr", lecz wiem, że są zbyt oklepane, by nadać w audycji autorskiej, przez to wybrałem "Totalną Hipnozę". Przyznam, nie wracam do nagrań Urszuli zbyt często, i pewnie, gdyby nie śmierć Romualda Lipko, nie sięgnąłbym po tę płytę jeszcze długo długo.
- Totalna Hipnoza

DIE PUHDYS - "Die Puhdys" - (1974) - genialny debiut najlepszych rockowych wymiataczy z NRD. Granie w duchu Deep Purple oraz Uriah Heep - bez cienia przesady. Prezentowałem album już w odległej przeszłości, jednak ze starego kompaktu. Brzydko wydanego, przez co nigdy nie odczuwałem satysfakcji z jego posiadania. Teraz nareszcie mam dwa pierwsze Puhdysy w bardzo ładnych, choć na swój sposób skromnych edycjach. Wraz z trzema innymi, późniejszymi albumami. Pięciopak "Original Album Classics" nie zawiera bogatych książeczek, żadnych opisów, tekstów utworów, itp., natomiast ów niedostatki rekompensują wierne repliki okładek analogowych płyt. Zgadzają się proporcje na awersach i rewersach kopert, nie ma żadnych doczepionych ramek czy innych niepotrzebnych udziwnień. Cieszę się, nareszcie mam te płyty w okładkach zasługujących na szacunek względem wartości samej muzyki. Dlatego rozumiecie Szanowni Państwo, dlaczego musiałem to sobie - a raczej Wam - zagrać.
- Vorn Ist Das Licht
- Von Der Liebe Ein Lied
- Türen Öffnen Sich Zur Stadt
- Ikarus

BLACK SABBATH - "Black Sabbath" - (1970) - niebawem nowy solowy Ozzy, więc kartka z kalendarza, i poszło z pierwszych Sabbathów. Co prawda, nie ich numer, a cover psychodelików z Crow, ale to i tak od lat utrwalony w mentalności fanów Sabbs BlackSabbath'owy przebój. I ja też go tak traktuję. Genialna nierdzewna blacha, ściany się trzęsą, a Ozzy zapytuje: "w twoich oczach widzę zło, czy nie pragnęłabyś ujrzeć mnie martwym?".
- Evil Woman - {Crow cover}

SPOOKY TOOTH - "Spooky Two" - (1969) - drugi LP ekipy Mike'a Harrisona, z ich najlepszym kawałkiem "Evil Woman" -
"diabeł cię wzywa zła kobieto". Poszło wczoraj po żeńskich upiorach, choć kobiety to zazwyczaj piękne istoty. 
- Evil Woman


OSMI PUTNIK - "Drage Sestre Moje... Nije Isto Bubanj I Harmonika" - (1988) - dzisiejsi Chorwaci, a ówcześni heavy metalowi Jugosłowianie, z ich trzeciego albumu. Drugi lepszy, i mam go na tym samym CD. Zagram innym razem.
Na dobranoc wyemitowałem fajny kawałek, będący hołdem dla klasyków rocka, stąd cytaty z dzieł Deep Purple, AC/DC, Bon Jovi, Led Zeppelin oraz kilku innych. Do usłyszenia ...
- Mješano Meso







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Carlos na nowym Nicku Cave'ie
Syncio zapewnia, iż to jego ulubione legowisko
Poznań minionej soboty

Plakaty na odwołany koncert Budki wciąż wiszą





piątek, 7 lutego 2020

nie żyje ROMUALD LIPKO (3 IV 1950 - 6 II 2020)

Myślałem, że wyzdrowieje. Ufałem, że trzyma się dzielnie. Liczyłem ujrzeć go jeszcze na scenie, posłuchać nowych piosenek, które wydawało się, że przecież tworzy z taką lekkością.
A jeszcze nie dalej, jak w minioną środę, przyglądałem się przyklejonemu na ulicznym słupie - przy ul. Strzeleckiej - plakatowi, zachęcającemu do odwiedzin Budki Suflera najbliższego 1 marca w poznańskim klubie B17. Na tym nie koniec, dwa dni wcześniej, podczas podróży do Berlina, także nie ominął nas z Tomkiem Ziółkowskim temat Budki. Rozmawialiśmy o obecnym stanie grupy, a ja wyrażałem niezadowolenie z aktualnego tribute-bandowego kształtu, w czym konfliktował memu spojrzeniu obecny wokalista.
Smucił też fakt powstałego niedawno sporu na linii Lipko-Cugowski. Ale to już sprawa wygasła, nie mówmy o tym. Nie warto. Pomyślmy, jaką Romuald Lipko był piękną postacią polskiej muzyki. Wybitną na ziemi naszej, a i wobec wymiaru międzynarodowego. Choć może im dalej, tym mniej rozpoznawalną.
Właśnie zbieram piosenki na najbliższą niedzielę, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że kilku posłuchamy. Nachodzi mnie jednak taka refleksja, człowiek tworzył całe życie, a skończy się na oficjalnym pożegnaniu podczas jednej audycji. Później będą już tylko suplementy. Tyle warte życie. Wierzę jednak, że o Panu Romku zapomnieć się nie da. Bo nie sposób omijać jego twórczości, która wydaje się wryta w nasz narodowy kręgosłup. Pomimo, iż używanie terminu "narodowy", w ostatnich latach niejednokrotnie dźwiga wydźwięk pejoratywny.
Nie będę wypisywać tytułów najsłynniejszych piosenek czy przywoływać wykonawców, z którymi Pan Romek współpracował. Każdy z nas to wszystko wie, a jeśli nawet nie, od tego książkowe encyklopedie i spore regały płyt, zaś dla mniej wymagających spłycony internet. Pozwolę sobie jednak zaznaczyć, iż ceniłem jegomościa potężnie. Bo choć, zdecydowanie niewiele prezentuję w swych audycjach polskich wykonawców (zapewne świetnie czynią to inni), a jeszcze mniej wyróżniam ich na blogu, mam jednak w sercu bardzo wielu, przy czym Romuald Lipko to widok z góry najwyższej.
Pokochałem jego umiejętności wraz z zakupieniem w 1978 roku drugiej płyty Budki "Przechodniem Byłem Między Wami". Płytę dopadłem w osiedlowej księgarni na Boninie, na którym mieszkaliśmy z siostrą Elą oraz Rodzicami (tak, przez duże "R") do kwietnia 1980 roku. Do dzisiaj posiadam tamten egzemplarz. Bez przymusu wczułem się i jednocześnie polubiłem "Pieśń Niepokorną", choć z "Pożegnaniem z Cyganerią" problem doskwierał mi przez długie lata.
Wszyscy wówczas zapewniali o słabości tego albumu wobec debiutanckiego "Cienia Wielkiej Góry", którego za nic nie szło nigdzie zdobyć. Nakład wyczerpany, a i nawet na czarnym rynku prawie się nie pojawiał. A jeśli już, to w cenach płyt Black Sabbath czy Led Zeppelin. A jak pamiętamy, w tamtych czasach chyba każdy wolał jednak wydobyć taką kupę szmalu na produkt światowy niż na nasz, nawet najlepszy. Takie było myślenie i nie analizujmy teraz tego dogłębnie. Jakoś niewytłumaczalnie, często polskie było gorsze - i ja też w to wierzyłem. Choć dzisiaj to akurat fakt. Dlatego na zapoznanie się z debiutem przyszło trochę poczekać, zaś na otarcie łez nacieszyć singlem "Z Dalekich Wypraw", który w sklepach jakoś bywał, a jednocześnie stanowił za mini wyciąg do przywołanego LP-debiutu.

Jakoś tak na przełomie mej podstawówki a ekonomicznego liceum, wymienił się w Budce fotel wokalny. Odszedł Cugowski, przyszedł Czystaw, i zaczęło się nowe rozdanie. Niewinny czas Janka Borysewicza, który zanim na łonie Lady Pank w procenty się zaopatrzył, harował z Budką, że hej. Mamy go więc na przymusowo zrealizowanym olimpijskim tryptyku - obok równocześnie na życzenie komunistycznych władz sprokurowanych "dzieł" Skaldów oraz Breakoutów - albumie "Na Brzegu Światła". Wówczas płyta wydała mi się koszmarnie zła, czego konsekwencją lekko nadwyrężyła się w moich oczach wielkość Lipki, lecz po chwili nadeszła kapitalna "Ona Przyszła Prosto z Chmur" plus siłą rozpędu przebojowe "Za Ostatni Grosz". To ostatnie, przyozdobione okładką z papieru z odzysku i równie symbolicznym tytułem, co też adekwatnym projektem graficznym. Na tych dwóch długograjach wszystko już było na swoim miejscu, choć Romuald Czystaw postawił inne warunki śpiewania niż niemal operowy Krzysztof Cugowski. Moje pokolenie uwielbiało tę płytę. Mieli ją chyba wszyscy gramofoniarze, a kochał niemal cały naród. I tę płytę Budka miała w planach przypomnieć nadchodzącego 1 marca w klubie B17, suplementując jej krótki czasowy dystans piosenkami z "Ona Przyszła Prosto z Chmur", plus wybranymi przebojami. Byłby to piękny koncert, szczególnie dla tych, którzy pomimo splotu ostatnich nieprzychylnych zdarzeń, nie zwątpili w aktualny team, co mnie jednak się przydarzyło.
Romek Lipko, to nie tylko Pan Budkowy, bo i przecież spłodził cztery płyty z Urszulą, półtorej ze Zdzisławą Sośnicką, dwie albumowe piosenki z przeukochaną Anią Jantar, do tego także kilka mniej spopularyzowanych z nieodżałowaną Ireną Jarocką, a i sporo innych. Miałem nie wymieniać, a jednak trudno się powstrzymać. Musiałem, wszak boję się, że dla przeważającej siły narodu, w jego analfabetyzmie względem chłonności prawdziwej sztuki, pozostanie tylko przesadnie gloryfikowana "Jolka", której delikatnie mówiąc, nie cierpię. Ale to raczej zasługa pana śpiewającego, nie kompozytora.
Oto, co na Facebooku napisał Krzysztof Cugowski: "Odszedł Wielki - Kompozytor, Muzyk, Przyjaciel....
Żegnaj Romku...".

Budka Suflera, tak oto tuż po pierwszej w nocy, i też na Facebooku: 
"Romuald Lipko nie żyje.
Dnia 6 lutego koło północy, po przegranej walce z nowotworem, odszedł Romuald Lipko, jeden z najwybitniejszych kompozytorów polskiej muzyki rozrywkowej końca XX i początku XXI w., współtwórca i kreator zespołu Budka Suflera, autor wielu wielkich polskich przebojów.
Z ogromnym żalem i smutkiem zawiadamiają Rodzina i przyjaciele z zespołu Budka Suflera.".

A jeszcze przed chwilą wychwyciłem Urszulę: "Bardzo smutna wiadomość😢Dziś w nocy, odszedł wspaniały muzyk, kompozytor, przyjaciel 😢 Romuald Lipko".


Niedawno zmarł Jerzy Janiszewski, znany dziennikarz, a i Budkowy mentor plus zespołowy sympatyk. W ostatnim czasie Lublin przelewa sporo łez, choć dla reszty Polski też ich nie zabraknie.

Romku Lipko, dzięki Ci za wszystkie popełnione w niebiańskim tonie kompozytorskie "grzechy". Nawiedzone Studio zawsze będzie po Twojej stronie.
Będę sławić dobre imię Romka Lipko po grobową deskę nawet, gdy jakość muzyki sięgnie dna. A później już tylko kurz i pył.
A teraz pędź Kochaniutki do świata lepszego ...







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 5 lutego 2020

KEANE - Cause And Effect tour - Verti Music Hall, Berlin - poniedziałek, 3 lutego 2020

Gdy w sprzedaży pojawiła się druga pula biletów na koncert Keane, Tomek Ziółkowski rozżarzył we mnie chęć nieprzegapienia takiej okazji. W zasadzie, wiele różnych czynników zaczęło raptem sprzyjać, a "czarę goryczy" przelał fakt znalezienia dwustu złotych w jednej z galerii handlowych, co przytrafiło mi się wraz z początkiem stycznia na wysokości jednych z trzech ruchomych schodów. Tyle szmalcowego szczęścia nie spotkało mnie dotąd nigdy, jednak na radiowej antenie oszczędziłem przechwalstw, by czasem podczas którejś z audycji nie znalazł się jeden czy drugi pechowiec.
Na pytania, na jaki koncert wybieramy się z Tomkiem, odpowiadałem grzecznie, zasadniczo i bez skrywanego wewnątrz entuzjazmu. Od początku świadom wartości zespołu, który w moim kraju uchodzi za taki sobie, by na świecie wciąż rozsypywać ziarna niegasnącej popularności. Ostatnio bardzo dotkliwie przekonałem się, jak u nas - nie wiedzieć czemu - "młodzieńcy" z Keane bywają niewytłumaczalnie średnio kojarzeni. A już najszczególniej przez wszelakich pierdków mego pokolenia. Keane? Co to jest? Co oni grają? To jakiś kolejny twój heavy metal? - padało zewsząd. I nikt w ostatnich kilku dniach nie przybił mi piątki takiej serdecznej zazdrości, za to nie ominęły mnie słowa współczucia, że rezygnuję z poznańskiego Uriah Heep na rzecz jakiejś tam błahostkowej britpopowej kapelki. Bardziej pop, niż rockowej, skoro nie używają gitar, a jedynie trzymającego rytm basu, i to też nie zawsze. Bowiem niekiedy bas idzie w odstawkę, wówczas dochodzi drugie piano, a przecież w miniony poniedziałek nadarzył się też taki moment, kiedy przy klawiaturze zagościł nawet sam Tom
Chaplin. Dla niezorientowanych - wokalista zespołu. Taki przemiły szczuplasek w t-shirt'cie, na który muzyk zarzuca równie zwyczajną wiatrówkę (kurtkę, nie strzelbę), a zamiast solidnej na tyłku skóry preferuje wbite w swą drobną sylwetkę spodenki, które bardziej przypominają leginsy. Przy takiej zatem posturze i równie mało ekstrawaganckim wdzianku, na scenie wszystko trzeba nadrabiać talentem. A Tom go ma. W dodatku perfekcyjnie śpiewa, co gwarantuje mu chleb bez potrzeby dorabiania nieszporami, gdy już przekroczy osiemdziesiątkę. Nieważne, czy ballada, czy jakikolwiek melancholijny rock dance. Bo melancholia w tej muzyce jest jej cieniem bez względu na tempo poszczególnych kompozycji. Tom Chaplin dźwiga tak potężny głos, że można nawet zacząć wierzyć w ingerencję Boga. Pamiętam tego zalegalizowanego już dziś czterdziestolatka, gdy na twarzyczce jawił się pucułowatym młodzieńcem, i gdy śpiewał "This Is The Last Time", "We Might As Well Be Strangers" czy "Bedshaped". Piosenki, przy których w 2004 rwało mi serce w strzępy. I kompletnie nie miało znaczenia definiowanie tej muzyki. Na co mi było, czy to trochę rock, a może już pop, skoro nad całością czuwały prześliczne melodie i pełne pasji śpiewanie, a sekcją szarpały, tylko perkusja (odwiecznie żonglujący Richard Hughes), pianino (niesamowity i nie do pohamowania Tim Rice-Oxley) plus jakiś nienachalny bas (w tej dziedzinie od wielu lat Jesse Quin). Energia, młodość, wrażliwość, a przede wszystkim chęć wykrzyczenia światu, co skrywało serce młodego człowieka.
Trzęsła mną ta muzyka i kocham ją po dziś dzień, choć od pierwszego dotyku upłynęło zauważalnych szesnaście lat. W tym okresie wymieniły się niemal dwa muzyczne pokolenia - jedno circa tak co dziesięć lat. I te pokolenia podążają za Keane wraz z wciąż wielbioną muzyką. Dlatego w Verti Music Hall mniej dwudziestoparolatków, za to tych po trzydziestym piątym roku najwięcej, choć moich równolatków też całkiem całkiem. Sala pękała w szwach, co napawało dumą, albowiem po raz kolejny przytrafił mi się wyprzedany koncert klasowego zespołu, który na dodatek szczęśliwie nie gra jeszcze resztkami sił, a wręcz przeciwnie, soczyste z nich truskawki, zdecydowanie niepotrzebujące cukru.
Przepraszam, że nie napiszę żadnego pejoratywu. Nie ma z czego ubić niezadowolenia, choć ku uciesze czyhających na pierwiastek niedoskonałości dorzucę, że mogło być tyciu głośniej. Przy czym jednocześnie zapewniam, cicho nie było.
Ile zatem tego muzycznego szczęścia? Nie uwierzycie Mili Państwo, połowa ostatniej płyty "Cause And Effect", blisko połowa "Strangeland", również dobra połówka "Hopes And Fears" i tyleż samo z "Under The Iron Sea". Ku memu zaskoczeniu, w garści bisów znalazło się nawet najładniejsze nagranie z cienkiego przecież mini albumu "Night Train" - "My Shadow". Również tylko jedno nagranie wyłowiłem z "Perfect Symmetry" - pełne żywiołowości i otwierające tamten album "Spiralling". Wszystko pięknie, zgrabnie, więc nic, tylko się cieszyć i dobre imię Keane rozsławiać, a i coś z opowieści dla wnuków przetrzymać.
Z nowego albumu, obok "You're Not Home", "Phases" czy "Love Too Much", ku mej uciesze poszło też, nie do końca przebojowe (a przeze mnie faworyzowane) "Put The Radio On" - i ludzie to kupili. I co ja będę Szanownym Państwo więcej opowiadać. Nacieszyłem uszy oraz duszę piosenkami: "Somewhere Only We Know", "Crystal Ball" (co prawda, bez konfetti, za to ze świetlnymi gwiazdkami), "Try Again", "Nothing In My Way", "Everybody's Changing", "Silenced By The Night", "Bend And Break" i wieloma wieloma innymi. Bo zdaje się, nie zabrakło niczego. Tak, to był jeden z tych sytych koncertów, po których nie trzeba pokątnie dojadać.

Na pożarcie - w roli support actu - poszła jakaś nie niemiecka dziewczyna, pomimo iż dla zmyłki władała tak twardą i niemal germańską angielszczyzną, że polemizowałem z Tomkiem przez pierwsze dwie piosenki o to, czy jednak ta nie śpiewa po angielsku, a być może to jednak jakiś starodawny germański. Dziewczyna niebrzydka, jednak jej występ do zapomnienia. Rzężąca elektryczna gitara plus niezgrabnie zaśpiewane rock-piosenki, których rozróżnieniu dopomagały jedynie zmieniające się tytuły. To kolejny koncert na niemieckiej ziemi z tak nietrafioną rozgrzewką.

Berlińska pogodowa aura chwiejna. Niekiedy spoza kapryśnych i wielobarwnych chmur nawet wyglądało słońce, jednak o wiele chętniej deszcz. Nie było mowy o spacerowaniu, dlatego zaszyliśmy się z Tomkiem w kudamskim Saturnie i pod parasolem tego wielopowierzchniowego sklepu przetrząsaliśmy wszystkie dostępne półki. A jest ich już niestety sporo mniej. Niemców także dopadł kryzys. W skromnie zaopatrzonym sklepie Herthy Berlin też dał się zauważyć. Ludzi w płytach nie brakuje, jednak samych płyt trochę tak. Nadal ich sporo, lecz jeśli ktoś przypomni sobie możliwości Saturna jeszcze sprzed zaledwie roku, od razu dostrzeże obniżenie lotów.
Z kartki marzeń nie wyłowiłem nic, ale na otarcie łez był nowy Marc Almond. Kupiłem CD, pomimo iż kusił winyl - za 19,90 euro. Jak na tamtejsze realia, dobra cena. Inna sprawa, najnowszy kompakt Magnum stacjonował w top dwudziestcepiątce za trzynaście euro. To półtora paczki tamtejszych Marlboro. Dla Berlińczyka to przysłowiowa bułka z masłem. Tym bardziej, że kufel piwa w Verti Music Hall kosztuje pięć i pół euro, zaś oddanie kurtki do szatni cztery.

Berlin lśni nawet w deszczu. Uwielbiam to miasto. Wszechobecne rowery przemykają tam lekko i zgrabnie nawet poprzez kałuże czy uliczne remonty, nie zważając na temperaturę bądź opady. Podobnie zresztą, jak niczym nieskrępowani, niewidoczni i chyba nigdy nieśpiący graficiarze.

Dziękuję Tomkowi za ten dzień. Za całą inicjatywę, za zawózkę i odwózkę pod dom, za wspaniałe towarzystwo, za miłe Polaków rozmowy - o życiu, kinie, muzyce czy astrofizyce. To był kolejny bardzo piękny mego życia dzień, którego bez Tomka na pewno bym nie doświadczył. I właśnie dla takich chwil warto żyć.




=======================================
=======================================


=======================================
=======================================



=======================================
=======================================


====================================
====================================



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"