czwartek, 18 marca 2021

co słychać w naszym piekiełku?

Mój ulubiony krytyk teatralno-filmowy, Tomasz Raczek, oficjalnie aktualnym mistrzem mowy polskiej. Gratuluję! Jak dobrze, że o wyborze w tej dziedzinie nie decydowała Julia Przyłębska, zaś Przemysławowi Czarnkowi wylało szambo jego ministerialnej niekompetencji w przyblokowaniu tego sukcesu.

Mieli nas wykupić Niemcy, mieli napaść Rosjanie, miały rozgrabić Araby, tymczasem coraz sprawniej nas wykupuje pan Obajtek. Pojedli, popili, pomyśleli z Kamińskim spryciule. Jest dobrze, udało się. Nie będzie nam czerwień pluła w twarz. Niebawem zdekomunizujemy pomidory, arbuzy, papryczki chili, a nawet dolną połowę polskiej flagi. 

Jest wyjście na nadchodzące święta, a raczej na ich przedświąt czas. Skoro zamykamy galerie, siłownie, baseny, kina i teatry, natomiast kościoły będą otwarte (bo ponoć muszą), to może korzystając z okazji zamknijmy wszystkich wyłapanych księży pedofilów. Uzbierało się. Jest okazja. Oczyśćmy atmosferę w koszyczku - nawet z ich wypucowanych jajec. Skoro ta władza ma wyczulony słuch na płacz embrionów, niech może nie będzie głucha na płacz ofiar zwyrodnialców w sutannach. Więcej nie napiszę, bo trzeba by zbyt dużo wypikać.

Jak wspaniale, doprawdy słowami nie wyrażę zachwytu, udało się, najbliższą miesięcznicę smoleńską będziemy mogli obchodzić gremialnie - w wolnej przestrzeni, głowa przy głowa, nos obok nosa, maska w maskę. Minister Niedzielski obliczył wyciszenie zarazy na dzień 9 kwietnia, więc przynajmniej sklepiki patriotyczne nie zbańczą. Nie wiem, która matka boska, ale na pewno ma ich w opiece. Patronka dobra, sprzymierzeńczyni jedynych słusznych konfederatów - niech ją nigdy w łokciu nie uciska falanga. 

Pozdrawiam wszystkich podśmiechujków mających ubaw z opatulonego rurami tlenowymi Piaska, który w szpitalu wsysa każdy chełst powietrza licząc, że wyjdzie z tego cało i zdrowo. Ilość w socialmediach rozweselonych emotikonek zdumiała nawet mnie. Człowieka, którego od dawna coraz trudniej zaskoczyć narastającą falą skurwysyństwa, wdychającą przecież ten sam tlen. 

Dziękuję za uwagę. 


A.M.


pięćdziesiątka "Aqualung"

Po wczorajszej pięćdziesiątce, dziś kolejna. Tym razem dla "Aqualung". Jutro, tj. w piątek 19 marca, wybiją jej dzwony. Nawiedzone Studio uczyni to już dziś, bo jak wiecie, jutro świętować będą wszyscy, a ja nie jestem wszyscy.
Nie mam jeszcze najnowszej edycji tej fantastycznej płyty, ale na moje pocieszenie nie ma jej nikt. Mam za to najstarsze możliwe CD, jak też całkiem "niedawne", te na 40-lecie, a gdzieś pośrodku box - bombonierka z racji srebrnych godów, z której po upływie dwudziestu pięciu lat od chwili wydania jestem szczególnie dumny. Kupiłem w epoce, zaraz po premierze, a pudło dotarło do mnie z jednej z płytowych hurtowni Holandii i kosztowało tyle, co obecnie dobrze załadowany kosz sprawunków w dyskoncie. Jednak po obżarstwie szybko ślad zanika, zaś tak okazałe pudło zostaje z nami na całe życie. Sprawa wydaje się zatem oczywista, w co inwestować.
Do dzisiaj z zawartości boxu nie tknąłem knigi oraz VHS (wciąż oryginalnie zafoliowane!), natomiast CD posłuchałem dosłownie jeden raz. Wobec tej czynności skrywam w chałupie dwa inne egzemplarze, z których korzystam wymiennie. Szkoda tylko, że z VHS-u żaden obecnie użytek, bo może bym w końcu rozdziewiczył i zajrzał pod spódnicę. 

Spójrzmy na okładkę autorstwa Burtona Silvermana, z namalowanym brodatym oraz wbitym w szmaciane odzienie żebrakiem, który jakże przyjemnie przypomina Iana Andersona, a który inteligentnie synchronizuje się z albumowym motto, na które też może sobie spójrzmy: "Na początku człowiek stworzył Boga na swoje podobieństwo. Człowiek dał Bogu wiele imion, aby panował na całej Ziemi...". A gdzieś później: "... Człowiek utworzył Aqualung z prochu ziemi...", i jeszcze: "Człowiek stał się Bogiem, którego stworzył, by swoimi cudami zapanował nad całą ziemią". Na śmiesznie, pomimo iż to koszula bliska memu ciału.
Zarzućmy pierwsze takty tytułowego "Aqualung", a szybko znajdziemy się w centrum dobrej zabawy, podszytej folk/prog/hardrockową maestrią. To właśnie na tej płycie, obok wybornego nagrania tytułowego, znajdziemy kilka innych killerów, co "Cross-Eyed Mary", "Locomotive Breath", "My God" czy "Hymn 43". Do dzisiaj Jethro Tull nie zdyskredytowali tego albumu, zarówno artystycznie, jak też komercyjnie, i nie traktujmy tego jako powodu do zmartwień.
Być może w najbliższą niedzielę wypuszczę na wolność kilka spod jego peleryny nut, ale będzie to oczywiście zależeć także od wielu innych okoliczności, m.in. nastroju, pogody, a i atmosfery samego radiowego studia.
Dlatego, nie licząc na mnie, każdemu polecam nastawienie tej wiekopomnej płyty. Najlepiej jeszcze dzisiaj. Nie dajcie się wyprzedzić. Na zdrowie!


A.M.


środa, 17 marca 2021

po pięćdziesiątce

W młodości imponowali mi ci wszyscy starsi panowie z brodami i dobrze dopasowanymi, takimi inteligentnymi okularami, opowiadający w telewizji lub na spotkaniach autorskich mrożące krew w żyłach historie, a na dobitkę w domowych pieleszach spisujący je w pamiętniki. Też tak kiedyś będę - myślałem sobie. Wydawało mi się, w długim życiu człowieka wydarza się przecież tak wiele, że ach, będzie co spisywać. I oto właśnie jestem w wieku tych pamiętników, a pisać nie za bardzo jest co. Po wyciągach z konta dostrzegłem, że nigdy nie dobiłem do Kamczatki, koncertu na Wembley zagrać też jakoś nie miałem okazji, a co tu jeszcze myśleć o podboju kosmosu. A przecież tyle miało się wydarzyć. Obiecywały mi to powieści Szklarskiego, Bahdaja czy Astrid Lindgren. Miało być tyle przygód i pozytywnych dreszczyków emocji. Zaś na kolejny etap, ten już dojrzalszy, sięgałem marzeniami słońca Kalifornii, a na moich melodicrockowych koncertach rozentuzjazmowane pannice wbijały swe oczy pożądania spod sceny, na której z kompanami uprawialiśmy najlepszą muzę tego świata. Lecz oto zza kołdry dobiega: wstawaj, już czas, śniadanie. Wynurzam się, na stole nie ma homarów, nie ma bogatego w minerały z jesiotra kawioru, jest zaś niezawodna codzienna buła z wypróbowanym pasztetem. I pewnie te 50 lat Afery też tak przeleciały. Gibko, bo przecież moje w tym blisko dwadzieścia siedem też śmignęły, ot tak. A przecież miałem jedynie w maju dziewięćdziesiątego czwartego, w programie pewnej kwiatkowej Iwony, zdać krótką relację z warszawskiego koncertu Pendragon. Tak na kwadrans, po czym panu już dziękujemy. I zapewne tak właśnie by się stało, gdybym jednym ruchem nie wykorzystał szansy i nie wzbił się tupetem na odwagi poziom, w czego konsekwencji Iwona odstąpiła skomlącemu cenny kwadransik ze swojej krwawicy. I tak, jeden kwadransik, po tygodniu drugi, aż nagle dziesiąty, a potem już tylko rozciągałem tę gumę, aż doszło do wytrzymałości czterech godzin. Co prawda, gdzieś, kiedyś, przez chwilę poluzowano ją do godzin trzech, ale był to epizod tępy niczym głaz, więc naprawdę nie ma sensu, a i w ogóle co, kogo, czemu i czego wspominać. Pozostaje jeszcze wołacz - oooo! Radio Afera. Radio, którego przecież dawno miało nie być, a które jednak przeżyło te wszystkie Radia S, UNI, RMI, Obywatelskie, a nawet moje oczko w głowie, jakim winogradzkie Radio Fan.
Na dalsze pięć dych wytrwałości z Aferą zdrowia Wam życzę, a samej Aferze również tej pierwszej przypadłości ze mną. Aha, i pamiętajcie, Afera wierzę, że jest okey, ale na pewno jest tam pewien osobnik, który prawdziwie wymiata. Sprawdzajcie proszę w każdą niedzielę od 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl  

P.S. Nie wiem, kto u nas dokonał tej grafiki. Być może jej nadawca na mą skrzynkę - Dawid Piechocki. Kto wie, wszak zdolny z niego typ. Nieważne kto, tego też nie wiem, jak niczego o moim radio zresztą. Niemniej, grafika genialna - gratuluję!

 

A.M.


poniedziałek, 15 marca 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 14- na 15 marca 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 14- na 15 marca 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 


Dzisiaj 50-tka Radia Afera. Gdybym wiedział wcześniej, że z nas takie stare pryczki, szepnąłbym nawet słówko w Nawiedzonym, ale nie wiedziałem, ponieważ o życiu radia niestety w ogóle mało wiem. Mundi na to: nic nie wiesz, bo się nie integrujesz. Nie pijesz z nimi piwka, nie chodzisz na aferowe imprezy, tym bardziej na coroczne wigilie, to się nie dziw. --- Za stary jestem - wziąłem na swą obronę. Za stary byłem nawet, gdy do Afery wstępowałem, a co dopiero teraz, po dwudziestu siedmiu latach. Poza tym, nielicznie mi znani radiowi koleżanki/koledzy lubią kulturalnie, z kufelka, a ja przechylam szklanki.
Może wypadałoby choć trochę powspominać? O tak, zdecydowanie. Koniecznie nasze wczorajsze spotkanie...
W minionym tygodniu niemal nałożyły się na siebie rocznice dwóch pierwszych albumów Marillion - 37 lat wobec "Fugazi" oraz 38 dla "Script For A Jester's Tear". Na tym starszym zaniemógł odtwarzacz, więc poszły dwa moje ulubione fragmenty z "Fugazi". I co ważne, z najstarszej edycji kompaktowej, kiedy jeszcze nikt nie ingerował w jej techniczną niedoskonałość, nikt niczego nie poprawiał, nie dodawał, nie ujmował. Ach, jak ja takie rocznice lubię. Ciche, niebijące po oczach, nieprzesilone fanatyzmem i masowym składaniem kwiatów. Bo właśnie z takiego powodu odpuściłem ubiegłotygodniowe celebrowanie 75-tki Davida Gilmoura. Gdy tylko zobaczyłem socialmedialny szum, odstawiłem zaplanowane nagrania Pink Floyd/Davida Gilmoura na półkę. Wiedziałem, że tamtego dnia wszyscy radiowcy rzucą się w ramiona uwielbienia, bez względu na szczerą czy tylko kurtuazyjną sympatię wobec tego cudownego muzyka. A ja nie lubię być "wszyscy". Inna sprawa, gdybym całkiem serio podchodził do każdej z rocznic, wszędzie musiałbym chodzić z kwiatami. A ja tego nie popieram. Zrywanie ich w celach konsumenckich służy tylko kwiaciarzom, ich zyskom, samym roślinom nie sądzę.
Wczoraj trzy gorące albumy - Ronniego Atkinsa, Lady Pank oraz Blackmore's Night.
Ronnie proponuje pop/metalowy, pełen osobistych wyznań album, Lady Pank z formą olimpijską, a Jan Borysewicz to taka polska wypadkowa gitarowych wrażliwości Andy'ego Summersa i Richiego Sambory. Natomiast Blackmore's Night kolejny raz wehikułem czasu urządzili sobie przejażdżkę do epoki renesansu, pomimo iż okładka ich najnowszego albumu wygląda niczym rysunek czwartoklasisty - niemal przeznaczony dla przykościelnej oazy.
Nowe płyty cacy, a to przecież nieostatnie słowo, bo oto już mam trzy kolejne gorące placki na nadchodzącą niedzielę. I tylko czekać, aż do niej jak najszybciej dobijemy.
Bardzo dobrze ułożyła się środkowa część audycji, od chwili hołdu dla zmarłego ostatnio dawnego basisty Procol Harum, Alana Cartwrighta. Do tego celu posłużyło "Grand Hotel" - kapitalny album Gary'ego Brookera i spółki, z lśniącym nagraniem tytułowym, ale też obowiązkowym klejnotem, w postaci "Fires (Which Burn Brightly)". Utworem, który niemal nawiedzonymi operowymi wokalizami podbarwiła francuska sopranistka Christiane Legrand - siostra słynnego Michela. Występ Christiane stał się zarazem punktem wyjścia dla jej siostrzenicy, Victorii, którą od bitej dekady uwielbiam za jej, a raczej współtworzony z Alexem Scally'ym, Beach House. A potem kilka perełek z sesji BBC w wydaniu Cocteau Twins, no i bita godzina Nawiedzonego w szponach rozmarzonego, niekiedy eterycznego popu. Kawał przecudnej muzyki. Wiedziałem, że dostrzeżecie. Osobiście mocno żałuję, że Cocteau Twins nie nagrali już niczego więcej po mojej ulubionej "Milk & Kisses". To był wyjątkowo odpowiadający mi kierunek. 
Miały być cztery winyle, był jeden - The Lydia Taylor Band "The Lydia Taylor Band". Jedyny długograj Kanadyjczyków, z charyzmatyczną śpiewającą liderką - Lidią. Dziewczyna niemal niedostrzegalnie zadebiutowała solo, lecz potem był ten właśnie album. Na drugi zabrakło czasu, sił, środków, możliwości, a wypełnieniem kontraktu okazał się jeszcze tylko wydany dwa lata później pięcioutworowy mini album, i ot cała historia tej bardzo fajnej pop/rock/nowofalowej grupy, trochę będącej wypadkową stylów Blondie i The Cars.
A poza tym, kontynuowanie nowych płyt Josepha Williamsa, Alice'a Coopera, Dona Aireya i W.E.T., do tego dwa kawałki Lany Lane, ponieważ w ubiegłym tygodniu najwyraźniej spodobała się przynajmniej kilku Słuchaczom.
Na początku audycji, weteran sceny Detroit - Ted Nugent (m.in. z udziałem Meat Loafa), a na finał Terry Brock. W ten oto sposób zapowiadam więcej nagrań z udziałem tego pana, głównie celując w jego dawnych Strangeways. Proszę już niebawem wypatrywać na moim fm wczesnych nagrań tej grupy.
Obejrzałem ostatnio kilka niezłych filmów, będzie czas to się rozpiszę.
Do usłyszenia ...



TED NUGENT "Free-For-All" (1976)
- Dog Eat Dog - {śpiew DEREK ST. HOLMES}
- Together - {śpiew MEAT LOAF}




RONNIE ATKINS "One Shot" (2021)
- Real
- One Shot
- Picture Yourself


LADY PANK "LP40" (2021)
- Ameryka
- Tego Nie Mogą Zabrać Nam
- Najcieplejsza Zima Od Tysiąca Lat
- Drzewa



W.E.T. "Retransmission" (2021)
- What Are You Waiting For



ALICE COOPER "Detroit Stories" (2021)
- Shut Up And Rock



LANA LANE "Queen Of The Ocean" (1999)
- Souls Of The Mermaids



LANA LANE "Project Shangri-La" (2002)
- The Beast Within You



BLACKMORE'S NIGHT "Nature's Light" (2021)
- Nature's Light
- Darker Shade Of Black - {instrumentalny}
- Second Element



DON AIREY AND FRIENDS "Live In Hamburg" (2021)
- Difficult To Cure - {w oparciu o IX Symfonię Beethovena, o Symfonię Radości, Rainbow cover}



PROCOL HARUM "Grand Hotel" (1973)
- Grand Hotel
- Fires (Which Burn Brightly) - {z wokalizami CHRISTIANE LEGRAND}



BEACH HOUSE "Bloom" (2012)
- Myth



BEACH HOUSE "B-Sides And Rarities" (2017)
- Chariot
- White Moon (iTunes session remix)



COCTEAU TWINS "BBC Sessions" (1999)
- Serpentskirt - {Mark Radcliffe session, 12 marca 1996}
- Golden-Vein - {Mark Radcliffe session, 12 marca 1996}
- Seekers Who Are Lovers - {Mark Radcliffe session, 12 marca 1996}
- Calfskin Smack - {Robert Elms session, 10 kwietnia 1996}



MARILLION "Fugazi" (1984)
- Jigsaw
- Incubus



THE LYDIA TAYLOR BAND "The Lydia Taylor Band" (1981)
- Some Guys
- All Night
- Always Late
- Highway To Hell - {AC/DC cover}



JOSEPH WILLIAMS "Denizen Tenant" (2021)
- World Broken



TERRY BROCK "Diamond Blue" (2010)
- A Soldier Falls

 

 

 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"

 




piątek, 12 marca 2021

dziś izba pamięci

Przeczytałem, że przed kilkoma dniami zmarł niejaki Lou Ottens - holenderski twórca kasety magnetofonowej. Ponoć facet nie był przychylny płycie winylowej, bo ta według niego była nieporęczna. Jak widać, już wówczas kręcili się wokół nas modnisie, chcący wszystko zminiaturyzować. Nie miałem dotąd pojęcia o technologicznym wkładzie w nowe czasy tej konkretnej postaci, wszak głowę bym dał, że padakę o nazwie "kaseta" wynaleziono jeszcze w czasach napoleońskich.
Nigdy nie dałem się wkręcić w żadne magnetofony, tym bardziej kasety, choć te wkręcały się nieustannie w szybko fiksujące głowice i sapiące z przemęczenia wałki. Wielu moich znajomków cierpiało na słuchanie kaset, a raczej - z kaset, idąc za głosem oszczędności rezygnując z obcowania ze sztuką spod efektownych dużych okładek winyli.


Mając otwarty notatnik, dorzucę jeszcze ważną adnotację - Wódz wszystkich Polaków zaszczepiony. Od teraz możemy spać spokojnie. Jeszcze tylko strzykawkę do izby pamięci, a jej repliki polecam dorzucać do najnowszych numerów "Pani Domu" oraz "Twojego Imperium". Niech staną pamiątką tych jakże trudnych czasów, dających jednocześnie tyle dowodów bohaterstwa ojca naszego narodu.


A.M.


wtorek, 9 marca 2021

WHITESNAKE "The Blues Album" (2021)






WHITESNAKE
"The Blues Album"
(RHINO)

***1/2






David Coverdale to prawdziwy specjalista w nieschodzeniu z afisza. Chyba nie ma roku, by nawet przy braku premierowej oferty nie wyszukał swoim Whitesnake'om jakiejś potrzebnej do sprawy rocznicy lub innej dającej się ładnie opakować w album okazji. Wszystko da się raz jeszcze sprzedać, wystarczy tylko efektowna nowa szata plus zapewnienie o najnowszej technologicznie wysokiej jakości dźwięku. Takim też patentem stanęła najnowsza kolorowa trylogia "Red, White & Blues". Zaczęło się w czerwcu minionego roku za sprawą białego "The Rock Album", niecałe pół roku później dobiło drugie, tym razem pokryte krwistą czerwienią "Love Songs", a w końcówce tegorocznego lutego sprawę dopięło niebieskie "The Blues Album". Choć to taki niebieski posiniaczony, ponieważ blues to przecież muzyka smutna, nawet jeśli niejednokrotnie zagrana z werwą.

"The Rock Album" dostarczyło głównie nowych miksów starych sprawdzonych numerów, typu "Still Of The Night" lub "Here I Go Again", ale trafiło się też premierowe "Always The Same". Atrakcyjne, pomimo iż nie na miarę wierzchołkowych dokonań Coverdale'a. Z kolei "Love Songs" nie było już tak łaskawe i poskąpiło premierowej muzyki, a więc kolejne nowe miksy, tym razem takich "The Deeper Of Love", "Is This Love" i wielu innych Wężowych mniejszych lub większych szlagierów, a w ramach ekstra ekwipunku tym razem dwa niepublikowane nagrania - "Yours For The Asking" oraz "Let's Talk It Over". I podobnie, jak w przypadku "Always The Same", takie sobie. I w zasadzie można byłoby w tym właśnie miejscu odpuścić dopinanie klamry i niekupowanie raczej niepotrzebnej nikomu płyty, wszak trzecia część od początku pewniakiem stała, że poza już tylko kolejnymi remiksami nie dostarczy choćby jednej nowej nuty. A więc, najświeższe "The Blues Album" jest jedynie zwyczajną i kolejną w obfitej Whitesnake'owej fonografii składanką. Pod rajcowną okładką, która tradycyjnie najbardziej podekscytuje raczej najsilniej zakręconych fanów grupy, mieszczą się m.in. remiksy dobrze znanego "Slow An' Easy", jak również niegdyś zacumowanego w solowym śpiewniku Coverdale'a, a teraz pod banderą Whitesnake numeru "The River Song", ponadto wzmocniona i co by nie mówić, genialna ballada "Looking For Love", bądź inna reprezentująca tę samą dziedzinę, choć tym razem bez palącej papryczkowej posypki "Too Many Tears", plus wiele innych podobnie uznanych numerów, w których Coverdale dopatrzył się choćby najmniejszego muśnięcia bluesem. Dlatego niech nie zdziwi nas obecność, w sumie heavymetalowych "Give Me All Your Love" (po raz drugi zresztą, bowiem w tyciu odmiennej wersji mieliśmy to również na "The Rock Album"), "Good To Be Bad" czy "If You Want Me". Ale oczywiście suma sumarum tej miłej zabawy chyba fajnie, że w jednym miejscu zebrano "The River Song" obok "Crying In The Rain", "A Fool In Love", "Woman Trouble Blues" i takie "Whipping Boy Blues". Jest więc dostrzegalny plus/blues tej całej kompilacyjnej układanki. Jedynie żal serce ściska, iż do wirówki wrzucono późniejszy dorobek grupy, od okresu albumu "Slide It In" (1984) wzwyż, kompletnie pomijając wcześniejsze, zdaje się jeszcze bardziej blues/hardrockowe albumy, z moim faworyzowanym "Come An' Get It" na czele. I nie ma co głosem obrońcy powoływać się na przytoczone w omawianej trylogii "Here I Go Again" czy "Crying In The Rain", bowiem Coverdale akurat przy ich okazji wcale nie miał na myśli staruszkowej płyty "Saints And Sinners", gdzie znajdziemy ich pierwowzory, zaś z premedytacją zadziałał w oparciu o ich odnowione i podmetalizowane wersje - z powszechnie bardziej osławionej i dużo lepiej sprzedanej, o pięć lat młodszej "Whitesnake 1987".
Plusem trylogii "Red, White & Blues" tematyczna segregacja i nowa dźwiękowa waga klasycznego repertuaru, nad którego nowym image przesiedział niemal cały ubiegły rok istny mecenas inżynierii dźwięku Chris Collier. A ja już teraz czekam na kolejne pomysły odwiecznego przystojniaczka Davida, bo jak kula ziemska błękitną planetą, tak i on nie da na siebie długo czekać.


A.M.


JOHN DIVA AND THE ROCKETS OF LOVE "American Amadeus" (2021)








JOHN DIVA AND THE ROCKETS OF LOVE
"American Amadeus"
(STEAMHAMMER)

****




Po niedawnym debiucie właśnie do głosu dobiera się dość sprawnie wydany drugi album Złotego Chłopaka z San Diego i jego Rakiet Miłości, przynosząc jak najbardziej spodziewaną kontynuację r'n'rollowego glam metalu. Ten wbity w kalifornijski sznyt zestaw entuzjastycznych piosenek, zapewne z otwartymi ramionami przygarną miłośnicy dokonań dawnej czołówki stawki, którą tworzyli Mötley Crüe, Black'n'Blue, Ratt, Bon Jovi czy Poison. Szczególnie ci ostatni stoją uprzywilejowanie, bowiem John Diva uprawia wypisz wymaluj bliskoznacznie wygładzone, by nawet rzec: miękkie śpiewanie pod Poison'owego Breta Michaelsa. I pomyśleć, gdyby nie jego problemy finansowe, do których doprawadziła nadpobudliwa sympatia do starych aut, których nie tylko jest znawcą, ale i kolekcjonerem, być może nigdy nie zrujnowałby mu się budżet, a tym samym Diva nie rozbudził w sobie talentu w zarobkowym pisaniu piosenek na własny użytek. Dotąd okazjonalnie wolał wspomagać innych, jednak teraz stoi przykładem, że z biedy rodzi się sztuka.
"American Amadeus" prezentuje się jeszcze okazalej niż dwuletnie "Mama Said Rock Is Dead" (ach, te mamuśki!), o czym przekonujemy się od początkowych rowków rozpędzonej płyty. Po nastawieniu ramienia gramofonu na rozbiegówce strony A, wnet następuje istne roll bombardowanie - numer "Voodoo Sex & Vampires" to nie tylko znakomity kandydat na otwieranie wyczekiwanych koncertów, ale też hołd wobec Led Zeppelin, co wynika z końcowej fazy numeru. Zresztą, podobne aluzje znajdziemy też w kilku innych fragmentach, jak choćby gitarowe wstawki a'la Guns N' Roses w "Weekend For A Lifetime" czy granie bliskie Whitesnake okresu "1987" w "Karmageddon" - wyskandowanej tytułem tej pieśni, a przyspieszonej w końcówce balladzie, jakże przynależnej nastrojowi dekady 80's. Uważny odbiorca będzie mieć zabawy na bite trzy albumowe kwadranse, bo przecież co rusz najdzie go jakieś hairmetalowe lub hard'n'heavy skojarzenie. Po tak witalnym wstępie, jak wspomniane "Voodoo Sex & Vampire", Diva i jego kompania nie spuszczą nogi z gazu po kres wytrzymałości rozkręconego na gramofonowym talerzu nośnika, bo oto kolejny killer, tytułowe "American Amadeus". Uroczo w nim wypadają te wszystkie żartobliwe chóralne wielooktawowe refrenowe nasadki lub niemal klawesynowe zagrywki, jakże sugestywnie nawiązujące do muzyki czasów Wolfganga Amadeusza Mozarta - trafnie tu notabene w ramce przywołanego. Śmiało można więc postawić na półce obok klasycznego dance songu Falco "Rock Me Amadeus".

Płyta rozkręciła się na dobre i na pewno jej tempa nic nie zatrzyma. Istny karnawał witalnego grania, pozostawiający w sercu piękną bliznę. Jedynie w finale spotka nas chwila wytchnienia - w akustycznym, wręcz country'owym "2 Hearts". Fajne cztery minuty, ale nie sądzę, by przebiły walory rajcownie tu wcześniej rozkręconych "Soldier Of Love", "Champagne On Mars" czy opowiastkę o przyodzianej błyskotkami, brylantami, szampanem i drogą furą Marilyn, co dotyczy "Bling Bling Marilyn". I niech już tylko bliskoznacznie zaakcentowane, po raz wtóry fajnie zatytułowane "Drip Drip Baby", albo o wszystko mówiącym tytule "This Is Rock 'N' Roll", staną gwarancją dalszej dobrej zabawy. "This Is Rock 'N' Roll" nawet bez skrywania w zaroślach zajeżdża melodyjnym germańskim metalem, w duchu Bonfire czy Scorpions - co wciąż idzie grupie na poczet plusów.
John Diva ponownie skruszył łańcuchy i rozerwał kajdany, a jego "American Amadeus" jest płytą stojącą gwarancją jedynie dobrej zabawy, podczas której nikt się nie mazgai i nikt nie umywa rąk, jak Poncjusz Piłat. Teraz tylko jeszcze do pełni satysfakcji potrzeba męskiego narzędzia rozkoszy, czym porządne hi-fi, a potem niech tynki pękają!
Jakże potrzebna szpryca probiotyku w tych przeklęcie panujących COVIDowych czasach.

A.M.