czwartek, 9 grudnia 2021

Król Ryszard

Jeśli do kina to tylko z Ziółkiem. -- "King Richard: zwycięska rodzina" to kolejna w punkt propozycja Tomka. Po Kurierze Francuskim pozwólcie, że ja w doborze repertuaru przez pewien czas pomilczę.
Nareszcie jakiś inny film. Bez polityki, dystopii, matrixów czy batmanów, a także wszelakich baśniowych bzdurek, pomimo iż historia tenisowych sióstr Williams, w sumie opiera się na Kopciuszku. Po części dosłownie, po części w przenośni. Ich tata (tutaj znakomity Will Smith, na potrzeby roli nawet nucący country) poddawał dziewczynom filmową adaptację Kopciuszka za wzór czerpania dobrych wartości. Jednocześnie zatrzaskując drzwi przed ulicą i narkotykami. Grubo ponad dwie godziny, ani chwili nudy, pomimo iż to świat tenisa, do którego nigdy mnie nie rwało. Może za wyjątkiem 1985 roku, kiedy wygrałem turniej osiedlowy. Niestety bez dyplomu. Ten za to przypadł mi parę lat później dzięki drugiemu miejscu w zawodach szachowych. Widocznie za dużo paliłem i konieczna okazała się zmiana dyscypliny.
W "King Richard: zwycięska rodzina" nie uświadczymy współczesnej propagandy zdrowego odżywiania. Może dlatego, że niehisterycznie, acz jednak twardą ręką i dużą miłością wychowywane Venus i Serena, najnormalniej lubią frytki oraz hamburgery, i w filmie też je jadają, popijając colą, a na planie nie przypatruje się filmowcom żaden wynajęty przez służby dietetyk czy psi behawiorysta. I to też kolejny stopień zdrowego rozsądku.

Przyszła paka z Ameryki. Sisterka naprawdę podesłała dwa egzemplarze tej samej najnowszej płyty The Doobies. A płyta rewelacyjna! Miałem nosa, by Siostrzyczkę o nią pomęczyć. Posłuchamy w niedzielę, a śpiochom już teraz niech się przyśni, że wykupiłem im cały nakład.
Ostatnio wleciało mi kilka świetnych płyt. Jako radiowiec muszę mieć przecież z czego grać. Nie skompromituję się strumieniami, nie stać mnie na to. Poza tym, moje credo brzmi: radiowiec bez płyt jest jak chirurg bez narzędzi.

Pani na Poczcie zaproponowała zakup jakiegokolwiek artykułu z oferty jej placówki oraz wrzucenie go do kosza z napisem: "akcja Dom Dziecka". Odpowiedziałem, że akcja w porząsiu, jednak ja konsekwentnie wspomagam psiaki. Mam do nich większe zaufanie. Bo z małych ludzików zawsze istnieje ryzyko, że wyrosną bejsbolowi patrioci, po co więc później pluć sobie w brodę. 

Śnieg pada, na termometrze minus trzy, odczuwalne minus trzynaście, nastrój minus trzydzieści. Jeśli komukolwiek podoba się coś takiego, szczerze współczuję i życzę szczęścia w kolejnym losowaniu. Albo od razu polecam zostać wroną. Te głupie ptaszyska mają do dyspozycji cały świat, a wybierają mrozy. 

Zmarły przed kilkoma dniami na kowid-dziewiętnaście Kóbor János, okazał się antyszczepionkowcem. To zmusza mnie do trzymania kciuków za wszystkich pozostałych, którzy ufają, że wybrany przez nich bóg ich kocha. Łączę się z Eric'kiem Claptonem, kolejnym antyszczepionkowcem oraz antymaseczkowcem. Trwaj w zdrowiu Eric, zależy mi, ja naprawdę Cię kocham.

Przed kilkoma dniami odszedł John Miles. Teraz widzę, że nawet o tym nie wspomniałem. Tak mną zawirowało, że nie było kiedy napisać. Na usprawiedliwienie biorę przygotowanie sporej ilości muzyki na najbliższą niedzielę. Zagarnę kilka jego solowych płyt (pewnie zagram maks z jednej), do tego The Alan Parsons Project, Tinę Turner oraz Jimmy'ego Page'a. Uzbiera się mocna z tego godzina. Posłuchacie mili Państwo, jakiego kalibru wokalistę właśnie żegnamy. Nie tylko od osławionego "Music". 

a.m.

wtorek, 7 grudnia 2021

mikołajkowo

Czmychnęli moje Syncio z dziewczyną na weekend z poznańskiej szaróweczki do świątecznie przyozdobionego Berlina. Pomieszkali w hotelu, pozwiedzali, włącznie z muzeum techniki, zjedli kilka frykasów, no i oczywiście zakupy. I gdyby nie paszporty kowidowe, musieliby gibko wracać do kraju. Nie wejdziecie Kochani nawet do spożywczaka bez certyfikatu szczepień. Ale też i do metra, taksówki, muzeum czy po bateryjkę do Media Markt. Pilnują, sprawdzają, trzymają porządek. Brawo, tak to powinno wyglądać.
Tomek ojcu przywiózł Mikołaja. Takiego, że wymiata. Spójrzcie Drodzy Państwo na foto. Szukałem u nas tych płyt bezskutecznie. Od pewnego czasu wszystkie te nasze mediamarkto-empiki repertuarowo skompromitowane. Bieda, aż piszczy. Poza płytkimi katalogami z ofertą na kraje kategorii B, w tym Polskę, nie da się niczego zamówić. Luki na półkach przerażają, nie trafia na nie nawet coraz więcej renomowanych artystów. Przykry widok, którego nie mam siły teraz komentować.

W kwestii paru potrzebnych kompaktów uruchomiłem niemało próśb, często systematycznie po Europie podróżujących znajomych. Dosłownie każdy obiecał zrobić, co się da. Ale jak to w życiu bywa, rzadko się daje. Bo przede wszystkim myślimy o sobie, a jemu powiem, że nie było. Endrju sorry, nigdzie nie było tych twoich płyt - najczęściej padają takie zapewnienia. Albo druga opcja - wiesz, nie mieliśmy z Jolką czasu, tu zapieprzaliśmy, tam na granicy korek, a jeszcze tej szafki szukaliśmy wszędzie. To jest tak, jak z tymi kumplami, co mają znajomych lekarzy, speców mechaników lub informatyków. A kiedy zwrócimy się po naglącą pomoc, ten akurat jest chory, tamten nie odbiera telefonu, a Zdzisio dostał sraczki. -- Chcemy liczyć, liczmy sami na siebie - głosi stara maksyma. Znam ją, a jednak często daję się nabierać złudzeniom. A tu proszę, Tomek wszedł do pierwszego lepszego napotkanego w rajchu Media Markt i od ręki znalazł wszystko. W komóreczce miał zapisane trzy tytuły frapujące swego daddy'ego, i jednym machnięciem różdżki chapnął do koszyka wszystkie trzy. Wczoraj ładnie je zapakował, wieczorem odwiedził i z serdecznym uśmiechem Mundiemu oraz mnie co nieco zmikołajkował. Kochane dziecko. Nogi mi się ugięły, przyznaję. Spodziewałbym się w niedospany poniedziałek wszystkiego, włącznie z opieprzem za kolejną jakąś popełnioną kuchę, a tu proszę, progi mego mieszkanka przekroczył ktoś, komu obojętny nie jestem i kto wie, jak zarysować szczęście na mej twarzy.

a.m



poniedziałek, 6 grudnia 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 5/6 grudnia 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań








"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, 5/6 grudnia 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i
prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

Nawiedzone w świetnej atmosferze. Dobry dźwięk i odsłuch, odtwarzacz tylko raz zaniemógł, udało mi się też w trakcie wysikać, tak więc całość perfekt.

Smutno dzisiejszym popołudniem usłyszeć o odejściu wokalisty Omegi, Kóbora Jánosa. Posypali nam się w krótkim czasie ci klasyczno-rockowi Węgrzy. W ubiegłym roku pożegnaliśmy Tamása Mihályego oraz László Benkő, a teraz, jakże lubiany, charakterystyczny blondwłosy (a może perłowy?) filar, o niekiedy gigantycznym głosie - Kóbor János. Nie przychodzi mi nic innego, jak już teraz pomyśleć o odpowiednim kąciku na kolejne nasze spotkanie.
Wczorajsza zapowiedź kwietniowego poznańskiego występu Clan Of Xymox poskutkowała obrazkiem od Słuchacza, który pochwalił się mikołajkowym prezentem od żony - bilet! Taka żona to skarb. Taka kobietka, to ja rozumiem. I to jest prezent. A nie kolejny krawat bądź sześciopak skarpet. Już słyszę niejedno: "co ten Masłowski wygaduje, przecież krawat to praktyczny podarunek". To wy tak myślicie, drogie panie. My faceci nie lubimy prezentów praktycznych, lecz te, które z radości urywają jajca.

Na moim fm wczoraj tylko dwie nowości, za to jakie - albumy Mostly Autumn oraz Rhapsody Of Fire. Oba powyżej oczekiwań, co szczególnie cieszy wobec rychłego finiszu tegorocznego kalendarza. Ostatnio obie ekipy mocno mi się zleżały, nie sądziłem więc, że potrafią jeszcze przyłożyć i tak pozytywnie zaskoczyć.
Mostly Autumn bazują na korzennych wartościach Wysp oraz muzyce Pink Floyd, Clannad, Renaissance czy Genesis, pobierając okruchy przeszłości, by lepić z nich przyszłość. I zupełnie mając w nosie obowiązujące trendy, wymogi, tendencje, narzucane przez kreatorów mody kolory czy skondensowaną lekkość papieru w najnowszych toaletowych rulonach. Ich muzyka niemal się nie zmienia, nie ewoluuje w nowoczesne brzmienia, ale też w żaden sposób nie stoi w miejscu. Ci folk/progrockowi Anglicy nie potrzebują zapraszać do udziału na swych płytach rockowych potentatów, by ugrać lepsze notowania. Choć ku przewrotności mamy tu przecież skrzypka z Fairport Convention, Chrisa Lesliego czy Troya Donockleya, obecnego dudziarza Nightwish, pomimo iż dla mnie na zawsze budzącego skojarzenia z zamarłą Ioną - piękną folkrockową grupą, która nawet bardziej bywała folk niż rock.
Mostly Autumn to wciąż średnich lotów wokal Bryana Josha, a przy tym facet, który włada gitarą z astrofizycznym polotem. U jego boku realizuje się żona, Olivia Sparnenn, idealnie do tej muzyki dopasowana wokalistka, która w swoim czasie skradła serce Bryanowi, tym samym wypierając z wokalnego frontu Heather Findlay - głos, bez którego Mostly Autumn nie ruszyliby z miejsca.
Wczoraj zaprezentowane trzy kompozycje jasno dowodzą, iż muzyka tej grupy wygrywa barwą, nie techniką. Produkcja też nie sięga Zenitu, no ale chyba nigdy nie była tu priorytetem.

Rhapsody Of Fire wciąż z najwyższej półki, pomimo iż w ostatnich latach wywaliło im niemal cały fundament. Tak liczne przetasowania w składzie zabiłyby niejednego, ale nie ich. Już na poprzednim "The Eighth Mountain" nie śpiewał Fabio Lione, by w jego miejscu pojawił się anonimowy dotąd Giacomo Voli. Szybko okazało się, że nie jest nawet o kapkę słabszy od Fabio Lione czy śpiewaka po modeńskiej szkole, Alessandro Contiego, tego z obozu Luca Turilliego. Facet dokładnie tak śpiewa, jak wygląda, zaś jego bujne włosy powiewają lekkością lipcowego zboża. Potentat. Od razu do uwielbienia.
Obecni Rhapsody Of Fire to zupełnie inni ludzie niż uznana ekipa z klasycznych "Symphony Of Enchanted Lands" bądź "Legendary Tales". Z tamtego składu ostał się tylko szef całego przedsięwzięcia, Alex Staropoli - w jednej osobie instrumentalista klawiszowy, kompozytor, tekściarz, producent, inżynier nagrań. Nie ma już Fabio Lione czy Luca Turilliego. Na koncercie tego drugiego byłem przed laty i często powracam do niego myślami. Nawet, jeśli nie były to już te same emocje, jakie towarzyszyły mi w grudniu 1997 roku, kiedy jako pierwszy w tym kraju, na moim winogradzkim fm zaprezentowałem nową i nikomu wówczas nieznaną formację, o nazwie Rhapsody. Tak się z początku nosili. Przyrostek "of fire" podczepił się dopiero przy "Triumph Or Agony" w 2006 roku. Do dzisiaj pamiętam, jak do sklepu z kompaktami wbiegł młody człowiek i zarzucił do sprzedawcy, że właśnie przybiegł po płytę, która wczoraj za sprawą mojej audycji zrobiła gigantyczne wrażenie na nim oraz jego Mamie. I to właśnie ta jego Mama dała mu potrzebną kwotę na jej zakup. Ja również Drodzy Państwo zbierałem się z odklejeniem od sufitu po pierwszym kontakcie z "Legendary Tales". Byłem pod takim wrażeniem, że usłyszałbym nawet upadek szpilki w sąsiednim pokoju.
"Glory For Salvation" jest kolejną płytą tych cudownych Italian. Ludzi grających baśniowy metal, niegdyś ze smokami i rycerzami w rolach głównych, a dziś częściej z mrocznymi rycerzami rozprawiającymi się z demonami. W materii symfonicznego metalu nadal nikt im nie zagraża. I ta płyta też stoi tego dowodem. Nie da się nie kochać tej muzyki. 

W kąciku "Szanujmy wspomnienia, czyli cudze chwalicie, swego nie znacie" zaprezentowały się legendarne Alibabki oraz Czerwone Gitary.
Warszawianki na pierwszym longplayu podpisywały się "Ali-Babki". Piosenka "Kwiat Jednej Nocy" wciąż wiele dla mnie znaczy. W czasach, gdy byłem jeszcze Andrzejkiem nie mogłem się jej nasłuchać. A raczej, naoglądać. Przez pewien czas chyba nie było dnia, by telewizja przeoczyła przeuroczy teledysk z oczkiem wodnym, w którym rezydowała przykuwająca mą ciekawość rybka.
Chciałem trochę więcej pogadać o psychodelicznym albumie Czerwonych Gitar "Spokój Serca", ale na radiowym zegarze zabrakło miejsca. Albumowi przypadł najgorszy czas, kiedy w pośpiechu trzeba się pożegnać na tydzień ze Słuchaczami, a w międzyczasie posprzątać studio, zresetować sprzęt, przygotować nocne radiowe pasmo, a na dodatek już taksówka warkocze silnikiem pod radiowym szlabanem. Nie ma nawet chwili na odpisywanie na dobranockowe smsy, które dokładnie punkt druga, jeden za drugim wskakują. Piszcie je Kochani pięć, dziesięć minut wcześniej, jeśli nie chcecie, bym Was budził o czwartej. Bo niekiedy o tej porze dopiero mogę na spokojnie chwycić za telefon i podziękować za udział.
Co do Czerwonych Gitar, nigdy nie kochałem ich wczesnych płyt. Tych z finiszu lat sześćdziesiątych, z powszechnie wielbionym Krzysztofem Klenczonem. Nie, nie, i jeszcze raz nie. W ogóle nie leżał mi ten cały polski big-beat. Te wszystkie kolorowe drużynki, jak Niebiesko- czy Czerwono-Czarni, ani też Czerwone Gitary. Wszystkie te słodkawe skoczki z wywijającymi pod ich rytm minispódniczkami, w rodzaju "Nie Zadzieraj Nosa" bądź "Bo Ty Się Boisz Myszy", nie dla mnie. Do dzisiaj nie mam nawet jednej składanki Czerwonych Gitar z piosenkami tamtego okresu. Świadomie, ponieważ nigdy bym sobie ich nie zaserwował. Dla mnie Czerwone Gitary to przede wszystkim w trzech/czwartych przepiękna płyta "Port Piratów", z nadrzędną rolą melancholijnego Seweryna Krajewskiego, do której to płyty skrywam potężny sentyment. To także mocno mnie tłumaczy. Być może winą powinienem obarczać moich rodziców, którzy podczas pewnych letnich wakacji odmówili mi zakupu płyty "Na Fujarce", której okładkę wypatrzyłem na wystawie jakiejś księgarenki w niezapamiętanej miejscowości, gdzie na szybko dokonywaliśmy sprawunków.
Seweryn Krajewski przyjął na siebie ciężar po Klenczonie, którego nawet nie starał się imitować. Lecz pomimo tego, szarpnął się na bycie twarzą grupy. Miał dobre zakusy, by zrobić z Czerwonych Gitar coś więcej niż nadwiślańskich she loves you, yeah yeah yeah, ale szybko rzeczywistość zweryfikowała te plany, wrzucając je do skrzyni z napisem: niemożliwe. Jeśli ktoś do tej pory nie poznał tej płyty, niech się nie wzbrania w docenieniu Krajewskiego psychodeliczno-hardrockowej gitary, niekiedy nawet z efektem wah-wah.
"Spokój Serca" to najmniej popularna płyta Czerwonych Gitar, bo i repertuarowo najtrudniejsza, najmniej przystępna, co też najbardziej odjechana. Mamy tu ambitny pop rock z dużą dozą progpsychodelii, ale i równie ciekawą, co też prostą okładkę maestro Marka Karewicza.
To jedna z najtrudniej osiągalnych ich płyt, ponieważ wytłoczono ją w niewielkim nakładzie, co też później nie wznawiano. Ludzie, którzy pokochali ich za "Takie Ładne Oczy", nie chcieli mieć z tą muzyką nic wspólnego. W zasadzie tylko "Płoną Góry, Płoną Lasy" miało w sobie ułamek dawnej przebojowości, cała reszta płyty skąpana w ogniu, jak ta okładkowa czerwień.

Pograli jeszcze Beatlesi. Tu dwie okazje - sześciogodzinny film "Get Back" oraz 20-rocznica śmierci George'a Harrisona. Szkoda, że niełatwo będzie dotrzeć do tego "Get Back". Do kin nie przewidziano, a ja nie planuję instalowania platformy Disney+ dla jednego interesującego mnie tytułu. Pogłupieli z tymi platformami. Co to się ostatnio porobiło z tym lawinowym wysypem przeróżnych platform, a każda za trzy dychy. Jedni oferują atrakcyjne rozgrywki piłkarskie, inni jakiś serial, jeszcze inni kolejne zakodowane dla amatorów darmochy diabelstwo, i nic, tylko tu trzy dychy, tam trzy dychy... Można ocipieć. Zbańczyć też. I końca nie widać. Machina dopiero się rozkręca. Najgorsze, że wszystko z dużego ekranu przemyka do małych komputerków, a ja to lubię sobie mecz czy dobry film obejrzeć w oprawie widescreen.
Ozzy ukończył 73 lata, tak też poszli w eter równie poczciwi Black Sabbath, i to od razu z grubej rury, w narkotykowym "Snowblind". Pokontynuowałem też nowe płyty Deep Purple, Roberta Planta z Alison Krauss, Dave'a Gahana z Soulsavers oraz kobiece oblicze grupy World Stage, ex-Survivor'owego Jima Peterika.
Byli też Clan Of Xymox oraz osamotnieni w nazwie Xymox (choć z cudownych czasów Pietera Nootena oraz Anki Wolbert), w Nawiedzonym stojący namową na kwietniowy koncert w Poznaniu. Agencja mojego Tomka - WiniaryBookings - ostatnio wymiata. Pasmo interesujących nadchodzących show trwa (Alice Cooper, Clan Of Xymox czy Gary Numan) i niech nikt tego nie zatrzymuje.
Nie mogło zabraknąć The Alan Parsons Project, bo raz - dwunasta rocznica śmierci Erica Woolfsona / a dwa - w pierwszym półroczu przyszłego roku do sprzedaży trafi wypasiony box dotyczący albumu "The Turn Of A Friendly Card".
Ponadto udało się wygospodarować szczyptę czasu na jedną z fajniejszych, a nigdy dotąd przeze mnie nieprezentowanych płyt Eddiego Moneya. Liznęliśmy też wiekowego koncertu Humble Pie - z genialnymi na pokładzie Steve'em Marriottem oraz Peterem Framptonem, gitarowymi potęgami. Ci zamerykanizowani mocno Brytyjczycy, kompozycje cudzego autorstwa zagrali na tyle przekonująco, jak gdyby od zawsze należały do ich śpiewnika. Ach, no i znalazła się grudka czasowa dla Paula Jonesa z Eric'kiem Claptonem.
To było kolejne bardzo owocne spotkanie. Kolejnego już teraz nie mogę doczekać.
Do usłyszenia ...


DEEP PURPLE "Turning To Crime" (2021)
- Let The Good Times Roll - {Ray Charles cover}
- Shapes Of Things - {The Yardbirds cover}
- The Battle Of New Orleans - {Johnny Horton cover}

BOOKER T. & THE M.G.'s "Green Onions" (1962)
- Green Onions

BLACK SABBATH "Vol 4" (1972)
- Snowblind

THE BEATLES "Let It Be" (1970)
- Get Back
- I Me Mine


THE ALAN PARSONS PROJECT "The Turn Of A Friendly Card" (1980)
- May Be A Price To Pay - {śpiew ELMER GANTRY}
- Time - {śpiew ERIC WOOLFSON}

RHAPSODY OF FIRE "Glory For Salvation" (2021)
- Son Of Vengeance
- Terial The Hawk
- Un'Ode Per L'Eroe - {włoskojęzyczna wersja "Magic Signs"}

CLAN OF XYMOX "Limbo" (2021)
- Lockdown


XYMOX "Twist Of Shadows" (1989)
- Evelyn

XYMOX "Phoenix" (1991)
- At The End Of The Day

MOSTLY AUTUMN "Graveyard Star" (2021)
- Shadows
- Spirit Of Mankind
- Back In These Arms

ALI-BABKI "Kwiat Jednej Nocy" (1969)
- Kwiat Jednej Nocy
- Może Cię Spotkam

JIM PETERIK & WORLD STAGE presents "Tigress - Women Who Rock The World" (2021)
- Against The Grain - {feat. ROSA LARICCHIUTA}
- Brave Is Beautiful - {feat. LESLIE HUNT & MINDI ABAIR}

EDDIE MONEY "Where's The Party?" (1983)
- Back On The Road
- Don't Let Go
- Leave It To Me

ROBERT PLANT / ALISON KRAUSS "Raise The Roof" (2021)
- Last Kind Words Blues - {Geeshie Wiley cover}

PAUL JONES "Starting All Over Again" (2009)
- Choose Or Cop Out

HUMBLE PIE "Live At The Whisky A-Go-Go '69" (2001)
- For Your Love - {The Yardbirds cover}
- Shakin' All Over - {Johnny Kidd & The Pirates}

DAVE GAHAN & SOULSAVERS "Imposter" (2021)
- I Held My Baby Last Night - {Elmore James cover}

CZERWONE GITARY "Spokój Serca" (1971)
- Nocne Całowanie
- Płoną Góry, Płoną Lasy

 

 

Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



=====================================

Weekendowa opieka nad kociakami ...

Carlos

Pepitka


niedziela, 5 grudnia 2021

zatrzasnąć za sobą drzwi

Lubię program "Polacy za granicą". Na weekend to całkiem przyjemna godzinna tv-rozrywka spoza obrębu muzyki, a także ucieczka do przeważnie lepszego świata. No chyba, że akurat trafią się odcinki o malowniczych, acz zimnych i ulewnych Wyspach Owczych bądź wyludnionej i też nieciepłej Islandii. Brrr!
Oglądam więc wraz z równie fajnym, także podróżniczym "Ciężarówką przez Stany". W ostatnim wydaniu rozgadany tirowiec zahaczył o Toronto, a po powrocie do US wbił się w Detroit. To umierające amerykańskie miasto próbuje się odrodzić, choć poprzez wypływ ludzi szczególnie nocą bywa opustoszałe. Pełno pubów czy restauracji przyciąga finezyjnymi atrakcjami, jednak brak siły z tego korzystającej. Rząd amerykański, by ratować i uatrakcyjnić miasto, dopłacił 80 mld dolarów, a wszystko i tak niemal w studnię. Legendarny dworzec wykupiony i tylko niszczeje. Nowy właściciel nie ma na niego pomysłu. Otoczony siatką i ochroniarzami marnieje każdego dnia. Może dlatego okładka najnowszej płyty Alice'a Coopera - "Detroit Stories" - jest jeszcze mroczniejsza niż de facto coraz staranniej odrestaurowywane i przyciągające Detroit.
W dzisiejszym "Polacy za granicą" Zanzibar. Miejsce narodzin Freddiego Mercury'ego. Niedawno osiadł tam z rodziną znany dziennikarz Canal+ Żelisław Żyżyński. Nieco wcześniej kilku innych mniej lub bardziej znanych rodaków. To gorące miejsce na mapie szczególnie ukochali sobie Włosi i Polacy, rozwijając różnego kalibru biznesy.
Jedna z uczestniczek programu stwierdziła, że na Zanzibarze jest mnóstwo życzliwych ludzi, czego jej zawsze brakowało w Polsce. Wszyscy pozostali biorący udział w programie także zadeklarowali brak chęci powrotu do ojczyzny Chopina. Trudno się dziwić - słońce, plaże, palmy, lazurowa woda, uśmiechnięci ludzie, wspaniałe jedzenie, wymarzone warunki do pracy, wypoczynku, życia. Ja też nie zatęskniłbym za polskim schabowym bądź pięcioma powyżej zera w skali Celsjusza. Och, gdybym tylko dostał taką szansę, zatrzasnąłbym za sobą drzwi. Podobno nigdy nie jest za późno.

a.m.


słyszymy się, jak co niedzielę

Zasypało na biało. Za chwilę stopnieje i dopiero się zacznie. Uwaga na jeżdżących przy krawężnikach. Chemiczne pralnie już zacierają ręce. Do wiosny jeszcze trochę, trzeba wytrzymać.

Pomału wybudzają się skoczkowie narciarscy. Wciąż nie słyszę o pierwszych sukcesach naszych mocarzy. Nagłówki prasowe milczą, a jedynie na tyle mnie to fruwające zimowisko obchodzi.

Od rana w moim gniazdku bluesuje Paul Jones. Anglik pomału zbliża się do osiemdziesiątki, a przecież dopiero wywijał wianki u Manfreda Manna, z "Do Wah Diddy Diddy" czy "5-4-3-2-1" na czele.
Lubię jego dwunastoletni album "Starting All Over Again". Ewidentna bluesrockowa twórczość pod zadymione nocne kluby. Tyle, że z gościnnym uczestnictwem Erniego Wattsa czy Erica Claptona, a ci w miejscach o podejrzanych reputacjach sprzętu nie rozkładają.
Na dzisiejsze nawiedzone mam niebluesowe plany, ale może znajdę chwilę na choć jeden numer z tego nawet naznaczonego jednym bonus trackiem długograja. Warto choćby dla trąbki Darrella Leonarda w "I'm Gone".
Pilnujcie bym znowu czegoś nie chlapnął. Niekiedy zapominam, że człowiek dwudziestego pierwszego wieku delikatniejszy. Dzisiaj tak łatwo urazić. No, ale jak inaczej, skoro obecnie rocka słuchają głównie emeryci, a hiphopiki pożerają jedynie nienafaszerowane chemią kiełki, zaś elektrolity uzupełniają niegazowaną nałęczowianką. I gdyby nie masowo pobierane siłownie, najprawdopodobniej padliby z wycieńczenia, niczym październikowe muchy.
W torbie kilka gorących nowości, kilka już napoczętych, ale także coś wobec kącika "Szanujmy Wspomnienia, czyli Cudze Chwalicie, Swego Nie Znacie" oraz dużo rajcownego dawnego rocka, głównie z czasów, kiedy w tramwajach nieopodal motorniczego mocowano tabliczki: "miejsce dla inwalidy", i nie raziło to dawnych pracownic opieki społecznej (obecnie pomocy społecznej), tym bardziej murzynów.
Do usłyszenia ...

a.m.


sobota, 4 grudnia 2021

Ozzy i Baśki

Od wczoraj Ozzy jest już 73-latkiem, natomiast dzisiaj imieninują Baśki. I Streisand, i Trzetrzelewska, i kilka innych. Wszystkim najlepszego od studia nawiedzonego!

a.m.

czwartek, 2 grudnia 2021

Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun

Wybraliśmy się z Ziółkiem do kinowego Cinema City na "Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun". Tym razem to ja namówiłem Tomka, ponieważ zainteresowany recenzją Tomasza Raczka wiele sobie obiecywałem. Miałem w zamiarze obejrzeć historię upadającego pisma, a konkretnie składania ostatniego numeru wziętego tu w kleszcze magazynu, osadzonego w jakiejś fikcyjnej miejscowości, tym samym liczyłem przyjrzeć się kulisom dogorywającej w nim redakcji, ale też całej otoczce, czyli pracy maszyn, ludzkiemu czynnikowi, włącznie z zecerskim składaniem czcionek, a wszystko w atmosferze zaangażowanego po kres zespołu redakcyjnego dopinającego w szczegółach każdą, nawet najmniejszą przestrzeń przeznaczoną dla każdej z rubryk. Niestety rzecz nie o tym.

Francuski magazyn "Liberty, Kansas Evening Sun" kończy działalność, wkrótce umiera jego właściciel, a my przyglądamy się ekranizacji trzech wybranych z ostatniego numeru opowiadań. To tak całkiem w skrócie. Jeszcze takiego filmu nie widziałem, a w życiu widziałem wiele. Czegoś tak odrealnionego, surrealistycznego. Niewiarygodne w czym zgodził się zagrać szwadron mniej lub bardziej znanych aktorów, wśród których Adrien Brody, Willem Dafoe czy Bill Murray.
Podziwiam pomysły, oprawy, niekiedy szalone scenografie, a wszystko na wysokim budżecie. Żałuję jednak, że ta forsa nie poszła na dzieło o interesującej mnie kwestii.
W fotelu niecałe dwie godziny, jednak trzeba nastawić się na dłużący niekiedy flirt z niepohamowaną, wręcz odlotową wyobraźnią jego autorów.
Nie każdy dotrwa końca, pomimo iż w trakcie de facto nikt z kina nie wyszedł. Myślę, że nie było pierwszego odważnego. Mnie podobało się selektywnie, więc dałem radę, choć zaznaczam, drugi raz bym nie przeżył. Tomek jednak bez zbytecznej kurtuazji, niemal w chwilę po przywróceniu na sali świateł, wyraził swe zdegustowanie, na szczęście oszczędzając pawia. Po wyrazie jego twarzy, przez chwilę nawet snułem takie obawy. I myślę, że Pan Ziółko nie był w swym odczuciu odosobniony.
Film nie do opowiedzenia. Obraz, który nie przyjmuje pytań, w rodzaju: no to w skrócie, o czym było?
Tomek, następny film wybierasz Ty. Chociaż zaraz zaraz, z tego co wiem, za kilka dni w poszerzonym gronie teatr.

a.m.