sobota, 15 sierpnia 2020

przegląd wydarzeń - odeszli PETE WAY (7 VIII 1951 - 14 VIII 2020) i EWA DEMARCZYK (16 I 1941 - 14 VIII 2020)

Ucieszyłem się, gdy po czterech dniach żołądkowego konania znienacka doszedłem do siebie. Niekiedy pomaga odpowiednie nastawienie, nie zawsze leki.

Odszedł basista Pete Way. Przede wszystkim, w odległej przeszłości wieloletni muzyk UFO, ale też lider własnego Waysted oraz kilku jeszcze innych zespołów bądź okazjonalnych projektów. Niezwykła osobowość, bardzo lubiana i poważana w rock-świecie. Mało kto rysował tak mocne i melodyjne linie basu, co Pete, dlatego jeśli do tej pory ktokolwiek nie miał jeszcze okazji, niech koniecznie przesłucha przynajmniej kilka w jego temacie płyt - najlepiej stare UFO bądź oba albumy duetu Mogg/Way.
Pamiętam Waya również jako jednego z pierwszych, który nosił spodnie w dwukolorowe pasy, a niekiedy w szachownicę. Czynił on już tak w latach siedemdziesiątych, a więc na grubo zanim podebrali od niego patent metale w następnej dekadzie.
To także jeden z moich muzycznych bohaterów. Należał do gwardii najlepszych zespołów, którymi się w młodości zasłuchiwałem, a i słucham do teraz. Bo ja nie z tych, którzy na starość przerzucają się na bezpieczny dżezik i unikają muzyki, która niegdyś nadawała życiu sens.
Ponieważ uwielbiam Twisted Sister, czuję się również w obowiązku poinformować, iż Pete Way wyprodukował grupie debiutancki album "Under The Blade". Może nie tak klawy, jak trzy następne, ale była to fantastyczna przepustka dla Zakręconej Siostrzyczki do prawdziwej kariery.
Niedawno w obozie UFO pożegnaliśmy Paula Chapmana (pisałem o tym), a Pete Way na swoim Facebook'owym fanpage'u wyrażał ubolewanie z powodu jego śmierci. I masz ci los, upłynęły ledwie dwa miesiące, i... Słowa Waya brzmiały wówczas: "... wszyscy jesteśmy śmiertelni, każdego z nas mogło to spotkać..."

Pożegnaliśmy też Ewę Demarczyk. Artystkę, która swą "czarno-anielską" poezją wychowała pokolenia. Pomimo, iż jej albumowy dział zajmuje sporo skromniejszą powierzchnię od Marka Grechuty czy Czesława Niemena. Na szczeblu dramaturgicznym jej dorobek lśni jednak podobną wrażliwością do jej od lat nieżyjących kolegów.
Ewa Demarczyk, gdy śpiewała drżały jej dusza i serce, a Ona wyduszała z siebie całą energię bez odrobiny powściągliwości, i chyba każdy słuchając "Karuzelę z madonnami" bądź "Czarne anioły" miewa ciary. Bez względu nawet na codzienne preferowanie jazzu, latino lub metalu. Jest taka muzyka ponad podziałami, której przekaz dociera do każdej wrażliwości, i myślę, że Ewa Demarczyk to dostarczycielka tak niesamowitej aury płytowego debiutu, że do dzisiaj nikt tego nie pozamiatał.
Była poliglotką, tak więc z równą swobodą śpiewała w języku ojczystym, co też po francusku lub rosyjsku.
W dawnym Związku Radzieckim wydano jej płytę, którą sprzedano w nakładzie dającym porównanie z multiplatynowymi ilościami nośników Bon Jovi, Celine Dion lub Eminema. W USA za 10-milionową sprzedaż przydzielano Diament, co zresztą Pani Ewa przekroczyła bez zadyszki - a to już nie przelewki.
Okładki płyt Pani Ewy zawsze osadzano w czerni, ponieważ był to jednocześnie najbliższy kolor jej kobiecej wrażliwości - mrocznej i niepokornej.
Ogromna strata.

Jestem poważnie zniesmaczony, by nie rzec: oburzony, zachowaniem polityków Koalicji Obywatelskiej (rządzącymi nie, ci zawsze w formie, oni nigdy nie zaskakują), którzy podczas głosowania w Sejmie - za nowymi warunkami własnych wynagrodzeń - pokazali narodowi, o co tak naprawdę chodzi. Od dzisiaj nie dam się nabierać na niczyje gierki. Koniec ze sztamą. Jedni udają rządzących, drudzy opozycję, a gdy trzeba, perfekcyjnie naród skłócą, po czym i tak myślą jedynie o napasaniu własnych bankowych kont. I to w czasach, gdy tym bardziej wypada docisnąć pasa, że nie wspomnę o notorycznym rolowaniu pracowników budżetówki. Ohyda. Wypisuję się z uczestnictwa w tej naszej politykierce. Koniec zaangażowania, naiwności oraz wiary w idee i praworządność. Dość stawania po stronie jednych, przeciw drugim. Wszyscy obrzydliwi i wszyscy po jednych pieniądzach - dosłownie i w przenośni. Jedna banda. Od dzisiaj wasze deklaracje niech sterczą jak widły w gnoju - ja wysiadam z tego pociągu.

Dziękuję za uwagę.


A.M.

piątek, 14 sierpnia 2020

EPITAPH "Five Decades Of Classic Rock" (2020)








EPITAPH
"Five Decades Of Classic Rock"
(MIG-Music GmbH)

****



W tym schludnym i jednocześnie pucołowatym digipaku czyhają trzy kompakty od zespołu, który rozpoczynał od krautrocka, umiejętnie w jego obszarze łącząc elementy psychodelii, bluesa oraz rocka progresywnego, z czasem jednak upraszczając formułę do bardziej komunikatywnego (czytaj: prostszego) hard rocka, by w międzyczasie zmienić nazwę i pograć modną w latach 80-tych lżejszą odmianę klawiszowo-gitarowego heavy metalu. Długi opis jak na początek, jednak rozprawiać będziemy o zespole uprawiającym swą sztukę od bitych pięćdziesięciu lat.
Ten wywodzący się z Dortmundu band do dzisiaj współtworzy dwóch jego (z trójki) założycieli - Bernie Kolbe oraz Cliff Jackson. I są to postaci ogromnie cenione, nie tylko w obrębie własnego kraju, albowiem grupę polubiono niemal wszędzie, w tym także i u nas.
"Five Decades Of Classic Rock" to bogato przyodziana kompilacja z półwiecznej działalności Epitaph, przygotowana z uczuciem i pietyzmem, do tego solidnie, nie pomijając żadnego etapu, a jednak w dużym stopniu ten przemiły boksik nie załatwia sprawy. Nie wolno na jego podstawie zrezygnować z przynajmniej kilku regularnych i jawiących się monolitycznie albumów. Pamiętajmy, iż kompilacje mniej przebojowych zespołów, a Epitaph do nich należy, powstają w oparciu o starcie preferencji wytwórni oraz wykonawcy, gdzie zwykły odbiorca nie ma nic do powiedzenia, a przecież to on głównie wie, co najlepsze.
Na dysku pierwszym, opartym o okres 1971-85, przede wszystkim brakuje oryginalnych nagrań z pierwszych dwóch albumów. I to tych najwyżej cenionych przez obóz sympatyków starego dobrego rocka. Ich absencja rozbiła się głównie o prawa autorskie, albowiem pochodzą z dawnego i trudniejszego w dostępie katalogu Polydoru. Zatem pozyskanie potrzebnego archiwalnego materiału w obecnym położeniu grupy (współpraca z inną wytwórnią) znacznie utrudniłoby sprawę (względy finansowe), tak też zdecydowano, by kilka najistotniejszych kompozycji ("Stop Look And Listen", "Visions", "Early Morning" oraz "Crossroads" - wszystkie w wersjach live, a "Little Maggie" w edycji acoustic) przypomnieć w wersjach znacznie odmłodzonych. Mało tego, w późniejszym toku pierwszego dysku, też sprawy mają się różnie. Nie wszystkie kompozycje z kolejnych albumów trafiają tu w oryginalnych zapisach. Obok autentyków, jak w przypadku "Reflections", "Return To Reality", "Heartless" czy do dzisiaj pojawiającego się na koncertach "Ain't No Liar", sąsiadują kolejne zamienniki koncertowe, czego przykładem utwory "On The Road" czy "Bad Feeling". Nie mam nic do koncertów, tym bardziej, że gra na żywo niejednokrotnie stawia wykonawcę w lepszym świetle, jednak w przypadku Epitaph przeważnie zwyciężają dopracowane w szczegółach wersje studyjne. Poza tym, dostarczony tu pokaźny rozsiew wszelakich live'ów, dobrany został niekoniecznie na podstawie najlepszych w historii grupy wykonań, co o kapkę obniża wartość tej w sumie wciąż fajnej składanki.
Korzystając z okazji muszę jeszcze dokonać pewnego obowiązkowego wtrętu. Otóż, po wspomnianych dwóch pierwszych płytach ("Epitaph" oraz "Stop, Look And Listen") przetasował się nieco skład bandu, zmieniła się również wytwórnia, a do kompletu także kierunek poszukiwań - z prog-rockowego na czystej maści hard rock. Jednak wkrótce po tej przemianie Epitaph (połowa lat 70-tych) zafundowali sobie długą przerwę (oficjalnie się rozwiązując), ponieważ ich nowa, a dająca z początku ogromne nadzieje wytwórnia, akurat zbankrutowała. Na szczęście grupa rychło się pozbierała, pomimo iż kolejny, czwarty już album, pojawił się na półkach sklepowych dopiero po pół dekadzie - wspaniały i niemal kompletnie zlekceważony w epoce longplay "Return To Reality". Kolejne płyty niestety również przepadły, stając się jedynie lokalną ciekawostką w rodzimych Niemczech. Zniechęceni muzycy ostatecznie porzucili ten stylistyczny kurs, by w połowie lat osiemdziesiątych przerzucić się na modny wówczas melodyjny klawiszowy heavy metal - najpierw pod szyldem Kingdom, a wkrótce przemianowanym na Domain. I tu uwaga, druga płyta Domain - "Before The Storm" - to autentycznie jedna z najlepszych rzeczy w obrębie tego gatunku, jakie w życiu słyszałem. Szkoda, że obecnie brakuje jej w płytowych wznowieniach. Na "Five Decades...", z tego konkretnego albumu pojawia się zaledwie jeden utwór  -"Edge Of The Knife". W dodatku, w kompletnie innej wersji, nagranej przez współczesny skład wraz z chórem. I podobnie sprawa dotyczy piosenki "Love Child" (tutaj w wersji z ubiegłorocznego albumu "Long Ago Tomorrow"), która ostatecznie również należy do katalogu Domain, choć pierwotnie ci sami muzycy umieścili ją na jedynym albumie pre-Domain'owych Kingdom. Tu niecodzienna historia, otóż wspomniana płyta Kingdom została wkrótce po uwolnieniu z magazynów wznowiona także pod szyldem Domain, tyle, że pod zmienionym tytułem, z inną okładką, acz z dokładnie tym samym materiałem. Natomiast niesprzedane egzemplarze pogrzebanych już Kingdom, pomału usuwano z handlu. Ale tu ciekawostka, w swoim czasie na CD wznowiono obie wersje. I zaledwie tyle z epoki Domain odszukamy na "Five Decades...". Niewiele, ale dobre i to. Szczególnie na początek wobec kogoś, kto z tą muzyką nie miał jeszcze do czynienia. 

Pod względem ingerencji w oryginalny materiał, o wiele lepiej przedstawia się dysk drugi. Zgromadzono na nim współczesne dokonania grupy, powstałe od 2000 roku wzwyż, aż do ubiegłorocznego albumu "Long Ago Tomorrow". A, że pieczę nad tymi dziełami pełnią dobrze dogadujące się firmy "in-akustik" oraz "MIG", tak też nie trzeba było szukać wobec pierwowzorów żadnych zamienników. Otrzymujemy więc połowę materiału z niezłego albumu "Remember The Daze" (m.in. poruszający utwór "Hole In My Head" - opowieść Cliffa Jacksona o koledze, który odebrał sobie życie) oraz po kilka reprezentantów z trzech kolejnych, moim zdaniem jeszcze lepszych płyt: "Dancing With Ghosts", "Fire From The Soul" oraz ostatniej "Long Ago Tomorrow". Szczególnie kładę na szalę tę środkową, niemal bezbłędną na całym jej obszarze. Lecz ku zaskoczeniu, wybrano z niej tylko dwa nagrania - "Nightmare" (piosenka o młodej dziewczynie, która wyrwała się z koszmaru życia w mieścince) oraz "One Of These Days". W dodatku, na domiar jakiemuś psikusowi, "One Of These Days" pomimo dostarczonej tu w sumie niezłej wersji live, akurat przegrywa z lepszym, bardziej powerowym pierwotnym studyjnym odpowiednikiem. Czasem niedobrze jest kombinować podczas doboru repertuaru, a już szczególnie na tak uroczystego składaka.
Posiadacze pełnego płytowego dorobku Epitaph niewiele wyciągną rozkoszy z pierwszych dwóch dysków "Five Decades...", jednak trzeci usatysfakcjonuje zarówno ich, jak też ewentualnych nowicjuszy, którzy po polubieniu materiału z pierwszych dwóch, zapewne zadeklarują chęć dalszego pobuszowania w tym arcyciekawym temacie.
Bonusowa płytka zawiera rzeczy całkiem nowe plus różnego rodzaju dema, efekty wyluzowanych jam session, jak i ponownie materiały koncertowe. To tutaj właśnie znajdują się obie wspomniane kompozycje Domain, ale też pochodzące ze stajni Jimiego Hendrixa, akustycznie zaserwowane "All Along The Watchtower" oraz "Villanova Junction", do tego wersja a cappella kompozycji "Sad Song", nagrany w okolicach 1976/77 (zespół sam nie pamięta) cover grupy The Easybeats "Good Times" - skomponowany przez George'a Younga, jednego z braci rodziny AC/DC (Meat Loaf wykonywał to niegdyś pod tasiemcowym tytułem "Runnin' For The Red Light /I Gotta Life/"), ponadto koncertowe "Who Do You Love" - współczesne jammowanie grupy wokół klasycznego numeru Bo Diddleya, ale też niemało innych ciekawostek. Przede wszystkim jednak otrzymujemy cztery nagrania premierowe. Nową, lecz niestety okrutnie okrojoną i pozbawioną dawnego szaleństwa wersję (w takiej formule należy jej poszukać jedynie na rozszerzonej edycji płyty "Stop, Look And Listen") nagrania "Are You Ready", plus trzy nieźle sporządzone covery: "What's Going On" - z repertuaru Rory'ego Gallaghera i jego Taste (w początkach kariery grupa często z Rorym koncertowała), "Sympathy" - dobrze u nas kojarzonej grupy Rare Bird oraz "Albatross" - sporego przeboju wczesnych Fleetwood Mac - jednocześnie prawdziwej ozdoby w dorobku niedawno zmarłego mistrza białego bluesa Petera Greena. Epitaph nagrali ten utwór na pięć miesięcy przed jego śmiercią.
Uspokoję, z powyższych czterech nowinek nie wynikają żadne akustyczne przynudzania, a pełnej krasy elektryczne songi, co dostrzegalnie podwyższa walor wydawnictwa.
I jeszcze coś dla bardziej wiekowych fanów Epitaph. Powinno ich uradować dokonane na żywo 4-ścieżkowe demo do kompozycji "Train To The City", które dotąd nie było wydane na żadnej z płyt.
"Five Decades Of Classic Rock", pomimo kilku grzechów, dostarcza reprezentatywne "the best of", a także niemało niespodzianek.
Za przesłanie grupy niech przyświeca ubiegłoroczny, jednocześnie także dostępny tu utwór "Keep Standing Like A Rock" - bo bez względu na to, w jak złej sytuacji się znalazłeś, idź dalej, gdyż pod auspicjami rock'n''rolla wszystko wkrótce zmieni się na lepsze.


A.M.


czwartek, 13 sierpnia 2020

DEEP PURPLE "Whoosh!" (2020)









DEEP PURPLE
"Whoosh!"
(earMUSIC)

****




Odrealniona i jakby nieco apokaliptyczna okładka, z rozsypującym się kosmonautą, bez wątpienia znajdzie się w czołówce albumowych grafik katalogu Deep Purple, albo i nawet art-postępków tego roku. Sugestywny tytuł "Whoosh!" określa, iż oto właśnie coś przeminęło, przeleciało - pokrywając się zarazem z niedawnymi słowami Rogera Glovera: "teraźniejszość w jednej chwili staje się przeszłością".
Ponownie studio w Nashville i ponownie na stanowisku realizatorskim Bob Ezrin. To już trzecia z rzędu płyta Deep Purple przez niego wyprodukowana. I nie tylko wyprodukowana, albowiem Ezrina, obok Rogera Glovera, a nawet kilku dam, usłyszymy również w partiach chóralnych.
Na początek "Throw My Bones" - utwór, który poznaliśmy jako pilotażowy, zanim go jeszcze wytłoczono na singlu. Zachwycająca, wpadająca w ucho, choć niełatwa kompozycja, nasączona dostojną klawiszową symfonią Aireya plus zgrabnym gitarowym solo Morse'a, a i utrzymującym się dużym wokalnym potencjałem Gillana. Ten facet wciąż wspaniale śpiewa, choć złośliwi powiedzą, że w jego wieku to już tylko zasługa producenta. Eleganccy Deep Purple, którzy nowy album otwierają mocnym akcentem, pomimo iż naturą rzeczy wyzbytym młodzieńczych sprzężeń, przesterów, galopad czy dewastacji sprzętu. I co od razu warto wiedzieć, na "Whoosh!" nie znajdziemy ani jednej wyścigówki, w stylu "Highway Star" czy "Burn", a jednak od razu poczujemy dystynkcję najprawdziwszych Deep Purple. Brzmiących jednym ciągiem świeżo, naturalnie, i co ważne - współcześnie. Sprawia to, że "Whoosh!" na całym obszarze zachwyca lekkością, różnorodnością oraz jak zawsze bliskim swej natury kunsztem wykonania. Dobrze też poczuć, że Purpurowi nie są więźniami schematów.
Po "Throw My Bones" pojawiają hard rockowe "Drop The Weapon" oraz "We're All The Same In The Dark". Niezłe momenty, jednak po tak okazałym albumowym początku, chłodzące nieco atmosferę. Ale już wkrótce dobija albumowa perła - "Nothing At All". Pomimo kolektywnego wykonania, patronat nad nią przejmuje Don Airey, który niczym konsekrowanymi dłońmi snuje niezwykłej urody klasycyzujące klawiszowe meandry, odwołujące się do baroku. A więc do epoki jakże bliskiej Jonowi Lordowi, po którym to przecież Airey przejął w grupie schedę. Prawdziwa symfonia zmysłów oraz złota zgłoska tego albumu, będącą nawałnicą smaków wyłaniającą się z bukietu pomysłów. Na podstawie tego utworu widać, jak przestronne pole widzenia ma Airey i ile w nim twórczego potencjału. Szkoda, że na swoich solowych płytach nie rozwija podobnych pomysłów, tylko zamęcza nuty z tym wiecznie napiętym nudnym wydzierusem Carlem Sentance'em. Warto także docenić przestrzenną i subtelną produkcję "Nothing At All" - ciekawe, ile tym razem Ezrin przefiltrował pomysłów, by nadać utworowi tak zwartej emocjonalnej całości? - efekt doskonały.
Ale idźmy dalej. Pierwsze takty organów w "No Need To Shout" przywołują na myśl wstęp do "Perfect Strangers", lecz po chwili wyłania się temat o zupełnie innym charakterze. W jego sercu odkrywamy kolejny fantastyczny pianistyczny popis Aireya, któremu dano na tej płycie pograć, jak nigdy dotąd. Kilka sekund z jego solo nasuwa skojarzenia z George'em Gershwinem i jego "Błękitną Rapsodią". Pójdę dalej, to jakby przyspieszony Leonard Bernstein, który w 1976 z nowojorskimi Filharmonikami w Royal Albert Hall zamknął usta wszystkim powątpiewającym w jego wielkość. Don Airey na Purpurowym gruncie również coraz odważniej walczy o należny szacunek, a dzięki tej płycie, w gestii posiadanego ogromnego potencjału, nareszcie stawia przysłowiową kropkę nad "i".
Skrywające pierwiastek magii, nieco leniwe "Step By Step", również nie ucieka od fascynacji muzyką klasyczną, głównie śląc ukłony ku dokonaniom J.S. Bacha. Urocze trzy i pół minuty, jednak nie tej wielkości, co "Nothing At All".
Ujawniłem na wstępie różnorodność tego albumu, tak też dla przeciwwagi pojawia się tu również rock'n'roll - "What The What". Piosenka w tekście punktująca wyróżnik dla przeboju "Long Tall Sally" - niedawno zmarłego Little Richarda - ale też zdejmująca na moment ciężar klasycyzującej powagi. Otrzymujemy ponadto bigbitowe, instrumentalne "And The Address", a więc remake kompozycji znanej z debiutanckiego longplaya "Shades Of Deep Purple" - bardzo podobnej do pierwowzoru, o ile odliczymy dawny dłuższy wstęp oraz kilka brakujących efektów. Bardzo fajnie, że grupa przypomniała tę kompozycję. To dobra zachęta dla młodszego grona, by spróbowali przed daniem głównym retro przystawki za sprawą składu Mark I.
Przed nami jeszcze dość niekonwencjonalne, hardrockowe "The Long Way Round" - zaopatrzone w kolejne niezłe sola na klawiszach oraz gitarze, do tego chórki, i niekoniecznie całość trzymająca się zasad piosenkowego szablonu. Po czym, z tamtego już oparów wyłania się nieco tajemnicze "The Power Of The Moon". Rzecz symbolizująca istotę Księżyca, bez którego na Ziemi nie dalibyśmy rady. Airey znowu akcentuje pokaźny organowy majestat, natomiast Steve Morse na jego tle dostarcza już tylko kilku niewinnych gitarowych zagrywek. Kolejne dwa dobre nagrania, będące jednak rodzajem preludium wobec następującego po nich mocnego aktu. Jest nim nierozerwalny 7-minutowy zbitek utworzony z instrumentalnego "Remission Possible" oraz wręcz nadzmysłowego "Man Alive" ("właśnie coś na plaży zostało wyrzucone na brzeg - żywy człowiek") . To właśnie w "Man Alive" padają słowa z albumowego tytułu: "whoosh!". Jednak za moment kulminacyjny, należy uznać osadzoną w sercu nagrania oraz gdzieś pod jego koniec, magiczną melodeklamację Gillana, którą rozpoczynają słowa: "After some thousands of years, Fewer than the smallest imaginable intake of breath..." - dreszcze.
Pozostał nam jeszcze tylko bonus - "Dancing In My Sleep". Kompozycja dostępna zarówno w wersji standard, limited czy na winylu, a więc żaden rarytas wobec jakiejkolwiek edycji. Jej "dodatkowość" polega na odczepieniu od przypisanych wcześniejszym dwunastu kompozycjom aktom nr 1 i 2. Kolejny rzetelny hard rock, choć nie o takim strategicznym znaczeniu, jak kilka wcześniej przytoczonych wyróżników.
Deep Purple to galeria indywidualności, która jak widać, może solidnie działać razem, natomiast ich nowe dzieło jasno dowodzi, iż pod atrakcyjnym opakowaniem nie musi zabraknąć równie okazałej treści. A jednak, pomimo iż "Whoosh!" wydaje się absolutnie kompletne, podskórnie wyczuwam, że Deep Purple jak zawsze pozostawiają nam pewien lufcik niedopowiedzenia. A zatem, do następnego!


A.M.



poniedziałek, 10 sierpnia 2020

nie żyje MARTIN BIRCH (27 XII 1948 - 9 VIII 2020)

Odszedł bardzo znany producent oraz inżynier dźwięku Martin Birch. Co prawda, od niemal trzech dekad zawodowo nieaktywny, jednak w latach 70/80-tych dający się we znaki pokaźnej rockowej czołówce.
Wyprodukował oraz dźwiękowo wyinżynierował szereg renomowanych albumów - m.in. najlepsze dzieła Iron Maiden, okresu od "Killers" po "Fear Of The Dark", ponadto wczesnych Whitesnake - aż do płyty "Slide It In", ale również za kadencji Ronniego Jamesa Dio pierwsze dwa albumy Black Sabbath, czy także dla MSG bądź Blue Öyster Cult. Natomiast wcześniej, gdy zawodowo pełnił przeważnie role inżyniera dźwięku, jego nazwisko przyozdabiało wczesne albumy Deep Purple, Rainbow, Fleetwood Mac, Wishbone Ash, Toad bądź Faces.
Iron Maiden traktowali Bircha nad wyraz pieszczotliwie, niczym swoją zespołową maskotkę. Dlatego też, przy każdej albumowej okazji, jako wyrazy sympatii nadawali mu przeróżne ksywy. I tak, w ramach przypomnienia, sięgnijmy po nie raz jeszcze:
LP "Killers" - Headmaster
LP "The Number Of The Beast" - Farmer
LP "Peace Of Mind" - Black Night
LP "Powerslave" - Pool Bully
2 LP's "Live After Death" - Live Animal
LP "Somewhere In Time" - Masa
LP "Seventh Son Of A Seventh Son" - Disappearing Armchair
LP "No Prayer For The Dying" - The Bishop
LP "Fear Of The Dark" - The Juggler
Nie oszukujmy się, najlepsi Iron Maiden to właśnie ci pod dyktando Martina Bircha.
Birch w branży uchodził za szczególarza i perfekcjonistę. Potrafił z wykonawcy wydobyć wszystko to, co miał najlepsze. I u Maidens też to słychać. Nie wymykał mu się żaden dźwięk, dlatego pod jego egidą działo się tylko perfekt.
Martin Birch to w zasadzie fachura z tej samej półki, co: Bob Rock, Michael Wagener, Bob Ezrin, Desmond Child, Robert John "Mutt" Lange, Bruce Fairbairn, Ron Nevison czy zmarły niedawno Keith Olsen.
Ogromna strata. Wielkie dzięki Martin !


A.M.


niedziela, 9 sierpnia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 9/10 sierpnia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





Dwudziesta druga niedziela przymusowej radiowej absencji.
Z racji nieczynnego do jesieni (albo i dłużej) br. studia możliwe, iż przewidziano odtworzenie materiału archiwalnego.



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 9/10 sierpnia 2020 - godz. 22.00 - 2.00  w  
RADIO "AFERA", na 98,6 FM (Poznań) lub na www.afera.com.pl




Lato nareszcie dało o sobie znać. Dowalaj słoneczko, dowalaj.
Szkoda jedynie, że kowidzik-dzięwietnaście znowu rozpędzony, a więc chyba nie do jesieni, a do końca roku nasze spotkania z głowy. A może i dłużej, wszak troszczą się o moje zdrowie.








A.M.



sobota, 8 sierpnia 2020

o kolorowych winylach Leo i Neila, o śmieciach także

Zauważyłem zapowiedzi kolejnych winylowych reedycji studyjnych albumów Leo Sayera oraz koncertowych Neila Diamonda. Niezwykle popularnych piosenkarzy, szczególnie w latach siedemdziesiątych. I zastanawia mnie, ilu chętnych znajdzie się na te lekko nadszarpnięte zębem czasu, acz jednak efektowne kolorowe wydania, LP's?
Bez wątpienia "Hot August Night" Neila Diamonda biło niegdyś w świecie rekordy powodzenia, pomimo mego zapamiętania, iż akurat na dawnych lokalnych Wawrzynkowych giełdach fani rocka raczej naśmiewali się z tego piosenkarza. Nawet, jeśli go zapewne trochę lubili i pokątnie nadsłuchiwali. Na otwartym polu toczyli jednak bitwy o prym Led Zeppelin nad Thin Lizzy, tym samym trudno im było ujawnić sympatie do jakiegoś tam piosenkarza. Z Leo Sayerem było trochę inaczej. Leo odważniej podążał za modą, i jak na tamte czasy potrafił bywać trendy. Serwował, i namiętne ballady, i pop-rock, i disco, a i nawet funk/soul-pop. Pojawiał się w setlistach dyskdżokejów, zahaczał o wyższą półkę oficjalnego topu, zarówno tego w UK lub Germany, a jego sława na moment także dotarła do Polski - rodzimy Tonpress wypuścił mu nawet podwójnego singla. I ten polski SP-albumik
reprezentatywnie ujawniał możliwości Leo. Pamiętacie balladę "When I Need You"? Wiem, to nie jego (właścicielem Albert Hammond), jednak właśnie wersja Leo jest najpopularniejsza. A więc trzeba tę piosenką przepisać na jego poczet. Albumik Tonpressu, oprócz "When I Need You", które wyciągnięto z super fajnego albumu "Endless Flight", zawierał ponadto trzy wyśmienite piosenki z następnego LP, jakim moje ulubione "Thunder In My Heart" - piosenkę tytułową plus "Easy To Love" oraz "Everything I've Got". Aż dziw, że nie dokupiono wówczas licencji do kilku innych kawałków i nie wytłoczono pełnego długograja. Dziś byłby smaczkiem nawet pośród światowych kolekcjonerów, bo single to jednak nigdy nie miały większego uznania. Nawet u nas, pomimo iż socjalistyczna fonografia uszczęśliwiała rodaków głównie nimi. Inna sprawa, komu po trzech minutach chciało się przewracać płytę na drugą stronę? Wtedy, a co dopiero dziś.
Właśnie do handlu na kolor/winylach trafiają późniejsze, fajne, acz tyciu mniej popularne albumy Leo Sayera: "Here", "Living In A Fantasy", "World Radio" oraz "Have You Ever Been In Love". Ciekawe, ilu jeszcze sympatyków takiej muzyki stąpa po tej ziemi?
No i, czy te płyty trafią do naszych sklepów? Ewentualny dystrybutor musi mieć na uwadze, iż używane winyle Leo Sayera oraz Neila Diamonda widuje się na naszych bazarach za symbolicznego piątaka, więc chyba niewielu wyłoży po stówce za tytuł. Nawet przy tak efektownym wizerunku. A może pomyślą tylko o mnie?

Niedawno widziałem taki oto obrazek. W pewnej wsi dziewczyna wychodzi ze spożywczaka i na gorąco wydaje się zaoferowana upychaniem zakupów w torbie, w międzyczasie porządkując portfel, z którego wypada jej kartka wielkości paragonu. Dziewczyna jednak niczego nie zauważa, ponieważ los białej karteczki nie bardzo ją obchodzi, tak więc dla zmyłki wzrokiem zarzuca w dal i ku niemu podąża. Od razu naszło mnie zastanowienie, a gdyby zamiast tej karteczki wyleciałby jej banknot pięćdziesięciozłotowy, to czy też by go nie zauważyła? Bo to już nie pierwszy raz, gdy na moich oczach komuś wypada "niewinnie" jakiś papierek. I jakimś dziwnym trafem nigdy nikomu nie wylatuje niechciane sto złotych, a zawsze paragon, zużyty bilet parkingowy lub niepotrzebna, bo zrealizowana przed chwilą lista sprawunków. I zawsze każdy rżnie głupa, że to takie niechcący. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, zarobiony jestem. Naszło mnie, a gdybym był artystą grafikiem, i tworzyłbym okładki płytowe, sądzę, iż jedną z nich poświęciłbym tematyce śmieci. Nie takich, jakie widujemy w codziennym krajobrazie, ponieważ tutaj śmieciami byłyby pieniądze. Prawdziwe. Ciekawie musiałoby wyglądać na trawnikach, na chodnikach, gdyby zamiast wymiętolonych papierków, zgniecionych puszek i porozbijanych butelek, dookoła leżały "niechcący" pogubione pieniądze. I też nikt by ich nie podnosił, wszak to tylko śmieci. Takie, które niedostrzeżenie wypadły komuś z portfela bądź tylnej kieszeni spodni. A skoro nikt z nas nie podnosi śmiecio-papierków i nie kolekcjonuje puszek po piwie, tak również nie interesowałyby nikogo porzucone pieniądze. I wyobraźmy sobie, co by było, gdyby każdy niechciany w środowisku papierek przemieniał się w banknot. Mielibyśmy świat na błysk. Nasza Zielona Planeta szybko by wypiękniała, zazieleniłaby się, ponownie zapachniała, i na bank nikt nie zwoziłby worów śmieci do lasów, nie zanieczyszczał jezior i mórz, a kto wie, być może niejednego dnia na przydomowej wycieraczce znajdowałbym wreszcie coś warte nominały.



A.M.





































czwartek, 6 sierpnia 2020

TOKYO MOTOR FIST "Lions" /2020/








TOKYO MOTOR FIST
"Lions"
(FRONTIERS)

****





Najnowszy album kwartetu Tokyo Motor Fist wiernie podtrzymuje zasady ustalone przed trzema laty podczas fonograficznego debiutu - jest melodyjnie i r'n'rollowo, acz bez histerii i z naciskiem na amerykańską produkcję. Za tę ostatnią odpowiedzialny gitarzysta/instrumentalista klawiszowy, a znany z Trixter, Steve Brown. Nie ukrywa on fascynacji mistrzami konsolet profesji, Bruce'em Fairbairnem, Robertem Johnem "Muttem" Lange'em czy Desmondem Childem, choć za gitarowego guru stawia sobie nieodżałowanego Randy'ego Rhoadsa. Brown w dziedzinie kompozytorskiej nie wyznaje demokracji, sam lubi trzymać łapska na kierownicy, ale szczęśliwie z powodu jego indywidualizmu nikt się tutaj nie zabija. Na "Lions" panuje ustalony wcześniej ład, tak więc niekiedy można nawet żałować, że w garderobie grupy choć przez moment nie unosi się zapach wnętrza bryki Rolling Stonesów.
Było słówko o Steve'ie Brownie, a zatem dla przypomnienia dorzucę jeszcze trzy pozostałe i równie kompetentne nazwiska. Otóż, wokalne pole zagospodarowuje Ted Poley (Danger Danger, Melodica), jak zawsze ciekawe linie basu kreśli Greg Smith (w przeszłości m.in. Rainbow, Blue Öyster Cult czy Alice Cooper), zaś w bębny bardziej wali niż muska Chuck Burgi (znany z Rainbow, Balance czy Blue Öyster Cult). Absolutnie zgrany kolektyw, na dodatek noszący w płucach przekonanie w sukces.
"Lions" jest płytą sporządzoną nie tylko pod wielbicieli wczesnych Danger Danger, ale i też dla opętanych najlepszymi dokonaniami dawnych Warrant, Firehouse, Bon Jovi czy Def Leppard. Zresztą, ci ostatni nasuwają się od samego albumowego brzegu - w kompozycji "Youngblood". To przecież nic innego, jak stylistyczna krzyżówka dokonań Danger Danger, rodem z ich pierwszych dwóch albumów, plus właśnie szczypta Def Leppard okresu "Histerii" - m.in. identyczne partie chóralne. Nawet Poley zaśpiewał tu bardziej jak Joe Elliott, niż jak Ted Poley. I lepiej nie można było rozpocząć, a przecież po pierwszym ciosie błyskawicznie dochodzi równie efektowny drugi - kawałek "Monster In Me". On również do złudzenia przybliża ejtisową witalność Danger Danger, choć oczywiste, iż takim skojarzeniom najbardziej dopomaga właśnie głos Poleya. Lecz proszę dać wiarę, to jest dokładnie ta muzyka. Stawiam, że nikogo oba kawałki nie rozczarują, podobnie jak utrzymane w identycznej konwencji "Around Midnight" lub "Mean It", jak również nieco zadziorniejsze i mroczniejsze "Decadence On 10th Street" (rzecz nawiązująca do jasnych i ciemnych stron rock'n'rolla, a jednocześnie oddająca hołd ulubieńcom Steve'a Browna, grupom Aerosmith oraz Van Halen), ponadto doprawione saksofonem Marka Rivery (muzyka obozu Billy'ego Joela) oraz gitarowymi partiami powstałymi już przed trzema dekady dla Trixter - "Sedona", plus ballady: "Look Into Me", "Blow Your Mind" oraz najpiękniejsza "Lions" - naznaczona smakowitym klawiszowym solo, w gościnie tu zabawiającego Styx'owca Dennisa DeYounga. I nie tylko on powyższej sprawie się przysłużył, albowiem w ramy tej blisko 7-minutowej perły, smyczki wdrożył znany ze współpracy z Marillion, Michael Hunter. Piosenka będącą rodzajem podniosłej pieśni traktuje o współczesnym świecie pełnym zła i chaosu, jednocześnie stając się cegiełką względem muru naprawiania powszechnego zepsucia.
Na finał pozostawiono prawdziwą wisienkę na torcie - "Winner Takes All". Znam kilka piosenek o identycznym tytule, i wszystkie w dechę. Tym razem też nie mogło być inaczej. Na wstępie pojawiają się smyczki, ale już po tuzinie sekund wyłania się piekielnie melodyjny galop, taki w duchu dokonań Larry'ego Greene'a i jego Fortune, czy nawet spokrewnionych z nimi personalnie i stylistycznie Harlan Cage. Coś nieprawdopodobnie pięknego, czego nie wolno wrzucić do niszczarki. Kolejne cztery i pół minuty wielkości 2020 roku. A to, że ten piekielne cudowny kawałek nie ma szans na dzisiejszych listach przebojów, wynika jedynie z frustracji współczesnego świata, nie zaś z żadnej ułomności niesionej muzyki. Jest to zarazem jedyny kwiatek w tym albumowym wazonie, który powstał przed blisko czterema dekady i nie skomponował go Steve Brown, lecz Chuck Burgi. Ale Brown nie byłby sobą, gdyby nawet do obcego ogródka nie dosypał własnego ziarna, tak więc i tutaj na aktualne potrzeby pozmieniał co się da, i wyszedł z tego nieprzereklamowany albumowy killer. To jedna z tych rzeczy, których chce się słuchać bez liku.
"Lions" to płyta z entuzjastycznym i wypolerowanym hard'n'heavy-rockiem, zdecydowanie bliższym uśmiechniętej Kalifornii niż jakże nam bliskiej - począwszy od Podkarpacia po Żuławy - gastronomi na plastikowych talerzykach, a jednak usilnie namawiam, by spróbowano go w każdym ojczyźnianym zakątku.


A.M.