RADIO AFERA "Nawiedzone Studio", niedziela, godz. 22.00 - 2.00 (98,6 FM Poznań)
POLSKIE RADIO POZNAŃ "Sobotni wieczór Andy'ego", sobota, godz. 23.00 - 1.00 (100,9 FM Poznań)
środa, 22 lipca 2020
wtorek, 14 lipca 2020
let's learn english
Nic nie może wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić - niosą słowa piosenki Ani Jantar. Ostatniej piosenki na stronie B, ostatniego albumu, i ostatnie jej muzyczne słowa w ogóle. Bo przecież nic nie jest dane na zawsze, wiemy o tym. A szkoda. I moja niesamowita "let's learn english" przygoda, z mega fajnymi dziewczynami, też dobiegła końca. Na wczoraj pozostał już tylko ostatni egzamin. Zanim jednak poszliśmy pod komisyjny sierp, gdzieś tam jeszcze kilka ostatnich wygłupów, wspólne zdjęcia, a w międzyczasie z Marzeną uciekliśmy na stronę, by wypić kawę. Marzena od emocji zgłodniała, więc namówiłem ją na KFC. Dzięki mnie dziewczyna po raz pierwszy w życiu zasmakowała kurczaków w złocistej panierce. Niewiarygodne, jak można było tak długo w nieświadomości tkwić, na co dzień preferując sztucznie rozsławione zdrowe żarło - afe!. Była zachwycona. Jak widać, nie dałem plamy. Później - a to już z całą ekipą - trochę byczenia na parkowych ławkach (choć dla mnie starczyło jedynie trawnika), plus dodatkowego pomiędzy ustnym a pisemnym stresu, i ponownie do szkolnych ław. Kolejne maglowanie, aż wreszcie po kilku godzinach nastąpiło zasłużone poluzowanie. Następna kawa smakowała dużo bardziej. Nie było w niej paprochów przedegzaminacyjnego stresu. Miała też w sobie pewien smaczek wolności i świadomości przekroczenia mety. Byliśmy wyczerpani, a jednak posiedzieliśmy jeszcze w jednym z piwnych ogródków aż do nadejścia zmroku. Na dłuższe balowanie zabrakło sił. Oby doszło do niego w sierpniu, jak sobie zaręczyliśmy.
Niezwykle wyczerpujący, przyjemny dzień. Godny zaksięgowania.
I wiecie co, wracałem do domu ze łzami w oczach, bo zżyłem się z laskami. Polubiłem każdą, i mam nadzieję z wzajemnością. Tym dobitniej, iż tak fajnej paczki to już od dawna nie miałem.
Wszyscy wyraziliśmy chęć podtrzymywania tego naszego losowego trafu, ale sami wiecie, będzie jak w jednym z odcinków Czterdziestolatka: Stefan, musimy się kiedyś spotkać. - Musimy, musimy, ale się nie spotkamy... A dalej to już znacie. Życie.
Coś niebywale fajnego, co mogło tylko w teorii, a przydarzyło się naprawdę na mym jesiennym etapie życia. I ludzie, którzy trochę Masłowskiego znają, teraz zapewne zdziwią się, bo po raz pierwszy polubiłem przydzielonego belfra. Nasza lektorka okazała się empatyczną i wrażliwą osobą. No, ale to niemal moja rówieśniczka, a w tamtych rocznikach gniotów nie klepano. Niewiarygodnie wyrozumiała facetka, i co istotne, traktująca swój fach niebywale skrupulatnie. Dzięki Ewie poznałem nieco idiomów plus językowych ciekawostek. Mam je pozapisywane - głównie we łbie. Będę z tych dobrodziejstw korzystać.
Szybko okazało się, że Ewa lubi również nieco bliskiej mi muzyki, pomimo iż z racji zapieprzu, nie ma dla niej wystarczającego czasu. A jednak nie udało mi się jej przekonać do Zdechlaków (vide Down'N'Outz), ani nawet zakręcić łagodniejszym obliczem Black Sabbath, czego popróbowałem za sprawą przepięknego "Feels Good To Me". Ale Ewa zapewniła, że okazjonalnie lubi naparzankę, choć najchętniej na Owsiakowym Woodstocku - czyli obecnym Pol'and'Rocku.
Jej sympatia do muzyki zaowocowała kilkoma utrzymanymi w odpowiednim nastroju zajęciami. Prześlizgiwali się więc w pogawędkach Beatlesi, Stonesi czy Simon i Garfunkel, że nawet niektóre mniej muzyczne dziewczyny zaczynały łapać bakcyla.
Mam nadzieję nigdy nie zapomnieć, jak przed świętami bożonarodzeniowymi, wraz z Louisem Armstrongiem śpiewaliśmy "What A Wonderful World", a przecież jakże całkiem niedawno, wraz z triem ELP, przerabialiśmy ich niewesołe "Lucky Man" bądź dla przeciwwagi sympatyczną Doris Day, w jej interpretacji "Que Sera". I tak śpiewająco płynęły nam te zajęcia. Dlatego od teraz tak bardzo za nimi tęsknię.
P.S. Podziękowania dla Ewy, Marzeny, Izy, Oli, Kasi, Halinki, Tereski, Basi oraz obu Maryś. I'll never forget.
A.M.
Niezwykle wyczerpujący, przyjemny dzień. Godny zaksięgowania.
I wiecie co, wracałem do domu ze łzami w oczach, bo zżyłem się z laskami. Polubiłem każdą, i mam nadzieję z wzajemnością. Tym dobitniej, iż tak fajnej paczki to już od dawna nie miałem.
Wszyscy wyraziliśmy chęć podtrzymywania tego naszego losowego trafu, ale sami wiecie, będzie jak w jednym z odcinków Czterdziestolatka: Stefan, musimy się kiedyś spotkać. - Musimy, musimy, ale się nie spotkamy... A dalej to już znacie. Życie.
Coś niebywale fajnego, co mogło tylko w teorii, a przydarzyło się naprawdę na mym jesiennym etapie życia. I ludzie, którzy trochę Masłowskiego znają, teraz zapewne zdziwią się, bo po raz pierwszy polubiłem przydzielonego belfra. Nasza lektorka okazała się empatyczną i wrażliwą osobą. No, ale to niemal moja rówieśniczka, a w tamtych rocznikach gniotów nie klepano. Niewiarygodnie wyrozumiała facetka, i co istotne, traktująca swój fach niebywale skrupulatnie. Dzięki Ewie poznałem nieco idiomów plus językowych ciekawostek. Mam je pozapisywane - głównie we łbie. Będę z tych dobrodziejstw korzystać.
Szybko okazało się, że Ewa lubi również nieco bliskiej mi muzyki, pomimo iż z racji zapieprzu, nie ma dla niej wystarczającego czasu. A jednak nie udało mi się jej przekonać do Zdechlaków (vide Down'N'Outz), ani nawet zakręcić łagodniejszym obliczem Black Sabbath, czego popróbowałem za sprawą przepięknego "Feels Good To Me". Ale Ewa zapewniła, że okazjonalnie lubi naparzankę, choć najchętniej na Owsiakowym Woodstocku - czyli obecnym Pol'and'Rocku.
Jej sympatia do muzyki zaowocowała kilkoma utrzymanymi w odpowiednim nastroju zajęciami. Prześlizgiwali się więc w pogawędkach Beatlesi, Stonesi czy Simon i Garfunkel, że nawet niektóre mniej muzyczne dziewczyny zaczynały łapać bakcyla.
Mam nadzieję nigdy nie zapomnieć, jak przed świętami bożonarodzeniowymi, wraz z Louisem Armstrongiem śpiewaliśmy "What A Wonderful World", a przecież jakże całkiem niedawno, wraz z triem ELP, przerabialiśmy ich niewesołe "Lucky Man" bądź dla przeciwwagi sympatyczną Doris Day, w jej interpretacji "Que Sera". I tak śpiewająco płynęły nam te zajęcia. Dlatego od teraz tak bardzo za nimi tęsknię.
P.S. Podziękowania dla Ewy, Marzeny, Izy, Oli, Kasi, Halinki, Tereski, Basi oraz obu Maryś. I'll never forget.
A.M.
poniedziałek, 13 lipca 2020
po przegranej bitwie...
Przez całe życie otaczałem się ludźmi uśmiechniętymi, dobrymi i wrażliwymi na piękno tego świata oraz ludzką krzywdę. Przynajmniej tylko takich wokół siebie zatrzymywałem. Bo moim życiowym credo: każdy dewiant odpada. Ma wylot niczym mokra szmata o parkiet. Może dlatego na co dzień nie otacza mnie hejt, nietolerancja i prostactwo. Może dlatego jestem wrażliwy na krzywdę, nienawiść, rasową segregację, a i tych wszystkich panoszących się pseudo patriotów. Może dlatego zaskakują mnie wszystkie wyborcze wyniki ostatnich lat. Kogo zapytam, każdy po właściwej stronie. A jeśli nawet stoi po złej, a chce przy mnie trwać, nie przyzna się, bo wie, że czyni źle i na swój sposób wstydzi się, choć z jakiś powodów nie potrafi opuścić łajby zła.
Nauczyłem się oddzielać ziarno od plew. Jednak, pomimo sporego życiowego doświadczenia przyznam, selekcja wciąż trwa. Nigdy nie jest idealnie, bo i nigdy nie uda się nikomu zebrać kadry marzeń. Zawsze ktoś zdradzi. Judaszy i januszy nigdy nie brakowało i nie zabraknie. A wczorajszy dzień szczególnie sypnął tymi drugimi.
Podobno w każdym z nas kryje się mroczna strefa duszy, chodzi jednak o to, by nie dać jej się porwać. Nie wszystkim się udaje. Nie wszyscy dostąpili szczęścia trzeźwości umysłu. Niektórym fanatyzm zamula tkanki. Niestety dożywotnio. I w pewnym sensie dumny jestem, że znajduję się w tej "mniejszej połowie", bo o czym natura przekonuje, przy gównie zawsze więcej much.
Dziękuję za uwagę.
A.M.
Nauczyłem się oddzielać ziarno od plew. Jednak, pomimo sporego życiowego doświadczenia przyznam, selekcja wciąż trwa. Nigdy nie jest idealnie, bo i nigdy nie uda się nikomu zebrać kadry marzeń. Zawsze ktoś zdradzi. Judaszy i januszy nigdy nie brakowało i nie zabraknie. A wczorajszy dzień szczególnie sypnął tymi drugimi.
Podobno w każdym z nas kryje się mroczna strefa duszy, chodzi jednak o to, by nie dać jej się porwać. Nie wszystkim się udaje. Nie wszyscy dostąpili szczęścia trzeźwości umysłu. Niektórym fanatyzm zamula tkanki. Niestety dożywotnio. I w pewnym sensie dumny jestem, że znajduję się w tej "mniejszej połowie", bo o czym natura przekonuje, przy gównie zawsze więcej much.
Dziękuję za uwagę.
A.M.
niedziela, 12 lipca 2020
"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 12/13 lipca 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań
Osiemnasta niedziela przymusowej radiowej absencji.
Z racji nieczynnego do jesieni br. studia możliwe, iż zaplanowano odtworzenie materiału archiwalnego.
"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 12 na 13 lipca 2020 - godz. 22.00 - 2.00 w RADIO "AFERA", na 98,6 FM (Poznań) lub na www.afera.com.pl
===============================
===============================
Na głosowanie poszedłem przed dziewiątą rano, albowiem już po szóstej obudzili mnie głośni i podpici sąsiedzi. Przez dwie godziny na swym balkonie wydzierali jadaczki, agitując Dudę. Ot, cała prawda o tym elektoracie. Wezwałem Straż Miejską, by przyciszyli towarzystwo, a przyjechała Policja. W tym czasie menelstwo posnęło, tym samym władzunia odpuściła. Z racji zaistniałej sytuacji, koedukacyjny tandem policjantów zagościł przez chwilę w moim muzycznym pokoju. Pani funkcjonariuszka zdziwiła się, gdy zobaczyła nieracjonalną ilość kompaktów oraz winyli. No, ale przecież mam jeszcze na parapecie kwiatek. Choć ten zdaje się nie rzucać w oczy.
===============================
===============================
Film.
Na kapryśnym repertuarowo Canal+ Film, wyemitowano ciekawy biograficzno-obyczajowy film "Oni". Rzecz o Silvio Berlusconim. Do roli tego charyzmatycznego polityka dobrano niezwykle symetrycznego i o identycznej krasie aktora. Przez chwilę pomyślałem, oryginał odgrywający samego siebie.
Bogactwo, moc, władza, intrygi, skandale, wystawne życie, otaczające zewsząd lizusostwo plus miłość Silvio do śpiewu oraz nielimitowanych ilości kobiet. Uwielbiany przez Włochów polityk, u nas raczej zostałby zlinczowany przez chmarę zazdrośników i życiowych nieudaczników. Ciekawe jednak, czy spłynęło po naszym bohaterze, gdy od pewnej młodej damy usłyszał, że jego skóra pachnie starzyzną. No właśnie, forsa forsą, ale czy to apetyczne, by zdrowa dziewuszka wbijała do sypialni starca?
Kupowanie ludzi do Senatu i forsowanie ich na własną stronę dzięki oferowanym kwotom, mającym mocniejsze lecznicze właściwości niż woda z Lourdes, o to polityka jaką można prowadzić mając wszystko. Zmienność poglądów, przekonań, idei, to tylko kwestia ceny.
W "Oni" nie ma nic, o czym byśmy nie wiedzieli, jednak dobrze podejrzeć, jak polityczna machina działa od kuchni.
===============================
===============================
Któregoś dnia, przemierzając Jeżyce ...
![]() |
| Przystanek tramwajowy przy Parku Sołackim, z tzw. "zieloną budką" - dawną poczekalnią dla pasażerów. Całość z drewna, zabytkowa. |
![]() |
| W tym budynku mieszkali moi dziadkowie. Wiążą się z nim cudowne wspomnienia. |
![]() |
| Ul. Kościelna, z widocznym prawoskrętem w ulicę Św. Floriana. |
![]() |
| Frontem od ul. Dąbrowskiego w ulicę Staszica. |
![]() |
| Widok z przystanku autobusowego na skrzyżowanie Żeromskiego/Dąbrowskiego. |
===============================
===============================
Muzyka.
Ostatnio najchętniej nastawiam Ennio Morricone. Szczególnie z płyty "60 Years Of Music". Znane tematy filmowe/przeboje nagrane przy współudziale czeskich Filharmoników, w dodatku niekoniecznie w obowiązkowej dla orkiestry Pradze, ale też w Dublinie czy Londynie, plus jeszcze w kilku innych miejscach - w tym we Wrocławiu. Perfekcyjnie zrealizowany materiał, dający nowe życie uznanym kompozycjom. Poruszające "Chi Mai" doskonale koresponduje z tematami do spaghetti westernów, które lekką ręką na przełomie 60/70's płodził Sergio Leone. Fanom rocka, gwoli suplementu, polecam na własną rękę dosłuchać Mistrza z innych płyt, gdy ten stawał u boku Rogera Watersa ("Lost Boys Calling") oraz w nastrojowym i wcale nietanecznym hicie Pet Shop Boys "It Couldn't Happen Here". A raczej, to oni stawali przy nim. Ciekawe, czy o takim PetShopBoys'owym epizodzie mają pojęcie współcześni didżeje.
-------------------------------- Niedawno był Dzień Ojca. Od Syncia dostałem winyl Niny Simone. Ucieszyłem się, do tej pory miałem tylko dwa kompakty. To niewiele, jak na artystkę o tak świetnym i nadającym się zarówno do bluesa, jazzu czy soulu głosie. Gdyby tylko w swoim czasie zechciała, wygryzłaby jednym szturchnięciem taką Ingę Rumpf z Frumpy. Natura obdarzyła Ninę genialnym głosem, który dzięki wypalanym papierosom, z każdym rokiem zyskiwał.
Nina Simone była kontrowersyjną i burzliwą postacią, która prowadziła równie niesforne życie. Jej temperamentu nie wyciskała w pełni scena, tak też w życiu groziła palcem ludziom, którzy stawali na jej drodze. Dlatego próbowała zabić dyrektora swojej wytwórni płytowej, tyle, że spudłowała. Lecz nieco później zabiła syna własnego sąsiada, ponieważ ten zakłócał jej potrzebną do pracy koncentrację. Dobry adwokat wykręcił ją chorobą psychiczną, dzięki czemu Nina nie trafiła do pudła.
Na jej talencie wyrosło wielu artystów, niekoniecznie czarnych.
Jak już będzie po wszystkim, przy którejś z okazji wyemituję Brel'owskie "Ne Me Quitte Pas" czy niesamowitego tasiemca "Sinnerman".
-----------------------------------
Z okazji niedawnego Record Store Day wydano kolejne tony ciekawych płyt. Oczywiście same limity, lecz wiele z nich będzie można kupić nawet za kilka lat. Nie warto jednak ryzykować, więc i ja wciągnąłem na pokład trzy-utworowych Deep Purple "Throw My Bones" - na 10-calowym winylu. To ten średni rozmiar, pomiędzy longplayem a tradycyjnym singlem.
---------------------------------------------------
===============================
===============================
A.M.
piątek, 10 lipca 2020
radio na fali
Wczoraj w tv przypomniano super film - "Radio na fali". Jego oryginalny tytuł "The Boat That Rocked" - co na nasze zdaje się przekładać "Łódź, która się zatrzęsła" lub "Łódź, która się kołysała", czy jakoś tak.
Pełna luzu oraz angielskiego humoru komedia opowiadająca fikcyjną historię zainstalowanej na pokładzie łodzi pirackiej radiowej stacji, która w epoce dzieci-kwiatów "misyjnie" zakotwiczyła na wodach Morza Północnego. Akcja toczy się pod koniec lat sześćdziesiątych i ukazuje odjechaną grupę didżejów, która na przekór brytyjskiemu rządowi - który wolałby propagować jazz - gra rocka, pop, soul, a więc muzykę jakże odległą od bijącego z ław parlamentarnych konserwatyzmu. Obserwujemy rządowe próby unicestwienia rozgłośni, czemu ma się przysłużyć wprowadzenie odpowiedniego prawa.
W tamtych latach istniało na Wyspach sporo podobnych rozgłośni, przez co powołane do tego filmu "Radio Rock" staje tu tylko przykładem działalności jednej z nich. Rock od zawsze miewał pod górkę, i nawet w czasach obecnych musi przebijać garniturowe balony.
Fantastyczny film. Gdzie było trzeba, się uśmiałem, ale w mądrze opowiedzianej historii, nawet na komedii gruncie, znajdzie się nutka refleksji, co i tutaj nikogo nie oszczędzi.
Ponadto, a może przede wszystkim, dużo świetnej muzyki, znajomych okładek płyt, ale też atmosfery pasji bycia radiowcem. Pozazdrościłem bohaterom ich braterstwa, kolektywu, i z każdym kolejnym kadrem rodzących się przyjaźni. Co za historia. Chyba każdy radiowiec chciałby i powinien podobną przeżyć, a potem najlepiej zatonąć. Choć w filmie nikt nie ginie. Ratunek, jak bywa w historiach z happy endem, zawsze przybywa na czas. A wybawieniem napływają fani, i to też coś, o czym każdemu radiowcowi pozwólcie pomarzyć.
W niezwykle istotnej dla losów łodzi scenie, którą szczególnie polecam, usłyszymy Procol Harum "A Whiter Shade Of Pale". Ale przez cały film przewiną się jeszcze The Moody Blues, Leonard Cohen, Jimi Hendrix, Cat Stevens, Otis Redding, Rolling Stones, The Kinks, The Who, a nawet subtelnie wpleciony, zmarły niedawno Ennio Morricone, plus ławica innych wykonawców.
Piosenki artystów czarnych i białych przeplatają się tak naturalnie, jak panujące na należącej do "Rock Radio" łodzi swoboda i tolerancja, pokój i miłość.
Każdy powinien ten film zobaczyć. No, może fani muzyki, z jakby trochę większym poczuciem obowiązku.
Niegdyś od Andrzeja z Zielonej Wyspy otrzymałem w podarku DVD oryginał. Do dzisiaj mam go w formie dziewiczej. Jak będę jeszcze lepszy w angliku, wówczas tym chętniej przełknę całość w wersji macierzystej. Dlatego, w razie gdyby telewizja o tym filmie na nieco dłużej zapomniała, zawsze mam pod ręką przetranslejtowaną wersję Universal Polska.
A.M.
Pełna luzu oraz angielskiego humoru komedia opowiadająca fikcyjną historię zainstalowanej na pokładzie łodzi pirackiej radiowej stacji, która w epoce dzieci-kwiatów "misyjnie" zakotwiczyła na wodach Morza Północnego. Akcja toczy się pod koniec lat sześćdziesiątych i ukazuje odjechaną grupę didżejów, która na przekór brytyjskiemu rządowi - który wolałby propagować jazz - gra rocka, pop, soul, a więc muzykę jakże odległą od bijącego z ław parlamentarnych konserwatyzmu. Obserwujemy rządowe próby unicestwienia rozgłośni, czemu ma się przysłużyć wprowadzenie odpowiedniego prawa.
W tamtych latach istniało na Wyspach sporo podobnych rozgłośni, przez co powołane do tego filmu "Radio Rock" staje tu tylko przykładem działalności jednej z nich. Rock od zawsze miewał pod górkę, i nawet w czasach obecnych musi przebijać garniturowe balony.
Fantastyczny film. Gdzie było trzeba, się uśmiałem, ale w mądrze opowiedzianej historii, nawet na komedii gruncie, znajdzie się nutka refleksji, co i tutaj nikogo nie oszczędzi.
Ponadto, a może przede wszystkim, dużo świetnej muzyki, znajomych okładek płyt, ale też atmosfery pasji bycia radiowcem. Pozazdrościłem bohaterom ich braterstwa, kolektywu, i z każdym kolejnym kadrem rodzących się przyjaźni. Co za historia. Chyba każdy radiowiec chciałby i powinien podobną przeżyć, a potem najlepiej zatonąć. Choć w filmie nikt nie ginie. Ratunek, jak bywa w historiach z happy endem, zawsze przybywa na czas. A wybawieniem napływają fani, i to też coś, o czym każdemu radiowcowi pozwólcie pomarzyć.
![]() |
| oryginał przekazano za pośrednictwem poczty |
Piosenki artystów czarnych i białych przeplatają się tak naturalnie, jak panujące na należącej do "Rock Radio" łodzi swoboda i tolerancja, pokój i miłość.
Każdy powinien ten film zobaczyć. No, może fani muzyki, z jakby trochę większym poczuciem obowiązku.
Niegdyś od Andrzeja z Zielonej Wyspy otrzymałem w podarku DVD oryginał. Do dzisiaj mam go w formie dziewiczej. Jak będę jeszcze lepszy w angliku, wówczas tym chętniej przełknę całość w wersji macierzystej. Dlatego, w razie gdyby telewizja o tym filmie na nieco dłużej zapomniała, zawsze mam pod ręką przetranslejtowaną wersję Universal Polska.
A.M.
czwartek, 9 lipca 2020
80-tka Ringo, karkówka, plus słówko o nowym progu
Przedwczoraj 80-tką machnął najsympatyczniejszy Beatles, Ringo Starr. Dobry wiek panie dzieju.
I co z tego, że Richard nie był i zapewne nadal nie jest wielkim perkusistą, tym bardziej wokalistą, skoro chyba - jak tu stoimy - wszyscy go uwielbiamy. Bez niego Beatlesi byliby trzykołowcem, co bodaj niegdyś zapodał George Harrison.
Ufam, że Ringo jest dobrego zdrowia. Ostatnio tylu moich idoli skruszało, że chociaż niech jego natura oszczędzi.
Za szczuna na jednej z Wawrzynowych giełd posiadłem podniszczonego winyla "Ringo", i miałem dużo szczęścia, od razu trafiłem na największy solo hit, piosenkę "Photograph". Jak by nie patrzeć, typowo Beatlesowski swobodny numer, który światu ukazał się ledwie trzy lata po rozpadzie grupy, na dodatek pachniał niedawnymi jeszcze czasami, a co najistotniejsze, był przecież kompozycją Ringo oraz George'a Harrisona. Na tym nie koniec, Harrison widniał tu jeszcze w dwóch innych kawałkach, a i po jednym zaprezentowali także John Lennon oraz Paul McCartney. Na Ringo zawsze spoglądano z oka przymrużeniem, ale zapewniam, żaden z niego słabiak, jak to często wygłaszają bezgraniczni wielbiciele solowych dokonań Lennona. Nie liczyłbym się jednak z ich skrajnymi opiniami. To tak samo, jak nie przyjmuję bełkotów w temacie, że niby Phil Collins to nędzny piosenkarzyna przy wielkim (ciekawe, co też wielkiego począł w ostatnim dwudziestoleciu) Peterze Gabrielu. Obu więc lubię, choć Phila Collinsa dużo bardziej, i co mi zrobicie?
Ringo nagrał całkiem sporo płyt, o czym świat zawsze informował mniej wytłuszczonym drukiem, dlatego trzeba było na własną rękę wyostrzać nozdrza, by niczego nie przeoczyć. Wśród dokonanych wydawnictw figuruje jedno szczególnie dobre - album "Time Takes Time". W dużym stopniu
wspomagany przez szóstego Beatlesa, Jeffa Lynne'a. Szóstego, albowiem piątym był George Martin - wiadomo. Na obszarze tej płyty panowała niezwykła lekkość. Ringo zaśpiewał z takim polotem, jak nigdy dotąd. Oczywiście, nie mówię o historycznym "Yellow Submarine", bo to poza konkurencją. Inną też kwestią, iż osadzeni w scenicznym bagażniku perkusiści rzadko zabierają głos, ale gdy już do tego dochodzi, bywają niespodzianki. I Ringo na pewno jedną z nich. Podobnie, jak na naszym podwórku mój stary kumpel Tomek Goehs - od lat pałker Kultu, a w przeszłości naparzający w thrashowym obliczu Turbo czy Wilczym Pająku. Gdy mu więc pewnego dnia w Kulcie Kazik zezwolił pośpiewać, ten chwycił za Beatles'owskie "With A Little Help From My Friends", i do dzisiaj wszyscy wspominają, jakie to fajne. Dlatego opierając się na tym przykładzie żałuję, że Ringo też praktycznie nie zabierał głosu. Gdyby wspomniany Gejsiu więcej pośpiewał w Kulcie, prawdopodobnie miałbym w chałupie przynajmniej jedną ich płytę. Ale powracając do albumu "Time Takes Time". Jeśli nie macie żadnej płyty Ringo, a chcielibyście tę jedną jedyną, i być może nie do końca reprezentatywną, za to po prostu najlepszą, chwytajcie za "Time Takes Time". Nie wierzę, by nie porwały Was kawałki:
"After All These Years", "I Don't Believe You", "Runaways", "Weight Of The World" czy "In A Heartbeat". To niesamowita r'n'rollowa krzyżówka dokonań The Beatles, Electric Light Orchestra czy z przełomu 80/90's "odrestaurowanego" Toma Petty'ego. Fantastyczne gitarowe granie, plus proste, acz chwytliwe i rytmiczne melodie, no a, że głosu Ringo fajnie się słucha, przekonywać nie muszę.
Cieszmy się, że wciąż z nami jest, i życzmy mu: sto lat + VAT!
A wiecie Kochani, że Tomek Ziółkowski umie upichcić i doprawić karkówkę? Na tym nie koniec, w lodówce zawsze ma na podorędziu wiadomą butelkę, plus zapasową, w razie gdyby. Inteligentne. Wypada wszak wiedzieć, że gdy wysyłają nas do sklepu po butelczynę, należy przynieść dwie.
Jak dobrze spotkać się na męskim, filozoficznym gruncie i móc swobodniej wyrażać myśli. Nie bacząc na wtykanie pomiędzy wiersze tych mniej cenzuralnych. To właśnie odróżnia luzackie spotkania od tych z naszymi paniami. Dlatego na rockowy koncert zawsze wybiorę samcze grono. Z natury jestem singlem, któremu płeć piękna potrzebna okazjonalnie. Ale o tym wie nawet moja Żonka.
Stwierdzam, i wcale nie ze smutkiem, nie lubię rocka progresywnego. Tego współczesnego. Systematycznie przekopuję się przez promo składanki otrzymane niedawno od Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją", i cieszę się, gdy z dziesięciu CD odkładam jeden utwór na skromną stertę wcześniej polubionych. Kompilacje sporządzone głównie za okres ostatnich pięciu/sześciu lat odsłaniają bolesną prawdę o przedawnieniu tego gatunku. Na szczęście starzy dobrzy znajomi wciąż świetnie smakują, dlatego historia z uczuciem potraktuje Pink Floyd, Genesis, Camel czy Pendragon. Nikomu za kolejne trzy dekady na nic nazwy Caligula's Horse, Aeneas, Soen, Sylvan, Voyager IV, Echolons, Caspian i tuzinów tym podobnych enigm. Już ich nie pamiętamy, prawda? Ale o Chasing The Monsoon pamiętać należy. Ich album "No Ordinary World" wybitnie śliczny. Niespotykanie jak na skromne progi mości panującego stulecia. Od niedawna mam też od Piotrka pewną super płytę, ale w jej przypadku musimy poczekać do jesieni.
A.M.
I co z tego, że Richard nie był i zapewne nadal nie jest wielkim perkusistą, tym bardziej wokalistą, skoro chyba - jak tu stoimy - wszyscy go uwielbiamy. Bez niego Beatlesi byliby trzykołowcem, co bodaj niegdyś zapodał George Harrison.
Ufam, że Ringo jest dobrego zdrowia. Ostatnio tylu moich idoli skruszało, że chociaż niech jego natura oszczędzi.
Za szczuna na jednej z Wawrzynowych giełd posiadłem podniszczonego winyla "Ringo", i miałem dużo szczęścia, od razu trafiłem na największy solo hit, piosenkę "Photograph". Jak by nie patrzeć, typowo Beatlesowski swobodny numer, który światu ukazał się ledwie trzy lata po rozpadzie grupy, na dodatek pachniał niedawnymi jeszcze czasami, a co najistotniejsze, był przecież kompozycją Ringo oraz George'a Harrisona. Na tym nie koniec, Harrison widniał tu jeszcze w dwóch innych kawałkach, a i po jednym zaprezentowali także John Lennon oraz Paul McCartney. Na Ringo zawsze spoglądano z oka przymrużeniem, ale zapewniam, żaden z niego słabiak, jak to często wygłaszają bezgraniczni wielbiciele solowych dokonań Lennona. Nie liczyłbym się jednak z ich skrajnymi opiniami. To tak samo, jak nie przyjmuję bełkotów w temacie, że niby Phil Collins to nędzny piosenkarzyna przy wielkim (ciekawe, co też wielkiego począł w ostatnim dwudziestoleciu) Peterze Gabrielu. Obu więc lubię, choć Phila Collinsa dużo bardziej, i co mi zrobicie?
Ringo nagrał całkiem sporo płyt, o czym świat zawsze informował mniej wytłuszczonym drukiem, dlatego trzeba było na własną rękę wyostrzać nozdrza, by niczego nie przeoczyć. Wśród dokonanych wydawnictw figuruje jedno szczególnie dobre - album "Time Takes Time". W dużym stopniu
wspomagany przez szóstego Beatlesa, Jeffa Lynne'a. Szóstego, albowiem piątym był George Martin - wiadomo. Na obszarze tej płyty panowała niezwykła lekkość. Ringo zaśpiewał z takim polotem, jak nigdy dotąd. Oczywiście, nie mówię o historycznym "Yellow Submarine", bo to poza konkurencją. Inną też kwestią, iż osadzeni w scenicznym bagażniku perkusiści rzadko zabierają głos, ale gdy już do tego dochodzi, bywają niespodzianki. I Ringo na pewno jedną z nich. Podobnie, jak na naszym podwórku mój stary kumpel Tomek Goehs - od lat pałker Kultu, a w przeszłości naparzający w thrashowym obliczu Turbo czy Wilczym Pająku. Gdy mu więc pewnego dnia w Kulcie Kazik zezwolił pośpiewać, ten chwycił za Beatles'owskie "With A Little Help From My Friends", i do dzisiaj wszyscy wspominają, jakie to fajne. Dlatego opierając się na tym przykładzie żałuję, że Ringo też praktycznie nie zabierał głosu. Gdyby wspomniany Gejsiu więcej pośpiewał w Kulcie, prawdopodobnie miałbym w chałupie przynajmniej jedną ich płytę. Ale powracając do albumu "Time Takes Time". Jeśli nie macie żadnej płyty Ringo, a chcielibyście tę jedną jedyną, i być może nie do końca reprezentatywną, za to po prostu najlepszą, chwytajcie za "Time Takes Time". Nie wierzę, by nie porwały Was kawałki:
"After All These Years", "I Don't Believe You", "Runaways", "Weight Of The World" czy "In A Heartbeat". To niesamowita r'n'rollowa krzyżówka dokonań The Beatles, Electric Light Orchestra czy z przełomu 80/90's "odrestaurowanego" Toma Petty'ego. Fantastyczne gitarowe granie, plus proste, acz chwytliwe i rytmiczne melodie, no a, że głosu Ringo fajnie się słucha, przekonywać nie muszę.
Cieszmy się, że wciąż z nami jest, i życzmy mu: sto lat + VAT!
A wiecie Kochani, że Tomek Ziółkowski umie upichcić i doprawić karkówkę? Na tym nie koniec, w lodówce zawsze ma na podorędziu wiadomą butelkę, plus zapasową, w razie gdyby. Inteligentne. Wypada wszak wiedzieć, że gdy wysyłają nas do sklepu po butelczynę, należy przynieść dwie.
Jak dobrze spotkać się na męskim, filozoficznym gruncie i móc swobodniej wyrażać myśli. Nie bacząc na wtykanie pomiędzy wiersze tych mniej cenzuralnych. To właśnie odróżnia luzackie spotkania od tych z naszymi paniami. Dlatego na rockowy koncert zawsze wybiorę samcze grono. Z natury jestem singlem, któremu płeć piękna potrzebna okazjonalnie. Ale o tym wie nawet moja Żonka.
Stwierdzam, i wcale nie ze smutkiem, nie lubię rocka progresywnego. Tego współczesnego. Systematycznie przekopuję się przez promo składanki otrzymane niedawno od Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją", i cieszę się, gdy z dziesięciu CD odkładam jeden utwór na skromną stertę wcześniej polubionych. Kompilacje sporządzone głównie za okres ostatnich pięciu/sześciu lat odsłaniają bolesną prawdę o przedawnieniu tego gatunku. Na szczęście starzy dobrzy znajomi wciąż świetnie smakują, dlatego historia z uczuciem potraktuje Pink Floyd, Genesis, Camel czy Pendragon. Nikomu za kolejne trzy dekady na nic nazwy Caligula's Horse, Aeneas, Soen, Sylvan, Voyager IV, Echolons, Caspian i tuzinów tym podobnych enigm. Już ich nie pamiętamy, prawda? Ale o Chasing The Monsoon pamiętać należy. Ich album "No Ordinary World" wybitnie śliczny. Niespotykanie jak na skromne progi mości panującego stulecia. Od niedawna mam też od Piotrka pewną super płytę, ale w jej przypadku musimy poczekać do jesieni.
A.M.
wtorek, 7 lipca 2020
nie żyje ENNIO MORRICONE (10 XI 1928 - 6 VII 2020)
Odszedł Ennio Morricone. Globalnie wielbiony włoski kompozytor, absolutny fachur w dziedzinie muzyki filmowej, ale też twórca szeroko pojętej i utrzymanej w duchu kompozytorów klasycznych muzyki współczesnej. Ogromna strata. Na pocieszenie, pamięć po tego typu ludziach nie zaciera się nigdy.
Podczas wczorajszego wieczornego spaceru porozmawialiśmy chwilę z moją Mundi na jego temat. W trakcie pogawędki uchylały mi się szufladki z niektórymi sekwencjami; przede wszystkim z "Misji". Niesamowita muzyka. Podniosła, poruszająca, o głębi, rozmachu i melodyce bliskiej urodzonego w Salzburgu wiedeńczyka Mozarta, i o jakże naturalnej wobec lekkości włoskiej natury, którą w swych przepastnych partyturach latami księgował maestro Morricone.
Jego kompozycje były ozdobą dla westernów, filmów historycznych, sensacyjnych czy nawet dreszczowców. Posiadł wyobraźnię, która nie dawała nutom wolnego, a instrumentom bezczynnie kisić się w futerałach. Tworzył nieprzerwanie. Myślę, że nawet przy goleniu wykorzystywał dźwięk nakładanej pianki na skórę, a później zdzierał go brzeszczotem golarki. Ennio był kimś tak wszechstronnym, że potrafiłby zagrać w duchu wymogów każdej planety, asteroidy czy supernowej. I dopiero pod jego batutą usłyszelibyśmy rechot pożerającej nas czarnej dziury. Wystarczy posłuchać jego westernowych tematów, by zechcieć przyodziać kowbojski pas, zarzucić na glacę skórzany kapelusz i z flintą na koniu pognać rozprawić się ze złoczyńcami.
Poczułem się dziwnie, gdy dopadło uświadomienie, że człowiek, który w moim życiu rozgościł się na dobre, a i był w nim od zawsze, i który wydawać się mogło na zawsze pozostanie, pewnego dnia zatrzasnął za sobą drzwi. Cóż, na pocieszenie wspomnienia, bliskie sercu i ucha częstotliwościom lubiane nazwisko, oraz najważniejsze: muzyka.
A.M.
Podczas wczorajszego wieczornego spaceru porozmawialiśmy chwilę z moją Mundi na jego temat. W trakcie pogawędki uchylały mi się szufladki z niektórymi sekwencjami; przede wszystkim z "Misji". Niesamowita muzyka. Podniosła, poruszająca, o głębi, rozmachu i melodyce bliskiej urodzonego w Salzburgu wiedeńczyka Mozarta, i o jakże naturalnej wobec lekkości włoskiej natury, którą w swych przepastnych partyturach latami księgował maestro Morricone.
Jego kompozycje były ozdobą dla westernów, filmów historycznych, sensacyjnych czy nawet dreszczowców. Posiadł wyobraźnię, która nie dawała nutom wolnego, a instrumentom bezczynnie kisić się w futerałach. Tworzył nieprzerwanie. Myślę, że nawet przy goleniu wykorzystywał dźwięk nakładanej pianki na skórę, a później zdzierał go brzeszczotem golarki. Ennio był kimś tak wszechstronnym, że potrafiłby zagrać w duchu wymogów każdej planety, asteroidy czy supernowej. I dopiero pod jego batutą usłyszelibyśmy rechot pożerającej nas czarnej dziury. Wystarczy posłuchać jego westernowych tematów, by zechcieć przyodziać kowbojski pas, zarzucić na glacę skórzany kapelusz i z flintą na koniu pognać rozprawić się ze złoczyńcami.
Poczułem się dziwnie, gdy dopadło uświadomienie, że człowiek, który w moim życiu rozgościł się na dobre, a i był w nim od zawsze, i który wydawać się mogło na zawsze pozostanie, pewnego dnia zatrzasnął za sobą drzwi. Cóż, na pocieszenie wspomnienia, bliskie sercu i ucha częstotliwościom lubiane nazwisko, oraz najważniejsze: muzyka.
A.M.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















