niedziela, 14 lutego 2021

tosty z marmoladą

Walentynkowa niedziela do niczego nie zobowiązuje, a jednak polecałbym nie kręcić gałką na Kaczkowskiego, tylko skupić się na moim fm.
Torba spakowana. Obok kompaktów winyle, obok nowości starocie. Jak zawsze tylko "dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze".
Jednocześnie polecam nieprzeładowany żołądek. Tak też, dla dobrego wobec Nawiedzonego Studia samopoczucia, dzisiejsze danie kolacyjne - chrupiące gorące tosty z dżemem morelowym. Wiem, powinny być z pomarańczowym i ze skórkami, jak w jednym z odcinków kryminalnych przygód porucznika Columbo, ale spróbujcie gdzieś taki dżem kupić.


Odszedł Chick Corea - nieprzeciętnie uzdolniony, wielokrotnie statuetkowo doceniany jazzowy pianista, w swojej bogatej karierze grający z najlepszymi, co również koncertujący u nas.
Tak się złożyło, że wrodzona niedżezowość pozbawiła mnie emocjonalnego kontaktu z jego, jak i w ogóle tego typu muzyką, niemniej posiadam jednak na półce "Bitches Brew" Milesa Davisa (to chyba najbardziej skomplikowana muzyka pod moją strzechą - właśnie jej słucham), gdzie Chick Corea walczy na elektrycznym pianinie w towarzystwie drugiego mocarza - Joe Zawinula. Rzecz zdecydowanie nie do Nawiedzonego Studia, proszę więc bez obaw zasiąść przy odbiorniku.

Do usłyszenia o 22-giej na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl


A.M.


piątek, 12 lutego 2021

SIRENIA "Riddles, Ruins & Revelations" (2021)



 

 

SIRENIA
"Riddles, Ruins & Revelations"
(NAPALM RECORDS)

***1/2

 

 

Ten norweski, co też przynależny gotyckometalowej rodzinie, ale jednocześnie będący pod autorytarnymi rządami Mortena Velanda kwartet, dostarcza właśnie swoje dziesiąte studyjne dzieło. Jak najbardziej wobec historii Sirenii stylowe, choć ja chyba nigdy nie pozbędę się szram pozostawionych przez hiszpańską wampirzycę Ailyn, której metrykowe personalia rozciągają się niczym górski łańcuch Andów - Pilar Maria Del Carmen Monica Gimenez Garcia - a, z którą ta niegdyś fantastyczna formacja nagrała cztery albumy, w tym dwa genialne - "The 13th Floor" oraz "The Enigma Of Life". I niech w przypadku Ailyn nie oznacza to żadnej niecodziennej wokalistyki, albowiem bezsprzecznie w owej dziedzinie, wobec panującej od kilku lat w Sirenii francuskiej sopranistki Emmanuele Zoldan, pozostaje w jej cieniu niedoścignionych oktaw. A mimo wszystko... Nie muzyczne renomowane uczelnie czy nagradzane akademie, co również monstrualna rozpiętość płuc, uczynią nas wielkimi. Bo, jeśli matka natura pozbawi nas "tego czegoś", wszystko w drzazgi. Emmanuelle owszem, śpiewa lepiej niż tylko nieźle, a nawet dostrzegalnie silniej od swej iberyjskiej rywalki, lecz ma jedną zasadniczą wadę - nie wodzi na pokuszenie, nie wabi, nie kusi, nie kokietuje, wreszcie, nie straszy i nie dręczy w nocnych koszmarach (o tak, pod tym względem płocki koncert na zakończenie lata 2010 r. zrobił swoje). Nie dysponuje też, jak jej poprzedniczka, rajcownym femme fatale spojrzeniem. I co z tego, że Ailyn jedynie mięciutko i słodkawo sterowała swymi więzadłami głosowymi, skoro zionęła osobowością niepozwalającą zapaść w sen. I właśnie o to chodzi. Dlatego ostatnie dokonania tego mniej już norweskiego, a coraz bardziej międzynarodowego zespołu, bywają co najwyżej okey. Nawet, jeśli uczciwie dostrzegę, iż tym razem dzieje się znacznie lepiej, niż na dwóch albumowych poprzednikach.
Morten, jak zawsze wspomaga będącą na froncie wydarzeń wokalną divę, niekiedy gniewnym, a bywa, że i czystym głosem, jednocześnie wymyślając przeróżne metalowe melodyjki, do których dopisuje równie stosowne miłosno-mroczno-grobowe liryki. I żaden z niego metalowy straszak, a raczej błędny rycerz próbujący odnaleźć utraconą miłość w czeluściach mroku.

Mamy tu trzy porywające kompozycje, a nawet cztery, jeśli na serio potraktujemy przeuroczo sportretowany cover wielkiego niegdyś przeboju Desireless "Voyage, Voyage" ("... podróżuj w niepojętą przestrzeń miłości...") - usadowiony w miejscu należącym do części premium. Ale to tylko ciekawostka. Sądzę, że Morten Veland chętniej przyjąłby uznanie za tematy przez siebie popełnione. A na tym polu polecam kapkę gregoriańskie i niosące się przebojowo "Towards An Early Grave" ("... bądź mą piekielną miłością, aż pewnego dnia śmierć mnie uwolni..."), do tego przepojone aurą melancholii "Passing Seasons", plus temat "December Snow", o niekiedy symfonicznym rozmachu i naznaczony tęskną aurą - tutaj kilka wierszy tekstu Emmanuelle melodeklamuje najbliższej swemu sercu francuszczyzną. Rzecz z okolic, gdzie każdego dnia rządzi ciemność. I cała reszta tej płyty nawet o milimetr nie zboczy z ustalonego dla niej toru, choć na dawny czar piosenek, w rodzaju "Darkened Days To Come", "This Darkness", "Fading Star" czy "Sirens Of The Seven Seas", nie liczcie.

A.M.


czwartek, 11 lutego 2021

tłusty czwartek

Po wczorajszej chudej medialnie środzie, dzisiaj tłusty czwartek. Tak tłusty, jak roześmiane policzki wydawców TVP Info, którym wczoraj - jak nigdy - skoczyło w notowaniach. Z racji braku konkurencji każdy wynik premiował podium. Trwała więc zacięta rywalizacja pomiędzy TV Republiką a TV Trwam, choć z TVP Info nawet zakoloratkowany dobrodziej Rydzyk nie wygra. Czekam jeszcze tylko, aż komisja smoleńska oficjalnie podliczy słupki oglądalności.
Wczoraj młodzież miała szansę doświadczyć w praktyce pamiętnej niedzieli 13 grudnia, gdy nie było Teleranka, choć w tej generalnej próbie akurat wojsko pozostało w koszarach. Jednocześnie na stu kanałach czuwał miś kolabor - i to w jakości HD - a na kanałach rządowych karnawałowe szaleństwo.
Dopóki więc nie zdejmą i mnie, polecam na moim pressie opisy najnowszych płyt MSG oraz Accept, po czym konieczne ich posłuchanie. Kto wie, mogą wszak nadejść czasy, kiedy w naszych domach z głośników będziemy słuchać na przemian przemówień Kaczyńskiego i Morawieckiego. Wzorce północnokoreańskie docierają do nas szybciej niż chińska technologia, także miłego wszystkim dzisiejszego wieczoru, nie szczędźcie sobie pączków i innych słodyczy, bo gorzkość tego kraju nieraz Was jeszcze kopnie w dupę.


A.M.


MSG "Immortal" (2021)







MICHAEL SCHENKER GROUP
"Immortal"
(NUCLEAR BLAST)

****





Lekka modyfikacja składu i powrót do nazwy Michael Schenker Group. Ale przyznam, wielkiej różnicy nie widzę. To wciąż rozrośnięta personalnie formacja, z utrzymanym logo MSG, która podobnie jak na poprzednich longplayach ("Revelation" czy "Resurrection") pracuje modnym ostatnio systemem pracy zdalnej. Dotyczy to głównie metalowych psalmistów, których Schenker na swoje albumy pozyskuje z lekkością czarodziejskiej różdżki. Tym razem, w okowach fajnej militarnej albumowej okładki, wokalny prym wiodą Ralf Scheepers, Ronnie Romero, Joe Lynn Turner oraz Michael Voss. Choć, w niecodziennym finale nie zabraknie też mocarzy, którzy stanowili za żelazny skład poprzednich dwóch dzieł - Gary'ego Bardena, Dougie'ego White'a oraz Robina McAuleya. A mowa o scoverowaniu numeru "In Search Of The Peace Of Mind". Rzecz w pierwowzorze z debiutanckiego albumu Scorpions "Lonesome Crow", który co prawda wydano w 1972 roku, jednak kompozycja powstała jeszcze w roku 1970, kiedy grający w tamtej ekipie Michael Schenker miał zaledwie 15 lat. Nowa wersja nie tylko została przyozdobiona przemiennym śpiewem panów Bardena, Romero, White'a oraz McAuleya, ale jest wyraźnie dłuższa, co i doprawiona maestrią Simona Phillipsa - swoistego specjalisty w monumentalnych partiach perkusji. Tego samego faceta, którego m.in. możemy podziwiać w rewelacyjnym długasie Nazareth "Please Don't Judas Me". Ale Schenker, jako ex-wymiatacz Scorpions, UFO czy przede wszystkim właściciel loga MSG, właśnie świętuje sceniczne 50-lecie. Z automatu zależało mu więc na płycie jakby lepszej, wyróżniającej się, co jednocześnie podkreślającej odwieczną przynależność do grona pogromców gitar w bractwie dyskretnego szczęku blach. I choć "Immortal" jednak nie dyskredytuje genialnych dokonań Schenkera z czasów UFO, ani też nie przyćmiewa wielu wcześniejszych dzieł opatrzonych banderą "MSG", to mimo wszystko znajdziemy tu jednak kilka bajecznych fragmentów - m.in. otwierające całość, dobrze zatytułowane "Drilled To Kill" - faktycznie sugestywnie drylujace dziurę - wściekle ostre, a i prawie w tempie JudasPriest'owego "Painkiller". Przy czym, zainstalowana w jego schyłkowym etapie i trochę w duchu dokonań Jona Lorda sekwencja instrumentów klawiszowych, którą dostarcza Derek Sherinian, a i śpiewo-ryknięcia Ralfa Scheepersa (podobnie też Ralf dobrał się do "Devil's Daughter"), to prawdziwy widok z góry najwyższej.

SchenkerMoments albumu zarzuca z reflektora snop światła na absolutnie rewelacyjne "Sail The Darkness". Fantastyczna piosenka, spleciona z równie chwytliwą zwrotką, co "przedrefrenem" i bujającym biodra refrenem głównym. Brawa za kolejne błądzenia po gryfie szefa tej orkiestry oraz dla Ronniego Romero, który nie traci osobowości śpiewając nieco w duchu Ronniego Jamesa Dio. "Sail The Darkness" to nie tylko albumowy okaz, ale też wystawiam jego kandydaturę na przebój 2021 roku.
Pikantnie dostrojone gardło Ronniego Romero możemy także podziwiać w rozpędzonym "Knight Of The Dead". Kolejnym udanym fragmencie, z pieszczotliwie galopującymi gitarą oraz perkusją, pomimo iż w konfrontacji ze wspomnianym "Sail The Darkness", trochę bez szans.
Schenker dźwiga perfekcyjny zmysł w doborze śpiewaków, tak też w jego piosenkach nie dość, że nie ma lipy, to sprawdzić się może nawet mięciutko śpiewający lider Mad Max, Michael Voss. Nie tylko jako wokalista, ale również pełniący u boku Schenkera rolę producenta, plus albumowego inżyniera dźwięku. Jego niedezelujące gardło całkiem sprawnie wypadło w łagodniejszym heavy metalu - w rześkim i opatrzonym śpiewną gitarową solówką "The Queen Of Thorns And Roses" oraz balladzie "After The Rain". Ta druga na pewno nie jest serenadą pokroju killerowego "Try Me" czy rywalką wobec jednej z najcudowniejszych ballad wszech czasów, jaką w śpiewniku UFO "Belladonna", a jednak głowy w piach też chować nie musi.
Na koniec pozostawiłem Joe Lynn Turnera - ex-wokalnego frontmana Rainbow, Deep Purple i jeszcze paru innych mniejszych zespołów. Trochę zmienił mu się głos, a może po prostu to tylko kwestia jego realizacji? Joe zaśpiewał w fajnym "Don't Die On Me Now" - przypominającym klimat czasów pierwszych dwóch płyt MSG, oraz w murowanym kandydacie pod kolejny hit - "Sangria Morte". Joe wydaje się w nim podobnie mroczny, jak w swoim czasie Blaze Bayley u boku Iron Maiden - choć oczywiście obaj panowie dysponują inną skalą głosu, inną rozpiętością skrzydeł. Ale na spiritus movens wspomnianego "Sangria Morte" wystrzeliwują przede wszystkim sekwencyjne karabinowe przeplatanki po gryfie, którymi Schenker zaatakował nie po raz pierwszy. Bo i też z niego taki rodzaj deluxe gitarzysty, który swym talentem zaleje każdą ewentualną rysę czy inny uszczerbek, całość doprowadzając do gładkości. Słuchając jego gitary naszedł mnie przypływ szaleństwa, bez którego przecież życie nie ma sensu, a i niekiedy dopadł zapach nadchodzącej wiosny.

P.S. "Sail The Darkness", w skali od 1 do 5, otrzymuje 6.


A.M.

środa, 10 lutego 2021

ACCEPT "Too Mean To Die" (2021)




ACCEPT

"Too Mean To Die"
(NUCLEAR BLAST)

****3/4





Piąta studyjna płyta z Markiem Tornillo w roli wokalnego przywódcy Accept, konsekwentnie trzyma się zasad ukonstytuowanych jeszcze za czasów Udo Dirkschneidera. Pierwszego cudownego wyjca tej grupy, którego życiowe motto głosi: "twoje niepodłączone pod metal serce umrze". I tak też siłą rozpędu, na "Too Mean To Die" nie znajdziemy nawet jednej pozastylistycznej samowolki. No chyba, że za takową uznamy eskapady w kierunku muzyki klasycznej, do czego słabości nigdy nie krył lider grupy, zawsze po czub naostrzony gitarzysta i główny zespołowy kompozytor Wolf Hoffmann. Tym razem w owej materii, w finale albumu, a za sprawą kompozycji "Samson And Delilah", dostępujemy aż dwóch klasycyzujących smaczków - nawiązania do opery "Samson i Dalila" - Camille'a Saint-Saensa oraz do IX Symfonii Antonina Dvoraka. Jest jeszcze przyjemne wytchnienie w postaci motywu z "Ody Do Radości" L.V. Beethovena, w rozwścieczonym "Symphony Of Pain". Poza tym, cała masa niezwykle pożądanego surowego i bezkompromisowego, acz tradycyjnego heavy metalu, począwszy od polanego z wrzącego gara sosem a'la Black Sabbath/Judas Priest "Zombie Apocalypse" (uciekajcie tak szybko, jak to możliwe, ponieważ dogoni was sfora wściekłych riffów), poprzez tsunami "Too Mean To Die", jak i dzięki odpowiednio pod stadionowość nastrojonym refrenom, pachnące nutką tradycyjnych ejtisowych Accept, w przebojowo wystrzałowych numerach: "Overnight Sensation", "No Ones Master" (prawdziwe żądło!), "Sucks To Be You" bądź na pół balladzie/na pół chili "The Undertaker". Oczywiście tradycyjnej ballady też nie zabrakło. To terytorium zagospodarowało "The Best Is Yet To Come". Tytuł jakże znajomy, wszak ich ziomale ze Scorpions przed laty także opatrzyli jeden ze swych niespiesznych songów podobnie namacalnym optymistycznym sloganem. I to są dwa różne, niemające poza tytułem żadnych pokrewieństw, wspaniałe kawałki.

A zatem, na hasło: Accept - wyskakuje: żadnych zmian. Na ich posterunku nieprzerwanie wartę pełni zadziorny, niekiedy wręcz piekielny, a przy tym melodyjny heavy metal, do którego obecnie nie potrzebujemy wiz. Chociaż chociaż, pewne zmiany jednak są, otóż grupa rozrosła się do sekstetu, angażując trzeciego gitarzystę - Philipe'a Shouse'a, a i przecież na pozycji basisty nastąpiła roszada - w miejsce Petera Baltesa wskoczył Martin Motnik, który nawet swoje nazwisko dopisał do kompozycji "Sucks To Be You".
Accept to instytucja pewniak, a jej logo od lat powiewa z dumą emblematu Mercedesa. Konweniuje mi to granie, wyzbyte niedoróbek, partyzantki, brakoróbstw czy niedotlenienia. Ach, i najważniejsze, "Too Mean To Die" to najlepsza płyta Germanów od czasów "Blood Of The Nations". A może nawet i od niej lepsza. Amen.


A.M.


media bez wyboru

Wspieram akcję "Media bez wyboru". Co prawda moja działalność nie opiera się o fundusze z reklam, lecz mam świadomość, jak ogromnym zagrożeniem dla wolnych polskich mediów jest pomysł wprowadzenia tego koszmarnego podatku.
Akcji nie wspierają jedynie media rządowe, bądź te, które mogą liczyć na uniknięcie podatkowych zaostrzeń - czyli wszystkie wspierające PiS-komuchów. Wszystkie te syfy, w rodzaju TV Republika, TV Trwam i tym podobne gównojady.
Rząd pod pretekstem zwalczania skutków kowidu chce obciążyć firmy medialne, których misją nie jest przecież walka z pandemią, a jedynie informacja.
Dzisiaj więc ogólnopolski medialny bunt. Brak dostępu do wielu informacyjnych portali internetowych, jak również czarna nakładka i z na biało wyrytym komunikatem na ekranie tv - na wielu platformach.
Oczywiście nie zmieni to postawy niektórych zaślepionych bandyckimi działaniami rządu ludzi, którzy tradycyjnie okażą, że wszystko mają w dupie i dalej beztrosko będą podlewać swoje kwiatki, a przy okazji zakupów w spożywczaku śliskimi łapskami dorzucą do koszyka Gazetę Polską - wyziewy tego narwańca Sakiewicza. A w rozmowie z niejednym z nas, z głupim uśmieszkiem oznajmią, że oni i tak korzystają jedynie z Playera lub Netflixa.
Miarka się przebiera od dawna, ale pewnego dnia prawuchy zadyndacie jak Mussolini.

Korzystając z okazji dodam, nieoczekiwanie (we śnie) odeszła Mary Wilson - jedna trzech niesamowitych dziewczyn The Supremes (w najlepszym składzie wraz z Dianą Ross oraz Florence Ballard).
Potężny cios dla muzyki - nie tylko czarnej. Myślę, chyba każdy zna "Stop, In The Name Of Love" czy "You Keep Me Hangin' On". Łezka w oku dawnych czasów wytwórni Motown.
W późniejszych latach Mary nagrywała solo, ale nie było tego zbyt wiele, jak też bez dawnych sukcesów. 


A.M.


Suplement jeszcze tylko, ponieważ andrzejrysuje.pl jak zawsze w formie 


poniedziałek, 8 lutego 2021

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 7- na 8 lutego 2021 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






 

"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 7- na 8 lutego 2021 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja i prowadzenie: Andrzej Masłowski

 

 

Podtrzymuję tego bloga już chyba tylko dla tych audycyjnych rozpisek, ponieważ jego prowadzenie od dawna nie daje mi żadnej satysfakcji, tym bardziej gratyfikacji czy radości. Ale okey, dość marudzenia, jedziemy z tym koksem... Przede wszystkim, ciepło w studio. Okno naprawione. Wobec trzaskających mrozów (minus dziewięć na termometrze, odczuwalna minus pięćdziesiąt) przybyłem na Rocha gotowy na wszystkie warianty. Dwie puszki zmrożonej Pepsi oraz termos z gorącą herbatą (popijałem więc na przemian), a w torbie, do wyboru, podbita misiem bluza Champion (podarek od mojej amerykańskiej Sisterki), albo jednak milej w moich oczach widziany czarny t'shirt. Tym razem żaden z tych muzycznych. Nie chcę ich przeeksploatowywać. W szafie tylko cztery (Kiss, Queen, Judas Priest oraz AC/DC) i muszą się sprawdzić w najpiękniejszych porach roku - wiosną i latem.
A propos koszulek. Jakie teraz wyrabiają cuda. Widzieliści Kochani nowe wzory Thin Lizzy, Night Ranger, Def Leppard, Uriah Heep, a nawet jeden okaz Meat Loafa? - powalające!. Oszalałem. Muszę mieć. T'shirty Thin Lizzy szczególnie boskie. Rozciągnięte na całym obszarze materiału (bez żadnych ramek czy innych ograniczeń) okładki "Jailbreak", "Chinatown" czy "Black Rose", nie dają mi pospać. Podobnie, jak UriahHeep'owe "Demons And Wizards" bądź "Abominog". Chcę każdą. Mamuś błagam, please. To przecież zaledwie dwadzieścia pięć euro za sztukę, plus koszt dowózki, gdzieś z dalekiej zagranicy. Ale co ciekawe, pandemiczne i zrobione z materiałowych skrawków maseczki kosztują dokładnie tyle samo. Powrót do socjalizmu. Bo chyba tylko w Polsce i w DDR panowało niepisane prawo, nieważne jaki masz bracie numer buta, cena ta sama. Nie było więc dyskryminacji, szczególnie wobec tych, którym przyrodzenie nie tylko rozrosło się w majtach, ale też w stopie.
Poszli w eter nowiutcy Transatlantic, równie gorący W.E.T. oraz trochę, ale tylko trochę zalegli Blackfield. Miałem jeszcze kilka innych nowizn, jednak za dużo to też niedobrze.
Pomachało rocznicami. Z tych milszych, 40-tka albumu "The Dude" Quincy'ego Jonesa oraz 50-tka "Tapestry" Carole King. A z racji 10-rocznicy śmierci Gary'ego Moore'a, na samym wstępie poszło o Mistrzu słówko, a także fragment jego ostatniej hard rockowej płyty "After The War" - zanim na dobre Irlandczyk wdał się w najbardziej przez siebie ukochanego bluesa. Lecz, oto kolejny triumf kompaktu nad histerycznie przecenianym winylem. Bo tylko na CD "After The War" dostąpimy obu instrumentalnych - zarówno intro, jak i albumowe outro - "Dunluce", oraz genialnie scoverowanego Roya Buchanana "The Messiah Will Come Again". Zresztą, w przypadku albumów Moore'a, na to samo uskarżały się winylowe odpowiedniki "Run For Cover", "Wild Frontier" czy "Still Got The Blues". Long live CD !
Jestem bardzo zadowolony z damskiego kącika. Od dawna nosiło mnie, by co nieco pograć ze świetnej płyty Joni Mitchell "Dog Eat Dog", jednak dopiero wczoraj się na to zdobyłem. Podobnie, jak na kilka nieśmiertelnych songów z ponad półwiecznej kompilacji Niny Simone (na winylu oryginalnie w 1969 roku). Niesamowitej wokalistki, która z dużą lekkością buszowała po jazzie, soulu i bluesie, a gdyby przyszło jej zaśpiewać rocka, wygryzłaby z Frumpy nawet prawdziwą wokalną bombę, jaką Inga Rumpf. Nina Simone była niezwykłą, ale jednocześnie kontrowersyjną postacią. W życiu niesforna, konfliktowa, burzliwa, a kiedy trzeba, wymierzająca spluwą sprawiedliwość wobec osobników ją wkurzających - raz chybiła, innym raz w cel.
Dopiero wczoraj u mnie skrawek z ostatnich Ceti, choć ich "Oczy Martwych Miast" zrecenzowałem dość dawno. Bardzo przychylnie - na trzy i pół gwiazdki. To takie moje mrugnięcie oczkiem ku Marysi Marihuanie oraz Grzegorzowi Kupczykowi, których naprawdę lubię, jednak coś takiego nie może mieć wpływu na uczciwe postrzeganie sztuki. Od dawna wszak twierdzę, że nikt dotąd dobrze nie wyprodukował muzyki Ceti. Irytuje mnie na ich każdej płycie ta realizatorska polskość. Wszystko spod tej samej sztancy. Brak przestrzeni, jakiejś głębi, a nawet, pomimo misyjnie niesionego metalu, pewnej przytulności. Takie zimne, niedoszlifowane, kartonowe fajansiarstwo. Niestety nie mamy w Polsce nawet jednego z krwi i kości rasowego metalowego producenta, kogoś, kto czułby tę muzykę podobnie, jak niedźwiedź miód. Nie mówię zaraz o Desmondzie Child'zie czy Bobie Rocku, bo to w kwestii finansowej widok z góry najwyższej, jednak zapewne znalazłby się w sąsiednich i historycznie naznaczonych metalem Niemczech lub w bogatej od talentów Ameryce niejeden magik, który wpuściłby w tę ambitną naszą heavy kompanię potrzebnej jej lekkości wyrazu. No i koniecznie musi być ktoś, kto cały band rozstawi po kątach, zmusi do ciężkiego treningu i nie wejdzie w psujące cały mozół pracy kumpelskie relacje.
Pograli też obiecani Touch. Dobre preludium wobec nadchodzącego albumu "Tomorrow Never Comes" - pierwszego od 38 lat! I uwaga, ta piękna amerykańska softrockowa ekipa, w oryginalnym składzie.
Mieliśmy wczoraj jeszcze parę innych rzeczy, o których Szanownych Państwa poinformuje poniższa rozpiska.
Składam podziękowania wszystkim, którzy poświęcili się słuchając "live", jak równie wyrażam tylko trochę mniejszą podziękę wobec odsłuchujących z taśmy (bidulki muszą się wyspać), a wszystkich odpornych na moje fm, jak najbardziej utrwalam w tkwiącym w nich przekonaniu, aby dalej wiedli szczęśliwy żywot swój.
Do usłyszenia ...

 


GARY MOORE "After The War" (1989)
- Dunluce (Part 1)
- After The War
- Blood Of Emeralds



MICHAEL SCHENKER GROUP "Immortal" (2021)
- Drilled To Kill - {śpiew RALF SCHEEPERS}
- The Queen Of Thorns And Roses - {śpiew MICHAEL VOSS}



W.E.T. "Retransmission" (2021)
- Big Boys Don't Cry
- You Better Believe It
- How Do I Know



ACCEPT "Too Mean To Die" (2021)
- Symphony Of Pain



RITCHIE BLACKMORE'S RAINBOW "Memories Of Rock - Live In Germany" (2016)
- Catch The Rainbow



CETI "Oczy Martwych Miast" (2020)
- Machina Chaosu



ALICE COOPER "The Beast Of Alice Cooper" (1989)
- Billion Dollar Babies - {oryginalnie na LP "Billion Dollar Babies", 1973}
- Is It My Body - {oryginalnie na LP "Love It To Death", 1971}



TOUCH "Touch II" (1982) - album niewydany w epoce, dopiero w 1998 roku na CD
- Far Enough
- Frozen On A Wire
- Never In Love



BLACKFIELD "For The Music" (2020)
- For The Music
- Under My Skin



STEVEN WILSON "The Future Bites" (2021)
- Count Of Unease



TRANSATLANTIC "The Absolute Universe - Forevermore (extended version)" (2021)
- Solitude
- Belong
- The World We Used To Know



CAROLE KING "Tapestry" (1971) - 50-lecie albumu
- I Feel The Earth Move
- So Far Away
- It's Too Late



QUINCY JONES "The Dude" (1981) - 40-lecie albumu
- Ai No Corrida
- Betcha' Wouldn't Hurt Me



JONI MITCHELL "Dog Eat Dog" (1985)
- Good Friends - {gościnnie MICHAEL McDONALD}
- Fiction - {gościnne THOMAS DOLBY}
- Smokin' (Empty, Try Another) - {gościnnie STEVE LUKATHER}
- Dog Eat Dog - {gościnnie DON HENLEY oraz JAMES TAYLOR}



NINA SIMONE "The Best Of Nina Simone" (1969)
- Don't Let Me Be Misunderstood - {1964}
- I Loves You Porgy - {1964}
- Ne Me Quitte Pas - {1965}




MANIC STREET PREACHERS "Rewind The Film" (2013)
- Rewind The Film - {feat. RICHARD HUGHES}


 

 

Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę, godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań lub www.afera.com.pl
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"