niedziela, 6 września 2020

PETER GABRIEL "Rated PG" (2019 / reedycja 2020)








PETER GABRIEL
"Rated PG"
(REAL WORLD)

****




W pierwotnym zamyśle "Rated PG" miało być swego rodzaju winylowym gadżetem dla najzagorzalszych wielbicieli talentu Petera Gabriela. Płytę na limitowanym picture LP wytłoczono na rzecz ubiegłorocznego Record Store Day, ale że ta wzbudziła większe od zaplanowanego zainteresowanie, stąd jej wznowienie. Tym razem "Rated PG" trafia już do powszechnego handlu, pomimo iż jego nowa edycja wizualnie nie jest równie efektowna - tym razem tylko tradycyjny czarny winyl.
Na albumowy program składają się kompozycje z szuflady dziesiątej muzy (tak a propos, jest ich także dziesięć), których poza konkretnymi soundtrackami na próżno szukać pośród katalogowych płyt byłego Genesis'owca.
Całość otwiera nominowany do Oscara - a kompozycji Randy'ego Newmana - pochodzący do filmu "Babe 2: Świnka w mieście" folk-symfoniczny temat "That'll Do". Jego filharmonicznej oprawy podjął się Bob Ezrin (spec od choćby Pink Floyd, Kiss czy Alice'a Coopera), natomiast dodatkowo całość wspomógł tu jeszcze Paddy Maloney - muzyk folkowych The Chieftains. Prawdziwy widok z góry najwyższej, tym samym początek kompilacji wyśniony.
W dalszej części pojawia się zdobywczyni Grammy, piosenka "Down To Earth" - 6-minutowy wyciąg z animowanej produkcji science fiction "Wall-E", ale też na przeciwległym albumowym biegunie nie gorsza odmienna wersja popularnego "In Your Eyes" - w tym przypadku pochodząca nie z albumu "So", a filmu "Nic nie mów". Natrafimy również na "Walk Through The Fire" - chyba wszystkim dobrze znany fragment popularnej ścieżki "Against All Odds". I gdyby nie nagranie tytułowe, którym Phil Collins odebrał wszystkim konkurentom nadzieję, kto wie, być może tym na keyboardowo doprawionym przez szefa Chic, Nila Rogersa dziełku, "ciążyłoby" podium najwyższe.
Zadaniem "Rated PG" miało być zebranie w jednym miejscu trudniej do tej pory osiągalnych filmowych piosenek Gabriela, i z tej misji poniższy album wywiązałoby się perfekt, gdyby nie brak kilku istotnych dla sprawy kompozycji, jak choćby "The Veil" czy "I Grieve", bądź znanego z "Filadelfii" przedniego tematu "Lovetown", że na dobitkę wytknę jeszcze niebyt "While The Earth Sleeps" - nagranego niegdyś z Deep Forest. Na szczęście wszelakie niedostatki rekompensują trafnie dobrane tu kompozycje, w tym także mniej do tej pory znane, a jednocześnie względem pozostałych ożywione "Nocturnal" - okraszone smyczkami, gitarą akustyczną oraz elektroniką 4-minutowe nagranie, z bodaj niewyświetlanych u nas "Ukąszeń Świtu". Cieszy też obecność podniosłego, a niekiedy nawet atmosferą nawiązującego do "Mercy Street" czy późniejszego "Blood Of Eden", "This Is Party Man". Ta wykonana do spółki z The Worldbeaters, a zawarta w filmie "Zabójcza perfekcja" kompozycja, to prawdziwa ozdoba "Rated PG". Podobnie, jak znana nam z kameralnej, zorkiestrowanej płyty "Scratch My Back", piosenka "The Book Of Love", która w dostępnej tu wersji z filmu "Zatańcz ze mną" przykuwa, pomimo iż niesionym dostojeństwem niespecjalnie przecież od swej młodszej siostry odbiega.
Należąca do Petera Gabriela wytwórnia Real World od lat ujawnia jego fascynacje muzyką świata - ze szczególnym naciskiem na rejony Afryki, Ameryki Łacińskiej czy Dalekiego Wschodu. I tak też uległość wobec tego ostatniego regionu reprezentują tutaj dwie kompozycje - pochodzące z "Urodzonych morderców", lecz tutaj przywołane w uaktualnionej edycji "Taboo" - z niesamowitą wokalizą Pakistańczyka Nusrata Fateh Ali Khana. Całość łączy elementy perskiej oraz indyjskiej muzyki klasycznej, tym samym wbijając utwór w religijny, pełen uniesień mistyczny ton. Drugim nagraniem wyjętym z tej szuflady staje "Speak (Bol)". Rzecz pochodząca z dokumentalnego filmu "Uznany za fundamentalistę", gdzie Gabriel ponownie zaśpiewał z Pakistańczykiem, lecz tym razem z Atifem Aslamem, posługującym się językiem urdu.
Jeszcze na koniec pozostała nam piosenka otwierająca stronę B - "Everybird" - rzecz z filmu "Ptaki takie jak my" ("... zbuduj świat, by przywrócić życie, zbuduj miejsce, które zawiera przyszłość..."). Nastrojowa, trochę posępna, niemal idealnie dostrojona do wysublimowanych poczynań Mistrza ostatnich lat. Zapewne dobrze czułaby się na ewentualnej kontynuacji płyt "Us" oraz "Up". Tak po prawdzie, dotyczy to również wszystkich pozostałych z dziesięciu dostarczonych tu piosenek. Jak dobrze więc, że "Rated PG" powstało. Dzięki niemu nie musimy wszystkich tych ziaren szukać po rozległym polu.


A.M.


sobota, 5 września 2020

shake it to wake it

Futbolową Ligę Narodów wymyślono, by najlepszym ekipom skrócić cierpienie w oczekiwaniach na odległe w odstępach mistrzostwa Świata czy Europy, i aby piłkarze nie skostnieli. Aha, no i przy okazji, ale to już tylko tak naprawdę przy okazji, by do kasy federacyjnej oraz pałętających się przy jej wpływach reklamodawców wpływało milutkie źródełko niekończąco-zasilajacych funduszy. Ważnych szczególnie teraz, gdy mecze rozgrywa się dla dopingu z magnetofonu.
Każdy wie, obecny futbol to lepszy biznes niż produkcja hamburgerów, tak też w ostatnich latach jeszcze dobitniej zagospodarowano każdy dzień tygodnia dla kibica, każdą wolną dnia godzinę, by ten choćby przez chwilę nie zszedł siknąć za obręb boiskowego autu.
Oglądaliście Holandia - Polska? Nie? To macie szczęście, bo ja akurat tak. Oglądałem te baty zero do jednego, na które patrzyło się jak na zero do sześciu. Z patriotycznym zażenowaniem wytrwale trzymałem nos w telewizorze, głównie podziwiając reprezentację Oranje, gdy ta poganiała nas niczym stare wojsko unitarnych kotów do sprzątania rejonów na kompani. Już po pierwszych pięciu minutach zadrżałem, czy aby nas nie zabiegają. Mimo wszystko przez cały czas po cichu łudziłem się, że może zaraz ci nasi mocarze zaskoczą. Miałem minę niczym Michał Milowicz w słynnej scenie "Chłopaki nie płaczą", gdy ten pokazuje gangsterom film o facecie w łódce, dodając nieśmiertelne: "spokojnie, zaraz się zacznie". No to czekam, czekam... a tu obijają nas po obronie, która tylko jak w hokeju wybija piłkę na uwolnienie, po czym znowu tworzy się holenderski zamek, i znowu młyn, znowu kocioł, oblężenie twierdzy, kolejna naszych zadyszka, bo nawet wstawić nogę pomiędzy Pomarańczowych to dla nas problem. Niby jedenastu na jedenastu, plus opanowany w czerni bułgarski rozjemca, a przez cały czas nękało mnie, kto tu nas wykiwał, bo ewidentnie ekran tv wskazywał ze dwudziestu Holendrów napierających nieustannie i z jakąś niepohamowaną pasją na umęczonych kilku moich ziomali. Takich strudzonych, zachapanych, kompletnie zajechanych, bo przecież dopiero po zakończonym sezonie. Jeszcze biedaczyskom kąpielówki nie obeschły, a tu znowu trzeba grać. Kto tak się zawziął?
Teraz rozumiem absencję Lewandowskiego. To mądry facet, który lubi na klatę przyjmować sukcesy, zaś wczorajsza obrona Częstochowy mogłaby tylko naruszyć nabywany latami całego świata szacunek.
Aż strach pomyśleć o kolejnych potyczkach w naszej grupie. Grupie, którą ktoś ważny ochrzcił "grupą śmierci". Zapominając dodać - dla Polaków. Bo chyba zgodzicie się, Bośnia i Hercegowina plus Włochy, to jak na nasze możliwości prawdziwe ludojady. Co tam, ja wczoraj na podwieczorek zarzuciłem okiem na Kazachów, którzy na wyjeździe położyli Litwinów dwa zero, i już wówczas pomyślałem: o cholerka, ci to dopiero by nas obeszli, a przecież grają na peryferyjnym poziomie tego turnieju. Dlatego nie dziwię się, że taki Wagner Love, zamiast w naszej, wybrał grę w tamtejszej lidze.
No i jeszcze nasz przeelokwentny trener. Przypomnę nazwisko - Jerzy Brzęczek. Warto je zapamiętać. Na wypadek, gdybyście znowu zechcieli brać na czub polewki Bońka czy Beenhakkera.
Jakoś tak bezwiednie Oranje skojarzyli mi się z przepyszną Oranginą. W dymku nad mą głową zaświtał reklamowy slogan tej, było nie było, sympatycznej oranżadki: "shake it to wake it". Polecam go na koszulki naszej kadry. A najlepiej na spodenek zad. Po styknięciu ze stopą przeciwnika powinno zadziałać.


A.M.



weteran psychicznych wojen

W oczekiwaniu na nowy album Bi Ou Si - tak na nich mawiają Amerykanie ("The Symbol Remains" już w październiku) - piosenka na dziś: "Veteran Of The Psychic Wars". Temat pochodzi z jednego z najlepszych albumów grupy, "Fire Of Unknown Origin" (1981) - 29 miejsce w UK, 24 miejsce w USA. Wydano z niego tylko jednego singla - "Burnin' For You". W wersji amerykańskiej na siódemki bisajdzie mieliśmy "Vengeance (The Pact)" - 40 pozycja na Billboardzie, zaś w Europie stronę B małej płyty zagospodarowało "The Black And Silver" (nie notowane na brytyjskim topie) - na albumie dodatkowo jeszcze opatrzone przedrostkiem "Heavy Metal". "Tytuł "Weteran Psychicznych Wojen" jest skróconą wersją rozbudowanego verbum "weteran tysiąca psychicznych wojen", zastosowanego w pewnym fragmencie albumowego "Wojownika Na Krawędzi Czasu" grupy Hawkwind - to jeszcze czasy, gdy w tej grupie na basie zasuwał Lemmy.
"Fire Of Unknown Origin" wyprodukował zmarły niedawno Martin Birch, który jednocześnie pełnił tu rolę inżyniera dźwięku. To jeden z dwóch albumów Blue Öyster Cult, których produkcji podjął się ten magiczny dźwiękowy twórca. Kapitalny tomik, jeden z najlepszych w dorobku grupy, a dla mnie osobiście to nawet ichniejsze top 4 - w jednej linii z "Imaginos", "Agents Of Fortune" oraz "Spectres". Niczego nie ujmując przebojowemu "The Revolution By Night", który na przekór oczekiwaniom nie liznął list przebojów nawet w ich dolnych sektorach. Tu także kapitalny producent - Bruce Fairbairn.
Kawałek "Veteran Of The Psychic Wars" znalazł się w epicentrum albumowej strony A, czyli w najbardziej rozbujanym fragmencie, z którego nie było ucieczki.
Eric Bloom śpiewał: "... widzisz mnie teraz, widzisz weterana tysiąca psychicznych wojen, moja energia się wyczerpała, a zbroja poszła w drobny mak. Zużyłem całą broń, jestem bezsilny i skąpany w żałobie, zaś rany na mym ciele są tym, z czego mnie stworzono. Zaraz zaraz, czy aby słyszałem, kiedy mówiłeś, że to zwycięstwo? ... ".


A.M.


piątek, 4 września 2020

piosenka na dziś - BOB WELCH "Oh Jenny"

Piosenka na dziś - Bob Welch "Oh Jenny". Na moim gramofonie rzecz z jego drugiego solo albumu "Three Hearts" (1979). Dla przypomnienia, Bob Welch to zmarły w 2012 roku wokalista i gitarzysta Fleetwood Mac. Obok Danny'ego Kirwana, jeden z dwóch niebluesowych gitarowych następców Petera Greena w tej grupie. Z nimi była to już nieco inna formacja. Nawet nie nieco, bardzo inna.
Wiadomo, jeśli Bob Welch, to przede wszystkim debiutancki LP "French Kiss". Pop płyta, o sile wartości piosenek Fleetwood Mac, tych po 1975 roku. W swoim czasie było to w moim Nawiedzonym przedstawiane, więc nie marnujmy czasu.
"Three Hearts" pojawiło się dwa lata później, miało zbliżoną okładkę, muzykę także, lecz sprzedano tej płyty znacznie mniej. Może dlatego, że była to już tylko kopia. Udana, ale jednak kopia. I podobnie jak na "French Kiss", tu także gdzieniegdzie wspomagali Welcha kompani z Fleetwood Mac - Mick Fleetwood, Christine McVie oraz Stevie Nicks. Nawet jednym z producentów okazał się zżyty z grupą Richard Dashut. Dlatego musiała to być dobra płyta. I była. Lecz wobec jej promocji popełniono pewien błąd. Postawiono na tylko trzy single (kapitalne "3 Hearts" oraz wciąż bardzo udane "Precious Love" plus "Church"), a przeoczono "Oh Jenny". Decydenci Capitolu nie dostrzegli siły tego numeru, skazując go na radiowy niebyt.
Mogę pojąć, że nie widzieli miejsca dla scoverowanych Fleetwoods (nie mylić z Fleetwood Mac), co dotyczyło piosenki "Come Softly to Me", jak nawet Beatles'owskiego "I Saw Here Standing There". Obie przeróbki urocze, lecz raczej bezwartościowe. Za to "Oh Jenny" miało siłę i od ręki dało się zaskarbić w sercach wszystkich posiadaczy całego albumu. I przy okazji, oto kolejny przykład, iż nie wolno odpuszczać pełnowymiarowych płyt. Poleganie na tylko promowanych w radio singlach może zagrażać ogólnym pojęciu o muzyce. I choć z tego powodu raczej się nie umiera, głupio muszą się poczuć ludziska, gdy Masłowski na którejś z kumpelskich nasiadówek, znienacka nastawia przywołany winyl, z piosenką nr 2 na stronie A. Nieocenione jednak blednące spojrzenia zadeklarowanych na co dzień entuzjastów FleetwoodMac'kowskich płyt, typu "Rumours" czy "Tango In The Night", którzy jakimś trafem nie dokopali się do Boba Welcha.
Przy odrobinie dobrej woli wyobraźmy sobie "Oh Jenny" w objęciach Jeffa Lynne'a. Takiego magika od przebojów, szczególnie w tamtych latach. Gdyby elektryczno-świetlny maestro nagrał ten kawałek, dajmy na to na takie "Discovery", byłaby z tego niezła petarda. Ale nie nagrał i nie nagrali go też byli kompani Welcha z Fleetwood Mac, dlatego piosenka przepadła.
Tekst piosenki? Darujmy sobie. Typowe westchnienia na polu damsko-męskim, z naciskiem na umizgi z tej drugiej strony. Nieważne, liczy się cała reszta. Melodia, aranżacja, wykonanie plus siła finalna. Jak się jednak okazuje, może być idealnie, a los nie oszczędzi.
"Oh Jenny" powinna pójść z cyklu: zaniedbane.
Polecam piosenkę szczególnie na ten dzisiejszy kolejny brzydki dzień. Typowo jesienny - z przejściowym deszczem i przenikliwym chłodem. Znowu meteorologom nie sprawdziły się wizje. Miało być 21, jest 17. I tak samo panowie spece dali ciała wczoraj, przedwczoraj... Skąd oni biorą tych specjalistów? Jedyne co tak naprawdę przewidzieć potrafią, to tyle, że po piątku nastąpi sobota.


A.M.


czwartek, 3 września 2020

dyrdymarki

W trzy godziny skonsumowałem Niedźwiedziowe dyrdymałki. I świetnie się bawiłem - bo to taka książka. Gdy wczoraj odbierałem ją w Świecie Książki, pani oznajmiła: dzisiaj premiera. Nawet długo nie czekałem, zamówiłem jakoś pod koniec sierpnia.
Teraz ważne - cena. Ma obowiązywać 39,99 zł., ale, że zamówiłem w przedsprzedaży, wyszło 24,91 zł. I jak się jeszcze później okazało, we wspomnianej księgarskiej sieci cena jest ruchoma. Ostatnio komuś tę książkę poleciłem, jednocześnie sugerując, by zamiast jak większość do Empiku, spróbował jak ja w sympatycznej sieciówce Świata Książki. Dla pewności postanowiłem jednak raz jeszcze wejść na stronę księgarni i sprawdzić, czy wszystko nadal aktualne. Po co narobić komuś apetytu, a potem zostawić przy wcześniej wylizanym talerzu. I tu niespodzianka, przez 24 godziny cenę uaktualniono, przez co tym razem stanęło już na "jedynie" 24,88 zł. Dla mnie jednak przez cały czas nieodwołalnie obowiązywało wcześniej zakontraktowane 24,91, a to niczym aukcje na jakiejś (mile widzianej) książkowej giełdzie. Pojawia się więc pewien dreszczyk emocji, są niespodzianki. Taki totalizator kultury i sztuki, na co dotąd ludzkość chyba jeszcze nie wpadła. W ogóle powinno obowiązywać, im klient dłużej zwleka, tym drożej.
Polecam "Dyrdymarki". Przyjemny z tego zbiór anegdot i wspomnień lubianego radiowca, a nawet na dokładkę kilka kulinarnych przepisów, bo Niedźwiedź lubi i podobno dobrze pichci. To także kniga kogoś, w kogo ustach nie usłyszymy swojskich rozważań z murku przy piwku, ale na szczęście też nic o motoryzacji i murarce.
Tak mnie wciągnęło, że tylko przekładałem A i B-side'y płyt winylowych (ostatnich trochę ich słucham), a znalezioną w innej książce zakładką, co mniej więcej dwadzieścia minut, zatrzymywałem kartki, by nie pogubić wątków. Książka jeszcze niewyrobiona, więc nie da się jej otworzyć i zawiesić w stanie rozłożystym na choćby kilka sekund.
Poniżej kilka foto cytatów. Bez pozwolenia Autora, ale to przecież ledwie kilka maciupkich grzeszków.


==========================









================================


=================================







=================================


=================================









=================================


=================================







==================================


 ==================================


Polecam

A.M.


wtorek, 1 września 2020

RAMOS "My Many Sides" (2020)








RAMOS
"My Many Sides"
(FRONTIERS RECORDS)

***



Picasso twierdził, że malarstwo to zawód ślepego. Maluje on nie to, co widzi, lecz czuje, a dopiero na płótnie widać, co w nim siedziało. To samo dotyka Josha Ramosa. I choć nie jest on typem milczka, dystansuje się jednak od niepotrzebnych gawęd o tworzonych piosenkach, z których jasno wszystko wynika.
Dla przypomnienia, Josh Ramos to amerykański hard/melodic/rockowy gitarzysta, hojnie obdarzony talentem, choć przez los ograbiony z wszelakich sukcesów. Dotąd jego dokonania mogliśmy podziwiać w zespołach/projektach, jak Hardline, The Storm, Two Fires, Ramos/Hugo, China Blue, Le Mans czy całkiem niedawne L.R.S. (panowie Laverdi, Ramos i Shotton). I jeśli ktoś pamięta, przed blisko dwoma dekady był też firmowany nazwą Ramos niezły album "Living In The Light". Jednak i on nie spełnił snów o potędze. I obawiam się, że najnowsze "My Many Sides" również niczego w tej kwestii nie zwojuje. Być może dlatego, że brak na tej płycie przynajmniej dwóch/trzech punktów zaczepienia. Jakiś szczególnie zapadających w pamięć kompozycji, od których słuchacz nie może się oderwać, a później ich śladem poszukuje kolejnych.
Tutaj wszystko wydaje się takie równe, takie tylko ok, lecz przydałby się jakiś wybieg poza sprawdzony horyzont. Otrzymujemy więc konkretny, rzeczowo podany rock, któremu nawet trudno odmówić duszy, ale pozbawiony przynajmniej odrobiny szaleństwa. To zestaw dwunastu hard rockowych kompozycji, przeplatany niestandardowymi balladami, na dokładkę doprawionych bluesowym groove'em. Lecz takich płyt są setki. Na niewiele więc się zda zaproszony liczny sztab wokalistów - Eric Martin, Danny Vaughn, Harry Hess, Joe Retta, Terry Ilous, John Bisaha czy Tony Harnell. W zamykającej album kompozycji "I'm Only Human" pojawił się jeszcze zmarły niedawno Tony Mills. Ex-singer Shy na krótko przed śmiercią wykonał tu jeden ze swoich ostatnich muzycznych kroków.
Ramos nigdy nie ukrywał sympatii wobec utalentowanych Eddiego Van Halena, Gary'ego Moore'a, Neala Schona, a nawet bazującego na innym stylistycznie obszarze Al Di Meoli, tak więc już nawet na tej podstawie wiemy, czego spodziewać się po pełnej gamie najnowszych jego piosenek - za wyjątkiem instrumentalnego "Ceremony".
Może się podobać, snujący wątpliwość wobec istnienia prawdziwej miłości , bluesowy hard rocker "Unbroken" (tutaj w roli wokalnej wyrzucony niedawno z Great White Terry Ilous, a w zasadniczej sprawie wokalista XYZ), bądź podrasowana szorstkim głosem Harry'ego Hessa (liderem Harem Scarem) ballada "I've Been Waiting" lub inna, tym razem już zdecydowanie blues ballada "Forefather" - zaśpiewana przez wokalnego przywódcę Mr. Big, Erica Martina. Jest jeszcze na pół ballada/pół zadzior "Immortal", którą nieco w hipisowskim tonie zaśpiewał Tony Harnell z TNT - rzecz ocierająca się o wspomnienia z młodych lat, z wątkiem utraty niewinności. Natomiast o zdradzie miłości,traktuje zadziorne i oparte na szkole Free oraz Bad Company "Moving On" - tutaj wokalnym zarządcą John Bisaha, zastępujący Johna Waite'a w zapomnianych już trochę The Babys). Dla lirycznego kontrastu, w takim "The Good To Be True" pojawia się frywolny opis miłosnego szaleństwa, w którym dosłownie płuca wypluwa, znany z Heaven And Earth, Joe Retta.
"My Many Sides" stoi szansą pozyskania sympatyków starej dobrej szkoły rocka, takiej z okolic dokonań Free, Led Zeppelin czy Humble Pie, ale też ich młodszych spadkobierców, do których należą, choćby Great White, Tyketto czy wszystkie te formacje, w których do tej pory talentem próbował zabłysnąć Josh Ramos.


A.M.


JON ANDERSON "1000 Hands" - chapter one (2020)







JON ANDERSON
"1000 Hands" - chapter one
(BLUE ÉLAN RECORDS)

*****





Niewiarygodne, proszę sobie wyobrazić, że tej tworzącej się przez trzy dekady płyty nie chciała wydać żadna z czołowych wytwórni. Ani sprzymierzony z grupą Yes Warner'owski Atlantic, ani nikt inny. W końcu jej los ułaskawił pewien pasjonat muzyki z Los Angeles, a jednocześnie szef jednej z tamtejszych radio rozgłośni, który nie miał żadnych wątpliwości. I oto jest.
Jon Anderson to nie tylko mistyczny głos, ale również jeden z ojców chrzestnych rocka progresywnego, co również współwłaściciel kilku elektroniczno-pięknych płyt zrealizowanych z Vangelisem, do tego autor niemałej rzeszy ciekawych dzieł solowych. Człowiek legenda, na szczęście wciąż cieszący się niezłym zdrowiem, obecnie mieszkający gdzieś na wzgórzach, z dala od ludzi, gdzie wokół jego oczu żyją w zgodzie z naturą króliki, a po niebie przelatują dywizje wolnych ptaków.
Tytuł "1000 Hands" odnosi się do ilości ludzi, z którymi mistrzunio współpracował podczas długoletniego powstawania tego albumu. Niektórzy jego uczestnicy już nawet nie żyją, jak choćby kolega zespołowy, basista Chris Squire - który przecież zatrudniał go w Yes, jak też uznany jazzowy gitarzysta Larry Coryell. Suma sumarum, liczba muzyków imponująca. Weźmy tylko kilka nazwisk: skrzypek Jean-Luc Ponty oraz jego kolega po instrumentalnym fachu, znany z grupy Kansas Robby Steinhardt, ponadto też były Kansas'owiec, a od lat gitarzysta Deep Purple - Steve Morse, perkusista wirtuoz Billy Cobham, a także wywodzący się z tej samej profesji, kolejny Yes'owski kolega Andersona, Alan White. Są jeszcze: Ian Anderson, Chick Corea, Jonathan Cain oraz wielu, wielu, bardzo wielu innych. Jest ich tak sporo, że w jednym z niedawnych wywiadów nawet sam Maestro wyraził zakłopotanie, iż nie był w stanie zapamiętać wszystkich nazwisk.
"1000 Hands" nie jest płytą bijącą bezpośrednio pod dokonania Yes, lecz entuzjaści tej grupy, jak i zarazem samego głosu Andersona, nie powinni jej wypuszczać z rąk. Bo i tu bywa magicznie, uduchowienie, a niekiedy wręcz surrealistycznie.
Otwartość Jona Andersona na świat muzyki polega na tym, że czuje on i równocześnie kocha twórczość Strawińskiego, Sibeliusza czy Mozarta, co Steviego Wondera, King Crimson, Toto, bądź zaproszonego do udziału na tym albumie Billy'ego Cobhama. Ale z równą swobodą nasz bohater porusza się także po prehistorycznych krainach topograficznych oceanów, jak po plemiennych rytmach Afryki czy Ameryki Południowej. I wiele z tych fascynacji usłyszymy właśnie na "1000 Hands".
Motywem przewodnim stoi temat "Now". Uchwycimy go pod trzema tytułami, a i pewnymi różnicami. Jako intro dostępujemy "Now" - nieco ponad minutowa rzecz, głównie na głos i gitarę, następnie równie krótkawe, umiejscowione w albumowym jądrze "Now Variations" - tym razem na głos, wiolonczelę oraz skrzypce, oraz jako danie główne i przewidziane na albumowy finisz, podane w bogatszej oprawie, ale też zatopione w skupieniu "Now And Again". Przejmująca i wzruszająca pieśń, w której ramach pomieścił się ogrom instrumentów, m.in. dętych czy smyczkowych. Jednak na ich tle, na sam czub wysuwa się klasycyzująca i od razu rozpoznawalna gitara Steve'a Howe'a - kolejnego zagarniętego na tę sesję Yes'owca. Musiało do tego dojść. Howe w ten sposób zapragnął nieoficjalnie i bez przesadnego szumu podziękować Andersonowi za jego udział na jego odległej już czasowo płycie z coverami Boba Dylana. I powiedzmy bez ogródek, piosenka "Now And Again" to od ręki jedna z najokazalszych pieśni w śpiewniku Jona Andersona. I choć, od nieodległej stylistycznie "Change We Must" krótsza oraz inaczej zinstrumentalizowana, wyczuwam dzierganie identycznych drutów. Prawdziwy klejnot, ale też nie jedyny, nad którym warto ceremonialnie złożyć dłonie. Weźmy jeszcze egzotyczne, oparte o ukulele plus jazzowy bas Tima Franklina "Make Me Happy". Rzecz zatrzymującą w kadrze piękno hawajskiej wyspy Kauai, którą Anderson z żoną uwielbiają. Fascynacje egzotycznymi rytmami odnajdziemy również w wielorytmicznym "WDMCF" (czyli "Where Did Music Come From") bądź w przyozdobionym rytmami calypso, afrykańskimi chórami oraz nutką jazzu "First Born Leaders". Jednak "1000 Hands" zachwyca różnorodnością, dzięki czemu gwarantowana podróż po niemal wszystkich zakątkach muzycznych preferencji Andersona. Dla kontrastu postawmy na "I Found Myself" - temat z niesamowitymi lirycznymi skrzypcami Jerry'ego Goodmana. Jon zaśpiewał tu ze swoją żoną Jane. Ale natrafimy też na blisko 9-minutowe "Activate" - bogatą kompozycję, z jakby jeszcze większą powagą zaśpiewaną, ale też wzbogaconą fletem JethroTull'owego Iana Andersona, skrzypcami Olgi Kopakovej oraz Robbiego Steinhardta - ex-muzyka Kansas, do tego jeszcze kilku gitarzystów - wśród nich Pat Travers czy Steve Morse. Podobne emocje dostarczy jazzpiosenkowe, i równie długie, co jednocześnie tytułowe "1000 Hands (Come Up)" - ach, cóż za fantastyczna afrykańska perkusja, jazz piano Chicka Corei plus równie jazzowy bas Chrisa Squire'a. A do tego jeszcze skrzypce Jeana-Luca Ponty'ego wraz z instrumentami klawiszowymi Jonathana Caina - m.in. muzyka Journey. I coś jeszcze, albowiem nad całością zawieszono tu pewną tajemniczość spod szyldu Yes. Takich momentów nie zabraknie, dlatego nie potrafię też nie dostrzec w "Twice In A Lifetime" uroku "francuskiego" akordeonu Dariusa Grabowskiego, pomimo iż po tej samej linii frontu działają tu jeszcze równie atrakcyjne skrzypce, wiolonczela, flet, jakieś puzony, trąbki oraz kilka innych instrumentów. Ależ się tego wszystkiego słucha. Nie odstawiajcie na później - sztos płyta.

P.S. Płyta posiada niewielkiej wagi defekt. Otóż, pomiędzy utworami "WDMCF" a "1000 Hands (Come Up)" brak płynnego przejścia, a ewidentnie słychać, iż chciano, by były połączone.


A.M.