niedziela, 9 sierpnia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 9/10 sierpnia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





Dwudziesta druga niedziela przymusowej radiowej absencji.
Z racji nieczynnego do jesieni (albo i dłużej) br. studia możliwe, iż przewidziano odtworzenie materiału archiwalnego.



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 9/10 sierpnia 2020 - godz. 22.00 - 2.00  w  
RADIO "AFERA", na 98,6 FM (Poznań) lub na www.afera.com.pl




Lato nareszcie dało o sobie znać. Dowalaj słoneczko, dowalaj.
Szkoda jedynie, że kowidzik-dzięwietnaście znowu rozpędzony, a więc chyba nie do jesieni, a do końca roku nasze spotkania z głowy. A może i dłużej, wszak troszczą się o moje zdrowie.








A.M.



sobota, 8 sierpnia 2020

o kolorowych winylach Leo i Neila, o śmieciach także

Zauważyłem zapowiedzi kolejnych winylowych reedycji studyjnych albumów Leo Sayera oraz koncertowych Neila Diamonda. Niezwykle popularnych piosenkarzy, szczególnie w latach siedemdziesiątych. I zastanawia mnie, ilu chętnych znajdzie się na te lekko nadszarpnięte zębem czasu, acz jednak efektowne kolorowe wydania, LP's?
Bez wątpienia "Hot August Night" Neila Diamonda biło niegdyś w świecie rekordy powodzenia, pomimo mego zapamiętania, iż akurat na dawnych lokalnych Wawrzynkowych giełdach fani rocka raczej naśmiewali się z tego piosenkarza. Nawet, jeśli go zapewne trochę lubili i pokątnie nadsłuchiwali. Na otwartym polu toczyli jednak bitwy o prym Led Zeppelin nad Thin Lizzy, tym samym trudno im było ujawnić sympatie do jakiegoś tam piosenkarza. Z Leo Sayerem było trochę inaczej. Leo odważniej podążał za modą, i jak na tamte czasy potrafił bywać trendy. Serwował, i namiętne ballady, i pop-rock, i disco, a i nawet funk/soul-pop. Pojawiał się w setlistach dyskdżokejów, zahaczał o wyższą półkę oficjalnego topu, zarówno tego w UK lub Germany, a jego sława na moment także dotarła do Polski - rodzimy Tonpress wypuścił mu nawet podwójnego singla. I ten polski SP-albumik
reprezentatywnie ujawniał możliwości Leo. Pamiętacie balladę "When I Need You"? Wiem, to nie jego (właścicielem Albert Hammond), jednak właśnie wersja Leo jest najpopularniejsza. A więc trzeba tę piosenką przepisać na jego poczet. Albumik Tonpressu, oprócz "When I Need You", które wyciągnięto z super fajnego albumu "Endless Flight", zawierał ponadto trzy wyśmienite piosenki z następnego LP, jakim moje ulubione "Thunder In My Heart" - piosenkę tytułową plus "Easy To Love" oraz "Everything I've Got". Aż dziw, że nie dokupiono wówczas licencji do kilku innych kawałków i nie wytłoczono pełnego długograja. Dziś byłby smaczkiem nawet pośród światowych kolekcjonerów, bo single to jednak nigdy nie miały większego uznania. Nawet u nas, pomimo iż socjalistyczna fonografia uszczęśliwiała rodaków głównie nimi. Inna sprawa, komu po trzech minutach chciało się przewracać płytę na drugą stronę? Wtedy, a co dopiero dziś.
Właśnie do handlu na kolor/winylach trafiają późniejsze, fajne, acz tyciu mniej popularne albumy Leo Sayera: "Here", "Living In A Fantasy", "World Radio" oraz "Have You Ever Been In Love". Ciekawe, ilu jeszcze sympatyków takiej muzyki stąpa po tej ziemi?
No i, czy te płyty trafią do naszych sklepów? Ewentualny dystrybutor musi mieć na uwadze, iż używane winyle Leo Sayera oraz Neila Diamonda widuje się na naszych bazarach za symbolicznego piątaka, więc chyba niewielu wyłoży po stówce za tytuł. Nawet przy tak efektownym wizerunku. A może pomyślą tylko o mnie?

Niedawno widziałem taki oto obrazek. W pewnej wsi dziewczyna wychodzi ze spożywczaka i na gorąco wydaje się zaoferowana upychaniem zakupów w torbie, w międzyczasie porządkując portfel, z którego wypada jej kartka wielkości paragonu. Dziewczyna jednak niczego nie zauważa, ponieważ los białej karteczki nie bardzo ją obchodzi, tak więc dla zmyłki wzrokiem zarzuca w dal i ku niemu podąża. Od razu naszło mnie zastanowienie, a gdyby zamiast tej karteczki wyleciałby jej banknot pięćdziesięciozłotowy, to czy też by go nie zauważyła? Bo to już nie pierwszy raz, gdy na moich oczach komuś wypada "niewinnie" jakiś papierek. I jakimś dziwnym trafem nigdy nikomu nie wylatuje niechciane sto złotych, a zawsze paragon, zużyty bilet parkingowy lub niepotrzebna, bo zrealizowana przed chwilą lista sprawunków. I zawsze każdy rżnie głupa, że to takie niechcący. Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, zarobiony jestem. Naszło mnie, a gdybym był artystą grafikiem, i tworzyłbym okładki płytowe, sądzę, iż jedną z nich poświęciłbym tematyce śmieci. Nie takich, jakie widujemy w codziennym krajobrazie, ponieważ tutaj śmieciami byłyby pieniądze. Prawdziwe. Ciekawie musiałoby wyglądać na trawnikach, na chodnikach, gdyby zamiast wymiętolonych papierków, zgniecionych puszek i porozbijanych butelek, dookoła leżały "niechcący" pogubione pieniądze. I też nikt by ich nie podnosił, wszak to tylko śmieci. Takie, które niedostrzeżenie wypadły komuś z portfela bądź tylnej kieszeni spodni. A skoro nikt z nas nie podnosi śmiecio-papierków i nie kolekcjonuje puszek po piwie, tak również nie interesowałyby nikogo porzucone pieniądze. I wyobraźmy sobie, co by było, gdyby każdy niechciany w środowisku papierek przemieniał się w banknot. Mielibyśmy świat na błysk. Nasza Zielona Planeta szybko by wypiękniała, zazieleniłaby się, ponownie zapachniała, i na bank nikt nie zwoziłby worów śmieci do lasów, nie zanieczyszczał jezior i mórz, a kto wie, być może niejednego dnia na przydomowej wycieraczce znajdowałbym wreszcie coś warte nominały.



A.M.





































czwartek, 6 sierpnia 2020

TOKYO MOTOR FIST "Lions" /2020/








TOKYO MOTOR FIST
"Lions"
(FRONTIERS)

****





Najnowszy album kwartetu Tokyo Motor Fist wiernie podtrzymuje zasady ustalone przed trzema laty podczas fonograficznego debiutu - jest melodyjnie i r'n'rollowo, acz bez histerii i z naciskiem na amerykańską produkcję. Za tę ostatnią odpowiedzialny gitarzysta/instrumentalista klawiszowy, a znany z Trixter, Steve Brown. Nie ukrywa on fascynacji mistrzami konsolet profesji, Bruce'em Fairbairnem, Robertem Johnem "Muttem" Lange'em czy Desmondem Childem, choć za gitarowego guru stawia sobie nieodżałowanego Randy'ego Rhoadsa. Brown w dziedzinie kompozytorskiej nie wyznaje demokracji, sam lubi trzymać łapska na kierownicy, ale szczęśliwie z powodu jego indywidualizmu nikt się tutaj nie zabija. Na "Lions" panuje ustalony wcześniej ład, tak więc niekiedy można nawet żałować, że w garderobie grupy choć przez moment nie unosi się zapach wnętrza bryki Rolling Stonesów.
Było słówko o Steve'ie Brownie, a zatem dla przypomnienia dorzucę jeszcze trzy pozostałe i równie kompetentne nazwiska. Otóż, wokalne pole zagospodarowuje Ted Poley (Danger Danger, Melodica), jak zawsze ciekawe linie basu kreśli Greg Smith (w przeszłości m.in. Rainbow, Blue Öyster Cult czy Alice Cooper), zaś w bębny bardziej wali niż muska Chuck Burgi (znany z Rainbow, Balance czy Blue Öyster Cult). Absolutnie zgrany kolektyw, na dodatek noszący w płucach przekonanie w sukces.
"Lions" jest płytą sporządzoną nie tylko pod wielbicieli wczesnych Danger Danger, ale i też dla opętanych najlepszymi dokonaniami dawnych Warrant, Firehouse, Bon Jovi czy Def Leppard. Zresztą, ci ostatni nasuwają się od samego albumowego brzegu - w kompozycji "Youngblood". To przecież nic innego, jak stylistyczna krzyżówka dokonań Danger Danger, rodem z ich pierwszych dwóch albumów, plus właśnie szczypta Def Leppard okresu "Histerii" - m.in. identyczne partie chóralne. Nawet Poley zaśpiewał tu bardziej jak Joe Elliott, niż jak Ted Poley. I lepiej nie można było rozpocząć, a przecież po pierwszym ciosie błyskawicznie dochodzi równie efektowny drugi - kawałek "Monster In Me". On również do złudzenia przybliża ejtisową witalność Danger Danger, choć oczywiste, iż takim skojarzeniom najbardziej dopomaga właśnie głos Poleya. Lecz proszę dać wiarę, to jest dokładnie ta muzyka. Stawiam, że nikogo oba kawałki nie rozczarują, podobnie jak utrzymane w identycznej konwencji "Around Midnight" lub "Mean It", jak również nieco zadziorniejsze i mroczniejsze "Decadence On 10th Street" (rzecz nawiązująca do jasnych i ciemnych stron rock'n'rolla, a jednocześnie oddająca hołd ulubieńcom Steve'a Browna, grupom Aerosmith oraz Van Halen), ponadto doprawione saksofonem Marka Rivery (muzyka obozu Billy'ego Joela) oraz gitarowymi partiami powstałymi już przed trzema dekady dla Trixter - "Sedona", plus ballady: "Look Into Me", "Blow Your Mind" oraz najpiękniejsza "Lions" - naznaczona smakowitym klawiszowym solo, w gościnie tu zabawiającego Styx'owca Dennisa DeYounga. I nie tylko on powyższej sprawie się przysłużył, albowiem w ramy tej blisko 7-minutowej perły, smyczki wdrożył znany ze współpracy z Marillion, Michael Hunter. Piosenka będącą rodzajem podniosłej pieśni traktuje o współczesnym świecie pełnym zła i chaosu, jednocześnie stając się cegiełką względem muru naprawiania powszechnego zepsucia.
Na finał pozostawiono prawdziwą wisienkę na torcie - "Winner Takes All". Znam kilka piosenek o identycznym tytule, i wszystkie w dechę. Tym razem też nie mogło być inaczej. Na wstępie pojawiają się smyczki, ale już po tuzinie sekund wyłania się piekielnie melodyjny galop, taki w duchu dokonań Larry'ego Greene'a i jego Fortune, czy nawet spokrewnionych z nimi personalnie i stylistycznie Harlan Cage. Coś nieprawdopodobnie pięknego, czego nie wolno wrzucić do niszczarki. Kolejne cztery i pół minuty wielkości 2020 roku. A to, że ten piekielne cudowny kawałek nie ma szans na dzisiejszych listach przebojów, wynika jedynie z frustracji współczesnego świata, nie zaś z żadnej ułomności niesionej muzyki. Jest to zarazem jedyny kwiatek w tym albumowym wazonie, który powstał przed blisko czterema dekady i nie skomponował go Steve Brown, lecz Chuck Burgi. Ale Brown nie byłby sobą, gdyby nawet do obcego ogródka nie dosypał własnego ziarna, tak więc i tutaj na aktualne potrzeby pozmieniał co się da, i wyszedł z tego nieprzereklamowany albumowy killer. To jedna z tych rzeczy, których chce się słuchać bez liku.
"Lions" to płyta z entuzjastycznym i wypolerowanym hard'n'heavy-rockiem, zdecydowanie bliższym uśmiechniętej Kalifornii niż jakże nam bliskiej - począwszy od Podkarpacia po Żuławy - gastronomi na plastikowych talerzykach, a jednak usilnie namawiam, by spróbowano go w każdym ojczyźnianym zakątku.


A.M.



poniedziałek, 3 sierpnia 2020

WHITESNAKE "The Rock Album - MMXX" (2020) / PRETTY MAIDS "Maid In Japan" (2020)






WHITESNAKE
"The Rock Album - MMXX"
(RHINO)

***1/2






PRETTY MAIDS
"Maid In Japan"
(FRONTIERS)

***1/2






Trzy razy "r" - revisited, remixed, remastered. Dołożyłbym jeszcze czwarte - recycling.
Oto przed nami pierwsza część nowo zainicjowanej trylogii "Red, White And Blues". Obecna rockowa zwie się "white", natomiast w planach jeszcze lovesong'owa "red" oraz bluesowa "blues".
Kotłuje się Coverdale'owi od inicjatyw wydawniczych. Ostatnio jego aktywność jest jak obowiązkowa codzienna poranna zaprawa. Maestro nie daje o sobie zapomnieć. Ilość wypychanego materiału z mniej lub bardziej oczywistego archiwum przerasta wyobrażenie naszych chudych portfeli.
Systematycznie ukazują się rocznicowe wielodyskowe edycje klasycznych albumów Whitesnake, kompilacje bądź nagrania koncertowe (akustyczne i elektryczne); naprawdę coraz trudniej nad tym zapanować. A teraz do katalogu dobiły jeszcze miksy, remiksy i zremasterowane wersje wyselekcjonowanych przez boskiego Davida przebojów ("Still Of The Night", "Give Me All Your Love", "Here I Go Again", "Restless Heart", "Judgment Day", "All Or Nothing", "Love Ain't No Stranger" plus dostojna rozwlekła ballada "Forevermore") bądź kompozycji trochę mniej oczywistych, na które Coverdale próbuje raz jeszcze zwrócić naszą uwagę ("Tell Me How", "Can You Hear The Wind Blow", "Anything You Want", "Crying" i "Can't Stop Now"). Jest także jeden okaz z solowego albumu Coverdale'a "Into The Light", a bity pod Led Zeppelin "She Give Me", plus osadzona niemal w samej końcówce płyty jedna nowinka.
Do wszystkich starych kawałków wprowadzono nieco aktualizacji, pomimo iż różnice pomiędzy remiksami a
pierwowzorami wydają się kosmetyczne. Aby więc wydawnictwo wabiło, pojawia się jeden premierowy i o przebojowych inklinacjach kawałek "Always The Same" - pochodzący z sesji do "Flesh & Blood". Ta ewidentnie wyklepana pod radiowe strzechy piosenka, przekonany jestem podkusi każdego wielbiciela komercyjnego lica Whitesnake. A, że i ja należę do tej grupy, cóż, jazda obowiązkowa.

Nieco inny, choć także retrospektywny charakter nosi najnowsze koncertowe wydawnictwo Pretty Maids. Rzecz o wiele wyjaśniającym tytule "Maid In Japan", z fajną i ewidentnie wdającą się w skojarzenia z gigantycznym dziełem Deep Purple "Made In Japan" grą słów.
"Maid In Japan" zawiera materiał w miarę aktualny, jednak biorąc pod uwagę wciąż świeżą ubiegłoroczną płytę Duńczyków "Undress Your Madness", ten wydaje się już nieco historyczny. Otrzymujemy zbitek z dwóch koncertów, do których doszło w Kawasaki w listopadzie 2018 roku, kiedy grupa świętowała 30-lecie swojej najsłynniejszej płyty "Future World". Pierwotnie na aktualny live album trafić miał o pół roku wcześniejszy występ z niemieckiego festiwalu "Bang Your Head", jednak muzycy nie byli z niego zadowoleni, natomiast japońska publiczność dopomogła w doskonalszej atmosferze i jakby siłą rozpędu lepszemu wykonawstwu. Przy okazji, warto pamiętać, koncertowe płyty od zawsze stanowią za prawdziwy weryfikator umiejętności i boleśnie obnażają wszystkie
ewentualne niedostatki. Studyjną obróbką nie da się też każdego grzechu zatuszować. I wielu wykonawców nie potrafi stanąć prawdzie w oczy, lecz nie Pretty Maids. Ronnie Atkins śpiewa z identyczną swobodą i zadziorem, z jakimi to cechami kojarzymy go ze studyjnych płyt, natomiast gitara Kena Hammera oraz pozostała sekcja tną niczym rekinie szczęki. Ci skandynawscy pionierzy metalu co kilka studyjnych płyt lubią zreasumować się na albumowej koncertowej scenie, tak też warto sięgać po ich systematycznie płodzone wydawnictwa, zarówno te foniczne, jak też wideo - do "Maid In Japan" otrzymujemy także bonusowy DVD dysk.
Na "Maid In Japan" pierwszych dziesięć ścieżek pochłania cały album "Future World". Wszystko podane wg wzorca, a więc począwszy od intro, poprzez kolejnych dziewięć nagrań, będących odtworzeniem tego klasycznego albumu - od tytułowego "Future World" aż po "Long Way To Go". Można jedynie żałować, iż panowie zaprezentowali go nazbyt wiernie. Dostrzegalnie brakuje jakiś ucieczek od sprawdzonego szablonu, które zapewne nadałyby bardziej osobliwego charakteru.
Po secie związanym z "Future World" pojawia się jeszcze pięć - niestety równie nieodległych względem studyjnych pierwowzorów - nagrań epoki najnowszej ("Mother Of All Lies", "Kingmaker", "Bull's Eye", "Little Drops Of Heaven"), w tym jeden sędziwszy, jakim tytułowy do pochodzącej z 1991 roku płyty "Sin-Decade". To ten album, który dostarczył m.in. kapitalny cover Johna Sykesa "Please Don't Leave Me". I tylko szkoda, że zabrakło go na omawianym live wydawnictwie. Powszechnie to od zawsze wielbiony song, wywołujący wspaniałe reakcje publiczności, dzięki czemu zapewne i tutaj podniósłby, i tak przecież gorącą atmosferę.



A.M.


niedziela, 2 sierpnia 2020

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja 2/3 sierpnia 2020 / Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




Dwudziesta pierwsza niedziela przymusowej radiowej absencji.
Z racji nieczynnego do jesieni br. studia możliwe, że przewidziano odtworzenie materiału archiwalnego.



"NAWIEDZONE STUDIO"
z niedzieli na poniedziałek, z 2/3 sierpnia 2020 - godz. 22.00 - 2.00  w  
RADIO "AFERA", na 98,6 FM (Poznań) lub na www.afera.com.pl


===============================


===============================

Kilka ujęć z TV po piątkowym zwycięstwie Warty nad Radomiakiem, dającym awans do Ekstraklasy.












==============================


===============================


A.M.


PAUL WELLER "On Sunset" (2020)







PAUL WELLER
"On Sunset"
(POLYDOR)

*****




Od zawsze lubi komentować rzeczywistość, lecz tym razem Paul Weller postanowił trzymać się od polityki z daleka. Jednak, pomimo rozczarowania nią, rozsierdziła się w nim chęć dźgnięcia szpilą w Borisa Johnsona twierdząc, że ten radzi sobie z kryzysem pandemicznym, niczym klaun żonglujący płonącymi piłkami. A zapytany, o czym stanowi jego najnowsze "On Sunset", odrzekł: "napisałem dobre zróżnicowane melodie i nie są to piosenki o pieprzonej grypie". Na inne, "co myślisz o umieraniu?", odparł: "staram się żyć teraźniejszością, ale nie da się o tym nie myśleć, skoro wokół odchodzi tylu mi bliskich. Każdy nowy dzień to dar, za który jestem wdzięczny".
Po uroczo nostalgicznej, wydanej przed dwoma laty "True Meanings", Weller ponownie nagrał płytę, którą trudno jednoznacznie skategoryzować. Były przedstawiciel klasy punk, za sprawą "On Sunset" kreśli kolejną trajektorię na swej nieszablonowej ścieżce kariery.
Całość otwiera 7,5-minutowe "Mirror Ball" - uroczo anachroniczna, psychodeliczna soul ballada, w której sercu buzuje kilka ciekawych aranżacyjnych pomysłów. I ten retro ton zadomowi się też w następnym "Baptiste", pomimo iż to prostsza i krótsza melodia. Zadziorny śpiew, kilka prostych gitarowych akordów plus staroświeckie organy, ot recepta na zgrabną piosenkę.
Z kolei "Old Father Tyme" przedstawia Wellera refleksyjnego, któremu orkiestra niekiedy przygrywa big-bandująco. Rzecz o przemijaniu, lecz wcale nie na smutno. W "Village" na Hammondach pojawia się były kompan ze The Style Council, Mick Talbot, a pod pozornie niewinną aurą kryje się pewna drapieżność. Rozbrajają smyczki i nostalgiczny refren.
W blisko 7-minutowym "More" pojawia się nieprosta melodia, choć osadzona w leniwym tonie i naznaczona kilkoma francuskimi zwrotkami - w ustach Julie Gros. Imponuje rozmach, jaki nadają flet, sekcje dęte i smyczkowe, plus pianino i Hammondy.
Tytułowe "On Sunset" odtwarzają momenty wspomnień, kiedy Weller wędrował po barach Sunset Strip oraz miejscach, które odwiedzał w młodości. Typowa dla jego natury ballada z odniesieniami do starego soulu, ale także do dawnej muzyki orkiestrowej (ponownie szczypta big bandu). Ale znajdziemy na tej płycie również odniesienia do Beatlesów, co dzieje się, choćby w zaczerpniętym z klimatu "Sierżanta Pieprza", o bluesowym odcieniu i ze skrzypcowym klezmerskim solo basisty Slade, Jima Lea, "Equanimity". Od zapożyczeń liverpoolskiej Czwórki nie ucieka też "Walkin' ", chociaż jego rytmika nasuwa raczej pewne skojarzenia z dokonaniami Paula McCartneya i jego Wings.
W finał wbijają się dwie połączone ze sobą kompozycje - okraszone elektroniką, żeńskimi wokalami, syntezatorami i niekiedy sprzęgami gitar "Earth Beat" oraz ballada "Rockets". Bardzo ładna, pasowałaby na poprzednią płytę, ale i tutaj widzę dla niej miejsce. Kolejny retro leniwy akcent, w którym uwagę przykuwa ospała gitara i rozmarzony śpiew. Ale mamy tu jeszcze dęciaki oraz natchnione struktury smyków. Kolejne piękne coś, pozostawione na deser.
Edycję deluxe wzbogacono o pięć ścieżek. Odstają co prawda klimatem od podstawowego albumu, jednak posłuchać warto. Na początek funk/soul/jazz/klubowy numer "4th Dimension" - z wokalizami córki Paula, Leah Weller. W dalszej części, zrytmizowana pop-psychodeliczna, utrzymana w duchu 60's prosta piosenka "Ploughman", jak też akustyczna, a przyozdobiona melotronem ballada "I'll Think Of Something". Dwa ostatnie nagrania to inne warianty kompozycji znanych z podstawowego setu - inaczej zmiksowane "On Sunset" oraz tym razem instrumentalne "Baptiste".
Kolejna kapitalna płyta Wellera.

P.S. 1. Najlepszy moment? - kiedy w "Mirror Ball" po słowach: "and the moon and the sun" dobija przesterowana, jednocześnie słodkawa gitara, a niebawem wszystko staje do góry nogami i przez dłuższą chwilę robi się eksperymentalnie.
P.S. 2. Weller, podobnie jak ja, kocha płyty i nie jest wielbicielem aut - choć teledysk do "On Sunset" temu drugiemu zaprzecza.


A.M.


sobota, 1 sierpnia 2020

Warta w Ekstraklasie

Piątek, 31 lipca 2020 r. - zapamiętajmy tę datę. Jakże dla mnie szczęśliwą. Choć chyba nie tylko dla mnie. Warta Poznań wraca do Ekstraklasy. A w zasadzie, będzie w niej dopiero po raz pierwszy. Gdy ostatnio Warciarze uczestniczyli w najwyższej klasie rozgrywkowej (połowa lat 90-tych), była to jeszcze Pierwsza Liga. Obecnie Pierwsza Liga to poziom nr 2.
Do teraz nie mogę uwierzyć. Ale jeśli to sen, niech się nie kończy. I niech wszystko w nim potoczy się podług dobrego scenariusza; Warta z pięknym stadionem, konkretnym sponsorem strategicznym, z przychylnością i wspomożeniem miejskich władz, z budżetem dopiętym na ostatni guzik, a jeszcze żeby starczało na transfery w odpowiednio do tego przeznaczonych okienkach. I aby mecze derbowe z Kolejorzem zawsze odbywały się w dobrej atmosferze. I abyśmy z Tomkiem Ziółkowskim - zagorzałym kibicem Kolejorza, ale też sympatykiem Warty - tylko kulturalnie (tak, jak do tej pory) ze sobą rywalizowali. Przy okazji, wielkie dzięki Tomek za wspólne wypady do Grodziska. Jak widzisz, warto było. Bo z Wartą warto.
Odebrałem nieco gratulacji. Otrzymałem je od ludzi z całej Polski. Od kibiców i niekoniecznie kibiców z Radomia, Mielca, Szczecina, Torunia, Gdańska, nawet od kibica Legii Warszawa, i jeszcze z kilku innych miast, których akurat w tym momencie nie przypomnę. Nie wiedziałem, że tylu ludzi kojarzy mnie z Wartą. To miłe. A tę Wartę zaszczepił mi mój Tata. Od dzieciństwa zabierał mnie na mecze na obecnie dezaktywny już Stadion im. 22 Lipca. Był to obiekt na circa 40 tys. osób. Taki stadion miała Warta, jako stadion domowy. I ta moja kochana Warta od zawsze leciała z drugiej ligi do trzeciej, by po sezonie ponownie meldować się w drugiej, po czym znowu jazda w dół. Na tych właśnie poziomach rozgrywkowych kibicowałem Warciarzom (bo czasy mistrzowskie i wicemistrzowskie pamięta tylko mój Tata) w potyczkach z drużynami, o których mało kto obecnie pamięta. Jak choćby, z Bałtykiem Gdynia, Arkonią Szczecin, Stalą Stalowa Wola - co za nazwy, prawda? , ale też z Widzewem Łódź, Błękitnymi Kielce (obecnie Korona) czy Błękitnymi Stargard Szczeciński. Tak tak, takie to były drużyny, bo i takie to były czasy. I wiecie co, ja nawet noszę w pamięci niektóre gole. Dawne gole, te z lat 70-tych. Tak mi się rozsiadły w głowie, że wciąż je mam pod ręką. Nie tylko zresztą gole, ja moi Kochani pamiętam także taki mecz z lat 70-tych, rozegrany z Widzewem Łódź, gdzie w bramce gości stanął ubrany w żółtą koszulkę Stanisław Burzyński. Piłkarz o tragicznych losach, a znakomitych umiejętnościach. Otóż, niebawem po wspomnianym meczu z Wartą (wynik 0:0), Burzyński po pijanemu śmiertelnie potrącił człowieka, za co trafił do pudła. Niby na krótko, lecz był to czas, kiedy interesowała się nim jedna z ekip Premiership. Mało tego, Burzyński miał nawet kwalifikacje na reprezentację. Zresztą coś w niej chyba zagrał. Niestety owo zdarzenie całkowicie przekreśliło jego karierę. Ostatecznie bujał się po zapleczu pierwszej ligi, a po zakończeniu kariery popełnił samobójstwo. Ale to tylko taka anegdotka, zdecydowanie na marginesie obecnych wydarzeń. Dzisiaj nie czas na smutek. Cieszmy się, Warta zrobiła wspaniały prezent i doprowadziła do jednego z najszczęśliwszych dni mojego życia. Dzięki Zieloni !!!


A.M.